czwartek, 15 grudnia 2011

Angielski cioci Elwirki

Od początku roku nurtowała mnie kwestia co zrobić z nauką języka obcego. Mam absolutną pewność, że tego tematu sama nie ogarnę, nawet z cudowną pomocą super materiałów i stron w sieci. Nie da się, nie umiem, wstydzę się tego strasznie, nawet przez maturę przebrnęłam z trudem mimo wielu lat nauki w szkole. Ja zwyczajnie nie wierzę w to, że ja sama mogę obcy język opanować. Mogę po angielsku czytać proste teksty, oglądam filmy nawet bez napisów, ale gdy mam coś powiedzieć? Czarna dziura z krępującym eeee w środku. Żenada.
Nie uważam zresztą, żeby nauka języka w szkole - w naszym systemie klasowym - miała sens i planuję wysłać córki na poważny kurs językowy gdy będą starsze. Tymczasem jednak pozazdrościłam innym dzieciom i zaczęłam kombinować. Może jednak coś by się dało? Tylko jak to zrobić z dziećmi, które nie czytają i nie piszą? A właściwie kto by coś takiego mógł zrobić za mnie? Zwierzyłam się przyjaciółce z moich trosk, a pamiętając, że kiedyś organizowała takie domowe lekcje angielskiego dla małej grupy dzieci wśród znajomych spytałam nieśmiało o radę. A może raczej walnęłam prosto z mostu czy by nie zrobiła z takimi maluchami? Zrobiłaby, czemu nie. Wie jak, ma pomysł, prowadzi takie zajęcia domowe dla kilku małych grup w różnym wieku... I sama też ma córeczki - rówieśnice moich, niech się uczą razem. Hurra! I tak zaczęła się nasza przygoda z prywatnymi zajęciami angielskiego.

Nietrudno się domyślić, że dzieci te zajęcia uwielbiają. Ciocia jest wspaniała a język angielski ciekawy. Ja sama z zainteresowaniem podglądam pracę naszej domowej grupy językowej i najbardziej zachwyca mnie podejście "pani nauczycielki" do dzieci i wspólnej ich pracy. Ciocia Elwirka kocha się śmiać z dziećmi i każda pomyłka jest ku temu okazją. Dzieci się śmieją a "pani" wraz z nimi. Ciocia Elwirka ma dużo pomysłów i każda lekcja zawiera nowy element: wierszyk, zabawę ruchową - coraz to bardziej rozbudowaną i urozmaiconą, grę planszową, zgadywankę. Każda lekcja utrwala wiedzę z poprzednich zajęć i wprowadza nowy element powiązany tematycznie lub skojarzeniowo ze znanymi już słowami, podczas każdej lekcji dziewczynki wykonują pracę plastyczną, by nowe słówko poznać i zapamiętać, znane przypomnieć i zapamiętać lepiej.



Pierwsza lekcja (cytuję konspekt zajęć nauczycielki):
1. Przywitanie: Hello!
2. Colours for today: red, green, yellow and orange
3. Colours together with fruits [kolory w połączeniu z owocami na kolorowych kołach - z jednej strony kolorowe koło, na drugiej przyklejony obrazek - będą służyły jak MEMORY (skojarzenia)]: a red cherry, a green apple, a yellow banana, an orange orange
4. Pożegnanie Bye, bye!

Wygląda banalnie? Nie jest! Nie macie pojęcia jak fantastyczną zabawę można zorganizować dzieciom za pomocą czterech kolorowych kół z obrazkami. Choć właściwie pewnie macie, skoro jesteście fanami ed ;). Dziewczynki oczywiście rysowały kosz z owocami, który później wisząc na ścianie służył jak ściąga. A zajęcia skończyły się pełną śmiechu zabawą podczas której dziewczyny musiały reagować określonym zachowaniem na uniesiony w górę i wymieniony przez ciocię kolor.

Drugie zajęcia przypominały poznane słówka (zabawa z kolorowymi kołami), utrwalały (wypełnianie kolorowanki wg polecenia) a następnie wprowadzone zostały nowe kolory: blue and brown w połączeniu z zabawkami a blue ball, a brown teddy bear . Oczywiście przybyły dwa nowe koła a na koniec zajęć urozmaicenie w zabawie ruchowej. [Od tamtych zajęć ukochany miś Nadziejki dostał nowe imię i jest teraz misiem Teddy...]





Poznały też dziewczynki jedną zwrotkę wierszyka. Trudności w wypowiadaniu kolejnych zdań były nieustanną okazją do śmiechu i ponawiania prób.

A little poem

Hello yellow, hello blue
hello red and how are you?

Hello orange, hello green
hello brown, please play with me!


Każde kolejne zajęcia kryją niespodziankę. W zabawie dzieci muszą reagować na polecenie Teddy - bears sleeps i udawać, że śpią lub balls jump i skakać jak piłeczki. Kolorowe koła pomagają przypominać kolory ale są też grą w zgadywanie - jaki obrazek ukryty jest po drugiej stronie. Dziewczynki wykonały też obrazek kolorowej lalki,wyklejankę, przyklejając kolejne elementy zgodnie z poleceniem cioci - nazywanie kolorów - a gotowy obrazek przedstawiał nowe słowo a doll. Oczywiście trenowanie wypowiadania kolejnych zdań wierszyka stanowi nie lada wyzwanie i pełną emocji i śmiechu zabawę...

Cóż jeszcze można wymyślić dla pięciolatków? Puzzle oczywiście. Nowe zabawki - nowe słowa - a car, a plane zostały złożone z elementów, przyklejone i pokolorowane, chwilę później dziewczynki z werwą latały jak samoloty i jeździły jak samochody po całym pokoju sprawnie reagując na wypowiadane po angielsku polecenia cioci.
Inna nowa rzecz - gra planszowa w której kostka zamiast cyferek ma kolorowe kółka i żeby przesunąć pionek na następne pole trzeba głośno powiedzieć nazwę koloru.




Dziewczynki wspaniale się bawią podczas tych zajęć, poznają pierwsze słowa w obcym języku choć wcale nie umieją pisać i czytać (zresztą gdy w swoim języku - polskim - poznawały nazwy kolorów i zabawek też nie umiały wcale czytać i pisać) a poza tym uczą się uczestniczyć w zajęciach prowadzonych przez nie-mamę :).

A mama patrzy na to z boku i z dumą, i z zadumą oddaje się banalnej refleksji "jak ten czas szybko płynie, jakie one już duże!" i "dlaczego ciocia prowadzi zajęcia lepiej niż ja?!?" Ale to zapewne tylko tak z boku wygląda, no nie?

niedziela, 4 grudnia 2011

Negocjacje, oraz dlaczego Kopciuszek nie robi siku?

Ponieważ absolutnie nie mam sił na komponowanie niczego nowego, a popełniłam w maju ciekawy tekst doskonale wpasowujący się w nurt mojej edu domowej, która nieraz bardziej przypomina antypedagogikę niż pedagogikę więc pozwalam sobie zacytować.

Negocjacje, oraz dlaczego Kopciuszek nie robi siku?

Zaaferowana utrudnianiem małżonkowi skręcania łóżka dla panienek dość późno usłyszałam donośne odgłosy szarpaniny i bijatyki. Panienki walczyły zaciekle o kawałek folii przekrzykując się wzajemnie (“moje! puszczaj! oddaj! mamo!” itp). Gdy retorycznie zapytałam lekko udręczona czy znowu się biją zgodnie oświadczyły, że owszem – tak. “Bijecie się o kawałek folii? Przecież to jest śmieć, no nie?” wolałam się upewnić bo właściwie nigdy nic nie wiadomo… A jednak śmieć, dziewczyny potwiedziły. “No to trzeba go wyrzucić” oświadczyłam beztrosko i z przekonaniem, i tu się sprawa wyjasniła. Dziewczynki wytrwale trzymające cały czas śmiecia wszystkimi rękami dziarsko potwierdziły: “Tak, wyrzucić!” i podjęły zawieszoną na czas rozmowy szarpaninę o to, która śmiecia wyrzuci. “Słuchajcie, to może ja przetnę folię tak by każda z was mogła wyrzucić swój kawałek!” zaproponowałam odkrywczo. Podziałało, wystarczyło sięgnąć po nożyczki, rozciąć na trzy części i po awanturze.
I choć zabawne wydawać się może przecinanie śmiecia na trzy wzdycham sobie teraz po cichu (oczywiście w kontekście nawracających kłótni moich córek), jaka to szkoda, że nie zawsze negocjacje są tak proste…

I druga kwestia. Wieczorne czytanie bajek trwa ostatnio bardzo długo, bo nie dość, że książki są trzy – dla trzech dziewczyn, to na dodatek niezmiennie pojawiają się pytania i komentarze. Moja Helena pyta dziś – a na twarzy widnieje zakłopotana i bardzo poważna mina – “czy Kopciuszek robi siku?”. Odruchowo zaprzeczyłam, bo rzeczywiście w bajce mowa była o spaniu w popiele a nie sikaniu, ale zaraz z wrodzoną prostolinijnością sprostowałam, że skoro każdy robi, to Kopciuszek też, tylko akurat… jakby… nie tutaj, nie w tym opowiadaniu? “Ale przecież nie robi! Nigdy nie robi!” No i czytanie bajki poszło w diabły. Bo rzeczywiście, jak to jest, robi czy nie? Nigdy, w żadnej wersji bajki żaden Kopciuszek nigdy nie chodzi robić siku! A jeśli by robił to gdzie? Pozwoliłam sobie na dłuższy wykład mający na celu wyjaśnienie kwestii. Na nocnik za duży, nie mógłby korzystać z “toalety” macochy i jej podłych córek tylko raczej tej dla służby. Czyli tzw. sławojka (tutaj pomogły wspomnienia z wakacji na wsi i obecność tamże małego drewnianego, zamieszkanego przez pająki i nieludzko śmierdzącego domku). Albo ewentualnie zimą w mrozy jakieś wiadro… Nadzieja przy wiadrze nie wytrzymała i dostała ciężkiego ataku śmiechu, a Łusinka słysząc wykład o nocnikach pod łóżkami Jaśnie Państwa szybko pobiegła przynieść własny – czyli Nocne Kołołóżkowe Zabezpieczenie. Czytanie bajki zaś zastąpione zostało długą rozmową o ewolucji miejsca i sposobu załatwiania wybranych potrzeb fizjologicznych.
Ale tak właściwie to czy Kopciuszek robi…? Przecież jest fikcyjny, bajkowy! Więc skoro autor nie nadał mu tej funkcji życiowej to może jej nie ma? Moja Najstarsza mówi czasem o bohaterach bajek “on nie jest prawdziwy!” A jeden z bohaterów “Epoki Lodowcowej” (dziecko nomen omen!) zasugerował, że gdyby “osioł miał biegunkę byłby bardziej wiarygodny..."

środa, 30 listopada 2011

Bajkowy prezent

Moja kochana siostra wpadła na znakomity pomysł. Jak obdarować liczną gromadkę siostrzeńców? (a jest co obdarowywać, moja siostra ma 8 siostrzenic i 2 siostrzeńców!). Nie sposób kupić im prezentów, nie są też zbyt chętni wszyscy do noszenia meksykanek... Siadła więc moja siostra do pisania, a to jej nieźle wychodzi, i sprawnie zaczęła pisać bajki. Zamieszczam tutaj link do jej blogu, gdzie opublikowała bajkę napisaną specjalnie dla mojej najstarszej Nadziejki. Jeśli ktoś chciałby poznać bliżej moją ukochaną córcię to właśnie w tym miejscu! Gorąco polecam. Bajka opowiada o spotkaniu Nadziejki i smoka Eryka... i naprawdę wcale bym się nie zdziwiła gdyby ta historia wydarzyła się naprawdę. :))

W krainie marzeń

Niestety moje córki nie lubią książek. Ha! Głupio brzmi? I wcale nie jest to prawda na dodatek. Moje córki SYPIAJĄ z książkami. Ale porządna książka musi mieć ładne obrazki. Dużo obrazków. Mało liter. Krótki tekst. Mama czyta, krótkie opowiadanie a potem zaczyna się lot w krainę marzeń. Zwyczjnie Nadziejka i Łusia opowiadają sobie historie same, w oparciu o przeczytany przez mamę tekst opowiadają długie bajki przyglądając się obrazkom. Te bajki żyją, bohaterowie toczą spory, żenią się, wyznają sobie miłość, kłócą się i godzą. Przeżywają niezwykłe przygody.
Ale warunkiem powstawania tych "opowieści na dobranoc" jest bogato ilustrowana książeczka. Z krótkim tekstem. Jak wygląda taka książeczka? Nie ma się czym chwalić, najlepiej jeśli jest to "Barbie" albo któraś z klasycznych bajek, albo współczesnych wersji bajek animowanych... byleby bogato ilustrowana. Najbardziej lubię wyimaginowane spotkania Barbie z Cliffordem, lub Calineczki z Królem Lwem... eh, jak Łusia się zapamięta w opowiadaniu bajki to efektem jest rozbudzona gwałtownymi okrzykami Natalka. Widocznie zdaniem mojej córki nawet bajka na dobranoc musi być ciekawa. "Musi być jakieś życie na osiedlu."
Hela zaś sypia z dziecięcymi encyklopediami. Książeczkami przyrodniczymi. "Ciekawe dlaczego?", "Ciało człowieka", "Jak zwierzęta poruszają się", "Encyklopedia przedszkolaka" itp... Ciężkie, duże cegły. A moja funkcja to czytanie podpisów do ilustracji i naukowych wyjaśnień.

Książki na dobranoc? Długie opowieści, które czyta się fragmentami codziennie kontynuując opowieść rozpoczętą poprzedniego wieczoru? Nic z tego. I dlatego książki, które gromadzę dla dziewczyn narazie się kurzą na półkach. Czytamy za to krótkie opowiadania. "Cztery pory baśni" Włodzimierza Dulemby. "Pan Kuleczka" Wojciecha Widłaka. "Detektyw Pozytywka" Grzegorza Kasdepke. Książeczki z serii: "Poczytaj mi mamo". Bajki prozą i wierszem, klasyczne i uproszczone (choć w tych drugich wprowadziłam jakiś czas temu cenzurę, bo niektóre uproszczenia są bezdennie głupie). Najchętniej dziewczynki słuchają wymyślanych przeze mnie na bieżąco bajek. Ba! czynnie owym wymyślaniu biorą udział! Kupa śmiechu i radości, brzuchy nas bolą a na koniec zachwycone panny zasypiają "mamo, ta bajka była super!"...

Raz na jakiś czas wyciągam książkę, długą historię "Czarnoksiężnik Oz" na przykład ostatnio był to. "Mamo, to nudne" oświadczyła trzeciego wieczoru Hela. Nadziejka już drugiego dnia wyciągnęła własną książkę i równo mnie olała. Martwi mnie to. Przez chwilę.
Podobno gdy byłam mała moja mama czytała mi na dobranoc całą masę książek. Nie pamiętam żadnej z nich!
Jakie książki pamiętam z własnego dzieciństwa...
"101 dalmatyńczyków" Ilustrowana zdjęciami z filmu Disney'a historia zagubionych szczeniaków. Przy czym myśmy wtedy nie mieli telewizora i nie znałam tej bajki, a książka była spora i miała dość długi tekst. To była moja pierwsza samodzielnie przeczytana książka, pierwsza zarwana noc ;). Miałam chyba 8 lat. Rodzice na noc gasili lampki i żeby książkę dokończyć musiałam zgasić światło, odczekać aż zasną, zapalić i czytać dalej, po cichutku...
"Mała księżniczka" była drugą długą książką. Wciąż miałam 8 lat ale nocy musiałam poświęcić więcej... "Pollyanna" była trzecia. I na jej konto należy zapisać kilka kolejnych pozarywanych nocy. I wojnę z rodzicami o palące się po nocach światło. Oraz czytanie pod kołdrą przy latarce.
Nie pamiętam kolejności pozostałych pozycji ale jest kilka takich, które na całe życie zapadły mi w pamięci. Gromadzę je teraz na półce dla moich córek. Bo jestem przekonana, że przyjdzie taki moment, gdy opowiadane przez mamę bajki nie będą się umywały do historii czytanej osobiście. I mogę się założyć, że też w środku nocy. Dobrze, że mamy tę edukację domową, będą się mogły dziewczyny wysypiać, albo czytać w dzień, normalnie, jak ludzie. Bez tej koszmarnej, przeszkadzającej w życiu szkoły ;).

Ponieważ ktoś mnie podpytywał przypomnę tu kilka tytułów wspaniałych, mądrych lub po prostu zabawnych książek, którym zawdzięczam niezwykłe przygody w krainie marzeń. To będą moje prywatne wspomnienia.
"Opowieści z Narni" - najwspanialsza książka na świecie! (Następny równie wpsaniały jest Tolkien, ale dla ciut starszych dzieci moim zdaniem.)
Wszystkie książki Kornela Makuszyńskiego. "Panna z mokrą głową" pierwsze łzy wzruszenia pod powiekami, "Przyjaciel wesołego diabła" - szlochałam z głową pod poduszką czytając tę książkę a lekcję prawości zapamiętałam na zawsze.
"Jana ze wzgórza latarni", najlepsza, moim zdaniem, dla dzieci, książka L.M.Montgomery. Kategorycznie kazałam kupić ją sobie na urodziny po przeczytaniu jej w czytelni szkolnej. Niestety, nie udało mi się trafić na tłumaczenie, w którym ją poznałam ("Janka z Latarniowego Wzgórza", nawet nie wiem, czy było lepsze, miałam do niego sentyment, po naszym "pierwszym razie" ;))
Cała seria o Pippi, książki zaczytane przeze mnie na amen, stoją na półce i czekają niecierpliwie na zainteresowanie moich córek.
"Rasmus, rycerz białej róży" A. Lindgren. "Bracia Lwie Serce" - kolejne serdeczne łzy wsiąkające w poduszkę.
"Nawiedzony dom" i inne książki z serii Chmielewskiej o Janeczce i Pawełku - gromkie salwy śmiechu wzbudzające konsternację otoczenia. Samo wspomnienie tej książki sprawia, że się śmieję.
Książki Rolada Dahla a tu króluje "Wielkomilud", bardzo smakołykowata książeczka. Dopadłam ją na studiach i przeczytawszy zgrzytałam zębami ze złości, że nie znałam jej będąc dzieckiem. Kupiłam w antykwariacie gdy miałam 20 lat z myślą o moich przyszłych dzieciach. I dobrze zrobiłam, bo dziś nie sposób znaleźć jej w tamtym, najzabawniejszym, tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego. Zresztą ponoć książeczki pana Dahla (z wyjątkiem tej) czytała nam na dobranoc mama, czego zupełnie nie pamiętam, i złości mnie do dziś, że nie podsunęła mi tych książek, kiedy już potrafiłam czytać samodzielnie.
"Mikołajek i inne chłopaki". Cała seria, wszystko jak leci. Moje córki na razie pokochały film. "Tajemniczy ogród", "Malutka czarownica" - ukochana książeczka dzieciństwa, zamiast odrabiać lekcje przysłuchiwałam się jak moja mam czyta ją mojemu młodszemu rodzeństwu.
"Doktor Dolittle" Niesamowite przygody w świecie gadających zwierząt.

Pozycji było oczywiście więcej, dużo więcej, ale te były pierwsze na liście pamięci. Może komuś się przyda takie wspomnienie. A ja na chwilę wróciłam do ukochanego miejsca, jakim jest do dziś kraina marzeń.

niedziela, 27 listopada 2011

Zapraszam do Dużego Latającego Przedszkola

Sobotnie zajęcia organizowane wspólnie z bratową i przyjaciółką Kasią są opisane i zobrazowane na jej blogu, zapraszam do czytania i podziwiania radości i twórczości naszych dziewczyn tutaj. :)


sobota, 26 listopada 2011

Palcem po mapie i boso przez świat

Jedna z najwspanialszych zalet bycia mamą domową to możliwość nieustannego obserwowania dzieci. Uwielbiam to. Czuję się jak odkrywca, badacz, staram się być chłonąć indywidualność swoich córek. Zapamiętywać.Rozumieć. Jestem głęboko przekonana, że jeśli dobrze zrozumiem je dziś, będę je rozumieć zawsze. A to pomoże mi w byciu dobrą matką, osobą, która uczy drogi przez życie. Dość o tym, do rzeczy.

Natalka to takie małe słoneczko, trudno jeszcze wyrokować. Ale pogodę ducha ma gdzieś głęboko w genach zapisaną. Jak i upór w dążeniu do celu. To martwi chwilami ale dobrze rokuje na jej przyszłość. I niezależność. Te dwie cechy zresztą idą w parze u wszystkich moich córek. Może po prostu u wszystkich dzieci? Ciekawe czy w aż takim stopniu... Ktoś powinien stworzyć "skalę uporu i niezależności" i metody pomiaru.

Łusia to wojowniczka i awanturnica. Manipulantka. Niezależna i uparta. Słodka i kochana, oraz przytulna. Zadania do domowej nauki ustawia sobie sama - nawet jeśli ja je przygotuję, wyjaśnię, to ona jednak po swojemu je wykona i oczywiście wytłumaczy dlaczego tak a nie inaczej. Wie czego chce. Ale jest jak jako mądrzejsze od kury. Ciekawe czy ugotuje się pewnego dnia na twardo, czy też będzie słynnym naukowcem lub wynalazcą.
[Wbrew mojej sugestii zabierała wszędzie swoją lalkę barbie (jedną jedyną! każda córka ma tylko jedną taką lalkę). "Zgubisz córeczko." "NIE ZGUBIĘ!" Coś ostatnio tej lalki nie widzę w domu, pytam młodą - gdzie twoja lalka? "Zostawiłam na kamieniu" Czasem mam wrażenie, że mieszkam w cyrku. "Jakim kamieniu?!" wyrwał mi się jęk; "Czarnym!" z przekonaniem oświadcza trzylatka. "I chrupał!" Tego nie wytrzymał mąż: "Jak to chrupał? kamienie nie chrupią!!" "CHRUPAŁ! Jak położyłam lalkę to chrupał!" szorstki kamień... "Na placu zabaw?" "Nie, na placu zabaw nie ma kamieni! Tam, tam daleko! Przynieś. Leży na kamieniu." Spokojna pewność siebie. Gdzież to młoda znalazła czarny kamień... na cmentarzu?? "Tak, na cmentarzu, tam daleko" oświadczyła spokojnie a ze spojrzenia wyczytałam stalowe "NO PRZECIEŻ MÓWIĘ". Najpierw nerwowo, zirytowana, a potem coraz spokojniej wytłumaczyłam, że lalka nie do odzyskania i nie do odnalezienia. I żaden kamień nie pomoże. Ale nie umiałam się porządnie pogniewać. Czarny kamień, który chrupie...]

Hela jest badaczką. Póki była za mała, żeby chodzić spała i jadła na zmianę. Myślałam, że to takie spokojne dziecko... A potem wstała na nogi, wlazła na krzesło, z krzesła na stół, potem na parapet a potem postanowiła sprawdzić "jak się otwiera okno...?" Przez długi czas wszystkie krzesła stały obrócone do góry nogami na stołach.
"Mamo, chciałabym polecieć do tej chmury. Jak będę dorosła to polecę." Córka poetka? Skąd! Po prostu ciekawa jak wygląda chmura z bliska. Zero poezji.
"Mamo, ty nie jesteś bardzo złą czarownicą." "A skąd wiesz? Może właśnie jestem straszliwą czarownicą?" "Nie jesteś. Ty używasz miotły do zamiatania a nie do latania. Nie możesz polecieć coraz wyżej i wyżej. Jakbyś mogła polecieć i byś mnie zabrała to ja będę się bała tak lecieć coraz wyżej i wyżej. Mamo a ty się boisz tak lecieć wyżej i wyżej?" "Nie córeczko.." "Ale nie polecisz. Nie jesteś liściem. Liście mogą lecieć, są lekkie." [wracałyśmy z baletu, rzeczywiście dookoła nas na wietrze unosiły się jesienne liście] "Mogłabym polecieć inaczej. Samolotem, albo balonem" mówię spokojnie. "Ale w balonie potrzebowałabyś ciepłego powietrza. Musiałabyś zapalić ogień, cały balon mógłby się spalić." Rozmowy z Helenką sprawiają, że czuję się naprawdę radosna. Helenka ma 5 lat. Helenka obserwuje, bada, dotyka, niestety rozkłada na kawałki niekiedy, szuka przyczyny. I zostawia bałagan. Sprzątanie jest dla śmiertelników, nie dla naukowców. Helenka myśli. Na dzięcioła mówi "stukacz" lub "dziuplec", kiedy jest grzeczna - jest "sforna".

Nadziejka przyszła do mnie ostatnio z opowieścią. "Mamo, a pamiętasz tego małego indiańskiego chłopca?" "Którego chłopca?" byłam zupełnie zdezorientowana. "Indiańskiego chłopca z Ameryki!" Zaczęłam poszukiwać w pamięci spotkania indiańskim chłopcem (z Ameryki!) a w tym czasie córka snuła opowieść. O "Indiańskim przyjęciu" urodzinowym, na którym pani przebrana w indiański strój pokazywała tańce, pomagała robić pióropusze. O zajęciach "Latającego przedszkola" podczas których tańczyłyśmy taniec, robiłyśmy pióropusze a ciocia Kasia za pomocą mediów (telewizja i internet) pokazywała indiańskie domy... Wreszcie o "tym małym indiańskim chłopcu!" o którym wiem... Wiem? "No z Ameryki!" Ameryki jeszcześmy nie zwiedzały. Ale czytałam ostatnio "Gringo wśród dzikich plemion" Cejrowskiego a Nadziejka z fascynacją oglądała zdjęcia. Jak ją znam to na pewno pytała "kto to jest, gdzie mieszka, a gdzie jest jego mama?" Jak siebie znam to na pewno rzetelnie opowiedziałam jak najprostszymi słowami wszystko co wiem. Czyli pewnie i Ameryka gdzieś padła... choć zabijcie mnie - nie pamiętam kiedy! Cóż, córka pamięta.
Przyniosłyśmy globus. Wystartowałyśmy z Polski, samolotem do Ameryki północnej, tam przesiadka i drugim samolotem do Ameryki południowej. Najpierw dość pobieżnie obejrzałyśmy dolinę Amazonki i rzeczne delfiny. A potem ruszyłyśmy "Boso przez świat" z panem Wojtkiem do indiańskiej wioski podglądać życie indiańskiego chłopca. Przy filmie Hela wymiękła. Przestało być ciekawie, nic do badania, macania, doświadczania, rozkminiania... nudy! Nadzieja wrosła w krzesło. Posypały się pytania: "a co on robi, a dlaczego?" film był za krótki :) Mama służyła tylko do udzielania odpowiedzi na niecierpiące zwłoki pytania. Nieciekawe zajęcia? Żadnych zdjęć, zero akcji... Nadziejka to lubi. Chłonie opowieści, stoi z boku, obserwuje, zapamiętuje. Ludzie, relacje, związki społeczne, mechanizm i przyczyny ich funkcjonowania. Różnice. Podobieństwa. Nadziejka nie radzi sobie z puzzlami i układankami - ma lekko opóźniony rozwój analizy i syntezy wzrokowej i słuchowej. Ale łączenie elementów opowieści, czy też kilku różnych opowieści - to jest to. Zapamiętuje to co zaobserwuje na przestrzeni wielu miesięcy a potem hop! wyłuskuje główką z worka pamięci opowieści o "indiańskim chłopcu" i żąda pomocy w usystematyzowaniu. A ja stoję obok i z zapartym tchem obserwuję: moje dziecko ukochane, jego indywidualność, naturalną mądrość, pragnienie wiedzy... i uruchamiam odpowiedni film, wyjmuję odpowiednią książkę.

W sumie moja rola sprowadza się do nauczenia dziewczyn korzystania ze źródeł. I do nie przeszkadzania w samoedukacji.
I, oczywiście, do pozamiatania! Skoro nie jestem "złą czarownicą"...

środa, 16 listopada 2011

Co pływa a co tonie? Czyli jak zabić dziecku ćwieka

Kiedy mama Borejkowa leżała chora w szpitalu jej córki borykały się z szarą rzeczywistością PRLu; Gabrysia usiłowała "ogarniać", Ida rozpaczała, Nutria zmagała się z akceptacją własnej kobiecości (czy raczej jej brakiem - akceptacji rzecz jasna) a mała, dzielna Pulpa z braku innych zajęć przeprowadzała naukowe doświadczenia. [Mowa oczywiście o bohaterkach Jeżycjady autorstwa Małgorzaty Musierowicz.] Spokojna i zrównoważona Patrycja, zwana Pulpą, szukając czegoś pewnego w dziwnym świecie zmuszała różne rzeczy do pływania... i oczywiście wszystko rzetelnie, i uczciwie opisywała w listach do mamy. Patrycja była pogodną dziewczynką i pewnie z tego powodu uważała, że wszystkie te przedmioty "lubią" pływać. Zdecydowanie nie dla wszystkich pomysł pływania okazał się trafiony. "Piniondz lubi pływać. Głupi piniondz, bo tonie." Zapamiętam ten cytat do końca życia. Efektem ubocznym owych doświadczeń był zapchany odpływ w umywalce. Cóż, postanowiłam uniknąć komplikacji i uprzedzić pomysłowość swoich córek.

Kilka tygodni temu dostałam od mamy dwie śliczne, szklane salaterki. Duża i mała, obie z przezroczystego szkła, obie w kształcie kuli z odciętym czubkiem, w sam raz na owoce lub sałatkę. Szał ciał i wielka radość. I oczywiście przerażenie, co z nimi robić?! [Mam taki mały feler, że tłukę wszystko co z ładnego przezroczystego szkła. Nie wiem, może jest zbyt przezroczyste i nie wiedzę, lub zbyt śliskie, a może za bardzo się śpieszę "ogarniając" kuchnię, kto wie... Dość, że wytłukłam wszystkie nieomal szklanki, kilka dzbanków i teraz w domu króluje fajans.]
Modliłam się do tych salaterek kilka godzin aż wreszcie zaświtało... Przezroczyste, duże - małe, acha! :) Zaplanowałam, zorganizowałam, zaprosiłam Kasię z Różyczką i oto jest. Świat topienia oczami dziecka.

Zaczęłam od ustawienia kilku naczyń, szklanych, przezroczystych, o różnych kształtach i rozmiarach. Dwie szklane miski (duża i mała), wysoka, wąska szklanka, litrowy słoik. Następnie przeprowadziła króciutki pokaz do każdego naczynia nalewając taką samą ilość wody: pełny dzbanek. Oczywiście dziewczynki były przekonane, że najwięcej wody jest w szklance, gdyż była pełna prawie po brzegi. Co ciekawe moje panny już raz uczestniczyły w takim pokazie i sprawdzałyśmy wtedy, przelewając wodę z naczynia do naczynia i porównując poziom, gdzie jest więcej, i oczywiście uzgodniłyśmy, że jest tyle samo. Było to mniej więcej trzy tygodnie temu. Fascynuje mnie najbardziej pojmowanie świata przez dziecko. Pełne prostoty.



"Ile wody nalałam?"
"Tyle samo!"
"To gdzie jest najwięcej?"
"W tej wysokiej szklance."
Jaki to oczywiste, prawda? Dobra, ale do rzeczy. Zrobiłam mały pokaz z przelewaniem wody - aby pokazać, że i w szklance i w misce jest wciąż jeden dzbanek wody, a następnie zlałam całą wodę do misek resztę naczyń zabierając ze stołu.

Naszykowałam sobie zawczasu całą masę śmieci. Kapsle, plastikowe nakrętki, małe monety, kasztany, kamyki, kawałek materiału, kłaczki waty, kawałki kory, zapałki, plastikową łódeczkę - zabawkę kąpielową. Kolejno wręczałam dziewczynom różne przedmioty do topienia i obserwowałyśmy efekty. I dopiero teraz robi się zabawnie. Dziewczyny chętnie wrzucały, obserwowały, wyławiały, znów wrzucały, znów wyławiały, wpychały pływające kawałki kory pod wodę, sprawdzały czy plastikowy korek będzie wciąż pływał jeśli wrzuci się do niego kamyk lub monetę, starannie wkładały do łódeczki kamyk po kamyku aż łódka nareszcie zatonęła, liczyły zatopione kasztany i te, unoszące się w wodzie, ugniatały mokrą watę, wyciskały ją i wrzucały do wody od nowa, z zapałem moczyły rękawy bluzek, przepychały się i zaglądały do misek. Żadna z nich nie zapytała "dlaczego pływa? dlaczego tonie?" Oczywiście miałam naszykowane proste porównania, odpowiedzi, sugestie małych eksperymentów. Ale tak właściwie zostałam zgodnie olana przez małe eksperymentatorki. Owszem sugestia eksperymentu została dostrzeżona, nawet wykonano eksperyment, ale żeby od razu szukać odpowiedzi na niepostawione pytanie? Tolerancyjnie wysłuchano moich wyjaśnień ale tak naprawdę ugniatanie kłaczków waty i wyławianie monet z dna było znacznie ciekawsze.





Całym,niedługim zajęciom przyglądał się mój młodszy brat. Najpierw z zainteresowaniem a następnie z lekkim niesmakiem. "I co, to już wszystko? Nie będziesz im tłumaczyła dlaczego toną lub pływają? A tak właściwie jak zamierzasz im wytłumaczyć że plastik i metal mają inną gęstość?"
Ciekawi Cię to? Odpowiedź jest prosta. Wcale nie zamierzam. Ot i już. Zwykły pięciolatek nawet jeśli zada pytanie "Dlaczego?" raczej nie oczekuje tak szczegółowych wyjaśnień. Porusza się po krainie konkretów. Na razie wystarczają proste odpowiedzi. To jest inny materiał: ten lekki, ten ciężki. Albo: to jest inaczej zbudowane - łódka pływa i kapsel pływa. Ale nalej do kapsla wodę - w miejce wypełniającego go powietrza i kapsel idzie na dno. Jak topiąca się łódź. Albo zegnij go tak by woda MUSIAŁA się do niego nalać - tak samo idzie na dno. I takich prostych odpowiedzi można przedszkolakowi udzielić a one wystarczają. Bo są konkretne. I spójne z tym co dziecko widzi na własne oczy. Są zrozumiałe i wystarczające. Jeśli przedszkolak w ogóle zapyta. (Zdarzają się oczywiście nieprzeciętne przedszkolaki, poznałam takiego przedszkolaka swego czasu, po dziś dzień raduję się, że nie byłam jego nauczycielką. Zadawał za trudne pytania. Musiałabym się nieźle dokształcić.) Jednak zwykle największą frajdą jest utapianie. Wyławianie i utapianie. I znów. Aż się pomarszczy skóra na paluszkach.
"Jaki w ogóle był cel tych zajęć?" Zabić dziecku ćwieka. Ot co.

P.S. Dziękuję Kasi Odyniec, mojej wspólniczce i bratowej, za wykonanie dokumentacji fotograficznej. Zapewne gdyby nie Ty, Kasiu, tekst byłby goły, łysy i czarno-biały. :) Pozdrawiam