Wakacje na wsi, tam gdzie diabeł mówi "dobranoc". Wymarzony odpoczynek. Teraz jest już tylko wspomnieniem i jako taki zdecydowanie lepiej wypada w rankingu "mój miło spędzony czas" niż gdy był chwilą obecną. Wszystkiemu winne zapewne moje malkontenctwo (trudne słowo) ale pomogło również zapełniające się szambo, brak zmywarki i pralki, gniazdo os, brudzące się kałużach dzieci (brak pralki!) oraz tydzień deszczu i zimnica, że ząb na ząb nie trafiał. W sumie sama sobie krzywdę zrobiłam bo pralka stoi, zmywać można luzem a nie w miseczce biegając z ową miseczką w krzaki bo do szamba jest pompa. Tyle, że jaki jest sens jechać na wakacje na wieś i NIE NAUCZYĆ SIĘ czegoś? A okazja trafiła się dobra. Wszystko było! Segregacja śmieci, oszczędzanie wody, pranie ręczne i na tarze! A do tego niekończące się cuda przyrodnicze. Te ostatnie zachwycały mnie niezmiennie. I choć pojechałam odpocząć od "edukacji" i dzieci miały nareszcie "wolne od zajęć" (ja się cieszyłam najbardziej, bo nie musiałam się przy tych zajęciach uwijać) to nareszcie mogłyśmy chłonąć wiedzę i mądrość wszystkimi porami skóry, przy okazji, bez okazji, pomimo okazji! Moja ukochana szkoła życia w pełni. To był raj. Całodzienna bieganina by przez kilkanaście minut podpatrywać jak panny zdobywają nowy szczyt. Lub też rzucić wszystko by przez godzinę latać z aparatem za motylem. Czy też podlewając kwiaty przyglądać się polującemu pająkowi. Podpatrywać uwijające się osy, czatujące w swych pajęczych sieciach krzyżaki i tygrzyki. Ach, było naprawdę fajnie. Miesiąc na wsi to zdecydowanie za krótko.
Teraz mała galeria, która lepiej ode mnie zaprezentuje nasze wakacyjne zdobycze:
Na początek krótka informacja. Zanim udało mi sie namówić panny do prania musiałam uprzejmie je poinformować, że mamusia na loterii rąk nie wygrała, że są tylko dwie i te dwie piorą ubranka mamy, i Natalki oraz duże sztuki pozostałych panien, ale majtki i skarpetki piora same albo chodzą bez. Poskutkowało. Czy to jest motywacja negatywna? Czy przemoc w rodzinie? A może jednak dobra szkoła dbania o samego siebie...
Pranie na tarze dostarczyło jednak poro emocji, zwłaszcza, że poprzedzone było opowieścią o "dawnych czasach" a sama tara jest pamiątką po praprababci, a to już robi wrażenie!
Za tym ślicznym Paziem królowej uganiałam się ponad godzinę, nagrodził wytrwałość przysiadając na moim klapku czym mnie zachwycił i wzruszył. A poza tym był dość częstym gościem - i nic dziwnego - nie wypielony ogród porasta sporo dzikiej marchwi i innych chwastów, w których Paź gustuje.
Motyle, ach motyle! Niestety robota domowa wzywała, więc było mało czasu na polowanie z aparatem na te szybko latające ale rusałkowatych widziałam kilka bardzo pięknych, zaś na fotografii dały się uwiecznić te malutkie zapylacze :)
Prezentowane powyżej Przestrojnik trawnik i Przestrojnik jurtina przylatują do nas właściwie całymi stadami :), nic tylko usiąść wśród kwiatów babcinego skalniaka i podziwiać oraz obserwować.
Udało mi się również dość ładnie "złapać" migawką trzmiela, w powiekszeniu wyglada lepiej - i z pewnością ciekawiej - zwłasza, że niezłą rozdzielczość ma zdjęcie, ale i tu prezentuje sie nieźle.
A teraz nasz sąsiad. Czy raczej wielu, wielu sąsiadów ale fotografowałam tego jednego, bo był najlepiej oświetlony. To Tygrzyk paskowany. Czy raczej Tygrzysica bo z pewnością była to samica - patrząc po rozmiarze. Swego czasu podobno dość rzadko spotykany w Polsce, ostatnio liczebność wzrasta (jak wyczytałam w Wikipedii). Ha! U nas potykamy się o niego, wpadamy na niego, zatrzymujemy się nos w nos nim idąc przez pole i ogólnie już nam trochę obrzydł,choć rzeczywiście gdy dzieckiem będąc lat temu 20 jeździłam na wieś paskudy nie widywałam, pierwsze okazy odnotowaliśmy z 10 lat temu. Teraz jest zatrzęsienie. Kila z nich uparło się mieszkać przy samym domu, ba! przy samym wejściu do domu! Coś jakby na rogu Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich naszego gospodarstwa domowego. Z tym okazem zreszta wiąże się pewna anegdotka. Ale najpierw - fotka.
Ładnie widać na zdjęciu wzmocnienie sieci pajęczej - taki szew wyglądający jak zygzak po środku - właściwie niezrywalna była. Nawet jak pająk znikł, z dnia na dzień, to pajęczyna została i trwała nienaruszoana w sumie. O zniknięcie pająków ze skalniaka podejrzewam żaby. Ale kto wie, może niesłusznie. Może poprostu czatowała pajęczyca na środku sieci a jak upolowała coś sporego i zeżarła - a byłam tego świadkiem - to zeszła z pajęczyny i schowała się w cieniu szykując do składania jaj. Wikipedia podaje, że taki obiad wystarcza jej na tydzień, a pośrodku pajęczyny tkwi gdy poluje. A jaja składa pod koniec sierpnia. Hmm, miałam nadzieję podpatrzeć jeszcze pajęcze gody, ale jak widać nie w tym terminie.
A teraz anegdotka. Dnia pewnego słonecznego, gdy zalatana jakąś robotę wykonywałam - pewnie obiadową - podeszła do mnie Łusia i powiedziała: "Mamo, wyniosłam robaka". "To wspaniale córeczko! Ale nie wniosłaś go do domu?" Upewniłam się, bo Bóg jeden wie, jakiego to robaka moja córka do wiaderka złapała tym razem, ostatnio po całej chałupie szukałyśmy malutkich żabek. "Nie, wyniosłam go tam, na trawę, daleko." "To wspaniale moja córeczko" ucieszyłam się, "a jaki to był robak?" spytałam z roztargnieniem. "To był pająk. W siatce. On miał taką siatkę. Wyniosłam go w tej siatce." Uśmiechnęłam się do młodej, dziwując jaka to niezwykła historia i poleciałam do swojej roboty. Po obiedzie przysiadałm na schodkach i zaglądam do mojego tygrzyka, czy duży urósł a tu tygrzyka nie ma. Ani pajęczyny, ani pająka, normalnie szok! Zawsze był!! "Kasia spójrz!" mówię do bratowej "pająka nie ma! I nawet po pajęczynie ślad nie został!" dziwię się. "Przecież Łusia mówiła, że wyniosał na trawę pająka. W jego siatce" - uświadamia mi Kasia. I tu mnie zamurowało. Różne stworzonka Łusia łapie do wiaderka, ale takiego wielkiego tygrzyka?? Tygrzyk się obraził i nie wrócił.
Jeszcze oczywiście tytułowy giez mi został do opisania. Moje panny nie lubią komarów. Ale właściwie ich nie było, więc basen wodą został zapełniony a ja namawiałam panny do pluskania się. Tymczasem jest coś gorszego od komara, na kórego Orinoko w psiku wystarcza. Jest to oczywiście giez. Głupia ślepa mucha, która bardzo boleśnie gryzie. W plecy. Między łopatkami. Albo pod kolanem. Nie daje się odgonić i bardzo trudno ją zabić, chyba, że już sie przyssie - boleśniej niż mały komarek - a wtedy też trzeba ją tak mocno chlasnąć, że właściwie nie wiadomo co bardziej boli. A gzów w tym roku było istne zatrzęsienie. Jednak jeżdżenie autem z mamą, która jak się zgubi to się nie martwi bo ma GPS dało zabawny efekt. "Mamo, ja tam nie idę bo tam jest GPS!" "Na Boga! Jaki GPS? GPS został w samochodzie!" "Nieprawda bo tam jest! i lata!" "Córeczko, to giez, giez to owad, a GPS, to urządzenie...." "A jak ono działa? Czy ono też lata? A giez? Czy on też ma mapę i wie jak do nas lecieć, żeby nas ugryźć?" i posypały się pytania. Samoedukacja się nie nie kończy i nie ma od niej wakacji.
Sporo jeszcze ciekawych rzeczy robiłyśmy ale następnym razem o tym (co dziobią kury dziobiące na przykład? i jak radziłyśmy sobie z osami, oraz jaki ładny był zachód księżyca, kim jest 4,5cm potwór, który prawie utopił się w balii), a teraz na zakończenie zdjęcie autorstwa Helci, mojej prawie juz sześciolatki:
Zachód w zbożu
Należymy do grona szaleńców, którzy zdecydowali się realizować obowiązek szkolny poza szkołą. Ten blog to swoista forma dokumentacji naszych poczynań, osiągnięć moich panienek i moich refleksji. A tak naprawdę to zapis mojej samoedukacji jako kobiety, matki,nauczyciela domowego, człowieka. "Kochaj i rób co chcesz!" - św. Augustyn.
sobota, 18 sierpnia 2012
wtorek, 24 kwietnia 2012
O samoedukacji słów kilka...
Tak naprawdę to ja się na tym nie znam. Skończyłam studia, mogę z czystym sumieniem mgr przed nazwiskiem napisać; ha, wyraźnie na dyplomie stoi, że mogę być traktowana jako autorytet w dziedzinie edukacji wczesnoszkolnej w prasie i TV, ale jak się tak swojej wiedzy przyjrzę, to... hmmm... To było dawno temu.
Mam za to ogromną ilość przemyśleń, sporo obserwacji i głód wiedzy oraz doświadczeń. Żywej wiedzy. Tej, którą najczęściej rodzice dzieci posiadają. Z radością przeczytam każdy komentarz. Przemyślę. I skorzystam.
Samoedukacja, pojęcie proste i w praktyce też pozornie łatwo sobie wyobrazić realizację. Ot, postawić sobie problem, znaleźć odpowiednią literaturę fachową, przeczytać i już! Można też odwiedzić odpowiednie muzeum, wystawę, miasto, park, szklarnię, fabrykę, pooglądać warsztat pracy... itd. Łatwizna! Teoretycznie. Bo w praktyce istota zagadnienia samoedukacji w wielu przypadkach to nie "jak to robić", tylko "co zrobić, żeby ono (dziecko ukochane w wieku gimnazjalnym na przykład) chciało się za to wziąć!". A to już problem braku motywacji. Problem jest poważny i nie dotyczy wcale tylko gimnazjalistów (wiadomo, licealista ma już maturę w perpektywie a to jest dość silna motywacja zewnętrzna, coś jak kopniak w ...), brak motywacji "nie chce mi sięę...", "mamo, to mi się nudziiii..." i tym podobne jęki to już standardowa reakcja nawet mojej niespełna czteroletniej Trzeciej, że nie wspomnę o niespełna sześcioletniej Drugiej i niespełna siedmioletniej Pierwszej (choć żaby im oddać sprawiedliwość dotyczy to zwykle tylko sprzątania i szlaczków).
I drugi poważny problem. Co zrobić jeśli dziecko NIE UMIE CZYTAĆ? Przecież jeśli to rodzic zadaje zadanie, znajduje literaturę i czyta ją na koniec to z samoedukacji nie pozostaje nawet ślad! Czy więc możliwa jest samoedukacja w edukacji wczesnoszkolnej? Moim zdaniem nie tylko możliwa ale wręcz jedyna, która ma sens.
Naświetliłam istnienie dwóch problemów: motywacji oraz braku narzędzi, i od tych kwestii zacznę, reszta wyklaruje się w trakcie. [Oczywiście nie miałam dziś zupełnie czasu odświeżać sobie literatury fachowej w związku z tym nie będzie żadnej bibliografii, żadnych cytatów, a tekst to tylko moje refleksje i przemyślenia na temat a nie naukowa, czy choćby paranaukowa publikacja, choć mam taką w planach... jak dzieci będą się już w pełni samoedukować ;)]
Szykując się do ed dokonałam w myślach podziału na "wiedzę" i "narzędzia". Narzędzia muszę córkom wręczyć ja, wiedzą powinny już zdobywać same. Narzędzia to oczywiście umiejętność czytania, pisania, liczenia, organizowania miejsca pracy, korzystania ze źródeł. Wiedza zaś... ach wiedza to cała reszta :). Nauki przyrodnicze, literatura, sztuka, wiedza o społeczeństwie. Na razie zarys jest bardzo ogólny i dostosowany do możliwości małych dzieci. Rzecz w tym, że poznawanie świata poprzez aktywne życie w nim, pełne obserwacji i refleksji dla mnie jest już doskonałą formą samoedukacji. Dziecko zaś ma ciekawość świata wpisaną chyba w geny. Każdy rodzic zna niekończące się ciągi pytań, powstają na ten temat nawet skecze kabaretowe! Bo małe dziecko zaczyna od "co to?" (choć moja Najmłodsza właściwie pokazuje palcem, spogląda pytająco na mnie i wydaje dźwięk o taki: "yyyy?" albo "tooo?" i też wiem o co biega) a potem jest już tylko gorzej. 1000 pytań do. Wielokrotnie powtarzają się te same pytania, jakby młode sprawdzało nas, sprawdzało odpowiedź, upewniało się, aż w końcu dorosłemu cierpliwości nie starcza. "Tak, do jasnej ciasnej petronelki TO JEST KOŃ!! Ile razy mam to powtarzać?!" "A to?" spokojnie pyta kochane maleństwo pokazując na kolejny obrazek, tym razem z psem... Zawsze zaskakuje mnie niesamowita wręcz motywacja jaką mają maluchy. Ba, motywacja, ośli upór! Podziwu godny.
Starsze dzieci mogą zadawać pytania trudniejsze i więcej, lub przestać zadawać pytania w ogóle. My, dorośli, jesteśmy mistrzami zabijania motywacji. Zniechęcamy dzieciaki tekstami "Dowiesz się tego w szkole", "Teraz tego nie zrozumiesz", "Jak będziesz starszy to ci wytłumaczę". Dobra, jest środek nocy i piszę jakieś głupoty. Nigdy, ale to nigdy nie powiedziałam takiego tekstu do swojej córki. Nawet jak zaczęła mnie wypytywać o kobiece przypadłości... Ale wielu dorosłych to robi. Tymczasem nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi a podtrzymanie naturalnej ciekawości świata i rozwijanie jej, ukierunkowywanie jest najprostszą drogą do wykształcenia umiejętności samoedukacji. "Mamo, a skąd się biorą małe ślimaczki?" spytała mnie moja
Najstarsza. Szlag. No nie wiem! Nie pamiętam, serio. A zresztą jaka szansa, że mała zrozumie cykl rozrodczy ślimaka? To przewrotna prowokacja. Przecież nie powiem dziecku: "Będziesz się o ślimakach uczyła w szkole jak będziesz starsza", skoro miesiąc temu cierpliwie tłumaczyłam skąd się biorą małe gąsienice. Nie wahałam się nawet chwili. Siadłyśmy razem, żeby szukać odpowiedzi. Przeczytałam na głos bardziej dla siebie niż dla młodych. Tłumaczyłam prostymi słowami na język dzieci. Obiad spóźnił się o godzinę. Ale kiedy poszłyśmy na spacer i nadziałyśmy się na kaczki z nietypowym dla nas upierzeniem dziewczynki bez wahania zadały mi kolejne pytanie. A gdy przyznałam, że nie znam odpowiedzi Druga oświadczyła: "Nie martw się, jak wrócimy do domu to razem sprawdzimy w komputerze."
Jeśli więc chodzi o motywację do nauki to podstawą jest zadawanie pytań przez dziecko. Im więcej tym lepiej. I udzielanie mądrych, stosownych do wieku odpowiedzi. Małym krasnoludkom trzeba czasem służyć wiedzą jak encyklopedia, bo same czytać nie umieją, ale tak naprawdę wcale nie oznacza to, że ograniczamy im samodzielne uczenie się. Jestem jak gadająca książka. Już niedługo moje córki zamiast mnie pytać będą odpowiedzi szukać same zwłaszcza, że osobiście będę je do źródeł odsyłać. Już teraz wiedzą gdzie te odpowiedzi mogą być! Czasem trzeba tę wiedzę tłumaczyć na ich język - bo młodsze dzieci myślą na poziomie konkretno-wyobrażeniowym, nie abstrakcyjnym. Łatwo bawiąc się w takiego tłumacza spalić obiad. Ale tekst "dorośniesz to zrozumiesz" jest egzekucją aktywnego uczenia się w przyszłości.
Warto wykorzystywać te zytuacje kiedy dziecko zadaje pytanie do konstruowania dużych zadań edukacyjnych. Pytanie "Mamo, czemu Łusia dymi?" zadane w kąpieli było u nas okazją do zorganizowania dużych zajęć dotyczących wody, parowania, zmian temperatury itd. Robiłyśmy eksperymenty i zadawałyśmy całą masę pytań. Potem całą zimę dziewczynki obserwowały zjawisko parowania samorzutnie. I komentowały obficie dowodząc, że najlepsza technika zapamiętywania nowej wiedzy to nauka przez doświadczanie. Ważne jest jednak niezmiernie, aby doświadczając rozumieć! Do rozumienia czasem potrzebna jest mama... a czasem wystarczy już mądra książka. Czasem film, lub audycja.
Czasem oczywiście nie chce mi się czekać aż dziecko zada pytanie. W takich sytuacjach prowokuję okazje do doświadczeń i obserwacji. Od dwóch miesięcy hodujemy w domu fasolę na parapecie, niedługo zakwitnie :), bazylia, którą siałyśmy trzy tygodnie temu już pachnie. Jesienią spotkałyśmy na spacerze wielkiego pająka. Dziewczynki ominęłyby go wielkim łukiem, gdybym nie zatrzymała się i nie zaczęła zadawać pytań... "Ile on ma nóg?" Policzcie nogi ruszającemu się pająkowi! "A gdzie jego żona?" pyta najstarsza - i to już okazja edukacyjna nie do przegapienia!
Na placu zabaw panienki znalazły biedronkę. Spytały czy mogą ją wziąć do domu. A ja się zgodziłam. Bo biedronka w domu jest okazją do obserwacji nieustającą, podczas gdy taka pozostawiona na placu zabaw szybko idzie w niepamięć.
Wracałyśmy ostatnio ze spaceru i moje córki rozżalone oświadczyły, że je okłamałam bo wcale nie ma wiosny, bo nigdzie nie widać kolorowych kwiatów! Jakoś te wiosenne cebulkowe były mało przekonujące widocznie. Ale na szczęście dookoła rośnie cała masa drzew i krzewów. Powrót ze spaceru trwał dłużej niż sam spacer. Porównywałyśmy kwiaty brzozy, klonu i jesionu, a potem białe kwiatki mirabelki i żółte forsycji. Dziewczynki liczyły płatki, porównywały liczbę pręcików, zadawały pytania i słuchały odpowiedzi. Potem na kolejne mijane krzaki rzuciły się już "dobrowolnie", że tak powiem, zasypując mnie swoimi obserwacjami.
Jesienią zaplanowałam panienkom blok edukacyjny: ciało człowieka. Zresztą był przewidziany w programie nauczania. Oczywiście beztrosko olałam podręczniki zalecane i zaczęłam od zabawy w kąpieli, uważnej obserwacji własnego ciała. W bibliotece zaś wyszukałam kilka pozycji adresowanych do małych dzieci, wypożyczyłam wszystkie i wzięłyśmy się za czytanie, oglądanie itd (a niektóre książki były naprawdę fascynujące, aż żal, że nie ma ich już w sprzedaży). W tej sytuacji pytania sprowokowałam ja. Ale zadawały je moje panny, żywo zainteresowane tematem. A odpowiedzi szukałyśmy razem. Potem przez miesiąc książki towarzyszyły dziewczynkom podczas zasypiania, bo młode utrwalały wiedzę intensywnie studiując ilustracje. Ma to swoje wady oczywiście. Przez jakiś czas młode były przekonane, że bakteria jest mała, zielona lub czerwona i w ręku nosi dzidę... gdzieś akurat taki był obrazek.
Matody? Techniki? Nie ma lepszej metody zapamiętywania niż uczenie się tego co w tym momencie interesuje. Ale stosuję różne techniki, a jakże. Ostatnio piekąc zebrę śpiewałyśmy przepis, czy raczej ja go skandowałam klaszcząc i tupiąc w rytm a panienki powtarzały wniebowzięte. Myślę, że na długo zapamiętają ile łyżek kakao trzeba dodać do cista...
Podobno żółty kolor pomaga. Całkiem serio! Moja nauczycielka plastyki i techniki w Kolegium opowiadała nam o właściwościach barw ich wpływie na myślenie i nastrój i ponoć żółty wspomaga proces zapamiętywania. Nie wiem, jakoś nie zauważyłam różnicy. Natomiast na pewno skutecznie działają pozytywne emocje, które się odczuwa podczas nauki.
Metody, hmm... tak metody są różne. Przez doświadczanie, metody podające, problemowe... nie, nie będę nawet szukać sensownego podziału metod, zwłaszcza, że już 1:34 w nocy, inny tekst tylko o metodach kiedyś napiszę. Ostro krytykujemy szkołę za to, że stosuje się w niej masowo metody podające (podręczniki, karty pracy, ewentualnie nagranie audio czy film) i krytyka jest uzasadniona. Ale nie dlatego, że to są złe metody. One po prostu nie powinny dominować procesu edukacji. Nic nie zastąpi doświadczenia! Ha, opowiadała mi moja bratowa taką rozmowę z nauczycielką podczas praktyk studenckich. "To pani zrobi - odhaczyła w scenariuszu zajęć nauczycielka - a to wszystko proszę pominąć [wykreślone zagadnienia to było krojenie owoców, wykonanie sałatki i kanapek itp]. To jest szkoła nie przedszkole, my się tu uczymy nie bawimy!". Oni się pewnie uczą i masowo mordują w dzieciach chęć uczenia się. Cóż, my się bawimy. Dobrą zabawę lepiej się pamięta.
Z metod polecam eksperymenty. Skąd je brać? Z innych blogów. Z internetu. Z książki "365 eksperymentów, na każdy dzień w roku" itd. Poprosić panią bibliotekarkę w wypożyczali książek dla dzieci. U mnie to się sprawdza. Zwykle podczas takiego eksperymentu udaje się jednocześnie kształtować umiejętności, przyswajać wiedzę z różnych dziedzin i zachwycać światem.
Kolejna ulubiona metoda to gry. Superfarmer: podwajanie, przeliczanie, umiejętności strategiczne, choć dla mojej najstarszej córki najważniejsze było zbudowanie porządnego płotu do ochrony przed wilkiem. Karty są podobno niezastąpione w treningu liczenia; gra w wojnę - wspaniała do nauki cyfr i porównywania liczebności zbiorów nawet dla pięciolatka, my gramy na razie bez figur. Domino - tu nie trzeba tłumaczyć. Warcaby. Gry planszowe mają przeogromną ilość funkcji, ba, ich zaletą jest to, że na każdy temat można zrobić taką grę samemu - wraz z dzieckiem. Duży karton, flamastry, kostka do gry i cokolwiek co będzie pełnić funkcję pionka. Wystarczy powycinać z kolorowych gazet obrazki, ponaklejać na pola i ustalić co "z tym" robimy. Ja proponuję dla każdego stającego na obrazku żaby zakumkać jak żaba. A dla każdego kto stanie na obrazku słonia wymienić co słoń lubi jeść. A na obrazku mydła... na przykład wymienić jakąś część ciała, którą trzeba myć i wyjaśnić czemu. Tylko bez głupich skojarzeń! Całkiem serio, znalazłam takie zagadnienie na liście pytań testu gotowości szkolnej dla sześciolatków.
Ja tak tylko rzucam luźne pomysły, które akurat teraz przychodzą mi do głowy.
Chodzi mi ostatnio po czaszce taki plan na naukę kontynentów i państw. Duża mapa, sam jej kontur, na niej zaznaczone kontury kontynentów a same kontynenty wycięte osobno tak by pasowały do mapy, zadanie to dopasować kontynenty do konturów na mapie, do nich dopasować nazwy - to już dla czytających - na kontynentach kontury państw i w drugiej turze dopasować te państwa - osobno wycięte z kolorowych kartonów, tektury albo deseczek - do konturów na kontynentach. Do nich nazwy, stolice i flagi... obrazki zwierząt często spotykanych i roślinności, kartki z opisami państw, klimatu (dla młodszych dzieci wystarczą obrazki symbolizujące klimat: słoneczko, śnieżynka itd), obrazki z "tubylcami". Taka pomoc do samodzielnego zrobienia wymaga zapewne pracy ale ta praca też powinna być wspólna, a sprawdzi się pomoc zarówno do zabawy grupowej jak i w pojedynkę... Mogło by być zabawne, nie? Tu w zapamiętywaniu pomoże manipulacja przedmiotem.
Pamiętacie Matrixa? Neo będąc u tej starszej pani, która miała mu przepowiedzieć jego przyszłość spotkał dzieci bawiące się wyginaniem łyżki siłą woli. Na pytanie jak to zrobić? Dzieciak odpowiada: "There is no spoon." I jak tak to własnie widzę. Nie ma żadnej łyżki. System usiłuje nas przekonać, że program szkolny to jakaś magia, do której dostęp mają wtajemniczeni. Będę trochę kontrowersyjna, ale powiem szczerze, że moim zdaniem dziś zajęcia w edukacji początkowej mogłaby prowadzić nawet woźna. Do programu dołączony jest zestaw scenariuszy zajęć, gdzie jest krok po kroku wypisany każdy element lekcji, i gdzie to jest w podręczniku. A reklamowane "kształcenie zintegrowane" to w prawie wszystkich przypadkach zwykła ściema. Ot, nauczanie w oparciu o ciągi skojarzeń. Jest zima? To przeczytamy o bałwanku, poznamy "B,b", policzymy bałwanki, narysujemy bałwanka i poznamy piosenkę o bałwanku. No błagam, żałosne. Nie ma żadnej łyżki. Dzieci zimą chcą lepić bałwana bo to fajna zabawa, i dowiedzieć się, czemu z buzi leci dym skoro nie palimy papierosów. Czemu woda zamarza a jak zamarznie w słoiku to słoik pęka. Moje córki powtarzały to doświadczenie kilka razy. Fascynowało je to. A śniegiem bawiły się cały dzień w ciepłym domu. Przyniosłam im całe wiadro i pozwoliłam dłubać do woli. Całą masę rzeczy zrobiłyśmy z tym śniegiem. Lepiłyśmy, topiłyśmy, stopiony filtrowałyśmy przez białą tetrę, a dziewczynki samorzutnie bawiły się nim kilka godzin do zabawy wykorzystując gumowe pingwiny, morsa i fokę. Jeśli mam być szczera to nawet nie wiem, co podręczniki przewidziały na ten czas. Wcale ich nie kupiłam.
Przede wszystkim zaś naszym działaniom towarzyszy rozmowa. Pytania, poszukiwanie odpowiedzi, wymiana refleksji.
Najbardziej kocham w tym co robię z moimi córkami obserwowanie ich reakcji - to jakbym widziała cały świat po raz pierwszy - ich oczami. Chyba jestem największym dzieckiem z całej naszej gromadki. Zachwyca mnie świeżość spojrzenia, nowe odkrycie! "Mamo, mamo, zobacz listki urosły! Są większe!" Prawda? Zauważyliście? Bo ja tak, rany, no mówię wam, taki malutki wiosenny listek! Coś ślicznego!
Warto poza kupieniem kompletu podręczników kupić Program nauczania. Albo ściągnąć go z internetu, mój był za darmo wystawiony na stronie wydawnictwa. Wtedy łatwo uzyskać pełny obraz tego, co przewidziane jest w blokach, czy obszarach, czy jak też to będzie nazwane, a następnie zupełnie spokojnie pobawić się tymi treściami z dzieckiem. Wystarczy dopasować pytanie dziecka do obszaru, czy bloku, pomyśleć jak można to ciekawie rozbudować samemu i w drogę. Pory roku, dzień i noc, słońce i księżyc, wszystkie te zagadnienia sprowadzają się u mnie do układu słonecznego. Mój program przewidywał wprowadzenie tych zagadnień zimą czy wiosną? Nawet nie wiem. Ale moje panny zaczęły zadawać pytania we wrześniu. Spędziłam kilka nocy na poszukiwaniu najlepszych wizualizacji ruchu obrotowego ziemi, układu słonecznego itd. Wykonałam model w domu z użyciem lampy, piłki itd, w jednej z wersji modelu układu słonecznego Trzecia córka była słońcem, Pierwsza ziemią Druga księżycem. Miałyśmy z tego niezłą frajdę, nawet jeśli dziewczyny nie wszystko zrozumiały i zapamiętały.
Dobra, ale ja się tu rozpisuję o treściach a poza ciekawymi rzeczami są i nudne. Niestety. Narzędzia. Szlaczki celowo i z premedytacją omijam, bo mam oddzielny tekst w połowie napisany, który będzie dotyczył tylko grafomotoryki. Ale są też inne narzędzia. Głoski, sylaby, liczby, cyfry, figury. Jak pomóc je zapamiętać, utrwalać? Odpowiedzią na pytanie są zabawki. Manipulacja przedmiotami. I nieśmiertelne, niezastąpione gry. Nie ma co się łudzić, jednemu rodzicowi trafi się dziecko, które raz spojrzy i zapamięta a drugiemu trafi się dziecko, które przez rok dzień w dzień będzie mylić "o" i "u" a pozostałe "obrazy graficzne głoski" będą tylko dziwnymi znaczkami. Moja Druga - niespełna sześć lat - zaczyna czytać; moja Pierwsza - prawie siedem lat - rozpoznaje "A" oraz "i". I oczywiście myli "o" z "u". Na moje oko - będzie w rodzinie silny dyslektyk. W sumie bardziej mnie to cieszy niż martwi, musi mieć dziewczyna jakiś wyjątkowy talent. Ale trzeba jej będzie pomóc w zapamiętaniu liter. Z cyframi jest zresztą to samo. Pomocny będzie dla niej ruchomy alfabet, tak by rączki pomogły zapamiętać kształt skoro oczy nie mogą. Czasem pomagam jej rozpoznawać symbol opisując go. Młoda ma kłopot z zapamiętaniem znaku, ale zapamiętuje jego opis! Szok! Spytałam ją dziś jak wygląd cyfra 6, bo nie potrafiła jej narysować. Potrafiła ją za to opisać. A ja narysowałam pod jej dyktando - obie byłyśmy zadowolone z efektu. Od pani psycholog z poradni wiem, że córcia ma opóźnienie w rozwoju analizatora wzrokowego i najprawdopodobniej też słuchowego. To nie będzie łatwe, ale na pewno znajdziemy takie metody, które będą jej pomagać.
Manipulacja przedmiotami to prosta sprawa. Można sięgnąć po zwykłe klocki. A można zajrzeć do jednego ze sklepów internetowych i kupić pomoce. Albo starannie obejrzeć i zrobić samemu. A potem - wzorem Marii Montessori - pozwolić dziecku uczyć się samemu. Osobiście polecam Mozaikę z książeczką wzorów - pomoc, którą znam i doceniam jej wartość. Ha, w podobnym stylu Granna zrobiła "Kolorowy kod", też fantastyczna gra, czy raczej zabawka. Mam ją na liście do kupienia. Wszystkie formy zapamiętywania, które łączą w sobie poznanie wielozmysłowe są bardzo pomocne: wzrok, dotyk, manipulacja - ruchomy alfabet powinien być więc ciekawy w dotyku, tak by faktura materiału wspomagała zapamiętywanie (to taki skrót myślowy, zrozumiały?). (Serdecznie polecam wszystkie blogi miłośniczek Montessori, niewyczerpane źródło inspiracji.)
I oczywiście, żeby nie zapomnieć, komputer. Tak, tak, gry komputerowe, programy do nauki rysowania, projektowania, gry edukacyjne, te wszystkie "szkodliwe głupoty" mogą być niezastąpioną pomocą. Wymuszają samodzielność (przynajmniej u nas, bo są odkładane na "deser", a gdy dziewczynki mają "deser" ja mam nadrabianie domowych obowiązków czyli "kurzenie domowe" i tkwienie prze kompie odpada), wymuszają umiejętność samodyscypliny - bo na gry wyznaczony jest określony czas, jeden komputer obsługuje u nas trójkę dzieci i dwoje dorosłych. Poza tym dbam o urozmaicenie gier i wciąż podsuwam coś nowego. No i zagwarantowaną mam indywidualizację wg potrzeb i zainteresowań, a również naukę współpracy, bo dziewczynki często tkwią przy komputerze razem i rozwiązują zadania wzajemnie sobie pomagając, lub wspólnie ucząc się piosenek.
Z mojej strony to tylko zarys. Ale może komuś przyda się taka inspiracja. Ach, na koniec coś podejścia babskiego, czyli lecimy po emocjach. Jak coś ma być robione na siłę, w nerwach i stresie to lepiej odłożyć to na jutro, albo na za miesiąc. A teraz zrobić to co wywołuje uśmiech. I moim zdaniem, zupełnie prywatnym, dużo miłości okazywanej na codzień też pomaga w zapamiętywaniu. Przytulona córcia zapamiętuje na dłużej, to fakt. I chętniej sięga po nową dawkę wiedzy, z dumą chwaląc się, że ją zdobyła. Podobno też zamiast mówić "jestem z ciebie dumna" powinno się mówić "możesz być z siebie dumna". Pojęcia nie mam ile w tym prawdy. Ja na wszelki wypadek wypowiadam obie formułki. ;) U mnie szarzeje niebo... Pozdrawiam.
Mam za to ogromną ilość przemyśleń, sporo obserwacji i głód wiedzy oraz doświadczeń. Żywej wiedzy. Tej, którą najczęściej rodzice dzieci posiadają. Z radością przeczytam każdy komentarz. Przemyślę. I skorzystam.
Samoedukacja, pojęcie proste i w praktyce też pozornie łatwo sobie wyobrazić realizację. Ot, postawić sobie problem, znaleźć odpowiednią literaturę fachową, przeczytać i już! Można też odwiedzić odpowiednie muzeum, wystawę, miasto, park, szklarnię, fabrykę, pooglądać warsztat pracy... itd. Łatwizna! Teoretycznie. Bo w praktyce istota zagadnienia samoedukacji w wielu przypadkach to nie "jak to robić", tylko "co zrobić, żeby ono (dziecko ukochane w wieku gimnazjalnym na przykład) chciało się za to wziąć!". A to już problem braku motywacji. Problem jest poważny i nie dotyczy wcale tylko gimnazjalistów (wiadomo, licealista ma już maturę w perpektywie a to jest dość silna motywacja zewnętrzna, coś jak kopniak w ...), brak motywacji "nie chce mi sięę...", "mamo, to mi się nudziiii..." i tym podobne jęki to już standardowa reakcja nawet mojej niespełna czteroletniej Trzeciej, że nie wspomnę o niespełna sześcioletniej Drugiej i niespełna siedmioletniej Pierwszej (choć żaby im oddać sprawiedliwość dotyczy to zwykle tylko sprzątania i szlaczków).
I drugi poważny problem. Co zrobić jeśli dziecko NIE UMIE CZYTAĆ? Przecież jeśli to rodzic zadaje zadanie, znajduje literaturę i czyta ją na koniec to z samoedukacji nie pozostaje nawet ślad! Czy więc możliwa jest samoedukacja w edukacji wczesnoszkolnej? Moim zdaniem nie tylko możliwa ale wręcz jedyna, która ma sens.
Naświetliłam istnienie dwóch problemów: motywacji oraz braku narzędzi, i od tych kwestii zacznę, reszta wyklaruje się w trakcie. [Oczywiście nie miałam dziś zupełnie czasu odświeżać sobie literatury fachowej w związku z tym nie będzie żadnej bibliografii, żadnych cytatów, a tekst to tylko moje refleksje i przemyślenia na temat a nie naukowa, czy choćby paranaukowa publikacja, choć mam taką w planach... jak dzieci będą się już w pełni samoedukować ;)]
Szykując się do ed dokonałam w myślach podziału na "wiedzę" i "narzędzia". Narzędzia muszę córkom wręczyć ja, wiedzą powinny już zdobywać same. Narzędzia to oczywiście umiejętność czytania, pisania, liczenia, organizowania miejsca pracy, korzystania ze źródeł. Wiedza zaś... ach wiedza to cała reszta :). Nauki przyrodnicze, literatura, sztuka, wiedza o społeczeństwie. Na razie zarys jest bardzo ogólny i dostosowany do możliwości małych dzieci. Rzecz w tym, że poznawanie świata poprzez aktywne życie w nim, pełne obserwacji i refleksji dla mnie jest już doskonałą formą samoedukacji. Dziecko zaś ma ciekawość świata wpisaną chyba w geny. Każdy rodzic zna niekończące się ciągi pytań, powstają na ten temat nawet skecze kabaretowe! Bo małe dziecko zaczyna od "co to?" (choć moja Najmłodsza właściwie pokazuje palcem, spogląda pytająco na mnie i wydaje dźwięk o taki: "yyyy?" albo "tooo?" i też wiem o co biega) a potem jest już tylko gorzej. 1000 pytań do. Wielokrotnie powtarzają się te same pytania, jakby młode sprawdzało nas, sprawdzało odpowiedź, upewniało się, aż w końcu dorosłemu cierpliwości nie starcza. "Tak, do jasnej ciasnej petronelki TO JEST KOŃ!! Ile razy mam to powtarzać?!" "A to?" spokojnie pyta kochane maleństwo pokazując na kolejny obrazek, tym razem z psem... Zawsze zaskakuje mnie niesamowita wręcz motywacja jaką mają maluchy. Ba, motywacja, ośli upór! Podziwu godny.
Starsze dzieci mogą zadawać pytania trudniejsze i więcej, lub przestać zadawać pytania w ogóle. My, dorośli, jesteśmy mistrzami zabijania motywacji. Zniechęcamy dzieciaki tekstami "Dowiesz się tego w szkole", "Teraz tego nie zrozumiesz", "Jak będziesz starszy to ci wytłumaczę". Dobra, jest środek nocy i piszę jakieś głupoty. Nigdy, ale to nigdy nie powiedziałam takiego tekstu do swojej córki. Nawet jak zaczęła mnie wypytywać o kobiece przypadłości... Ale wielu dorosłych to robi. Tymczasem nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi a podtrzymanie naturalnej ciekawości świata i rozwijanie jej, ukierunkowywanie jest najprostszą drogą do wykształcenia umiejętności samoedukacji. "Mamo, a skąd się biorą małe ślimaczki?" spytała mnie moja
Najstarsza. Szlag. No nie wiem! Nie pamiętam, serio. A zresztą jaka szansa, że mała zrozumie cykl rozrodczy ślimaka? To przewrotna prowokacja. Przecież nie powiem dziecku: "Będziesz się o ślimakach uczyła w szkole jak będziesz starsza", skoro miesiąc temu cierpliwie tłumaczyłam skąd się biorą małe gąsienice. Nie wahałam się nawet chwili. Siadłyśmy razem, żeby szukać odpowiedzi. Przeczytałam na głos bardziej dla siebie niż dla młodych. Tłumaczyłam prostymi słowami na język dzieci. Obiad spóźnił się o godzinę. Ale kiedy poszłyśmy na spacer i nadziałyśmy się na kaczki z nietypowym dla nas upierzeniem dziewczynki bez wahania zadały mi kolejne pytanie. A gdy przyznałam, że nie znam odpowiedzi Druga oświadczyła: "Nie martw się, jak wrócimy do domu to razem sprawdzimy w komputerze."
Jeśli więc chodzi o motywację do nauki to podstawą jest zadawanie pytań przez dziecko. Im więcej tym lepiej. I udzielanie mądrych, stosownych do wieku odpowiedzi. Małym krasnoludkom trzeba czasem służyć wiedzą jak encyklopedia, bo same czytać nie umieją, ale tak naprawdę wcale nie oznacza to, że ograniczamy im samodzielne uczenie się. Jestem jak gadająca książka. Już niedługo moje córki zamiast mnie pytać będą odpowiedzi szukać same zwłaszcza, że osobiście będę je do źródeł odsyłać. Już teraz wiedzą gdzie te odpowiedzi mogą być! Czasem trzeba tę wiedzę tłumaczyć na ich język - bo młodsze dzieci myślą na poziomie konkretno-wyobrażeniowym, nie abstrakcyjnym. Łatwo bawiąc się w takiego tłumacza spalić obiad. Ale tekst "dorośniesz to zrozumiesz" jest egzekucją aktywnego uczenia się w przyszłości.
Warto wykorzystywać te zytuacje kiedy dziecko zadaje pytanie do konstruowania dużych zadań edukacyjnych. Pytanie "Mamo, czemu Łusia dymi?" zadane w kąpieli było u nas okazją do zorganizowania dużych zajęć dotyczących wody, parowania, zmian temperatury itd. Robiłyśmy eksperymenty i zadawałyśmy całą masę pytań. Potem całą zimę dziewczynki obserwowały zjawisko parowania samorzutnie. I komentowały obficie dowodząc, że najlepsza technika zapamiętywania nowej wiedzy to nauka przez doświadczanie. Ważne jest jednak niezmiernie, aby doświadczając rozumieć! Do rozumienia czasem potrzebna jest mama... a czasem wystarczy już mądra książka. Czasem film, lub audycja.
Czasem oczywiście nie chce mi się czekać aż dziecko zada pytanie. W takich sytuacjach prowokuję okazje do doświadczeń i obserwacji. Od dwóch miesięcy hodujemy w domu fasolę na parapecie, niedługo zakwitnie :), bazylia, którą siałyśmy trzy tygodnie temu już pachnie. Jesienią spotkałyśmy na spacerze wielkiego pająka. Dziewczynki ominęłyby go wielkim łukiem, gdybym nie zatrzymała się i nie zaczęła zadawać pytań... "Ile on ma nóg?" Policzcie nogi ruszającemu się pająkowi! "A gdzie jego żona?" pyta najstarsza - i to już okazja edukacyjna nie do przegapienia!
Na placu zabaw panienki znalazły biedronkę. Spytały czy mogą ją wziąć do domu. A ja się zgodziłam. Bo biedronka w domu jest okazją do obserwacji nieustającą, podczas gdy taka pozostawiona na placu zabaw szybko idzie w niepamięć.
Wracałyśmy ostatnio ze spaceru i moje córki rozżalone oświadczyły, że je okłamałam bo wcale nie ma wiosny, bo nigdzie nie widać kolorowych kwiatów! Jakoś te wiosenne cebulkowe były mało przekonujące widocznie. Ale na szczęście dookoła rośnie cała masa drzew i krzewów. Powrót ze spaceru trwał dłużej niż sam spacer. Porównywałyśmy kwiaty brzozy, klonu i jesionu, a potem białe kwiatki mirabelki i żółte forsycji. Dziewczynki liczyły płatki, porównywały liczbę pręcików, zadawały pytania i słuchały odpowiedzi. Potem na kolejne mijane krzaki rzuciły się już "dobrowolnie", że tak powiem, zasypując mnie swoimi obserwacjami.
Jesienią zaplanowałam panienkom blok edukacyjny: ciało człowieka. Zresztą był przewidziany w programie nauczania. Oczywiście beztrosko olałam podręczniki zalecane i zaczęłam od zabawy w kąpieli, uważnej obserwacji własnego ciała. W bibliotece zaś wyszukałam kilka pozycji adresowanych do małych dzieci, wypożyczyłam wszystkie i wzięłyśmy się za czytanie, oglądanie itd (a niektóre książki były naprawdę fascynujące, aż żal, że nie ma ich już w sprzedaży). W tej sytuacji pytania sprowokowałam ja. Ale zadawały je moje panny, żywo zainteresowane tematem. A odpowiedzi szukałyśmy razem. Potem przez miesiąc książki towarzyszyły dziewczynkom podczas zasypiania, bo młode utrwalały wiedzę intensywnie studiując ilustracje. Ma to swoje wady oczywiście. Przez jakiś czas młode były przekonane, że bakteria jest mała, zielona lub czerwona i w ręku nosi dzidę... gdzieś akurat taki był obrazek.
Matody? Techniki? Nie ma lepszej metody zapamiętywania niż uczenie się tego co w tym momencie interesuje. Ale stosuję różne techniki, a jakże. Ostatnio piekąc zebrę śpiewałyśmy przepis, czy raczej ja go skandowałam klaszcząc i tupiąc w rytm a panienki powtarzały wniebowzięte. Myślę, że na długo zapamiętają ile łyżek kakao trzeba dodać do cista...
Podobno żółty kolor pomaga. Całkiem serio! Moja nauczycielka plastyki i techniki w Kolegium opowiadała nam o właściwościach barw ich wpływie na myślenie i nastrój i ponoć żółty wspomaga proces zapamiętywania. Nie wiem, jakoś nie zauważyłam różnicy. Natomiast na pewno skutecznie działają pozytywne emocje, które się odczuwa podczas nauki.
Metody, hmm... tak metody są różne. Przez doświadczanie, metody podające, problemowe... nie, nie będę nawet szukać sensownego podziału metod, zwłaszcza, że już 1:34 w nocy, inny tekst tylko o metodach kiedyś napiszę. Ostro krytykujemy szkołę za to, że stosuje się w niej masowo metody podające (podręczniki, karty pracy, ewentualnie nagranie audio czy film) i krytyka jest uzasadniona. Ale nie dlatego, że to są złe metody. One po prostu nie powinny dominować procesu edukacji. Nic nie zastąpi doświadczenia! Ha, opowiadała mi moja bratowa taką rozmowę z nauczycielką podczas praktyk studenckich. "To pani zrobi - odhaczyła w scenariuszu zajęć nauczycielka - a to wszystko proszę pominąć [wykreślone zagadnienia to było krojenie owoców, wykonanie sałatki i kanapek itp]. To jest szkoła nie przedszkole, my się tu uczymy nie bawimy!". Oni się pewnie uczą i masowo mordują w dzieciach chęć uczenia się. Cóż, my się bawimy. Dobrą zabawę lepiej się pamięta.
Z metod polecam eksperymenty. Skąd je brać? Z innych blogów. Z internetu. Z książki "365 eksperymentów, na każdy dzień w roku" itd. Poprosić panią bibliotekarkę w wypożyczali książek dla dzieci. U mnie to się sprawdza. Zwykle podczas takiego eksperymentu udaje się jednocześnie kształtować umiejętności, przyswajać wiedzę z różnych dziedzin i zachwycać światem.
Kolejna ulubiona metoda to gry. Superfarmer: podwajanie, przeliczanie, umiejętności strategiczne, choć dla mojej najstarszej córki najważniejsze było zbudowanie porządnego płotu do ochrony przed wilkiem. Karty są podobno niezastąpione w treningu liczenia; gra w wojnę - wspaniała do nauki cyfr i porównywania liczebności zbiorów nawet dla pięciolatka, my gramy na razie bez figur. Domino - tu nie trzeba tłumaczyć. Warcaby. Gry planszowe mają przeogromną ilość funkcji, ba, ich zaletą jest to, że na każdy temat można zrobić taką grę samemu - wraz z dzieckiem. Duży karton, flamastry, kostka do gry i cokolwiek co będzie pełnić funkcję pionka. Wystarczy powycinać z kolorowych gazet obrazki, ponaklejać na pola i ustalić co "z tym" robimy. Ja proponuję dla każdego stającego na obrazku żaby zakumkać jak żaba. A dla każdego kto stanie na obrazku słonia wymienić co słoń lubi jeść. A na obrazku mydła... na przykład wymienić jakąś część ciała, którą trzeba myć i wyjaśnić czemu. Tylko bez głupich skojarzeń! Całkiem serio, znalazłam takie zagadnienie na liście pytań testu gotowości szkolnej dla sześciolatków.
Ja tak tylko rzucam luźne pomysły, które akurat teraz przychodzą mi do głowy.
Chodzi mi ostatnio po czaszce taki plan na naukę kontynentów i państw. Duża mapa, sam jej kontur, na niej zaznaczone kontury kontynentów a same kontynenty wycięte osobno tak by pasowały do mapy, zadanie to dopasować kontynenty do konturów na mapie, do nich dopasować nazwy - to już dla czytających - na kontynentach kontury państw i w drugiej turze dopasować te państwa - osobno wycięte z kolorowych kartonów, tektury albo deseczek - do konturów na kontynentach. Do nich nazwy, stolice i flagi... obrazki zwierząt często spotykanych i roślinności, kartki z opisami państw, klimatu (dla młodszych dzieci wystarczą obrazki symbolizujące klimat: słoneczko, śnieżynka itd), obrazki z "tubylcami". Taka pomoc do samodzielnego zrobienia wymaga zapewne pracy ale ta praca też powinna być wspólna, a sprawdzi się pomoc zarówno do zabawy grupowej jak i w pojedynkę... Mogło by być zabawne, nie? Tu w zapamiętywaniu pomoże manipulacja przedmiotem.
Pamiętacie Matrixa? Neo będąc u tej starszej pani, która miała mu przepowiedzieć jego przyszłość spotkał dzieci bawiące się wyginaniem łyżki siłą woli. Na pytanie jak to zrobić? Dzieciak odpowiada: "There is no spoon." I jak tak to własnie widzę. Nie ma żadnej łyżki. System usiłuje nas przekonać, że program szkolny to jakaś magia, do której dostęp mają wtajemniczeni. Będę trochę kontrowersyjna, ale powiem szczerze, że moim zdaniem dziś zajęcia w edukacji początkowej mogłaby prowadzić nawet woźna. Do programu dołączony jest zestaw scenariuszy zajęć, gdzie jest krok po kroku wypisany każdy element lekcji, i gdzie to jest w podręczniku. A reklamowane "kształcenie zintegrowane" to w prawie wszystkich przypadkach zwykła ściema. Ot, nauczanie w oparciu o ciągi skojarzeń. Jest zima? To przeczytamy o bałwanku, poznamy "B,b", policzymy bałwanki, narysujemy bałwanka i poznamy piosenkę o bałwanku. No błagam, żałosne. Nie ma żadnej łyżki. Dzieci zimą chcą lepić bałwana bo to fajna zabawa, i dowiedzieć się, czemu z buzi leci dym skoro nie palimy papierosów. Czemu woda zamarza a jak zamarznie w słoiku to słoik pęka. Moje córki powtarzały to doświadczenie kilka razy. Fascynowało je to. A śniegiem bawiły się cały dzień w ciepłym domu. Przyniosłam im całe wiadro i pozwoliłam dłubać do woli. Całą masę rzeczy zrobiłyśmy z tym śniegiem. Lepiłyśmy, topiłyśmy, stopiony filtrowałyśmy przez białą tetrę, a dziewczynki samorzutnie bawiły się nim kilka godzin do zabawy wykorzystując gumowe pingwiny, morsa i fokę. Jeśli mam być szczera to nawet nie wiem, co podręczniki przewidziały na ten czas. Wcale ich nie kupiłam.
Przede wszystkim zaś naszym działaniom towarzyszy rozmowa. Pytania, poszukiwanie odpowiedzi, wymiana refleksji.
Najbardziej kocham w tym co robię z moimi córkami obserwowanie ich reakcji - to jakbym widziała cały świat po raz pierwszy - ich oczami. Chyba jestem największym dzieckiem z całej naszej gromadki. Zachwyca mnie świeżość spojrzenia, nowe odkrycie! "Mamo, mamo, zobacz listki urosły! Są większe!" Prawda? Zauważyliście? Bo ja tak, rany, no mówię wam, taki malutki wiosenny listek! Coś ślicznego!
Warto poza kupieniem kompletu podręczników kupić Program nauczania. Albo ściągnąć go z internetu, mój był za darmo wystawiony na stronie wydawnictwa. Wtedy łatwo uzyskać pełny obraz tego, co przewidziane jest w blokach, czy obszarach, czy jak też to będzie nazwane, a następnie zupełnie spokojnie pobawić się tymi treściami z dzieckiem. Wystarczy dopasować pytanie dziecka do obszaru, czy bloku, pomyśleć jak można to ciekawie rozbudować samemu i w drogę. Pory roku, dzień i noc, słońce i księżyc, wszystkie te zagadnienia sprowadzają się u mnie do układu słonecznego. Mój program przewidywał wprowadzenie tych zagadnień zimą czy wiosną? Nawet nie wiem. Ale moje panny zaczęły zadawać pytania we wrześniu. Spędziłam kilka nocy na poszukiwaniu najlepszych wizualizacji ruchu obrotowego ziemi, układu słonecznego itd. Wykonałam model w domu z użyciem lampy, piłki itd, w jednej z wersji modelu układu słonecznego Trzecia córka była słońcem, Pierwsza ziemią Druga księżycem. Miałyśmy z tego niezłą frajdę, nawet jeśli dziewczyny nie wszystko zrozumiały i zapamiętały.
Dobra, ale ja się tu rozpisuję o treściach a poza ciekawymi rzeczami są i nudne. Niestety. Narzędzia. Szlaczki celowo i z premedytacją omijam, bo mam oddzielny tekst w połowie napisany, który będzie dotyczył tylko grafomotoryki. Ale są też inne narzędzia. Głoski, sylaby, liczby, cyfry, figury. Jak pomóc je zapamiętać, utrwalać? Odpowiedzią na pytanie są zabawki. Manipulacja przedmiotami. I nieśmiertelne, niezastąpione gry. Nie ma co się łudzić, jednemu rodzicowi trafi się dziecko, które raz spojrzy i zapamięta a drugiemu trafi się dziecko, które przez rok dzień w dzień będzie mylić "o" i "u" a pozostałe "obrazy graficzne głoski" będą tylko dziwnymi znaczkami. Moja Druga - niespełna sześć lat - zaczyna czytać; moja Pierwsza - prawie siedem lat - rozpoznaje "A" oraz "i". I oczywiście myli "o" z "u". Na moje oko - będzie w rodzinie silny dyslektyk. W sumie bardziej mnie to cieszy niż martwi, musi mieć dziewczyna jakiś wyjątkowy talent. Ale trzeba jej będzie pomóc w zapamiętaniu liter. Z cyframi jest zresztą to samo. Pomocny będzie dla niej ruchomy alfabet, tak by rączki pomogły zapamiętać kształt skoro oczy nie mogą. Czasem pomagam jej rozpoznawać symbol opisując go. Młoda ma kłopot z zapamiętaniem znaku, ale zapamiętuje jego opis! Szok! Spytałam ją dziś jak wygląd cyfra 6, bo nie potrafiła jej narysować. Potrafiła ją za to opisać. A ja narysowałam pod jej dyktando - obie byłyśmy zadowolone z efektu. Od pani psycholog z poradni wiem, że córcia ma opóźnienie w rozwoju analizatora wzrokowego i najprawdopodobniej też słuchowego. To nie będzie łatwe, ale na pewno znajdziemy takie metody, które będą jej pomagać.
Manipulacja przedmiotami to prosta sprawa. Można sięgnąć po zwykłe klocki. A można zajrzeć do jednego ze sklepów internetowych i kupić pomoce. Albo starannie obejrzeć i zrobić samemu. A potem - wzorem Marii Montessori - pozwolić dziecku uczyć się samemu. Osobiście polecam Mozaikę z książeczką wzorów - pomoc, którą znam i doceniam jej wartość. Ha, w podobnym stylu Granna zrobiła "Kolorowy kod", też fantastyczna gra, czy raczej zabawka. Mam ją na liście do kupienia. Wszystkie formy zapamiętywania, które łączą w sobie poznanie wielozmysłowe są bardzo pomocne: wzrok, dotyk, manipulacja - ruchomy alfabet powinien być więc ciekawy w dotyku, tak by faktura materiału wspomagała zapamiętywanie (to taki skrót myślowy, zrozumiały?). (Serdecznie polecam wszystkie blogi miłośniczek Montessori, niewyczerpane źródło inspiracji.)
I oczywiście, żeby nie zapomnieć, komputer. Tak, tak, gry komputerowe, programy do nauki rysowania, projektowania, gry edukacyjne, te wszystkie "szkodliwe głupoty" mogą być niezastąpioną pomocą. Wymuszają samodzielność (przynajmniej u nas, bo są odkładane na "deser", a gdy dziewczynki mają "deser" ja mam nadrabianie domowych obowiązków czyli "kurzenie domowe" i tkwienie prze kompie odpada), wymuszają umiejętność samodyscypliny - bo na gry wyznaczony jest określony czas, jeden komputer obsługuje u nas trójkę dzieci i dwoje dorosłych. Poza tym dbam o urozmaicenie gier i wciąż podsuwam coś nowego. No i zagwarantowaną mam indywidualizację wg potrzeb i zainteresowań, a również naukę współpracy, bo dziewczynki często tkwią przy komputerze razem i rozwiązują zadania wzajemnie sobie pomagając, lub wspólnie ucząc się piosenek.
Z mojej strony to tylko zarys. Ale może komuś przyda się taka inspiracja. Ach, na koniec coś podejścia babskiego, czyli lecimy po emocjach. Jak coś ma być robione na siłę, w nerwach i stresie to lepiej odłożyć to na jutro, albo na za miesiąc. A teraz zrobić to co wywołuje uśmiech. I moim zdaniem, zupełnie prywatnym, dużo miłości okazywanej na codzień też pomaga w zapamiętywaniu. Przytulona córcia zapamiętuje na dłużej, to fakt. I chętniej sięga po nową dawkę wiedzy, z dumą chwaląc się, że ją zdobyła. Podobno też zamiast mówić "jestem z ciebie dumna" powinno się mówić "możesz być z siebie dumna". Pojęcia nie mam ile w tym prawdy. Ja na wszelki wypadek wypowiadam obie formułki. ;) U mnie szarzeje niebo... Pozdrawiam.
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Pogryzając orzechy czyli edukacja przy okazji
Dnia pewnego, zimowego, gdy mroziło i śnieżyło, i z domu wychodzić się nikomu nie chciało zajęcia zrobiły się same. Zresztą często same się robią, ale tym razem postarałam się je zapamiętać, by opisać. Opisuję więc. A było tak...
Gawędziłam sobie niefrasobliwie z moją przyjaciółką i bratową przez telefon, omawiając rozkoszne zabawy naszych milusińskich gdy moja druga córka, piękna Helena, postanowiła potrenować nową umiejętność. Obsługę mikrofali. Gaworząc beztrosko kontrolowałam słowem i gestem poczynania mojej blondyneczki wyjmując jej z rąk różne nie nadające się do podgrzania produkty, wreszcie wręczyłam torebkę orzeszków laskowych - "masz dziecko, upraż sobie" - niech będzie z tej zabawy jakaś korzyść... Uprażone orzeszki zrobiły furorę, zainteresowanie mikrofalą spadło, konsumpcją zaś wzrosło. Przezornie zakończyłam w porę przyjacielską pogawędkę i przysiadłam siorbnąć w błogostanie kawkę. Mmmm... kawusia...
- Mamo, a jak się nazywają te orzeszki? - spytała Nadziejka
- To są orzechy laskowe.
- Mamo, a te orzeszki to są ziarenka, prawda?
- Ziarenka?
- No... te... nasionka! - uściśliła Nadziejka
- Hmm, właściwie to są owoce. Pamiętacie z naszych zbiorów jesiennych? Drzewa mają owoce suche i ... hmm, mokre, wilgotne?
- Soczyste! - podpowiedziała Helena. - Jak jabłko. Albo gruszka. I pomarańcza.
-O właśnie, dzięki Hela - ucieszyłam się. - I tak samo jak w soczystych owocach, w których nasiona znajdują się w środku, jak pestki w jabłuszku, albo jedna pestka w śliwce, tak samo w tym orzeszku, w środku znajduje się nasionko. O tutaj, patrzcie! - delikatnie rozdzieliłam orzeszek na połówki i pokazałam malutkie nasionko. Dziewczynki natychmiast zaczęły rozdzielać wszystkie nie zjedzone orzeszki sprawdzając czy na pewno w każdym znajdzie się nasionko. A ja wsadziłam do mikrofali drugą porcję.
-Mamo, ale my nie możemy ich jeść, tych nasionek! Przecież jak je zjemy, to one nie urosną! Nie urosną w naszych brzuchach! One umrą! - dramatycznie oświadczyła Nadziejka z bardzo zafrasowaną miną. - I nie będzie więcej drzew z orzechami! [Nadziejka ma 6,5 roku a personifikacja do potęgi n-tej, cudo.]
-Nie martw się Nadziejko, tych orzechów było bardzo dużo, na pewno wiele z nich pozostało jeszcze aby dać początek nowym drzewom. Wiewiórki też zjadają orzeczy i żołędzie a przecież wciąż rosną nowe drzewa. -Uspokoiłam zaniepokojoną miłośniczkę ekologii.
- A jak one mają na imię?
- Orzechy raczej nie mają imienia... Te orzechy, które teraz jemy to są orzechy laskowe. I rosną właściwie na dużym krzewie a nie na drzewie. Na leszczynie. Ale jadłyście też orzechy włoskie, pamiętacie? Łupałyśmy je razem dziadkiem do orzechów. Orzechy włoskie rosną na dużym drzewie, oglądałyśmy takie jesienią i latem... Zresztą jak nie pamiętacie, to zaraz wam pokażę. - Zapaliłam się do pomysłu widząc niepewne minki moich córeczek. - O, tutaj mamy orzechy laskowe w łupinkach - wysypałam resztki zapasów zgromadzonych jesienią dla wiewiórek - te, które prażyłyśmy, są już bez łupinek. A tutaj mamy orzechy włoskie... hmmm, zdaje się tylko bez łupinek... - chwilkę się wahałam, ale w łupinkach nie zostało mi już nic do demonstracji. Szlag. Trudno... - Trudno, kochane, musi nam wystarczyć zdjęcie. Chodźcie do komputera. To się robi tak. - Usiadłyśmy razem przed laptopem, odpaliłyśmy wyszukiwarkę internetową, wpisałyśmy "orzechy", wybrałyśmy dział "grafiki" i dopiero teraz się zaczęło. Długie, namiętne, szczegółowe oglądanie zdjęć drzew, krzaków, orzechów w łupinkach i bez, poznawanie nowych rodzajów orzechów.
- Mamo, tu są migdały!
- Tak, oczywiście migdały to też orzechy. A są jeszcze różne inne! Orzechy nerkowca, mają taki śmieszny kształt...
- Jak księżyc!
- Też - uśmiechnęłam się - orzeszki ziemne (arachidowe), zwane fistaszkami, orzeszki pistacjowe, macadamia, pekan... - i tak wymieniałyśmy nazwy, porównywałyśmy kolory, kształty i wielkość, rozmawiałyśmy też oczywiście o zastosowaniu orzechów w kuchni. A po wyjęciu migdałów z szafki porównywałyśmy nawet smaki, choć w bardzo ograniczonym zakresie.
- Mamo, a czy orzechy są zdrowe? - Helena... niestety, sama sobie ukręciłam ten bicz. Od dłuższego już czasu agituję za zdrową żywnością, walczę ze sztucznie barwionymi słodyczami pogardliwie nazywając wszelakie "odbabciowe" lizaki "niezdrowymi śmieciami" a ponieważ mamy alergię na mleko, więc ze słodkości pozostają jedynie świeże owoce, bakalie i pieczone w domu cista. I gorzka czekolada. Żeby zmotywować łakomczuszki do rezygnowania z paskudztwa potrafię długo i namiętnie opowiadać o witaminach, zdrowiu i wartościach odżywczych, które kryją się w przygotowanych przeze mnie deserach. I tak podejrzliwe pytanie, "Czy to jest zdrowe?" pojawia się niezmiennie już od dłuższego czasu.
- Tak, myślę, że są zdrowe... - odpowiedziałam z westchnieniem, wiedząc dobrze jakie pytanie padnie następne.
- A co one mają, że są zdrowe? Mają bakterie? - jak wiadomo bakterie mogą być nie tylko złe, ale również dobre - i witaminy? A jakie?
Odsunęłam na bok nietkniętą kawę, wrzuciłam w wyszukiwarkę Wikipedii "orzechy", a na sąsiedniej karcie "orzechy wartości odżywcze" i zaczęło się głośne czytanie, tłumaczenie, odpowiadanie na 100 pytań do, porównywanie. Które orzechy mają więcej magnezu, a które fosforu? Do czego w organizmie człowieka przydają się potas, magnez i fosfor, i dlaczego dzieci powinny je jeść? Czy są smaczne? Do czego może się przydać witamina E i B? Na całe szczęście sporo całkiem pamiętam ze szkoły, akurat interesowały mnie te kwestie zarówno w podstawówce jak i w liceum. Ha! robiło się nawet jakiś referacik! A nie było łatwo wtedy, bez interetu, do każdej informacji trzeba się było dokopać w bibliotece szkolnej i rejonowej; może dzięki temu wiedza zapadała lepiej w pamięć - ze strachu, że następnym razem trzeba będzie jej znów w bólach i kurzu poszukiwać ;). Dość, że teraz rozmowa nam nie utykała w martwym punkcie. Również dzięki temu, że dociekliwość sześciolatki to jednak nie to samo co dociekliwość dziesięciolatki. Uff!
Zdecydowanie muszę się zacząć w szybkim tempie dokształcać. Trzeba być o krok przed dzieckiem, nie? W końcu nikt nie lubi pozbawiać dziecka złudzenia, że jest tym naj najmądrzejszym rodzicem na świecie!
Bycie najmądrzejszą mamą na świecie znów kosztowało mnie kawę. Siorbnęłam z niesmakiem zimną a nie mrożoną wcale oszczędnie zabielaną (ja nie mam żadnej alergii, przynajmniej na mleko), i gdy fala emocji związanych z gorącą satysfakcją z dobrze wykonanej pracy już opadła pomyślałam z rezygnacją: no cóż, ciepłą kawę będę piła na emeryturze.
A do kawy, nie przejmując się nareszcie zdrowiem i alergią będę jadła takie, o! I niewątpliwie skorzystam z jednego z wielu przepisów, które na tym blogu: sercezczekolady.blox.pl znalazłam...
Gawędziłam sobie niefrasobliwie z moją przyjaciółką i bratową przez telefon, omawiając rozkoszne zabawy naszych milusińskich gdy moja druga córka, piękna Helena, postanowiła potrenować nową umiejętność. Obsługę mikrofali. Gaworząc beztrosko kontrolowałam słowem i gestem poczynania mojej blondyneczki wyjmując jej z rąk różne nie nadające się do podgrzania produkty, wreszcie wręczyłam torebkę orzeszków laskowych - "masz dziecko, upraż sobie" - niech będzie z tej zabawy jakaś korzyść... Uprażone orzeszki zrobiły furorę, zainteresowanie mikrofalą spadło, konsumpcją zaś wzrosło. Przezornie zakończyłam w porę przyjacielską pogawędkę i przysiadłam siorbnąć w błogostanie kawkę. Mmmm... kawusia...
- Mamo, a jak się nazywają te orzeszki? - spytała Nadziejka
- To są orzechy laskowe.
- Mamo, a te orzeszki to są ziarenka, prawda?
- Ziarenka?
- No... te... nasionka! - uściśliła Nadziejka
- Hmm, właściwie to są owoce. Pamiętacie z naszych zbiorów jesiennych? Drzewa mają owoce suche i ... hmm, mokre, wilgotne?
- Soczyste! - podpowiedziała Helena. - Jak jabłko. Albo gruszka. I pomarańcza.
-O właśnie, dzięki Hela - ucieszyłam się. - I tak samo jak w soczystych owocach, w których nasiona znajdują się w środku, jak pestki w jabłuszku, albo jedna pestka w śliwce, tak samo w tym orzeszku, w środku znajduje się nasionko. O tutaj, patrzcie! - delikatnie rozdzieliłam orzeszek na połówki i pokazałam malutkie nasionko. Dziewczynki natychmiast zaczęły rozdzielać wszystkie nie zjedzone orzeszki sprawdzając czy na pewno w każdym znajdzie się nasionko. A ja wsadziłam do mikrofali drugą porcję.
-Mamo, ale my nie możemy ich jeść, tych nasionek! Przecież jak je zjemy, to one nie urosną! Nie urosną w naszych brzuchach! One umrą! - dramatycznie oświadczyła Nadziejka z bardzo zafrasowaną miną. - I nie będzie więcej drzew z orzechami! [Nadziejka ma 6,5 roku a personifikacja do potęgi n-tej, cudo.]
-Nie martw się Nadziejko, tych orzechów było bardzo dużo, na pewno wiele z nich pozostało jeszcze aby dać początek nowym drzewom. Wiewiórki też zjadają orzeczy i żołędzie a przecież wciąż rosną nowe drzewa. -Uspokoiłam zaniepokojoną miłośniczkę ekologii.
- A jak one mają na imię?
- Orzechy raczej nie mają imienia... Te orzechy, które teraz jemy to są orzechy laskowe. I rosną właściwie na dużym krzewie a nie na drzewie. Na leszczynie. Ale jadłyście też orzechy włoskie, pamiętacie? Łupałyśmy je razem dziadkiem do orzechów. Orzechy włoskie rosną na dużym drzewie, oglądałyśmy takie jesienią i latem... Zresztą jak nie pamiętacie, to zaraz wam pokażę. - Zapaliłam się do pomysłu widząc niepewne minki moich córeczek. - O, tutaj mamy orzechy laskowe w łupinkach - wysypałam resztki zapasów zgromadzonych jesienią dla wiewiórek - te, które prażyłyśmy, są już bez łupinek. A tutaj mamy orzechy włoskie... hmmm, zdaje się tylko bez łupinek... - chwilkę się wahałam, ale w łupinkach nie zostało mi już nic do demonstracji. Szlag. Trudno... - Trudno, kochane, musi nam wystarczyć zdjęcie. Chodźcie do komputera. To się robi tak. - Usiadłyśmy razem przed laptopem, odpaliłyśmy wyszukiwarkę internetową, wpisałyśmy "orzechy", wybrałyśmy dział "grafiki" i dopiero teraz się zaczęło. Długie, namiętne, szczegółowe oglądanie zdjęć drzew, krzaków, orzechów w łupinkach i bez, poznawanie nowych rodzajów orzechów.
- Mamo, tu są migdały!
- Tak, oczywiście migdały to też orzechy. A są jeszcze różne inne! Orzechy nerkowca, mają taki śmieszny kształt...
- Jak księżyc!
- Też - uśmiechnęłam się - orzeszki ziemne (arachidowe), zwane fistaszkami, orzeszki pistacjowe, macadamia, pekan... - i tak wymieniałyśmy nazwy, porównywałyśmy kolory, kształty i wielkość, rozmawiałyśmy też oczywiście o zastosowaniu orzechów w kuchni. A po wyjęciu migdałów z szafki porównywałyśmy nawet smaki, choć w bardzo ograniczonym zakresie.
- Mamo, a czy orzechy są zdrowe? - Helena... niestety, sama sobie ukręciłam ten bicz. Od dłuższego już czasu agituję za zdrową żywnością, walczę ze sztucznie barwionymi słodyczami pogardliwie nazywając wszelakie "odbabciowe" lizaki "niezdrowymi śmieciami" a ponieważ mamy alergię na mleko, więc ze słodkości pozostają jedynie świeże owoce, bakalie i pieczone w domu cista. I gorzka czekolada. Żeby zmotywować łakomczuszki do rezygnowania z paskudztwa potrafię długo i namiętnie opowiadać o witaminach, zdrowiu i wartościach odżywczych, które kryją się w przygotowanych przeze mnie deserach. I tak podejrzliwe pytanie, "Czy to jest zdrowe?" pojawia się niezmiennie już od dłuższego czasu.
- Tak, myślę, że są zdrowe... - odpowiedziałam z westchnieniem, wiedząc dobrze jakie pytanie padnie następne.
- A co one mają, że są zdrowe? Mają bakterie? - jak wiadomo bakterie mogą być nie tylko złe, ale również dobre - i witaminy? A jakie?
Odsunęłam na bok nietkniętą kawę, wrzuciłam w wyszukiwarkę Wikipedii "orzechy", a na sąsiedniej karcie "orzechy wartości odżywcze" i zaczęło się głośne czytanie, tłumaczenie, odpowiadanie na 100 pytań do, porównywanie. Które orzechy mają więcej magnezu, a które fosforu? Do czego w organizmie człowieka przydają się potas, magnez i fosfor, i dlaczego dzieci powinny je jeść? Czy są smaczne? Do czego może się przydać witamina E i B? Na całe szczęście sporo całkiem pamiętam ze szkoły, akurat interesowały mnie te kwestie zarówno w podstawówce jak i w liceum. Ha! robiło się nawet jakiś referacik! A nie było łatwo wtedy, bez interetu, do każdej informacji trzeba się było dokopać w bibliotece szkolnej i rejonowej; może dzięki temu wiedza zapadała lepiej w pamięć - ze strachu, że następnym razem trzeba będzie jej znów w bólach i kurzu poszukiwać ;). Dość, że teraz rozmowa nam nie utykała w martwym punkcie. Również dzięki temu, że dociekliwość sześciolatki to jednak nie to samo co dociekliwość dziesięciolatki. Uff!
Zdecydowanie muszę się zacząć w szybkim tempie dokształcać. Trzeba być o krok przed dzieckiem, nie? W końcu nikt nie lubi pozbawiać dziecka złudzenia, że jest tym naj najmądrzejszym rodzicem na świecie!
Bycie najmądrzejszą mamą na świecie znów kosztowało mnie kawę. Siorbnęłam z niesmakiem zimną a nie mrożoną wcale oszczędnie zabielaną (ja nie mam żadnej alergii, przynajmniej na mleko), i gdy fala emocji związanych z gorącą satysfakcją z dobrze wykonanej pracy już opadła pomyślałam z rezygnacją: no cóż, ciepłą kawę będę piła na emeryturze.
A do kawy, nie przejmując się nareszcie zdrowiem i alergią będę jadła takie, o! I niewątpliwie skorzystam z jednego z wielu przepisów, które na tym blogu: sercezczekolady.blox.pl znalazłam...
piątek, 13 kwietnia 2012
Galeria II
Wstyd jak beret, obciach na maksa itd. Dwa miesiące blog odłogiem leży, czytelnicy czekają, oglądacze wypatrują a ja z lenistwa nocami do poduszki czytam książki zamiast pracować. Cztery napoczęte teksty kurzą się wirtualnie w dziale nieopublikowanych postów a ja cóż... zawsze mam coś ważniejszego do zrobienia.
Dzisiaj zresztą też żaden z oczekujących tekstów nie doczeka się publikacji. Aby pisać potrzebna jest wolna noc. A ja mam tylko bardzo zajęty dzień. Spacer. Wizytę w bibliotece. Cztery nowe gry. Pudełko nienaruszonych pasteli, kilka nowych bloków do rysowania i malowania, wytłoczki po jajkach naszykowane do zrobienia wiosennych kwiatów, szufladę kolorowych krepin czekającą na wykorzystanie do papierowych krokusów, narcyzów, tulipanów i róż... A na koniec kosz kolorowych włóczek i kordonków i niezliczoną ilość planów i pomysłów. Że nie wspomnę już o wełnie i igłach do filcowania, które płaczą za mną po nocach.
Wrzucam dla ciekawych małą Galerię wiosennych prac. Dominują wykonane techniką origami płaskie z koła i kiriorigami. Wybieram te techniki bo można z nich wykonywać samodzielnie całe obrazki nawet gdy jest się krasnoludkiem trzy i czteroletnim. Lub zerówkowiczem z pewnymi ograniczeniami w zakresie małej motoryki. Albo pięciolatką, która szybko się poddaje. A każdemu, kto spróbuje dają błogie poczucie sukcesu. "Zrobiłem zupełnie sam."
Polecam książeczki dla początkujących pani Doroty Dziamskiej, pełny opis dla laika oraz ignoranta, dużo ciekawych pomysłów, zdjęcia gotowych prac w skali 1:1, dla mnie - bomba!
A teraz wykonywane przez nas: gąsiennice, wiewiórka mojej 3,5 letniej trzeciej, oraz kompozycje na Wielkanoc.
A taki baranek ozdabia ścianę pokoju dziennego :) i przypomina nieustanną radość Zmartwychwstania! Baranek banalnie prosty, brystol oklejony watą, nogi z krepiny, kopytka i uszy z filcu. Sama frajda, pełna kooperacja.
Wielkanocne koszyczki z wytłoczek od jajek, w środku pisanki oraz megakurczaki, które bawią mnie do łez swoją dysproporcją względem kogucików... ;)
Ciepło i wiosennie pozdrawiam wszystkich czytelników :)
Dzisiaj zresztą też żaden z oczekujących tekstów nie doczeka się publikacji. Aby pisać potrzebna jest wolna noc. A ja mam tylko bardzo zajęty dzień. Spacer. Wizytę w bibliotece. Cztery nowe gry. Pudełko nienaruszonych pasteli, kilka nowych bloków do rysowania i malowania, wytłoczki po jajkach naszykowane do zrobienia wiosennych kwiatów, szufladę kolorowych krepin czekającą na wykorzystanie do papierowych krokusów, narcyzów, tulipanów i róż... A na koniec kosz kolorowych włóczek i kordonków i niezliczoną ilość planów i pomysłów. Że nie wspomnę już o wełnie i igłach do filcowania, które płaczą za mną po nocach.
Wrzucam dla ciekawych małą Galerię wiosennych prac. Dominują wykonane techniką origami płaskie z koła i kiriorigami. Wybieram te techniki bo można z nich wykonywać samodzielnie całe obrazki nawet gdy jest się krasnoludkiem trzy i czteroletnim. Lub zerówkowiczem z pewnymi ograniczeniami w zakresie małej motoryki. Albo pięciolatką, która szybko się poddaje. A każdemu, kto spróbuje dają błogie poczucie sukcesu. "Zrobiłem zupełnie sam."
Polecam książeczki dla początkujących pani Doroty Dziamskiej, pełny opis dla laika oraz ignoranta, dużo ciekawych pomysłów, zdjęcia gotowych prac w skali 1:1, dla mnie - bomba!
A teraz wykonywane przez nas: gąsiennice, wiewiórka mojej 3,5 letniej trzeciej, oraz kompozycje na Wielkanoc.
A taki baranek ozdabia ścianę pokoju dziennego :) i przypomina nieustanną radość Zmartwychwstania! Baranek banalnie prosty, brystol oklejony watą, nogi z krepiny, kopytka i uszy z filcu. Sama frajda, pełna kooperacja.
Wielkanocne koszyczki z wytłoczek od jajek, w środku pisanki oraz megakurczaki, które bawią mnie do łez swoją dysproporcją względem kogucików... ;)
Ciepło i wiosennie pozdrawiam wszystkich czytelników :)
poniedziałek, 13 lutego 2012
Pomelo czy cytryna? Pycha czy blee? I skąd wiesz, że jesteśmy w łazience? Czyli zmysłowe zabawy
Tak, tak, właśnie zmysłowe zabawy, żadnej pomyłki w tytule nie ma. I choć to nie zaplanowany tekst o edukacji seksualnej to rzecz pisana jest o zmysłach. Dotyk, smak, zapach, słuch, wzrok. Dla nas, dorosłych oczywiste jest ich znaczenie, ale małe dzieci zupełnie nie potrafią ich wyróżnić i zdefiniować. Dlatego pomagamy.
Program przewiduje, że dziecko potrafi wyróżnić, nazwać i określić funkcje części ciała, oraz szczegółowiej - "wyposażenie" głowy. [Zabawne określenie? Jakoś najlepiej mi tu pasuje] Ciało człowieka to wdzięczny temat i choć zdjęć mi brakuje opiszę w kilku zdaniach realizację projektu. Zaczęło się oczywiście w wannie, nauka mycia to fantastyczny moment by nawet niemówiące jeszcze maluchy uczyć... "myjemy nóżkę, i drugą nóżkę, a teraz stópki... o masz łaskotki?" i koszmar mycia jest wspaniałą przygodą! Ale do rzeczy. Moje panny już weszły w etap samodzielności pełnej, każda ma swoją myjkę, mydlimy je a następnie myjemy... prawe kolano, lewą łydkę, ramię, przedramię, pośladki i całą resztę oczywiście szczegółowo nazywając. No oczywiście nie każda kąpiel tak wygląda, ale czasem naprawdę szalejemy.
Pewnego dnia, w porze zajęć, wyciągnęłam trzy wielkie kartony, każda panienka została na swoim kartonie odrysowana (co nie było łatwe na przykład w przypadku Nadziejki, która ma łaskotki wszędzie) i panienki uzupełniały plakaty, nazywałyśmy części ciała itd. Przejrzałam też zasoby znajomych bibliotek, wypożyczyłam kilka ciekawych publikacji przygotowanych dla przedszkolaków i w ciągu trzech miesięcy (książki wymieniane na inne i przedłużane) dziewczynki wraz ze mną czytały, oglądały obrazki, przesuwały elementy ruchome np poznając drogę jedzenie od "wejścia" do "wyjścia" czy też śledziły rozwój dzieciątka w łonie matki (tu rozmowa dotyczyła wspomnień sprzed ponad roku, gdy ja sama nosiłam taki wielki brzuch) a na kolejnych kartach książek śledziłyśmy też kolejne etapy życia człowieka. Od tej pory niestety stałe już tematy rozmów to pochodzenie kupy (niestety bo kupa przypomina się przy jedzeniu), bicie serca i czy u każdego je słychać, niekończące się pytania "a do czego tak właściwie służy wątroba albo nerki?" i "czy naprawdę każdy musi umrzeć? mamo a kiedy ty też będziesz stara i umrzesz? kiedy ja będę dorosła?" itd, temat rzeka oczywiście.
"Wyposażenie" głowy zostało już dawno umiejscowione i zapamiętane, ale wiedzieć, że się ma uszy a rozumieć czym one są, jaką mają funkcję i uświadomić sobie jak bardzo są ważne! O, to już inna sprawa. Wiadomo, że nie można przewidzieć, kiedy dokładnie nastąpi moment "olśnienia" u dziecka [dorosłym, którzy nie wiedzą o czym mówię objaśniam: to jest ten moment, w którym czujemy i rozumiemy w pełni i głęboko istotę rzeczy, jest to moment odkrycie i właściwego zrozumienia, bezcenny i niezastąpiony przez żadne wyuczone lekcje], a żeby dziecko naprawę załapało o co chodzi z tymi zmysłami musi nastąpić olśnienie własnie. Ja, ze swojego dzieciństwa pamiętam to tak: lekki bezdech, jasność w głowie "ach, więc to tak!" wykrzyknik pełen zachwytu i głęboka radość oraz satysfakcja, że się zrozumiało. Niezwykłe, niezapomniane przeżycie. Nawet lekcję z rachunku prawdopodobieństwa zamieniło w jedną z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Osobiście polecam.
Wracając do meritum, nie można przewidzieć momentu tego "olśnienia" u dziecka. Zresztą dla większości sześciolatków za wcześnie jest na olśnienie w kwestii zmysłów, za bardzo abstrakcyjne pojęcia. Ale zabawę miałyśmy i tak przednią organizując zajęcia z wąchania, smakowania, słuchania i dotykania.
Na początek ekipa (Nadziejka 6,5l, Hela 5,5l, moja Łucja i Różyczka, córka Kasi 3,5l)dostała polecenie wybrania sobie wygodnych chustek i szalików do zasłonięcia oczu. Natsępnie wybrałyśmy się na wycieczkę po domu. Na początek - do łazienki. Dziewczyki zaprowadzone po omacku i wśród chichotów musiały rozpoznać pomieszczenie słuchając odgłosów. Szum wody, wiatrak wentylatora i pogłos zdradziły, że jesteśmy w łazience. Zaprowadzone na klatkę schodową dziewczynki również słuchając echa i odczuwając chłód rozpoznały miejsce. Następnie wróciłyśmy do kuchni.
Na stole ustawione zostały kubeczki z substancjami: obojętna w smaku mąka, słodki cukier, słona sól, gorzkie kakao (he he, a tak ładnie pachnie, no nie?) oraz począstkowana cytryna, która od razu zmyliła dzieci wyglądem, bo w tej formie zupełnie z innym cytrusem się pannom skojarzyła. Kosztowanie smaku było zabawne, dziewczynki oczywiście podglądały więc trzeba było podmieniać zawartość łyżeczki, dzięki temu wprowadziłyśmy trochę zamieszania. Gdy dziewczynki były przekonane, że w filiżance jest cukier, dostały sól, gdy zapach zdradził im, że kakao (bo przed smakowaniem prosiłyśmy o wąchanie) to smak okazał się paskudny. Cytryna - niechętnie macana i ugniatana (chodziło nam oczywiście o poznanie dotykowe, ale dzieci wcale nie miały ochoty brudzić sobie rączek) zapachem i wyglądam oszukała, że jest Pomelo, owocem, którym w kawałkach zawsze dziewczynki częstuje dziadek, tymczasem w smaku okazała się być niedobra, kwaśna. Tylko niewinna, niepozorna, bezzapachowa mąka była "normalna". Ciekawe poniekąd spostrzeżenie... i jakże trafione! Dla mnie smak obojętny, dla mojej córki, która tego słowa nie zna jeszcze - normalny.
Zdjęcie autorstwa nieocenionej Kasi, przyjaciółki, wspólniczki i bratowej - mamy Róży, a pani z mikrofonem to Joanna Bogusławska nagrywająca materiał do reportażu dla Trójki.
Kolejna zabawa polegała na rozpoznawaniu przedmiotu dotykiem, w pudełku zgromadzone były proste przedmioty codziennego użytku i zabawki: miś, torebka, kubek itp... Dziewczynki z zasłoniętymi oczami rozpoznawały co to jest ale prosiłam też, żeby wyjaśniły to skąd wiedzą! Oraz co czują gdy przedmiotu dotykają. I te dodatkowe zadania okazały się być trudniejsze, uczyłyśmy się więc nowych słów, czy utrwalałyśmy je raczej bo przecież panienki poznały je już dawniej: szorstki, twardy, miękkie, gładki, włochaty, zimny, śliski, suchy, mokry itd.
Przyszła również pora na rozpoznanie słuchem. Dziewczynki miały już dość zasłaniania oczu, więc po prostu zaszeleściłam torebką za ich plecami... Szybciutko udało się dźwięk rozszyfrować, zresztą jednej z najmłodszych uczestniczek zabawy czyli mądrej Różyczce :). Było jeszcze stukanie, dzwonienie, szelest papieru.
Na koniec sięgnęłyśmy po książkę pokazującą i opisującą ciało człowieka i przeglądając ją zebrałyśmy "do kupy", usystematyzowałyśmy zdobytą podczas doświadczeń i zabawy wiedzę, policzyłyśmy zmysły, powtórzyłyśmy poznane i przypomniane nowe słowa opisujące smaki, zapachy, dźwięki i wrażenia dotykowe, oraz rozmawiałyśmy chwilkę o tym co możemy dzięki oczom dostrzec, czego inne zmysły nam nie powiedzą.
Opis zdjęcia jak wyżej.
A co było najtrudniejsze? Skończenie zajęć."Mamo, już? Nie!" "A nie możemy jeszcze trochę?"
Poniżej wrzucam link link do reportażu o ed, w którego środku kilka cytatów z zajęć można usłyszeć. Można też usłyszeć mądre wypowiedzi Kasi i Jerzego. I niemożebnie irytującą wypowiedź pani psycholog Piotrowskiej dotyczącą jakże istotnej w naszym życiu socjalizacji "chamstwem". [Druga część ostatniego zdania ocieka sarkazmem, oczywiście celowym i zamierzonym]
http://www.polskieradio.pl/80/1007/Artykul/527388,Mama-mnie-uczy-Joanna-Boguslawska
Program przewiduje, że dziecko potrafi wyróżnić, nazwać i określić funkcje części ciała, oraz szczegółowiej - "wyposażenie" głowy. [Zabawne określenie? Jakoś najlepiej mi tu pasuje] Ciało człowieka to wdzięczny temat i choć zdjęć mi brakuje opiszę w kilku zdaniach realizację projektu. Zaczęło się oczywiście w wannie, nauka mycia to fantastyczny moment by nawet niemówiące jeszcze maluchy uczyć... "myjemy nóżkę, i drugą nóżkę, a teraz stópki... o masz łaskotki?" i koszmar mycia jest wspaniałą przygodą! Ale do rzeczy. Moje panny już weszły w etap samodzielności pełnej, każda ma swoją myjkę, mydlimy je a następnie myjemy... prawe kolano, lewą łydkę, ramię, przedramię, pośladki i całą resztę oczywiście szczegółowo nazywając. No oczywiście nie każda kąpiel tak wygląda, ale czasem naprawdę szalejemy.
Pewnego dnia, w porze zajęć, wyciągnęłam trzy wielkie kartony, każda panienka została na swoim kartonie odrysowana (co nie było łatwe na przykład w przypadku Nadziejki, która ma łaskotki wszędzie) i panienki uzupełniały plakaty, nazywałyśmy części ciała itd. Przejrzałam też zasoby znajomych bibliotek, wypożyczyłam kilka ciekawych publikacji przygotowanych dla przedszkolaków i w ciągu trzech miesięcy (książki wymieniane na inne i przedłużane) dziewczynki wraz ze mną czytały, oglądały obrazki, przesuwały elementy ruchome np poznając drogę jedzenie od "wejścia" do "wyjścia" czy też śledziły rozwój dzieciątka w łonie matki (tu rozmowa dotyczyła wspomnień sprzed ponad roku, gdy ja sama nosiłam taki wielki brzuch) a na kolejnych kartach książek śledziłyśmy też kolejne etapy życia człowieka. Od tej pory niestety stałe już tematy rozmów to pochodzenie kupy (niestety bo kupa przypomina się przy jedzeniu), bicie serca i czy u każdego je słychać, niekończące się pytania "a do czego tak właściwie służy wątroba albo nerki?" i "czy naprawdę każdy musi umrzeć? mamo a kiedy ty też będziesz stara i umrzesz? kiedy ja będę dorosła?" itd, temat rzeka oczywiście.
"Wyposażenie" głowy zostało już dawno umiejscowione i zapamiętane, ale wiedzieć, że się ma uszy a rozumieć czym one są, jaką mają funkcję i uświadomić sobie jak bardzo są ważne! O, to już inna sprawa. Wiadomo, że nie można przewidzieć, kiedy dokładnie nastąpi moment "olśnienia" u dziecka [dorosłym, którzy nie wiedzą o czym mówię objaśniam: to jest ten moment, w którym czujemy i rozumiemy w pełni i głęboko istotę rzeczy, jest to moment odkrycie i właściwego zrozumienia, bezcenny i niezastąpiony przez żadne wyuczone lekcje], a żeby dziecko naprawę załapało o co chodzi z tymi zmysłami musi nastąpić olśnienie własnie. Ja, ze swojego dzieciństwa pamiętam to tak: lekki bezdech, jasność w głowie "ach, więc to tak!" wykrzyknik pełen zachwytu i głęboka radość oraz satysfakcja, że się zrozumiało. Niezwykłe, niezapomniane przeżycie. Nawet lekcję z rachunku prawdopodobieństwa zamieniło w jedną z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Osobiście polecam.
Wracając do meritum, nie można przewidzieć momentu tego "olśnienia" u dziecka. Zresztą dla większości sześciolatków za wcześnie jest na olśnienie w kwestii zmysłów, za bardzo abstrakcyjne pojęcia. Ale zabawę miałyśmy i tak przednią organizując zajęcia z wąchania, smakowania, słuchania i dotykania.
Na początek ekipa (Nadziejka 6,5l, Hela 5,5l, moja Łucja i Różyczka, córka Kasi 3,5l)dostała polecenie wybrania sobie wygodnych chustek i szalików do zasłonięcia oczu. Natsępnie wybrałyśmy się na wycieczkę po domu. Na początek - do łazienki. Dziewczyki zaprowadzone po omacku i wśród chichotów musiały rozpoznać pomieszczenie słuchając odgłosów. Szum wody, wiatrak wentylatora i pogłos zdradziły, że jesteśmy w łazience. Zaprowadzone na klatkę schodową dziewczynki również słuchając echa i odczuwając chłód rozpoznały miejsce. Następnie wróciłyśmy do kuchni.
Na stole ustawione zostały kubeczki z substancjami: obojętna w smaku mąka, słodki cukier, słona sól, gorzkie kakao (he he, a tak ładnie pachnie, no nie?) oraz począstkowana cytryna, która od razu zmyliła dzieci wyglądem, bo w tej formie zupełnie z innym cytrusem się pannom skojarzyła. Kosztowanie smaku było zabawne, dziewczynki oczywiście podglądały więc trzeba było podmieniać zawartość łyżeczki, dzięki temu wprowadziłyśmy trochę zamieszania. Gdy dziewczynki były przekonane, że w filiżance jest cukier, dostały sól, gdy zapach zdradził im, że kakao (bo przed smakowaniem prosiłyśmy o wąchanie) to smak okazał się paskudny. Cytryna - niechętnie macana i ugniatana (chodziło nam oczywiście o poznanie dotykowe, ale dzieci wcale nie miały ochoty brudzić sobie rączek) zapachem i wyglądam oszukała, że jest Pomelo, owocem, którym w kawałkach zawsze dziewczynki częstuje dziadek, tymczasem w smaku okazała się być niedobra, kwaśna. Tylko niewinna, niepozorna, bezzapachowa mąka była "normalna". Ciekawe poniekąd spostrzeżenie... i jakże trafione! Dla mnie smak obojętny, dla mojej córki, która tego słowa nie zna jeszcze - normalny.
Zdjęcie autorstwa nieocenionej Kasi, przyjaciółki, wspólniczki i bratowej - mamy Róży, a pani z mikrofonem to Joanna Bogusławska nagrywająca materiał do reportażu dla Trójki.
Kolejna zabawa polegała na rozpoznawaniu przedmiotu dotykiem, w pudełku zgromadzone były proste przedmioty codziennego użytku i zabawki: miś, torebka, kubek itp... Dziewczynki z zasłoniętymi oczami rozpoznawały co to jest ale prosiłam też, żeby wyjaśniły to skąd wiedzą! Oraz co czują gdy przedmiotu dotykają. I te dodatkowe zadania okazały się być trudniejsze, uczyłyśmy się więc nowych słów, czy utrwalałyśmy je raczej bo przecież panienki poznały je już dawniej: szorstki, twardy, miękkie, gładki, włochaty, zimny, śliski, suchy, mokry itd.
Przyszła również pora na rozpoznanie słuchem. Dziewczynki miały już dość zasłaniania oczu, więc po prostu zaszeleściłam torebką za ich plecami... Szybciutko udało się dźwięk rozszyfrować, zresztą jednej z najmłodszych uczestniczek zabawy czyli mądrej Różyczce :). Było jeszcze stukanie, dzwonienie, szelest papieru.
Na koniec sięgnęłyśmy po książkę pokazującą i opisującą ciało człowieka i przeglądając ją zebrałyśmy "do kupy", usystematyzowałyśmy zdobytą podczas doświadczeń i zabawy wiedzę, policzyłyśmy zmysły, powtórzyłyśmy poznane i przypomniane nowe słowa opisujące smaki, zapachy, dźwięki i wrażenia dotykowe, oraz rozmawiałyśmy chwilkę o tym co możemy dzięki oczom dostrzec, czego inne zmysły nam nie powiedzą.
Opis zdjęcia jak wyżej.
A co było najtrudniejsze? Skończenie zajęć."Mamo, już? Nie!" "A nie możemy jeszcze trochę?"
Poniżej wrzucam link link do reportażu o ed, w którego środku kilka cytatów z zajęć można usłyszeć. Można też usłyszeć mądre wypowiedzi Kasi i Jerzego. I niemożebnie irytującą wypowiedź pani psycholog Piotrowskiej dotyczącą jakże istotnej w naszym życiu socjalizacji "chamstwem". [Druga część ostatniego zdania ocieka sarkazmem, oczywiście celowym i zamierzonym]
http://www.polskieradio.pl/80/1007/Artykul/527388,Mama-mnie-uczy-Joanna-Boguslawska
wtorek, 31 stycznia 2012
Galeria
Przedstawiam niewielką galerię prac. To taka malutka rekompensata za długie przegadane teksty o mnie. Tym razem coś tylko o moich pannach.
Dziewczynki nie mają niesamowitych talentów plastycznych. Rysowanie, malowanie na czystej kartce wg własnego uznania to zajęcie nieciekawe. Cóż zrobić, nie każdy Nikiforem. Ale ponieważ moje panny mają narwaną mamusię (również bez mega talentu) więc robią różne inne rzeczy, owszem plastyczno-techniczne. Dużo i często. Poniżej niewielki wybór.
Mały plastusiowy przegląd:
Choinka i Mikołaj, techniki łączone: origami płaskie koła ("Magiczne kółeczka" Dorota Dziamska - mój guru od origami) a następnie wydzieranka, wyklejanka, malowanie farbami wodnymi.
Witrażykowe gwiazdki zdobią szybę balkonowych drzwi. Podziwiać można je nawet z ulicy.
Aniołki: origami płaskie koła, ozdabiane czym popadło. Dziewczynki czasem nie wiedzą kiedy przestać. W końcu każdy z nas ma takiego Anioła Stóża jakiego najbardziej potrzebuje.
Jesienne drzewa: techniki łączone, wyklejanka ozdabiana stemplami z liści. Jak widać cofneliśmy się do listopada. A może października?
Ha! a tu, sztuka niepozorna, czyli co robią dzieci kiedy mama w garach miesza? Wycinają figury geometryczne, nazywają je, a następnie wyklejając tworzą z nich ludziki. W istocie były to zajęcia matematyczne. Zabawne, nie?
Krasnoludki z liści kasztanowca. U nas w domu już tradycyjnie jesienne. Czyli powrót do października. Wielooki to licentia poetica Łucysi. Cudeńko.
Wspomnienie z wakacji. Sam początek września i nasza letnia łąka, świat roślinek i owadów. Znajdzie się nawet jeden pająk. Szkic zrobiłam ja, panny obserwowały, omawiałyśmy przy tym każdy szczegół roślinek (przerysowywałyśmy je z książki), panny starannie pomalowały. Tylko osa ma zielone skrzydła.
Na deser ciastolinowa "Dziewczynka" Heli. Stoi na okapie kuchennym. Nikomu i nigdy jej nie oddam. (Ponieważ play-dough zsycha się i kurczy a elementy kupy nie trzymają została przyklejona do kartki, w ten sposób powstała jedyna w swoim rodzaju pocztówka.)
Dziewczynki nie mają niesamowitych talentów plastycznych. Rysowanie, malowanie na czystej kartce wg własnego uznania to zajęcie nieciekawe. Cóż zrobić, nie każdy Nikiforem. Ale ponieważ moje panny mają narwaną mamusię (również bez mega talentu) więc robią różne inne rzeczy, owszem plastyczno-techniczne. Dużo i często. Poniżej niewielki wybór.
Mały plastusiowy przegląd:
Choinka i Mikołaj, techniki łączone: origami płaskie koła ("Magiczne kółeczka" Dorota Dziamska - mój guru od origami) a następnie wydzieranka, wyklejanka, malowanie farbami wodnymi.
Witrażykowe gwiazdki zdobią szybę balkonowych drzwi. Podziwiać można je nawet z ulicy.
Aniołki: origami płaskie koła, ozdabiane czym popadło. Dziewczynki czasem nie wiedzą kiedy przestać. W końcu każdy z nas ma takiego Anioła Stóża jakiego najbardziej potrzebuje.
Jesienne drzewa: techniki łączone, wyklejanka ozdabiana stemplami z liści. Jak widać cofneliśmy się do listopada. A może października?
Ha! a tu, sztuka niepozorna, czyli co robią dzieci kiedy mama w garach miesza? Wycinają figury geometryczne, nazywają je, a następnie wyklejając tworzą z nich ludziki. W istocie były to zajęcia matematyczne. Zabawne, nie?
Krasnoludki z liści kasztanowca. U nas w domu już tradycyjnie jesienne. Czyli powrót do października. Wielooki to licentia poetica Łucysi. Cudeńko.
Wspomnienie z wakacji. Sam początek września i nasza letnia łąka, świat roślinek i owadów. Znajdzie się nawet jeden pająk. Szkic zrobiłam ja, panny obserwowały, omawiałyśmy przy tym każdy szczegół roślinek (przerysowywałyśmy je z książki), panny starannie pomalowały. Tylko osa ma zielone skrzydła.
Na deser ciastolinowa "Dziewczynka" Heli. Stoi na okapie kuchennym. Nikomu i nigdy jej nie oddam. (Ponieważ play-dough zsycha się i kurczy a elementy kupy nie trzymają została przyklejona do kartki, w ten sposób powstała jedyna w swoim rodzaju pocztówka.)
sobota, 21 stycznia 2012
Piety Achillesa, korzonki, Natalia i sól
Zastanawiacie się czasem nad tym co w całej cudownej wizji edu domowej, jaką udało mi się odmalować w moich wpisach jest nieprawdą? Rozsądny człowiek zada sobie pytanie "Gdzie jest minus? Jaki tkwi w tym wszystkim haczyk?"
Oczywiście, zrozumiałe jest, że o smutnych sprawach, wychowawczych porażkach i wojnach dzieci pisać nie chcę. W końcu tu mają się znajdować budujące doświadczenia. Budujące pozytywnie. Nie takie z kategorii "Ach, ona też ma w domu meksyk, jakie to pocieszające, że nie tylko ja sobie nie radzę czasem..." Pewnie, naturalnie, czasem rzeczywistość mnie przerasta. Czasem wpadam w panikę. Czasem ogarnia mnie bezradność zupełna. Ale nadal nie mam zamiaru ze szczegółami o tym pisać. Gadam o tym prywatnie z przyjaciółkami ;) To nie jest w końcu scenariusz do kolejnego odcinka "Super niani". Uchylę jednak rąbka tajemnicy.
Mam swoją piętę Achillesa. Dwie pięty nawet, w końcu, cóż, nie jestem Achillesem. Pierwsza pięta to trzy i pół letnia Łusia. "Panowie, normalnie, masakra", nigdy w życiu nie spotkałam tak niezależnego dziecka! Zgroza dla rodziców. W chwili obecnej przyjmuję prosta postawę "Dobra, córcia, zrób jak uważasz, skoro nie chcesz słuchać mojej rady, ale ty ponosisz konsekwencje" i moja córka zakłada różową spódniczkę do czerwonej bluzeczki i niebieskich getrów z fioletowymi skarpetkami. Ale widzicie to oczami wyobraźni? No, a ja i tak się cieszę, bo miesiące negocjacji ("Ale jak założysz bluzeczkę z krótkim rękawkiem to się przeziębisz, jest zima! A wtedy katar... i nie pójdziesz na spacer!") dały ten efekt, że dziecko ubiera się stosownie do pory roku. To taki jeden z wielu przykładów. Zawsze jednak staram się widzieć jakiś plus (Pollyanna ze mnie wyłazi na starość). Jest upierdliwie niezależna, może pół godziny zapłakiwać się przy zakładaniu rajstopek, ale nie pozwoli sobie pomóc. Jednocześnie jest jednak bardzo samodzielna (hura, hura!), codziennie zupełnie sama się ubiera i samodzielnie ogranicza moją nadmierną troskliwość.
Udało mi się wreszcie Łucysię zrozumieć, a to ułatwia współpracę. Współpracę... moi mentorzy rodzinni patrzą i płaczą: "Przecież z trzylatkiem się NIE NEGOCJUJE!" a nie, przepraszam, tylko ja używam tego określenia. "Z dzieckiem się nie dyskutuje! Matka mówi - dziecko wykonuje!" Taaa, jasne... Spróbujcie tego z Łusią będziecie mieć wojnę 24h. A ja wolę inaczej, nie jestem wojownikiem w relacjach z dziećmi. I dlatego pytam, słucham, negocjuję a czasem przeczekuję dwugodzinny płacz i wrzaski (Łusia potrafi płakać ze wściekłości bardzo długo a są granice i zasady, których nie łamiemy).
Mam i drugą piętę Achillesa. Ciut trudniejszą, bo niezrozumianą. Ach Natalka. Złota Natalka, niemal łysy, słodki bobas z błękitnymi oczętami i kilometrowymi rzęsami. Jak to się mówi, dzidzi sama słodycz. I w czym problem? Dzidzi sama słodycz skończyła 16 miesięcy. Niepostrzeżenie przeszła z trybu poznawania świata przez obserwację w tryb eksploracji. Kilka tygodni temu ze łzami szczęścia w oczach patrzyłam na jej pierwsze nieporadne próby tuptania, a ona wciąż była w fazie, gdzie rozwój dziecka wyznacza cel jakim jest zdobycie nowej umiejętności. A teraz, kiedy już śmiało przemierza dom czasem chwiejnym kaczym chodem, priorytetowy cel to "doświadczyć czegoś nowego". Mnie, mamie, która wciąż karmi piersią, trudniej jest jednak wychwycić tę zmianę. W końcu to ten sam bobas (nawet rozmiar ubranek prawie się nie zmienił), który spędza noce zwinięty w kłębek przy moim boku. Nagle (!, jakie nagle?? przecież ona ma już prawie półtora roku?) przestała się prawie interesować swoimi zabawkami i albo tkwi nieznośnie bałaganiąc w grach, książkach i lalkach starszych dziewczynek, albo tkwi nieznośnie bałaganiąc w kuchni!
Nieznośna Nati. Czasem drepcze do łazienki, wdrapuje się na ikeowskie dziecięce krzesełko (mamut) i bawi się w umywalce, do której ledwo sięga, lub wspina się na wannę. I bardzo, bardzo głośno krzyczy.
Pomyślałam sobie, jakiś czas temu, że jeszcze jeden opętany wrzask i ucieknę. Muszę znaleźć przyczynę i rozwiązać problem. Trudno, trzeba z Natalką porozmawiać.
- Natalko - przemawiam spokojnie - nie wrzeszcz bo uszy puchną. Powiedz mamie co się stało?
- [wrzask]
- Tak rozumiem, że ktoś cię skrzywdził i jesteś bardzo niezadowolona, ale co się stało? Jak ci pomóc?
- [wrzask]
- Tak, tak, rozumiem, jesteś wściekła, ale nadal nie wiem jak ci pomóc?
- ... Adibididiwibobleplutideputabedutapumhunpd!
- Hmm (chwila namysłu), rozumiem, Nadziejka zabrała ci kostkę do gry?
- Dibudateblupetudetybledebtudetebltmhyndyptmn.
- No, tak ja rozumiem, że bardzo ci się to nie podoba, ale ta kostka nie jest twoją zabawką, może zamiast wrzeszczeć jak opętaniec pójdziesz ze mną poszukać innej zabawki, równie ciekawej?
- ....
- To co idziemy?
- Abedupt bledept?
- Tak, tak, do pokoju, poszukamy czegoś fajnego, pobawimy się razem. Może być? Idziesz ze mną?
- Taa...
- To to super, chodźmy.
Oczywiście nie łudźcie się, takie negocjacje trwają dużo dłużej. Czasem jest więcej wrzasków. Wypowiedzi Nati zawsze są dłuższe i podparte gestykulacją, ale szkoda moich palców, i tak ich nie rozumiecie. Nikt ich nie rozumie. Nie, nie, ja też ich nie rozumiem. Choć właściwie?
Zorientowałam się, że Natalka razem ze zmianą trybu obserwacji na tryb eksploracji zaczęła mówić. Tak, Nati mówi, pełnymi zdaniami... czy raczej sylabowymi ciągami. Przekazuje emocjonalną treść. wystarczy orientować się, co wydarzyło się zanim zaczęła wrzeszczeć, lub uważnie się przyjrzeć czego może potrzebować (czasem to tylko zmiana pieluchy albo kubek z piciem). Dość, że moja najmłodsza latorośl porozumiewa się za pomocą języka. Ha! Nareszcie można zacząć negocjować :). Strategia jak w tym skeczu Ani Mru Mru "Chińczyk": "pan wolno mówić ja się dużo domyślać".
Oczywiście istnieją kwestie nienegocjowalne. Wtedy płacz, krzyk i łzy. I zła, niestety niezłomna mama.
A czasem jest jak z solą.
Szuflady kuchenne to nie lada wyzwanie, dla każdego chyba dziecka. Drewniane łopatki, plastikowe miski, jakiś srebrny garnek, torebka z makaronem, oto sposoby poznawania świata wszystkimi zmysłami. Polisensoryczne (trudne słowo) nauczanie to modne pojęcie, w tym przypadku raczej polisensoryczne poznawanie świata. Dzieci to uwielbiają. Sytuacja komplikuje się gdy małolat w warunkach niekontrolowanych dopadnie pojemnika z cukrem, solą, lub mąką. Nie są niebezpieczne, może poza solą w oczach, która może być smutnym doświadczeniem. Po prostu robi się niezły bałagan, zazwyczaj na środku kuchni. Zawsze ciekawi mnie w ilu matkach zirytowana bałaganem do sprzątnięcia gospodyni domowa zwycięży facylitatorkę samoedukacji i naturalnego procesu poznawczego własnego dziecka.
U mnie zwyciężyły korzonki.
Natalka dopadła szuflady co przyjęłam z ulgą, bóle korzonków dopadły mnie następnego dnia po intensywnym saneczkowaniu z dziewczynkami i obolała, zgięta w pół niepewnie przemieszczałam się po domu. Każdą samoistną działalność dzieci przyjmowałam z radością, zgadzałam się na wszystko byleby nie dźwigać i się nie prostować ;). Gdy córcia wywlokła puszkę z solą mieszałam w garnku, w sytuacji zorientowałam się o kilka sekund za późno. Nati siedząc na podłodze kuchni garściami wyrzucała sól z pojemnika. Normalna reakcja to natychmiastowe odebranie puszki, dziecko pod pachę, sprintem do łazienki, wymycie rączek (byleby się ta sól do oczy nie dostała!) i wysprzątanie z soli miejsca przestępstwa oraz przestępcy.
Cóż, skoro ma się korzonki...
Z ciężkim westchnieniem usiadłam obok Nati na podłodze. Moje plecy przyjęły to z ulgą.
- Jak tam córcia, smaczna sól? - spytałam skupiając się na obserwacji małych zasolonych łapek, w końcu zawsze zdążę pochwycić je zanim dotrą do oczu.
- Taa... - oświadczyła Nati oblizując małą łapkę. Przełknęła, rozkaszlała się aż poczerwieniała jej buzia, starannie obejrzała drugą łapkę i również ją oblizała.
- Smakuje ci? Nie masz dosyć?
- Taa...
- Może pójdziemy do łazienki umyć rączki?
- Taa... - jeszcze przez chwilę Nati macała, rozmazywała po podłodze i lizała sól. W końcu chwyciła moją dłoń i wstała.
Poszłyśmy. Kroczek za kroczkiem, obolała mam i ciekawska panieneczka rozmiarów krasnoludka. Natalcia sama weszła na krzesełko, wypluskała łapeczki w wypełnioną wodą umywalce, wytarła ręcznikiem buzię. Podczas gdy ona powoli złaziła z krzesła ja powoli, na czworakach (korzonki to lubią) zamiatałam podłogę rozmyślając nad ironią losu. Zapewne gdyby nie te korzonki rozwój i polisensoryczne poznanie świata byłyby dla mojego dziecka ograniczone przez mój pedantyzm i strach przed cierpieniem dziecka. Dziecko skorzystało, korzonki skorzystały, mama skorzystała. A i garnki z kuchni w tym czasie nie uciekły.
Oczywiście, zrozumiałe jest, że o smutnych sprawach, wychowawczych porażkach i wojnach dzieci pisać nie chcę. W końcu tu mają się znajdować budujące doświadczenia. Budujące pozytywnie. Nie takie z kategorii "Ach, ona też ma w domu meksyk, jakie to pocieszające, że nie tylko ja sobie nie radzę czasem..." Pewnie, naturalnie, czasem rzeczywistość mnie przerasta. Czasem wpadam w panikę. Czasem ogarnia mnie bezradność zupełna. Ale nadal nie mam zamiaru ze szczegółami o tym pisać. Gadam o tym prywatnie z przyjaciółkami ;) To nie jest w końcu scenariusz do kolejnego odcinka "Super niani". Uchylę jednak rąbka tajemnicy.
Mam swoją piętę Achillesa. Dwie pięty nawet, w końcu, cóż, nie jestem Achillesem. Pierwsza pięta to trzy i pół letnia Łusia. "Panowie, normalnie, masakra", nigdy w życiu nie spotkałam tak niezależnego dziecka! Zgroza dla rodziców. W chwili obecnej przyjmuję prosta postawę "Dobra, córcia, zrób jak uważasz, skoro nie chcesz słuchać mojej rady, ale ty ponosisz konsekwencje" i moja córka zakłada różową spódniczkę do czerwonej bluzeczki i niebieskich getrów z fioletowymi skarpetkami. Ale widzicie to oczami wyobraźni? No, a ja i tak się cieszę, bo miesiące negocjacji ("Ale jak założysz bluzeczkę z krótkim rękawkiem to się przeziębisz, jest zima! A wtedy katar... i nie pójdziesz na spacer!") dały ten efekt, że dziecko ubiera się stosownie do pory roku. To taki jeden z wielu przykładów. Zawsze jednak staram się widzieć jakiś plus (Pollyanna ze mnie wyłazi na starość). Jest upierdliwie niezależna, może pół godziny zapłakiwać się przy zakładaniu rajstopek, ale nie pozwoli sobie pomóc. Jednocześnie jest jednak bardzo samodzielna (hura, hura!), codziennie zupełnie sama się ubiera i samodzielnie ogranicza moją nadmierną troskliwość.
Udało mi się wreszcie Łucysię zrozumieć, a to ułatwia współpracę. Współpracę... moi mentorzy rodzinni patrzą i płaczą: "Przecież z trzylatkiem się NIE NEGOCJUJE!" a nie, przepraszam, tylko ja używam tego określenia. "Z dzieckiem się nie dyskutuje! Matka mówi - dziecko wykonuje!" Taaa, jasne... Spróbujcie tego z Łusią będziecie mieć wojnę 24h. A ja wolę inaczej, nie jestem wojownikiem w relacjach z dziećmi. I dlatego pytam, słucham, negocjuję a czasem przeczekuję dwugodzinny płacz i wrzaski (Łusia potrafi płakać ze wściekłości bardzo długo a są granice i zasady, których nie łamiemy).
Mam i drugą piętę Achillesa. Ciut trudniejszą, bo niezrozumianą. Ach Natalka. Złota Natalka, niemal łysy, słodki bobas z błękitnymi oczętami i kilometrowymi rzęsami. Jak to się mówi, dzidzi sama słodycz. I w czym problem? Dzidzi sama słodycz skończyła 16 miesięcy. Niepostrzeżenie przeszła z trybu poznawania świata przez obserwację w tryb eksploracji. Kilka tygodni temu ze łzami szczęścia w oczach patrzyłam na jej pierwsze nieporadne próby tuptania, a ona wciąż była w fazie, gdzie rozwój dziecka wyznacza cel jakim jest zdobycie nowej umiejętności. A teraz, kiedy już śmiało przemierza dom czasem chwiejnym kaczym chodem, priorytetowy cel to "doświadczyć czegoś nowego". Mnie, mamie, która wciąż karmi piersią, trudniej jest jednak wychwycić tę zmianę. W końcu to ten sam bobas (nawet rozmiar ubranek prawie się nie zmienił), który spędza noce zwinięty w kłębek przy moim boku. Nagle (!, jakie nagle?? przecież ona ma już prawie półtora roku?) przestała się prawie interesować swoimi zabawkami i albo tkwi nieznośnie bałaganiąc w grach, książkach i lalkach starszych dziewczynek, albo tkwi nieznośnie bałaganiąc w kuchni!
Nieznośna Nati. Czasem drepcze do łazienki, wdrapuje się na ikeowskie dziecięce krzesełko (mamut) i bawi się w umywalce, do której ledwo sięga, lub wspina się na wannę. I bardzo, bardzo głośno krzyczy.
Pomyślałam sobie, jakiś czas temu, że jeszcze jeden opętany wrzask i ucieknę. Muszę znaleźć przyczynę i rozwiązać problem. Trudno, trzeba z Natalką porozmawiać.
- Natalko - przemawiam spokojnie - nie wrzeszcz bo uszy puchną. Powiedz mamie co się stało?
- [wrzask]
- Tak rozumiem, że ktoś cię skrzywdził i jesteś bardzo niezadowolona, ale co się stało? Jak ci pomóc?
- [wrzask]
- Tak, tak, rozumiem, jesteś wściekła, ale nadal nie wiem jak ci pomóc?
- ... Adibididiwibobleplutideputabedutapumhunpd!
- Hmm (chwila namysłu), rozumiem, Nadziejka zabrała ci kostkę do gry?
- Dibudateblupetudetybledebtudetebltmhyndyptmn.
- No, tak ja rozumiem, że bardzo ci się to nie podoba, ale ta kostka nie jest twoją zabawką, może zamiast wrzeszczeć jak opętaniec pójdziesz ze mną poszukać innej zabawki, równie ciekawej?
- ....
- To co idziemy?
- Abedupt bledept?
- Tak, tak, do pokoju, poszukamy czegoś fajnego, pobawimy się razem. Może być? Idziesz ze mną?
- Taa...
- To to super, chodźmy.
Oczywiście nie łudźcie się, takie negocjacje trwają dużo dłużej. Czasem jest więcej wrzasków. Wypowiedzi Nati zawsze są dłuższe i podparte gestykulacją, ale szkoda moich palców, i tak ich nie rozumiecie. Nikt ich nie rozumie. Nie, nie, ja też ich nie rozumiem. Choć właściwie?
Zorientowałam się, że Natalka razem ze zmianą trybu obserwacji na tryb eksploracji zaczęła mówić. Tak, Nati mówi, pełnymi zdaniami... czy raczej sylabowymi ciągami. Przekazuje emocjonalną treść. wystarczy orientować się, co wydarzyło się zanim zaczęła wrzeszczeć, lub uważnie się przyjrzeć czego może potrzebować (czasem to tylko zmiana pieluchy albo kubek z piciem). Dość, że moja najmłodsza latorośl porozumiewa się za pomocą języka. Ha! Nareszcie można zacząć negocjować :). Strategia jak w tym skeczu Ani Mru Mru "Chińczyk": "pan wolno mówić ja się dużo domyślać".
Oczywiście istnieją kwestie nienegocjowalne. Wtedy płacz, krzyk i łzy. I zła, niestety niezłomna mama.
A czasem jest jak z solą.
Szuflady kuchenne to nie lada wyzwanie, dla każdego chyba dziecka. Drewniane łopatki, plastikowe miski, jakiś srebrny garnek, torebka z makaronem, oto sposoby poznawania świata wszystkimi zmysłami. Polisensoryczne (trudne słowo) nauczanie to modne pojęcie, w tym przypadku raczej polisensoryczne poznawanie świata. Dzieci to uwielbiają. Sytuacja komplikuje się gdy małolat w warunkach niekontrolowanych dopadnie pojemnika z cukrem, solą, lub mąką. Nie są niebezpieczne, może poza solą w oczach, która może być smutnym doświadczeniem. Po prostu robi się niezły bałagan, zazwyczaj na środku kuchni. Zawsze ciekawi mnie w ilu matkach zirytowana bałaganem do sprzątnięcia gospodyni domowa zwycięży facylitatorkę samoedukacji i naturalnego procesu poznawczego własnego dziecka.
U mnie zwyciężyły korzonki.
Natalka dopadła szuflady co przyjęłam z ulgą, bóle korzonków dopadły mnie następnego dnia po intensywnym saneczkowaniu z dziewczynkami i obolała, zgięta w pół niepewnie przemieszczałam się po domu. Każdą samoistną działalność dzieci przyjmowałam z radością, zgadzałam się na wszystko byleby nie dźwigać i się nie prostować ;). Gdy córcia wywlokła puszkę z solą mieszałam w garnku, w sytuacji zorientowałam się o kilka sekund za późno. Nati siedząc na podłodze kuchni garściami wyrzucała sól z pojemnika. Normalna reakcja to natychmiastowe odebranie puszki, dziecko pod pachę, sprintem do łazienki, wymycie rączek (byleby się ta sól do oczy nie dostała!) i wysprzątanie z soli miejsca przestępstwa oraz przestępcy.
Cóż, skoro ma się korzonki...
Z ciężkim westchnieniem usiadłam obok Nati na podłodze. Moje plecy przyjęły to z ulgą.
- Jak tam córcia, smaczna sól? - spytałam skupiając się na obserwacji małych zasolonych łapek, w końcu zawsze zdążę pochwycić je zanim dotrą do oczu.
- Taa... - oświadczyła Nati oblizując małą łapkę. Przełknęła, rozkaszlała się aż poczerwieniała jej buzia, starannie obejrzała drugą łapkę i również ją oblizała.
- Smakuje ci? Nie masz dosyć?
- Taa...
- Może pójdziemy do łazienki umyć rączki?
- Taa... - jeszcze przez chwilę Nati macała, rozmazywała po podłodze i lizała sól. W końcu chwyciła moją dłoń i wstała.
Poszłyśmy. Kroczek za kroczkiem, obolała mam i ciekawska panieneczka rozmiarów krasnoludka. Natalcia sama weszła na krzesełko, wypluskała łapeczki w wypełnioną wodą umywalce, wytarła ręcznikiem buzię. Podczas gdy ona powoli złaziła z krzesła ja powoli, na czworakach (korzonki to lubią) zamiatałam podłogę rozmyślając nad ironią losu. Zapewne gdyby nie te korzonki rozwój i polisensoryczne poznanie świata byłyby dla mojego dziecka ograniczone przez mój pedantyzm i strach przed cierpieniem dziecka. Dziecko skorzystało, korzonki skorzystały, mama skorzystała. A i garnki z kuchni w tym czasie nie uciekły.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






































