środa, 13 lutego 2013

Co zrobić żeby dinozaury nie wyginęły, czyli kilka słów o tym jak wykorzystać dziadka.


Czasem ktoś się upomni. Czasem czwarta pójdzie spać a ja nie. Czasem okoliczności tak się ułożą,  że mogę postukać w klawisze. Najmłodsze wyraźnie nie jest zachwycone bo porusza się energicznie w brzuchu żądając zmiany pozycji. Ale zaległości upominają się gromkim głosem. Spróbuję więc napisać kilka zdań zanim plecy rozbolą…

Dziadek jest postacią niezwykle dla moich córek ważną. Obaj dziadkowie są bardzo ważni, ale każdy inaczej. Dzisiaj rzecz będzie o dziadku, który chodzi w kapeluszu, ma długie włosy, brodę i wszystko wie. Oraz wszystko potrafi. Całkiem serio! No dobra, lodów nie zrobi ale naprawi łóżeczko, założy nowe gniazdko w ścianie, specjalnie dla wnuczek dopasuje polski dubbing do amerykańskiego filmu w wersji blue-ray, zagra skoczną polkę na akordeonie, zrobi wygodną i bezpieczną huśtawkę, i w ogóle!
Sztuka w tym, żeby dziadka wykorzystać z głową. Moja sztuka, bo dzieciom nie w głowie jeszcze niecne intrygi.

Tata jest inteligentnym facetem, informatykiem, który w dodatku posiadł sztukę myślenia matematycznego oraz ROZUMIE fizykę, często nawet chemię (dla mnie – magia!) i nie raz tłumaczył trudne zagadnienia dowodząc przy tym talentów pedagogicznych. Co gorsza jest to myślący człowiek, który zanim sąd czy opinię sformułuje najpierw ją dogłębnie przemyśli, przeanalizuje, zweryfikuje i zgromadzi argumenty. Potem może spokojnie opinię wygłaszać i uchodzić za nieomylnego niemal w 99% bo opinia jest prawdziwa  i słuszna lub słuszność i prawdziwość jej niesprawdzalna co na jedno wychodzi. Starannie nakreślam sylwetkę naszego rodzinnego guru (tata nie znosi tego określenia [podejrzewam, że zwłaszcza od czasu gdy mama nazwała tak na jego cześć naszego psa - choć z tatą nigdy nic nie wiadomo]) albowiem właśnie na owej genialności opierać się będzie anegdotka.

Moja druga córcia, dociekliwa blondyneczka, w książeczce opisującej zjawiska pogodowe ujrzała obrazek, którego zadaniem było wizualizować zjawisko cząsteczek powietrza. Córci bynajmniej nie poruszył fakt, że powietrze składa się z cząstek. Zainteresowało ją samo pojęcie „cząsteczki”. Mamo, a co to jest cząsteczka? Banalnie proste pytanie, ale zadane w niebanalnym kontekście. I w tymże kontekście odpowiedzieć należało. Może i spróbowałabym sama podjąć się tego wyzwania ale nie musiałam. Bo obok był tata. Genialny, mądry, jako jedyny w rodzinie naprawdę rozumiejący fizykę i tłumaczący jej tajniki tata (po dziś dzień mam w oczach tego małego cwaniaka – demona Maxwella - który rakietą odbija cząsteczki). „Córcia, o cząsteczkach wszystko najlepiej wie dziadek! Najlepiej ci to wytłumaczy. Koniecznie jego o to spytaj!”
Tak, tak, to trochę nieetyczne tak niewinne dziecko napuszczać na dziadka, zwłaszcza  gdy w duszy mi wrednie gra: „ Hłe, hłe hłe… No to teraz się geniuszu pomęcz! A masz, za te wszystkie noce, kiedy zmuszałeś mnie do myślenia dowodząc jednocześnie, że kobieta nigdy abstraktu nie pojmie!” Bo nasłałam na dziadka nie dość, że małe dziecko, w wieku gdy myślenie abstraktami jest zaledwie w zalążku to na dodatek dziewczynkę, która maniakalnie uwielbia różowy, czyli stuprocentową płeć piękną. A trzeba ci wiedzieć, czytelniku miły, że mój ojciec to ostatnia osoba na ziemi, która wypowie zdanie „zrozumiesz jak dorośniesz”.
Córeczka do dziadka pobiegła, z książeczką w dłoni, pytaniem na ustach i ufnością w niebieskich oczętach. Dziadek zaś po chwili powoli wszedł do pokoju ze smętną miną i równie smętnym głosem wybąkał: „Nina, przecież wiesz, że ona jest za mała, żeby to zrozumieć…” Rozłożyłam ręce w znanym geście bezradności. W duszy cichutko chichocząc podle.

Dziadek usiadł z dziewczynkami przy kuchennym stole, położył na drewnianej deseczce kromkę chleba i przekroił ją na pół. „Czy da się przekroić ją jeszcze raz?” Rytuał gestu i pytania powtarzał się, aż na desce leżały już maleńkie okruszki. „Czy da się przekroić jeszcze raz?” W końcu dziewczynki odpowiedziały, że nie, ale dziadek miał w zanadrzu spore szkło powiększające i okruszek dał się przekroić jeszcze raz i drugi i trzeci… Teraz już dziadek mógł od konkretu przejść do opowiadania o abstraktach. O szkłach powiększających, które są mocniejsze i powiększając rzeczy, których gołym okiem wcale nie widać, o tychże właśnie rzeczach, których nie widać a są malutkimi cząsteczkami, z których składa się nie tylko kromka chleba, ale wszystko co jest na świecie. Tak, nawet stół można by na takie malutkie cząsteczki podzielić… Oraz oczywiście powietrze.  I w ten sposób istotę cząsteczki tłumaczył małym dziewczynkom duży dziadek. Oczywiście opisana sytuacja była tylko długim wstępem do poważnych rozważań, długiej rozmowy, trudnych pytań, których tu nie przytoczę bo ich nie nagrałam a zmyślać nie chcę.  Z mojego punktu widzenia był to fantastyczny wykład podstaw fizyki, bo w końcu zrozumienie czym jest cząsteczka to podstawa, a każda nowa inspiracja do pytań jest bezcenna.
Na szczęście dziewczynkom nie przyszło do głowy zadać pytanie „A co taka cząsteczka robi?” bo dziadek miałby kłopot. Pewnie i tak jakoś by wybrnął.

Czasem coś się zepsuje. Czasem coś trzeba naprawić. Sporo rzeczy naprawić umie mama – znaczy ja. Więc do mamy przynosi się potłuczone rzeczy do sklejenia, lalkę bez ręki czy głowy, podartą książeczkę i dziurawą sukienkę. Wtedy mama – czyli ja – wybiera właściwy klej, lub igłę z nicią, czy też dratwę, czy taśmę klejącą i naprawia.  Ale czasem mama – znowu ja – rozkłada ręce i mówi „nie wiem”. Wtedy trzeba poprosić tatę, ale tata nawet jak rozkręci na części to często nie wie jak naprawić. Wtedy trzeba poprosić dziadka. A dziadek ma tę przewagę nad tatą, że nie przegania dziewczynek byle dalej od śrubek i narzędzi ale pozwala asystować, dotykać i obserwować z bliska a poza tym zawsze znajduje przyczynę problemu. Bardzo często potrafi naprawić. A do tego zapytany zawsze tłumaczy co i jak.
Niezapomnianym doświadczeniem było dla mnie obserwowanie mojej drugiej córci – dociekliwej blondyneczki – która wiernie towarzyszyła dziadkowi podczas zakładania oświetlenia w domu na wsi. Miała wówczas cztery lata. I spędziła kilka godzin na niezmordowanym oglądaniu narzędzi, kabli, dziadkowej pracy i jej efektów. Od tamtego czasu gdy tylko dziadek pojawia się w towarzystwie skrzynki narzędziowej czy wiertarki młoda jest nie do ruszenia. Główna dewiza to „być blisko – obserwować”. Zaczęłam się nawet zastanawiać ostatnio czy cechy charakteru nie idą w parze z kolorem włosów i oczu… Mam dwie córeczki, które po tymże dziadku właśnie odziedziczyły oczy i najprawdopodobniej również kolor włosów. Jedna z nich to właśnie moja dociekliwa blondyneczka. Ostatnio zaś druga z tym typem urody – a czwarta z kolei moja córka – gdy tylko przyszedł do nas dziadek z wizytą dziarsko pomaszerowała do naszej skrzynki z narzędziami (schowanej w szafie) i przyniosła z niej, specjalnie dla dziadka śrubokręt. Wpędziła tym dziadków w stan lekkiego osłupienia  a babcię nawet trochę przeraziła (w końcu młoda ma niecałe dwa i pół roku) ale sugestia była dość oczywista. „Oto dziadku przyniosłam ci coś, co na pewno sprawi ci frajdę!”
Zmysł obserwacyjny jest niezwykle rozwinięty już u zupełnie małych dzieci. Czasem dziadek potrzebny jest tylko do tego, by było kogo obserwować.

Ostatnio dziadek zaczął przebąkiwać, że będzie się musiał wziąć osobiście za naukę fizyki swoich wnucząt, bo przydałoby się jednak, by wiedziały (między innymi) jak działa pralka, lodówka i dlaczego nie wolno dotykać palcami halogenowych żarówek a skoro szkoła tego nie uczy to ktoś musi. Wprawdzie owo „będzie musiał” dziadek wypowiada na razie z ciężkim westchnieniem, ale myślę, że to tylko taka poza. Bo dziadek uwielbia tłumaczyć nawet bardzo trudne zjawiska tym, którzy chcą go słuchać a w tym względzie akurat wnuczki (nawet niezdolne wszak do myślenia abstrakcyjnego dziewczynki) dziadka na pewno nie zawiodą.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Wizyta u Króla Jegomości

Korzystając z listopadowych darmowych wejść udałyśmy się z wizytą do Łazienek Królewskich zwiedzać Pałac. Pewnie, że dawno to było, więc post jest swego rodzaju zapisem wydarzeń historycznych, ale czasem pewne sprawy układają mi się w głowie i dojrzewają do opisu tygodniami. Nie przepadam za prowadzeniem bloga w stylu dziennika, pamiętnika czy stałej relacji z naszych poczynań, a treść postu jest aktualna nadal. I przemyślana. Poza tym minęło trochę czasu i można mieć nadzieję, że większość szczegółów zapomniałam i tekst będzie krótszy. Oby.

Wycieczkę zaplanowała moja mama (mądra i pomysłowa a w dodatku miłośniczka historii Polski, kultury szeroko rozumianej i edukacji wyrastającej z korzeni), a warto wiedzieć, że gdy taki spacer planuje moja mama to nie ograniczy się do kilkorga wnucząt tylko weźmie wszystkie dzieci swoich dzieci, jak leci. A moja mama ma tych wnucząt już 11! Najmłodsze się nie kwalifikowały wiekiem, również jeden ze starszych wnuczków później kończył szkołę i tak na wycieczkę wybrałyśmy się moja mama, ja oraz osiem dziewczynek w wieku od 2 lat do 8. Dominowały przedszkolaki.
Czy w ogóle jest sens zabierać tak małe dzieci w takie miejsce? Pytanie to po cichu zada sobie każdy chyba dorosły. I ja, przed wycieczką, miałam wątpliwości. Teraz jestem jednak przekonana, że tak.

Wszystkie dziewczynki były zaintrygowane planem zwiedzania królewskiej siedziby: "Tam mieszkał prawdziwy król? I nosił koronę? A miał córeczki - królewny? Czy one też tam z nim mieszkały?" Poza tym moją Helenkę fascynowało, że Pałac wraz z parkiem nazywany jest Łazienkami. Koncepcja zwiedzania królewskiej łazienki była z jednej strony ciut obrzydliwa: "Fuj! Jedziemy na wycieczkę do łazienki?"; z drugiej intrygująca: "To król miał taką wielką łazienkę? I się w niej kąpał? I robił tam...?" Moje córeczki wyruszyły na wyprawę zaopatrzone w długi dość wstęp obszernie opisujący koncepcję łaźni oraz jej funkcje i uspokojone w kwestii miejsca, które będą oglądać. Wstęp był jednak nie dość treściwy, a to z mojej winy, bom zwyczajnie zapomniała o obecności mitologii greckiej w Pałacu i nie uprzedziłam dziewczyn, że natkniemy się na dziwne, a na domiar złego w większości gołe posągi. Trzeba było reagować na bieżąco. Ale po kolei.

Zaczęłyśmy od "kupienia" biletów. Wprawdzie za darmo, ale drukowane są rzetelnie dla wszystkich zwiedzających. Widok wart zapamiętania to wyraz twarzy pani bilety drukującej gdy zobaczyła naszą ekipę. Małe dzieci mają to do siebie, że nieustannie się ruszają i tam gdzie jest ich zaledwie ósemka niedoświadczone oko widzi co najmniej dwadzieścioro. Dużo małych, rozłażących się beztrosko po kątach i nieustannie gadających dziewczynek (wnuczki mojej babci układają się parami, a nawet jedną trójką w rówieśniczym wieku, na dodatek różnice wieku są małe co sprawia, że rozmawiają wszystkie ze wszystkimi jednocześnie na każdy temat), a do opieki jedna mała i chuda dziewczyna, i druga jeszcze mniejsza, siwiejąca kobietka. Obie my zapewne sprawiające wrażenie totalnej bezradności. Tylko ci, którzy znają dobrze moją rodzinę wiedzą jaka siła i determinacja w nas tkwi, takich delikatnych pozornie osóbkach. Na szczęście krótka rozmowa z dziewczynkami przygotowująca zwiedzanie uspokoiła miłą panią i bilety zostały z uśmiechem rozdane, a nasza grupka serdecznie powitana w progach Pałacu.

Od tej pory było już tylko coraz milej. O paniach oraz panach stojących na straży skarbów sal pałacowych mówić mogę tylko w superlatywach. Byłyśmy witane uśmiechem, opowiadano nam fascynujące historie i anegdotki, pomagano czasem strofować (bardzo taktownie) niesubordynowane czterolatki - a nie ma to jak uwaga zwrócona przez Ważną-Panią-Dużo-Ważniejszą-Niż-Mama.

Co mogą robić w Pałacu małe dzieci? Oczywiście nie sposób oczekiwać by interesowało je kto projektował, i w którym wieku, sale łaziebne, czy całość Pałacu; kto był pierwszym właścicielem itd. Ale tyle jest innych fascynujących rzeczy! Po czym rozpoznać salę pełniącą funkcję królewskiej łazienki? Po kafelkach pokrywających ściany, a każdy inny, wszystkie ręcznie malowane bo w Tamtych Dawnych Czasach fabryk i maszyn nie było. I dziewczynki z bliziutka oglądały kafelki mniejsze niż ich dłonie. Następna sala była nie dość, że duża to jeszcze miała fantastyczną podłogę - stworzoną do gry w klasy! Skomplikowany wzór z drewnianych płytek kusił i rozbudzał wyobraźnię. Nie można jednak pozwolić dzieciom skakać jak pasikoniki po królewskich komnatach! Uklękłyśmy by podziwiać intarsjowany parkiet wyglądający zupełnie jak skomplikowana mozaika z drewnianych klocków. Zupełnie inaczej chodzi się po "dziele sztuki" niż po zwykłym parkiecie.
Z sufitów zwieszały się ogromne żyrandole projektowane do oświetlenia pałacu za pomocą świec, ogromnej ich ilości, i ozdobione migoczącymi kryształkami - "mamo, patrz! brylanty!". W salach stoją krzesła i fotele, na których nie wolno siadać - kolejne dziwo, ogromne mnóstwo obrazów na ścianach, a po wizycie w Muzeum Narodowym dziewczynki wiedzą już czym jest Galeria obrazów. Z pomocą pani strzegącej sali udało się pokazać dziewczynkom króla, jego rodziców, jego brata, bratanka, wizerunek żony.
O szczegółowe powiązania rodzinne pilnie dopytywała się moja najstarsza córka. Jak również dziwiła białym perukom i zniesmaczona była brakiem korony na królewskiej głowie.

Nasze panny przed portretem Stanisława Augusta:




Dziewczynki oglądały również ustawioną w gablocie broń, z którą król chodził na polowania "I strzelał do zwierząt?!" z rozpaczą dopytywały się dziewczynki. W innej gablocie podziwiały dzieciaki czekoladę, którą król dostał w prezencie i nie zjadł. "A dlaczego nie zjadł? Też miał alergię?"

Po przejściu kilku kolejnych sal jedna z bystrych dziewczynek zauważyła, że zegary są dziwne. Dzieci zauważają takie rzeczy, których człowiek się wcale nie spodziewa i jeśli mogą penetrować jakieś miejsce samodzielnie, a dodatkowo zadawać pytania nie zasypywane masą informacji, które wcale ich nie interesują - wtedy właśnie dzieci zaskakują wnikliwością.
Było tak.
W każdej sali znajdował się przedmiot, który zapewne omiotłam wzrokiem, zachwyciłam się przez chwilę i poszłabym dalej bez słowa ale mały obserwator spytał: "Co to jest?" "Zegar". "Jak to: zegar? Dziwny!" I w każdej kolejnej sali sytuacja się powtarzała. Bezbłędnie wyłowiony z tła zegar poddawany był wnikliwym oględzinom i bezceremonialnie odarty z zabytkowej czci. "Ten też jest dziwny." W prostych słowach wytłumaczyłam, że zegar służył nie tylko do odmierzania czasu ale i ozdobie, a poza tym wykonywany był jak dzieło sztuki, przez artystę. A kanony piękna od tamtych czasów uległy zmianom i to co dziś wydaje się im dziwne wtedy było eleganckie, stylowe, piękne. Zaraz z dodatkowym wyjaśnieniem pospieszyła kolejna miła pani. Wyjaśniła, że król kochał zegary, zbierał i miał ich całą kolekcję. Pokazała nam kilka kolejnych - jeden będący sporą rzeźbą Chronosa dźwigającego na barkach kulę ziemską, inny umieszczony na spodzie klatki dla ptaka.
To były dopiero dziwy!

Chronos - zdjęcie pochodzi z Wikipedii.


Sala balowa zrobiła na dziewczynkach ogromne wrażenie. Zaskoczyła również dziewczynki wielkimi, dziwnymi, marmurowymi rzeźbami (które to rzeźby cudem uniknęły masowego obmacania bo dziewczynki poczuły gwałtowną potrzebę dotknięcia marmuru, na szczęście niewielką chwilę później wspinałyśmy się po marmurowych schodach, a te obmacywać można było do woli, więc pragnieniu dotknięcia marmuru stało się zadość), żyrandolami, oraz galerią minstreli. "To jest na pewno miejsce dla króla!" podziwiała najstarsza z ekipy ośmiolatka. "Raczej dla muzyków przygrywających podczas balu" odpowiedziałam spokojnie. "Nie!" oburzyła się "na pewno dla króla!". Na podwyższeniu, schowane za barierką fotele tapicerowane czerwonym aksamitem, jak nie dla króla to dla kogo? Dla jakiegoś grajka, który przygrywa do kotleta? "O tempora! O mores!" westchnę sobie w duchu... "Przecież sala balowa służyła do tańca, tak królowi, jak i jego gościom, po co mu tak odgrodzone miejsce do siedzenia? To nie sala audiencyjna." Niestety, dzieweczka zawiodła się srodze i z markotną miną poszła podziwiać kolejne cudo, chyba nie do końca przekonana. Zaś kolejne cudo było posągiem gołego mężczyzny. "Mamo! on ma pupę na wierzchu! wcale nie ma majtek!" rozchichotała się czterolatka. Pod gołym panem, na straży komina ustawiono dwie inne rzeźby, dziwne, symboliczne postacie z mitologii. Drugi kominek, po przeciwległej stronie sali balowej podobnie robił podobne wrażenie. I tak poznały panienki bożka Pana, centaura, Cerbera, króla Midasa, Apolla, modę na rzeźby bez majtek... Pytania zostały zadane, odpowiedzi udzielone, chichoty w końcu też ucichły.

Posąg Apolla "bez majtek" majaczy daleko, a barierkę oddzielająca galerię dla orkiestry widać po prawej stronie (zdjęcie pochodzi ze strony http://fotopolska.eu/Warszawa/WszystkieZdjecia/b6255,Palac_na_Wodzie.html?najnowsze):


Oczywiście łóżko w sypialni wywołało sporo domysłów: "Na pewno jest rozkładane!" i podobnie jak poprzednio uprzejma pani wyjaśniła dziewczynkom, że w "owych czasach" król sypiał oparty o stos poduszek w pozycji niemal siedzącej, więc długaśne łóżko nie było mu wcale potrzebne... Nie ukrywam, że informacją tą miła pani rozjaśniła mroki również w moim umyśle, bo zawsze te małe łóżka mnie fascynowały i podejrzewałam, że nie są prawdziwe wcale tylko wstawione z potrzeby wizualizacji sypialni dla zwiedzających. Bo prawdziwe łoża z pewnością były ogromne i zajmowały za dużo miejsca. A tu taka niespodzianka!
Jednocześnie ta miła pani zabiła mi ćwieka, obejrzałam to łóżko dokładnie i doszłam do wniosku, że jedno z dwojga: albo nigdy seksu tam król nie uprawiał albo uprawiał i nie lubił. W obu sytuacjach był ofiarą systemu, zwyczaju i mody. Ale cóż, nobless oblige. Zakładam, że jego morganatyczna żona (z którą miał czwórkę dzieci) mieszkająca osobno miała już łoże bardziej przypominające współczesne, przynajmniej rozmiarami. Chyba, że nie...

Zdjęcie sypialni pochodzi z tego samego, co poprzednie zdjęcie - sali balowej, źródła. (Oczywiście samodzielne fotografowanie było wykluczone z powodu marnego światła naturalnego i kategorycznego zakazu używania lamp błyskowych.)


Wiele jeszcze innych cudów widziałyśmy: królewską pracownię - bowiem król był pracoholikiem podobno, a w pracowni podziwiać można pomysłowy stół kreślarski, taki z jakiego sam król korzystał, prywatne apartamenty królewskiego kamerdynera, do których idzie się wąskim korytarzem - dla służby, monumentalne posągi najwspanialszych królów Polski i dużo innych, których już nie pamiętam (na szczęście dla czytelników).

Na koniec jeszcze dwa małe akapity.
Pierwsza dotyczy pawianów zamieszkujących park łazienkowski. Dlaczego pawiany? Bóg raczy wiedzieć! Widziałyśmy pawiany w zoo (trafiły nam się nawet takie iskające się, lejące ciepłym moczem na wszystko i nawet spółkujące nie mówiąc o tym, że niemożebnie się wydzierają wszystkie jednocześnie, powinny się więc jakoś w pamięci zapisać), a pomimo to uroczy ptaszek z barwnym ogonem pawianem pozostaje niezmiennie. Widocznie "paw" brzmi zbyt krótko by brzmiał dość dumnie. Dość, że pawiany są tak tak oswojone, że niemal z ręki jedzą, a niesforną dziewczynką potrafią podobno nawet w palec dziobnąć. Wrażenie - bezcenne! Pawie pobiły na głowę króla i cuda jego pałacu.

Na zakończenie raczej refleksja moja niż anegdota. Otóż, jak łatwo sobie wyobrazić, gdy kto wyobraźnię żywą posiada, robiłyśmy spore wrażenie wśród przemiłej i pomocnej ekipy strzegącej Pałacu. Dwie małe kobietki oraz osiem jeszcze mniejszych dziewczyneczek wniosły do sal pałacowych zamieszanie, rozmowy, setki pytań, sporo bezceremonialnych komentarzy, słowem to właśnie czego w Muzeum spodziewać się nie należy. Pośród statecznych par i małych grupek starszych ludzi oraz zorganizowanych grup studenckich byłyśmy ewenementem. Zostałyśmy oprowadzone, objaśnione, doinformowane, a na koniec bardzo ciepło zaproszone ponownie (darmowe wejścia w Pałacu na wodzie są w każdy czwartek, przez cały rok). Dzieci szczęśliwie nic nie zepsuły, najazd tatarów przeżyli bez szkody tak Pałac, jak i my. A gdy wychodziłyśmy sympatyczni panowie stojący na straży wejścia i wyjścia skomplementowali nas - dzielne kobiety - oraz nasze panieneczki - mądre i grzeczne dzieci. Balsam na duszę zmęczonych kobiet wielodzietnych. ;)
To zastanawiające jak różne emocje wywołuje nasza, bogata w dzieci, rodzina. Wręcz skrajne. Zdecydowanie miło jest przekonać się, że są ludzie, których nasz widok cieszy, a nie przeraża. Którzy serdecznie rozmawiają i pomagają zamiast obrócić się do domniemanej patologii plecami.
W takie miejsca chce się wracać.






piątek, 28 grudnia 2012

Odszkolnienie w przedświątecznym bałaganie.

Tytuł powinien brzmieć "unschooling w przedświątecznym bałaganie" ale nie przepadam za mieszaniem pojęć z obcego języka do naszego i wolę wymyślać własne - po polsku, a poza tym jak się przyjrzeć z bliska to nie do końca mi po drodze z ideą unschoolingu a sięgać po nią jakoś tak tylko "okazyjnie" nie wydaje mi się właściwe. Rzecz w tym, że idea to coś co uznaję albo nie, a nie ułamuję sobie te kawałki, które mi pasują, resztę wywalam do śmietnika ale firmuję swoje działania powołując się na chwytliwe hasło. Z ideą jak z religią. (Definicję unscholingu znajdziesz na dole tego posta, tam również linki do ciekawych artykułów opisujących te iedeę, jej pochodzenie i opis jak rzecz wygląda w praktyce.)
W tej konkretnej sytuacji mam poważny problem. Polski system wymaga od nauczycieli w szkole, a również od rodziców w edukacji domowej realizacji podstawy programowej; dzieci uczące się w domu zdają egzaminy z konkretnego materiału określonego programem szkolnym. Przygotowanie do egzaminu wymaga przyswojenie tego materiału. Niezależnie od tego, czy uczący się jest nim zainteresowany, czy nie. Podejrzewam, że samodzielne przyswojenie materiału nie stanowiłoby problemu, bo człowiek to ciekawskie stworzenie i sam z siebie zgłębia intrygujące zagadnienia a podział na "umysły humanistyczne i ścisłe" i przymuszanie ich do zgłębiania materiału, który ich nie interesuje jest głupotą, która powstała właśnie w systemie szkolnym. (Teraz kilka słów odpierających ataki zwolenników tradycyjnej edukacji, którzy twierdza, że w trybie unschoolingu dzieci nie uczą się tej części materiału ogólnej wiedzy o świecie, która nie jest związana z ich zaiteresowaniami - można taką krótką notkę znaleźć w Wikipedii pod definicją unschoolingu). Bynajmniej nie podważam istnienia szczególnych talentów w kierunku tej czy innej dziedziny ale! Ale jeśli ja - tak zwany "umysł humanistyczny" nie radzący sobie z obliczaniem pola brył i trudniejszymi rachunkami, z rachunku prawdopodobieństwa w liceum miałam 4 (a tłumaczył mi zagadnienie mój własny ojciec) i w dodatku ROZUMIAŁAM to zagadnienie to znaczy, że właściwie każdy może się tego nauczyć. Załapałam się jeszcze na kilka podobnych dziwnych sytuacji, w których bez najmniejszych problemów "łapałam" temat ścisły gdy tylko zobaczyłam go w innym niż ten szkolny, systemowy kontekście, a co więcj - temat ten okazywał się wręcz fascynujący! Zaś wspomniany wyżej mój ojciec - typowy umysł ścisły i to mieszczący się gdzieś w zakresie "geniuszy" - maturę z polskiego zdał na 4 czy 5 choć orłem z polskiego nie był, i po dziś dzień nie czuje się bynajmniej zagubiony w rozmowach umysłów humanistycznych.
Podsumowując ten przydługi wstęp: niewątpliwie talety mamy różne, różne specjalizacje, ale ogólną wiedzę o działaniu świata każdy człowiek zgłębić może. Otwarty umysł i niezagubiona ciekawość świata to klucz do zrozumienia podstaw. Zresztą obserwacje samouczących się dzieci dowodzą, że ich ciekawość świata nie ma granic, a zgłębianie tematu jest silniejsze niż to sugerowane w podręcznikach szkolnych. A specjalizację w życiu dorosłym każdy wybiera sobie sam i tak.

Dość, że przyswojenie materiału w zgodzie z ideą unschoolingu nie byłoby problemem, gdyby mały człowiek miał na to czas. Gdyby sam mógł ten czas wybrać. Ale nie może. Młodsze dzieci mają egzaminy raz w roku, starsze - raz na semestr. Dzieciaki uczące się w szkole maja jeszcze gorzej bo materiał narzucany jest dzień po dniu w ramach określonych zajęć klasowych.
Ten układ bardzo ogranicza nasze możliwości realizowania idei totalnego odszkolnienia.
Osobiście wciąż jeszcze zastanawiam się czy to źle czy jednak dobrze...
Gdybym miała w domu jedynie Helenę, Łusię i Nati niewątpliwie byłabym gorącą zwolenniczką totalnego odszkolnienia i działałabym jedynie w trybie tzw. facylitatora. Ale ja mam w domu jeszcze Nadziejkę. Córcię, która została dwa lata temu zaopiniowana przez psychologa jako dziecko z opóźnionym rozwojem analizatora wzrokowego i słuchowego. A dziś jest w trakcie diagnozowania ryzyka dysleksji. W mojej zaś opinii jest dzieckiem, które postrzega świat obrazami i konkretami. Myśli szybko, świetnie zapamiętuje fakty i doświadczenia oraz relacje. Jest naprawdę bardzo mądrą, bystrą i odpowiedzialną dziewczynką. Jednocześnie ma gigantyczne problemy z przyswajaniem świata symboli, oraz z przechodzeniem od konretu do abstraktu. Jak wyglada przełożenie na przyswojenie materiału szkolnego? Dla Nadziejki nauka czytania i pisania ze zrozumieniem, oraz liczenia to syzyfowa praca. Jest to bardzo trudne a w dodatku niepotrzebne jej wcale. Więc po co to robić? Bo mama każe. No i całe odszkolnienie diabli biorą.
Niewykluczone, że gdybym odsunęła naukę czytania i pisania do momentu, gdy sama zacznie tego potrzebować wtedy motywacja wewnętrzna byłaby wytsarczająco silna, by przełamać opór przed trudnościami. Być może. Nie dowiem się tego jednak gdyż podstawa programowa wymaga od dziecka 7 letniego nauki czytania i pisania oraz liczenia, i Nadzieja musi się tego uczyć. A ja zaciągam ją - niechętną - do stołu i uczymy się. Powoli, wśród buntów, jęków i oporów. Korzystając z zupełnie nie szkolnych materiałów i metod, ale jednak - pod przymusem. Widoczne są postępy. Żałosne w porównaniu do postępów w czytaniu rok młodszej Helenki, ale są. Rzecz w tym, że sukces jest wciąż zbyt mały by nagrodzić trud jaki Nadziejka w naukę czytania wkłada.

Nieustannie pocieszam się myślą, że i tak postępy są większe niż te, które robiłaby w tradycyjnym systemie klasowo-lekcyjnym a frustracja mniejsza niż ta, której by się w szkole nabawiła porównując siebie z innymi dziećmi.
Wspominam również słowa Romana Davisa, dyslektyka, współautora książki "Dar dysleksji" opisującego mechanizm działania potencjalnej dyslesji, potem dysleksji i sposobów do jakich uciekają się dorosli dyslektycy, którym udało się czytanie i pisanie "obejść" i w rzeczywistości wcale tego nie potrafią - fukncjonując mimo wszystko skutecznie jako biznesmeni czy artyści... Davis wyraźnie napisał, że metody radzenia sobie z nieumiejętnością czytania przynoszą więcej szkody niż pożytku. I że naprawdę jedyny sposób poradzenia sobie z trudnością to nauczyć się czytać i pisać. Mimo wszystko. Oczywiście Davis odradza stosowanie metod szkolnych, opracował własne, bardzo skuteczne dla dyslektyków. Rzecz w tym, że to metody przynoszące ulgę i pomagające dzieciakom, które czują potrzebę pisania i czytania w świecie zdominowanym przez kulturę piszących i czytających. Dzieci ciut starszych nich moja Nadziejka. Nadziejka jeszcze nie poczuła dyskomfortu jakim jest "nieczytanie i niepisanie" w Świecie Liter. W związku z tym nawet te davisowskie metody, zmuszające ją do pracy z literami i cyframi są witane niechęcią. Ewidentny brak motywacji.
Mogę oczywiście powiedzieć: "Córeczko, czytanie jest bardzo potrzebne, żeby wygodnie funkcjonować w świecie", ale i tak występuję w roli osoby, która narzuca materiał do nauki - sytucja porównywalna do pamiętnej dla mnie "śnieżynki".

Tutaj pozwolę sobie na małą anegdotkę. Moje córki - z moją niewielka pomocą - odkryły ostatnio angielskie piosenki z serii "Super Simple Songs" w szczególności Snowflake cieszy się u nich powodzeniem. Animacja ilustrująca piosenkę pokazuje zbliżenie spadającej z nieba, filigranowej śnieżynki. Rozentuzjazmowane moje panny zaraz zarzuciły mnie pytaniami: "Czy prawdziwa śnieżynka tak wygląda?". Na chwilę mnie zatkało. "Owszem, tak wygląda, jest malutka, śliczna, filigranowa i każda inna." Opisałam też pokrótce skąd się takie śnieżynki biorą. A na koniec spytałam czy nie pamiętają jak w zeszłym roku oglądałyśmy śnieżynkiz bliska podziwiając ich piękno i rozmaitość kształtów. Nic absolutnie nie pamietały. Czarna dziura. Cały dowcip na tym polega, że w zeszłym roku to ja zaciągnęłam je na dwór, na śnieg; ja zainicjowałam łapanie śniezynek i oglądanie ich, pokazywałam, opowiadałam, tłumaczyłam; w ogóle cała zabawa była moim pomysłem. Wystartowałam z pozycji nauczyciela. I proszę - nic nie zapadło w pamięć. Natomiast w tym samym czasie omawiałyśmy zagadnienia parowania wody zainicjowane przez nie same (wtedy byłam tylko facylitatorem, osobą pomagającą w szukaniu odpowiedzi na frapujace zagadnienie) i bez najmniejszego problemu w tym roku dziewczynki opowiadają o parze lecącej z ust, zaparowującej szyby itd. Jest to przygnębiający dla nas - nauczycieli ale jednak niepodważalny dowód, że dzieci wiedzę zdobywają i utrwalają podczas samodzielnych poszukiwań, i wtedy gdy same postawią pytanie. Akurat tegoroczna śnieżynka pojawiła się podczas infekcji i nie mogłyśmy wybrać się na dwór, by prowadzić obserwacje. A teraz cały śnieg się stopił. Pozostaje mieć nadzieję, że gdy znów spadnie - zainteresowanie śniegowymi gwiazdkami wróci. Człowiek zadaje sobie pytanie: "Jakim cudem w ogóle dzieci uczą się czegokolwiek w szkołach, poza czytaniem, pisaniem i rachunkami?" A może wcale się nie uczą, tak trwale, na całe życie, tylko na trzy "z" - "zakuć,zdać,zapomnieć" i w przyszłości w miejscu ogólnej wiedzy o świecie będzie wielka czarna dziurna...

Niestety w przypadku nauki czytania nie mogę czekać aż potrzeba a wraz z nią motywacja się pojawią. Na szczęście - w tym nieszczęściu - czytanie i pisanie to umiejętności trenowane niemal codziennie a więc takie, których nie sposób po prostu zapomnieć po zakuciu i nasz wysiłek nie jest zupełnie bezsensowny. I tak trudzimy się czytając trzysylabowe "korale" oraz "banany", podczas gdy Helena właśnie zgłębia tajemnice "sz", "rz", "cz" i "dzi" w czterosylabowych wyrazach pełnych zbitek spółgłoskowych, oraz zaczyna dziwiować się zasadom ortografii i stawiać niezręczne pytania: "mamo, a kto to wymyślił?"

W tej sytuacji podręczniki szkolne dla Heli stały się zbyt proste i nudne. A dla Nadziejki wciąż są zbyt trudne, pełne niepotrzebnych zadań i przez to również nudne. (a do tego dochodzi zamieszanie spowodowane nowym działem w tak zwanej matematyce (równanie z niewiadomą: 3+...=7), który wykazał tak ogromną rozbieżnośc między moimi córeczkami, że w pierwszej chwili wszystko mi opadło - ale ja zwyczajnie zbyt wysoko sobie stawiam poprzeczkę zamiast pozwolić uczyć sie moim dzieciom, bo Helena jest już dużo dalej a Nadziejka i tak tego teraz nie załapie; poza tym o matematycznej edukacji innym razem.)

W tym pełnym wątpliwości i trudności zmaganiu złapały mnie przygotowania świąteczne. Helena domagająca się nowego podęcznika i Nadziejka nie ogarniająca połowy bierzącego, i wymagająca indywidualnego toku uczenia się, ciasto na pierniczki, pierogi, kwas na barszcz, malowanie bombek, generalne sprzątanie i jakiś wirus się przyplątał.

Poszłam po rozum do głowy, opanowałam ogarniającą mnie panikę i zarządziłam koniec zajęć przerzucając się na totalny unschooling w przygotowaniach do świąt. Nadziejka wyraźnie poweselała, Helena kompensowała sobie braki w zajęciach samodzielnym studiowaniem Elementarza Falskiego oraz liczeniem czego popadło kiedy popadło, zaś zawieszone z powodu infekcji lekcje angielskiego wyrównać miał komuter i filmiki na you tube.

Na pierwszy ogień poszło piernikowe ciasto, które musi leżakować więc zrobić trzeba je wcześniej. Wszystkie panny stały na krzesłach wokół mnie podczas gdy karmelizowałam cukier a później rozpuszczałam go w wodzie, gotowałam z miodem i resztą cukru. Karmelizowanie cukru było kolejnym etapem rozciagającego się w czasie projektu topienie, rozpuszczanie, mieszanie i wpływ temperatury (miałyśmy jakiś czas temu zajęcia z udziałem roztworów i mieszanin, bardzo ciekawe, bardzo brudzące). Czekanie na dzień wycinania i pieczenia a później kolejny dzień - zdobienia pierników, a później oczekiwanie na ostatni etap - wigilijne pożeranie pierników - to była wielka lekcja cierpliwości.

W czasie gdy ciasto leżakowało wzięłam się za pierogi i uszka. Gdy tylko rozwałkowałam ciasto i zabrałam za lepienie pojawiły się moje starsze córeczki z pytaniem: "czy ja też mogę?" (oczywiście przygladały się wcześniej zagniataniu ciasta bo proces tworzenia ciasta jest zwykle witany entuzjastycznie - zwłaszcza przez podjadającą Helenę). Pomysł lepienia pierogów przez dziewczynki wywołał we mnie tak gwałtowny wewnętrzny opór, że przełamywałam się z trudem. Problem w tym, że skuteczniej i szybciej jest sprawnie zlepić te pierogi samemu niż uczyć trudnej dość sztuki gadatliwe panny. W gruncie rzeczy praca sprowadza się wtedy do pomagania dzieciom i naprawiania szkód jakie wyrządziły. (Przy jednoczesnym nieustannym kontrolowaniu poczynań dwóch młodszych, które wcale nie chcą zająć się grzeczną zabawą). Właśnie taka jest rzeczywistość domowa z mojego punktu widzenia. Ale przecież jeśli teraz się nie nauczą - teraz, gdy najbardziej chcą - to kiedy? I tak lepiłyśmy pierogi, Helena zrobiła ich 10, Nadzieja - 5, mama pozostałe 30 (i pozlepiała te, które po zlepieniu przez panny zaraz się rozpadły) a Nati zepsuła tylko 2.
Helena chciała koniecznie wiedzieć ile nam wyszło. Hmmm, zafrasowałam się, zaczęłysmy liczenie: w pierwszej partii gotowałyśmy 10, na drugą przygotowałyśmy 12, teraz robimy kolejnych... i tak Helcia zapisywała a potem, he he he, musiała to wszystko sama pododawać. Jakoś poszło. Z pomocą koralikowych liczydełek i pod kontorolą mamy. Pytanie jak w tej sytuacji wyglada programowe dodawanie w zakresie 7? My dodając kolejne partie pierogów przekroczyłyśmy 40.

Nastepnego dnia lepiłyśmy uszka do barszczu. I znów babrałyśmy się w tym razem, poirytowana mama, ucząca się cierpliwości i szacunku dla potrzeb edukacyjnych swoich dzieci i dwie małe uczennice trudnej sztuki kuchennej, uczące się zlepiania pierożków wypełnionych postnym farszem w kształt uszek.

Kolejne przedświąteczne zadanie - wycinanie, pieczenie, ozdabianie pierniczków.

Na zdjęciu to tylko tak ładnie wygląda. Sielankowy obrazek: mama i jej cztery córeczki, zgromadzone razem przy stole, w tle mruczą kolędy, przyprawa piernikowa i miód pachną, kolejne blachy pieką się w piekarniku... - ale taki obrazem to może odmalować pani Musierowicz w swojej książce. W rzeczywistości: mamo, kotu odpadła głowa! to cisto się lepi! mamo, rozwałkuj jeszcze kawałek! mamo, przełóż mi pierniczki bo się mi rozpadają! mamo, ona zjada moje pierniczki! mamo, ona mi nie chce oddać foremki! mamo zginęło mi serduszko! mamo, no rozwałkuj mi! mamo mi też! mamo, a kiedy będziemy ozdabiać? mamo, Helena też zjada! mamo, upiecz moje pierwsze, moje pierwsze! mamo, nie wyszło miiii....!! mamo, siusiu! mamo, ona wylała picie! itd, itd...
...po zakończonej pracy mój człowiek czuje się jak po zejściu z karuzeli. Uff, przeżyłam. Najważniejsze jednak, że z roku na rok dziewczyny będą starsze i coraz bardziej samodzielne. Czego się w tym roku nauczyły to na pewno zaprocentuje w przyszłości. Na pewno. W tym roku efektem było pudło zawierające kilogram pysznych, smakowitych pierniczków.





Nie tylko kuchnia przyciąga dziewczynki. Podobny efekt daje mycie okien. Zimą mycie okien to lekki hardkor ;). Właściwie dość skuteczne jest ściąganie z szyby gumową ściągaczką zamarzniętej wody z piany - zaskakująco szybko i skutecznie umyte okno - ale nie jest to sport dla dzieci. Moje dziewczynki dostały więc w rączki ściereczki z mikrofibry, gąbeczki, miskę z wodą z ludwikiem, i zadanie by zmyć z szyb w drzwiach tłuste ślady paluchów. Ich paluchów. Jest szansa, że dziesięć razy zastanowią się w przyszłości zanim namalują na tych szybkach paluszkami wzroki. He, he, he...

Pieczenie keksu jest zwykle okazją do rozmowy o bakaliach, aktywnego towarzyszenia podczas ich szykowania, poznawania nowych smaków, przede wszystkim przygotowania ciasta. Helena uwielbia towarzyszyć podczas pieczenia cista. W tym roku pozwoliłam jej już trzymać pracujący mikser (nie lada wyzwanie dla sześciolatki :)). Mam wrażenie, że za dwa lata będzie umiała upiec te wszystkie ciasta sama. W tym roku na tapecie były figi: "chrupkie w środku ;)" - kolejna odsłona obecności nasion.

Przez cały adwent towarzyszł nam Adwentowy Kalendarz. Przy diecie bezmlecznej jedyny możliwy to zrobiony samodzielnie. Ale przerosło mnie szykowanie 24 pudełeczek a dziewczynki jeszcze takich precyzyjnych prac nie ogarniają, więc uprościłam sobie życie i zrobiłam Kalendarz w koszu. Do prawie każdego dnia było dołączone zadanie (zadania wymyślane na bierząco, adekwatnie do sytuacji) i tak szykowałyśmy kartki świateczne, lepiłyśmy z masy solnej i ciastoliny, w niedziele adwentowe próbowałyśmy ilustrować Ewangelie. Zabrakło mi w przygotowaniu zadań konsekwencji i czasami zadania dnia brakowało, a czasem było to zwyczajne pieczenie pierników, czy świąteczne sprzątanie - codzienne nasze prace. Ale i tak jestem z nas dumna. W przyszłym roku będzie nam już łatwiej - to początki są najtrudniejsze.




Chyba ostatnie przedświąteczne zadanie to ubieranie choinki. Choinka powinna być śliczna, gęsta, rozłożysta, symetrycznie przystrojona pięknymi ozdobami. Nasza podobno jest: "najpiekniejsza na świecie", choć nie tak gęsta jak być powinna. Nie znam się chyba. Jak dla mnie wyglada jak wielki kolorowy śmietnik ;) W tym roku dziewczynki pomalowały i ozdobiły prawie wszystkie bombki własnoręcznie - zainspirowane wizytą w fabryce bombek. Zaś gdy coś się tłucze to zazwyczaj kupione przeze mnie i starannie dobrane szklane, sklepowe ozdoby. Cóż. Choinka i tak jest dla dzieci. Dziewczynki ubierają ją samodzielnie prawie całą, tam gdzie dosięgną stojąc na krzesłach. Mnie pozostają lampki, gwiazdka na czubek i najwyżej zawieszone bombki. A każda stłuczona bombka robi miejsce nowopowstałej ozdobie choinkowej. Nie ma tego złego...







A na koniec takie małe spostrzeżenie.
Mógłby ktoś zarzucić mi, że uczę dziewczyny jakichś średniowiecznych kobiecych postaw - czyli siedzenia w kuchni i sprzatania... No jakoś tak jest przed świetami, fakt. Ale za to od Mikołaja dziewczynki dostały samochody zdalnie sterowane - zgodnie z wyrażonymi w listach życzeniami. I od trzech dni nieustannie jeżdżą. A ja - szczerze mówiąc - trochę im zazdroszczę. Wychowywałam się między dwoma braćmi i to oni dostawali zdalnie sterowane auta. A ja lalki, wózek i takie tam. A dziewczyny, jak widać, też lubią czasem pojeździć.

"Unschooling – forma edukacji, w której uczenie się opiera się na zainteresowaniach, potrzebach i celach ucznia. Można spotkać się też z określeniami: naturalne uczenie się (natural learning), uczenie się prowadzone/kierowane przez dziecko (child-led learning, child-directed learning), uczenie się poprzez odkrywanie (discovery learning), radosne uczenie się (delight-led learning).
Unschooling jest zwykle uważany za rodzaj edukacji domowej, która polega po prostu na edukowaniu dzieci w domu zamiast w szkole. Edukacja domowa jest często utożsamiana z homeschoolingiem, jednak, jak niektórzy twierdzą, ten drugi termin zakłada odtworzenie szkoły w warunkach domowych, co kłóci się z filozofią unschoolingu (odszkolniania).
Unschooling odróżnia się od innych form edukacji domowej tym, że edukacja danego ucznia nie jest kierowana przez nauczyciela ani przez program nauczania. Chociaż uczniowie mogą zdecydować, że będą się uczyć korzystając z pomocy nauczycieli, lub mogą wybrać dla siebie program nauczania, ostatecznie jednak to oni sami decydują o swojej własnej edukacji. Uczniowie wybierają jak, kiedy, dlaczego, i czego będą się uczyć. Rodzice którzy "odszkolniają" swoje dzieci działają jako "facylitatorzy" (pomocnicy), dostarczając szeroki wachlarz zasobów, pomagając swoim dzieciom zrozumieć świat i poruszać się w nim i wspomagają ich w stawianiu sobie i realizowaniu celów oraz planów zarówno na odległą jak i na bliską przyszłość." Wikipedia

Ciekawy artukuł o tym jak wygląda idea w praktyce znajdziesz tutaj: http://stressfree.pl/unschooling-w-praktyce-cz-3/ .

A linki do części pierwszej i drugiej podam tu: http://stressfree.pl/unschooling-uwolniona-edukacja-domowa-cz-1/

http://stressfree.pl/unschooling-i-jego-zalety-cz-2/

piątek, 30 listopada 2012

Matematyka - zadania z treścią

Wstyd trochę bo listopad się kończy a tu żadnego nowego wpisu. Kilka jest w edycji, ale wymagają tak dużej pracy, że codziennie odkładam na "jutro". Jak to kiedyś obrazowo wyjaśniła moja przyjaciółka "ciąża mnie przygniata".
Tym razem jednak udało się złapać coś ciekawego, co pracy wymaga mało, więc czym prędzej wrzucam. Otóż zrobiłyśmy milowy krok naprzód w matematyce. Krok tylko mentalny, ale zawsze. Zresztą i tak jestem przekonana, że takie "otwieranie drzwi" w głowie jest najważniejsze, reszta robi się sama.

Zanim przejdę do konkretów wyjaśniam: z matmy jestem noga. Zerowy poziom umiejętności wspomagany brakiem wyobraźni matematycznej podpierany typowo kobiecym stylem myślenia, który z myśleniem matematycznym nie ma nic wspólnego ponoć - jak twierdzą fachowcy w dziedzinie. Żaden ze mnie autorytet. Nauczono mnie na studiach, owszem, jak uczyć matematyki w pierwszych klasach podstawówki i wiem jak to robić, bo to żadna sztuka postępować zgodnie z programem. Cała masa nauczycielek sobie radzi, połowa z nich nie zdawała matmy na maturze. Tyle, że matematyka uczona w szkole ma niewiele wspólnego z matematyką prawdziwą, z rozwijaniem myślenia matematycznego. Uczy się rachunków, działania schematami, pojęć, ot i już. I potem młodzież nie umie myśleć - jak raporty sporządzane przez specjalistów wskazują. Ale czemu tu się dziwić, skoro matematyki uczą w szkołach osoby, które - jak ja - nie mają o niej pojęcia? Możliwe, że brzmi to ciut przerażająco dla czytelnika, ale taka prawda. Najbardziej przeraża myśl: "Boże, Boże, ta kobieta publicznie przyznaje się do braku kwalifikacji a jednak uczy sama dzieci w domu!" Ha! i tu cię mam drogi czytelniku! Dzieci uczą mnie! I dzięki temu jest szansa, że ja też pojmę w końcu o co chodzi z matmą!

Do rzeczy.
Program szkolny, przewidujący w pierwszej klasie utrwalanie figur, rytmów, pojęć związanych z wielkością, z następstwem czasowym oraz tzw. "rośnięciem" (uszereguj od najmniejszego do największego), porównywanie liczebności a wreszcie pojęcie liczby, cyfry i tzw. monografia liczby, wreszcie podstawy arytmetyki to materiał, który bystre dziecko łapie w trzy miesiące. Monografia liczby (od 1 - 9) jest rozłożona stopniowo na pierwsze półrocze dlatego inteligentne dziecko, które swobodnie liczy już samo z siebie do stu zgodnie z programem zmuszane jest do operowania w granicach liczby 7 - a jesteśmy w listopadzie! "Panowie,masakra!" i nie ma co ukrywać, ten system ogłupia. Ja mam dyslektyczkę w domu więc się nie spieszę i wolny czas poświęcam na zabawy matematyczne, zabawy z klockami w kształtach figur, z mozaikami, puzzlami, grami planszowymi, sama też - na użytek mojej zerówki, przedszkola i pierwszej klasy stworzyłam karty do lotto zawierające liczby do 20, oraz zabawy z liczbami porządkowymi... dużo zabaw. I szukanie własnej techniki przeliczania dla zadań arytmetycznych. Kieruję się oczywiście wskazaniami mądrzejszych niż ja, czyli intuicją moich córek, publikacją pana Dąbrowskiego "Pozwólmy dzieciom myśleć", oraz pozycjami Edyty Gruszczyk - Kolczyńskiej. Podręczniki, które kupiłam w tym roku, wykorzystuję jedynie jako gotowe karty pracy do treningu pisania i liczenia a i tak nie spełniają całkowicie swojej roli.
Mirosław Dąbrowski w swoim raporcie napisał o tym jak ważne jest by dzieciaki rozwiązywały zadania z treścią. Jest to świetna metoda samodzielnej nauki myślenia. Rzecz w tym, by umożliwić samodzielne dochodzenie do rozwiązania - nie narzucać gotowych schematów rozwiązywania zadań. Bardzo proste wskazanie. I zabiło mi ćwieka. Nigdy nie lubiłam zadań z treścią. Nienawidziłam ich i nie rozumiałam czemu każe mi się je rozwiązywać. Dziś wiem dlaczego (dlaczego nie lubiłam, naturalnie). Każde zadanie wymagało ode mnie zastosowania konkretnej, wymaganej przez nauczyciela metody, techniki rozwiązania. Bywało, że już, już wpadałam na trop! Czułam to olśnienie pod krawędzią powiek! A tu kubeł zimnej wody: najpierw trzeba wypisać dane, potem te dane odjąć/dodać/dzielić/mnożyć w taki to a taki sposób i masz rozwiązanie... zero samodzielności myślenia. A nauka schematów nigdy nie była moją mocną stroną.
Teraz do zadań z dziewczynkami zainspirował mnie podręcznik: była sobie taka pierwsza próba zadania: obrazek - trzy sowy na gałęzi, jedna śpi. Ułóż do niego zdanie i rozwiąż działanie. Głupi obrazek i głupawe zadanie wyszło: na gałęzi siadły trzy sowy, jedna zasnęła, ile sów nie śpi? Infantylne jakieś takie... ale uchyliło drzwi. Druga próba zadania z treścią była fajniejsza, znów obrazek: tym razem cztery koty (obrazek do pokolorowania), trzy stoją na ziemi, jeden siedzi na płocie. Ułóż zdanie, rozwiąż działanie. Moje panny, działając niezależnie od siebie (bo u mnie prawie nie ma wspólnych zajęć - choć obie panny w pierwszej klasie! - tylko każda ma indywidualne, grrr, szlag na ten uschooling, naprawdę, bo przecież mieć mamę na wyłączność każdej pannie cały dzień oznacza nie mieć mamie wypucowanego mieszkania), w trakcie kolorowania ułożyły "opowieści" i wyszły im dwa zupełnie różne zadania! Helena: do ogrodu przyszły cztery koty, jeden wskoczył na płot, ile kotów stoi na ziemi? Nadziejka: do ogrodu weszły koty, jeden usiadł na płocie, trzy stoją na ziemi. Ile kotów jest w ogrodzie?

Właśnie to wydarzenie było przełomem w kwestii zadań z treścią. Otworzyły mi się drzwi, za nimi kolejne, za nimi kolejne; poczułam się jak pomysłowy Dobromir z żarówką nad głową. Kolejne części podręcznika zawierają wprawdzie coraz więcej zadań z treścią, ale teraz już je olewamy, bo zrobiły się głupsze niż były na początku. Kierują w stronę myślenia schematycznego, nie pozostawiają cienia szansy na wymyślenie rozwiązania. Celowo omijam je wielkim łukiem, czasem coś tam rozwiążemy, żeby dzieci kojarzyły potem na egzaminie w czym rzecz.
Tymczasem nasze zadania z treścią to inna bajka. Pod spodem malutki przykład. Ja opowiadam, dziewczyny rysują (to sprawia,że dla moich panienek te zajęcia są "fajne"), a potem one rozwiązują i zapisują, a ja pomagam zapisać ich myśli (zapis jest elementem treningu pisania i liczenia, dlatego - choć zapisują swoje własne pomysły na rozwiązanie, a czasem i swoje własny pomysły na całe zadania to - jednak wymagam by ten zapis powstał, jestem dość wredną matką, pozwolę rozwiązywać tylko w głowie, jak już będę miała pewność, że wiedzą jak to zrobić).

[Przepraszam za niską jakość zdjęć, lepiej się nie dało, nie mówiąc już o negocjacjach jakich wymagało uzyskanie pozwolenia od autorek na opublikowanie tych bazgrołów.]

Zadanie dla Heli: Mama kupiła osiem jabłek. Helenka zjadła jedno, Nadziejka zjadła jedno i Łusia zjadła jedno. A Natalka chwyciła po jednym jabłuszku w każdą rączkę i pożarła oba. Ile jabłek zostało mamie na mus? [Za mało oczywiście, ale to nic, jabłek można dokupić ;)]


Poniżej zadanie Nadziejki (stworzone z myślą o niej, ostatnio córcia ciągle rysuje niebieskie stokrotki): Na łące wyrosły stokrotki, pięć niebieskich z zielonymi listkami, dwie niebieskie z niebieskimi listami i jedna fioletowa (liczba stokrotek ewoluowała w miarę rysowania). Na łąkę przyszła dziewczynka Nadziejka i zerwała jedną stokrotkę z zielonym listkiem, jedną z niebieskim i jedną fioletową. Ile stokrotek zostało na łące?


Na koniec zadanie Łusi - ma cztery lata, łatwo się domyślić, że zapis wykonałam ja pod jej dyktando, a poza tym w przypadku zadania Łusi w trakcie jego tworzenia ewoluowało wszystko: Na łąkę przyleciała mucha, potem druga, trzecia i czwarta (muchy trzeba było policzyć po ich narysowaniu tak by ilość narysowanych zgadzała się z ilością much, które mama wymieniła), na łące wyrosły kwiatki: różowy, niebieski i żółty - ile kwiatków wyrosło? Na łąkę przyszła Łusia z mamą (kwestia osoby towarzyszącej była sporna, dopiero długość włosów zdecydowała, że to mama nie tata). Ile osób przyszło na łąkę? [Oczywiście dwie osoby - nie dwa osoby!]


Cóż w tym takiego "och!"? Nic. Ale moje dziewczynki naprawdę lubią bawić się ze mną w zadania z treścią. Hela zaś samodzielnie je tworzy, rysuje i rozwiązuje gdy ją najdzie ochota. Ot, matematyczna samoedukacja domowa.
A i tak największy sukces w tym, że zadania z treścią polubiłam i ja.

piątek, 12 października 2012

Co zrobić by dinozaury nie wyginęły? Czyli kilka słów o tym jak wykorzystać babcię.

Na samym początku przeproszę wszystkich, którzy się poczuli urażeni dinozaurem. Akurat w moim rodzinnym domu określenie to pojawiało się najczęściej w ustach moich rodziców, więc podejrzewam, że traktowali je żartobliwie i nieobraźliwie. Na przykład podczas imprezy organizowanej przez młodzież tata wychynął ze swojego azylu by uprzejmie przywitać gości i równie uprzejmie poinformować, że "dinozaury są w domu, ale nie będą przeszkadzać" [zresztą już w trakcie imprezy, około północy, jedną z największych atrakcji wieczoru był właśnie stateczy tata spokojnie konsumujący w kuchni kolację i prowadzący z każdym chętnym dłuuugie rozmowy na dowolnie wybrany temat; ciekawe, że zawsze znalazła się spora grupa ludzi, którzy woleli z nim rozmawiać zamiast zabawiać się wyrzucaniem telewizora przez okno]. Skąd zaś tytułowe podejrzenie, że dinozaury mogą wyginąć? Czasem człowiekowi nie chce się żyć, gdy czuje się niepotrzebny, lub nie daj Boże, potrzebny jest tylko do pożyczania dzieciom na dorobku kilku złotych do pierwszego, albo jako darmowa niańka do dzieci... W sumie nie wiem na pewno, ale tak podejrzewam. Mała dygresja, tytułem wstępu. A teraz - ad rem!

Nie mam jakoś sumienia wykorzystywać rodziców do etatowego niańczenia moich dzieci, ale przecież tak zupełnie w spokoju świętym ich nie zostawię! Rzecz w tym, żeby rodzicieli wykorzystać jakoś tak pomysłowo... żeby chętnie się wykorzystać dali, czuli potrzebni, odciążyli w trudach ed a nie czuli sprowadzeni do roli pomocy domowej.
Pomysł narodził się sam, nie czekając długo wykręciłam numer mamusi, przeczekałam 10 sygnałów, maminka odebrała a ja rzuciłam bombę. "Wiesz mamo, wspominałaś, że chętnie pomogłabyś mi w tej mojej edukacji domowej...". Z powodzeniem wywołałam poczucie winy. "Ale nie, mamo, ja nie chcę, żebyś gotowała, czy zajmowała się Nati, jakoś już to wszystko ogarnęłam, pomyślałam, że może zrobiłabayś z moimi dziewczynkami zajęcia z literatury." Mamę lekko przytkało. "Ale jak to...?" spytała zdezorientowana. "Masz odpowiednie wykształcenie, przygotowanie, świetnie dogadujesz się z dziećmi, sporo pomysłów na ciekawe prace z dziećmi, może spróbujesz?" Mama połknęła haczyk. Z wykształcenia jest polonistką, ogólnie - erudytką i bardzo inteligentną kobietą. Jeśli w ogóle potrafię napisać choć kilka spójnych zdań, które da się przeczytać to tylko jej zasługa. Wprawdzie nie planowała nigdy pracy zawodowej z małymi dziećmi i nie w tym kierunku się kształciła ale tak naprawdę to właśnie robi od wielu lat. Tyle, że za darmo oczywiście, w ramach "kurzenia domowego".

Tak się zaczęło. Potem długo była cisza, mama trawiła, szykowała się, planowała i bała, a następnie złapała byka za rogi i przyjechała zrobić zajęcia. Możliwości są w zasadzie nieograniczone. Zaczęło się od tradycyjnych polskich wyliczanek, przyśpiewek i zabaw "w kole", następne zajęcia były czytaniem wierszy dla dzieci: kilka wierszy różnych autorów na ten sam temat, potem panny rysowały ilustracje. Dzielnie powtarzają panienki znany wierszyk "Kto ty jesteś - Polak mały", analizowały z babunią "Powrót taty" Mickiewicza, ostatnio też trudne wiersze, w planach na najbliższą przyszłość jest "Mały książę". Strasznie ambitnie się robi, prawda? Pozostawiłam mamie wolną rękę. Dziewczynki przepadają za zajęciami z babunią i nawet bardzo trudny temat ich nie zniechęca. A babunia robi kawał poważnej roboty - uczy słuchać ze zrozumieniem, przygotowuje do czytania ze zrozumieniem. Trudne wersy wiersza omawiają słowo po słowie, obrazy malowane w wierszu wyobrażają sobie siedząc na podłodze z zamkniętymi oczami. Zawsze słuchaniu towarzyszy też kartka papieru i kredki, by dziewczynki mogły samodzielnie przelewać na papier to co powstaje w główkach. Jest to również niezwykła metoda opanowania nadmiernej aktywności, dziewczynki wciąż coś robią, więc nie "nudzą się" im rączki :).

Zajęcia trwają od początku 2012 roku, czyli zaczęłyśmy właśnie drugi semestr. W planach jest częste uczenie się na pamięć (hura, hura!) coraz trudniejsze utwory poetyckie oraz proza a do niej wprawki dramowe i teatralne. Każde zajęcia są urozmaicone tradycyjnymi zabawami jak "Stary niedźwiedź", "Stoi Różyczka" czy "Mało nas dopieczenia chleba." Dziewczyny potrafią bawić się z babcią literaturą ponad godzinę.
Ha, ostatnio babunia wprowadziła innowację, opowiadanie czytane było przez Irenę Kwiatkowską a puszczone z płyty. Zadaniem dziewczynek było szczegółowo opowiedzieć babci całą historię, bo babcia celowo jej nie słuchała w ogóle! Panny się kilka razy pokłóciły i zaraz wyszło, kto najuważniej słuchał :). Naprawdę, na mnie zrobiło to duże wrażenie. Dziewczynki (a szczególnie moja najstarsza Nadzieja) pamiętały sporo szczegółów, zrozumiały treść całości, przesłanie, umiały je przekazać a nawet posprzeczać się podczas interpretacji pointy.

Oczywiście nie zwalnia mnie to z czytania dziewczynkom lektur, wierszy, książek samodzielnie wybieranych oraz opowiadania bajek. Robimy to przez cały czas. Ale zajęcia z babcią są jedyne w swoim rodzaju, specjalne, wyczekane. A ja zdjęłam sobie z głowy "analizę dzieł lietarckich" bo i tak za Chiny mojej mamy w te klocki nie pobiję. Wprawdzie istnieje poważne ryzyko,że matury "z klucza" na dobrą ocenę nie zdadzą (mama ostatnio wyjaśniała dzieciom, że na tym właśnie polega indywidualny odbiór dzieła literackiego, że każdy może je zrozumieć inaczej - a ja słuchałam tego uradowana i z mściwą satysfakcją, he he he, śmiałam się pod nosem z tego jak sprytnie wystrychnęłam głupi upupiający system,żywcem z Ferdydurke przeniesiony, na dudka) ale za to jest szansa,że będą lubiły i rozumiały poezję, że pokochają mądrą i piękną prozę. Oraz, oczywiście, że odziedziczą rodzinną niezależność w myśli i czynie. Będą mądre i odważne. A ja będę puchła z dumy.

Nawiasem mówiąc zastanawia mnie lista lektur. No czytamy, czytamy je oczywiście ale w sumie po jakiego grzyba nam "Plastusiowy pamiętnik?" Przecież ta książeczka opisuje zamierzchłe dość czasy - nie do wyobrażenia dla małego dziecka, które stalówki w ręku nie trzymało, a poza tym opisuje SZKOŁĘ. Jak dla mnie to jest manipulacja. A moje córki i tak wolą "Plastusiowo" - tej samej autorki - książeczkę pełną fantastycznych przygód Plastusia w jego domu,w lesie, w ogrodzie itd. Teraz zaczynamy pochłaniać Paddingtona, mamy za sobą Pippi, Wielkomiluda i w ogóle dużo książek, książeczek, wierszy i opowiadań mądrych, i wartościowych, do których te zamieszczone w podręczniku się nie umywają!

Ponieważ tekst się rozrósł więc o tym jak wykorzystać dziadka napiszę następnym razem. ;) A tymczasem październikowo pozdrawiam czytelników!


poniedziałek, 3 września 2012

O tym jak Nina dwa razy wagarowała, czyli wspomnienia ze szkoły.

Na cześć rozpoczęcia roku szkolnego, które pokutuje w moim umyśle i sercu, postanowiłam opisać pewne wspomnienie okraszone refleksją. Będzie jak kartka z pamiętnika.

Wagary. Zaliczenie ich to konieczność w życiu ucznia, jeśli się nie chce być pupilkiem pani, maminsynkiem, tchórzem i w ogóle Ananiaszem. Choć w przypadku dziewcząt za moich czasów mówiło się: "nie bądź taka święta" albo "ciotka - cnotka, niewydymka", co już wogóle było bez sensu, bo gdzie, przepraszam "dymanie" a gdzie "wagary"? Chyba, że chodziło o "dymanie szkoły" - jeszcze raz bardzo przepraszam za ten slang. Mam nadzieję, że czytają to dorośli. Jeśli jeszcze ktoś to czyta. Presja była okrutna. Ale ja byłam ciotka i święta, i się nie dawałam. Podejrzewam, że głównie z przekory, żeby nie iść za tłumem, który wagarował, ale też i z powodu bardzo twardych zasad mojego taty. Ale zdarzyło mi się zwagarować. Dwa razy. Pierwszy pomógł mi zapamiętać zasady mojego taty poprzez ponoszenie konsekwecji. A drugi... drugi raz był w liceum i sprawił, że zupełnie przestałam rozumieć szkołę.

Za pierwszym razem wsypał mnie kolega. Ciamajda taka, że no weź i kapuś na dodatek. Najpierw, przed zajęciami (a byłyśmy, o zgrozo, w czwartej klasie podstawówki!) naopowiadał o wagarowaniu i wyśmiał, że nigdy nie będziemy miały odwagi tego zrobić a potem, jak w końcu to zrobiłyśmy (ja i moja najlepsiejsza psiapsiuła), to wsypał nas przed nauczycielką, na samym początku lekcji, przy całej klasie i nawet nie udało nam się uciec z terenu szkoły! Zamiast wagarów i spaceru w cudny wrześniowy dzień był obciach, że tak się dałyśmy złapać, wstyd, że się na nas pani zawiodła tak okrutnie (tu pełne wyrzutu spojrzenia pani a u mnie gula w gardle i łzy pod powiekami) a potem bolesne lanie od ojca i już całkiem autentyczne łzy oraz zapamiętane na całe życie, że wagary są, jak kłamstwo, ABSOLUTNIE NIEDOPUSZCZALNE i że mogę się nie łudzić, zawsze wyjdą na jaw. Najbardziej bolała jednak zdrada tego gogusia, który nas wsypał. Prowokator i podlizuch. Błee!

I tak, szczęśliwie dotarłam do liceum nie wagarując i prawie nie kłamiąc (mamie czasem trzeba było, żeby jej zbytnio nie denerwować, bo wtedy to się działo!, ale tacie - nigdy! Nie trzeba było zresztą, bo dla prawdy, nawet tej "najgorszej" miał dużo cierpliwości i wyrozumiałości). Ale przyszedł taki dzień, dzień sądu, kiedy inaczej się nie dało. Dwie klasówki: z ukochanej historii i znienawidzonej chemii; do obu byłam tragicznie nieprzygotowana, uczenie się wieczorami przerastało często moje siły (zwyczajnie zasypiałam nad podręcznikiem) a jakoś zawsze naukę do klasówek zostawiałam na ostatni moment, bo zwyczajne odrabianie lekcji wraz z obowiązkami domowymi pochłaniało tyle czasu! Niewykluczone też jest, że odwalałam te stosy zmywania i sprzątanie tylko po to, żeby się nie uczyć chemii. A historia, jako łatwiejsza, była "po" chemii na liście. Efekt był taki, że nie umiałam nic. Zemdliło mnie wtedy na myśl o oddawaniu pustej kartki dwa razy pod rząd jednego dnia i zrozpaczona zamiast do szkoły pojechałam nad Wisłę. Nie żeby się topić! Na spacer zwyczajny. Poczułam się taka wolna! Łaziłam, myślałam, marzłam, zaczęłam się nudzić bo w końcu co mi po wolności skoro nic z nią sensownego nie mogę zrobić? Cały dzień wolny! Cudnie! Pojechałam do biblioteki pouczyć się chemii. W czytelni naukowej na Koszykowej panowała taka błoga cisza, było jasno i słonecznie, wszystkie książki w zasięgu ręki... Opanowałam zadania z chemii w dwie bodaj godziny, poćwiczyłam je trochę, odrobiłam wszystkie zadane i zaległe lekcje, napisałam jakieś wypracowanie, poprawiłam je, sprawdziłam ortografię ze słownikiem w ręku i mogłam wrócić do domu. Pod wieczór zadzwoniła koleżanka, że klasówek nie było, bo z chemii klasa wybłagała przeniesienie na za tydzień, a z historii pani zgubiła karteczki z pytaniami i będzie jutro. Jutro! A ja miałam cały wieczór wolny, opanowaną chemię i świetny nastrój. Po krótkiej chwili paniki uświadomiłam sobie, że przecież historii to ja się nauczę w ten jeden wieczór bo wcale nie czuję się bardzo zmęczona. I wzięłam się do roboty.

Następnego dnia napisałam klasówkę z historii na 4,5. Tydzień później napisałam klasówkę z chemii na 4 (ku zdziwieniu nauczycielki; e tam, zdziwieniu, wielkiemu szokowi!). W oczach koleżanek zaplusowałam wagarami, ale jak usłyszały o bibliotece to pospadały z krzeseł ze śmiechu i powiedziały, że takie wagary to się nie liczą. Została mi tylko kłopotliwa nieusprawiedliwiona nieobecność w dzienniku. Przyznać się do wagarów rodzicom? Poszłam do wychowawczyni, opowiedziałam całą sytuację, pomartwiła się chwilę, zasmuciła, usprawiedliwiła a potem poprosiła, żebym tego więcej nie robiła.
Więcej tego nie zrobiłam.

A dziś myslę o tym i zastanawiam się, i refleksja mnie nachodzi. Jak to możliwe, że nikt, ale to nikt, nie zorientował się, że w trybie szkolnym jadę na marnych trójach a w trybie nauki alternatywnej (samodzielnie na wagarach, w bibliotece, podczas korepetycji z fizykii i matmy u mojego taty) uczę się skutecznie i osiagam lepsze wyniki? A przede wszyskim mam dużo lepszy humor! Jaki sens było tępić moje wagary? Trzeba je było wspierać! Zmanowałam młodość w tych szkołach. Doprawdy.

Na koniec mały dylemat filozoficzny. Zdaniem koleżanek wagary się nie liczyły. Dlaczego? Dlaczego?! Czy jest gdzieś Uczniowski Kodeks Wagarowania, Zrywania się z Zajęć i Olewania Obowiązków Szkolnych, w którym spisano zasady dotyczące wagarowania? I zostało w nim zapisane, że jeśli podczas wagarowania spędzasz czas w bibliotece to wagary są "niezaliczone?! Nie ma przecież, no nie? Poza tym konsekwencje w postaci nieusprawiedliwionej nieobecności, poczucia winy, wstydu przed nauczycielką, strachu przed rodzicami itd. odpracowałam rzetelnie i uczciwie! Skoro więc fakt miał miejsce - wagary - konsekwencje były takoż - w/w wstyd et caetera - to powinnam mieć jednak zaliczone te wagary! Prawda?

sobota, 1 września 2012

Co dziobią kury dziobiące, czym jest Dyląż garbarz i inne wspomnienia z wakacji.

Gdzieś za mną leży sterta ubrań i pościeli do prasowania. Może poczekać jeszcze jeden dzień ;). A ja powspominam troszkę.
Zacznę od kur. Choć właściwie wcale nie od kur, bo czym jest kura każdy wie, a opisy tego jak dzieci ganiają za kurami nikogo nie rajcują. Dość, że moje córki poznawały "na żywo" obyczaje kur, a ja ratując co jakiś czas którąś z nich (kur, nie córek) przed uduszeniem zajmowałam się oczywiście czym innym. Najważniejsze na świecie są dla mnie - gdy jestem na wsi - rozmowy z naszą sąsiadką, babcią Janką. Babcia Janka jest kopalnią wspomnień, uosobieniem skromności i łagodności, i w ogóle dobrą, pokorną życiowo osobą. A poza tym jedyną znaną mi osobiście osobą, która płynnie posługuje się językiem hahłackim. Czy raczej "tutejszym" dla ludzi stamtąd, bo nazwa "hahłacki" ma wydźwięk zdecydowanie pejoratywy, pogardliwy i obraźliwy. [Użyłam jej tylko aby zrozumialsze dla laika była o czym mówię.] Dość, że każda rozmowa, na dowolny temat, jest dla mnie potencjalną wyprawą w świat nieznany i zawsze tak było, odkąd pamiętam, a spędzam tam każde wakacje już od 20 lat. I w tym roku było podobnie, niemal co dzień chodziłyśmy po mleko - prosto od krowy, dziewczyny wniebowzięte biegały za kurami i bawiły się z córką gospodarzy, a ja leniwie rozmawiałam z panią Janką. Obserwując jednocześnie co się da. Wpadł mi w oko motyl razu pewnego, niezbyt ładny, włochaty, dość spory, zawisł tuż przed kwiatem, wysunął trąbkę i dawaj wciągać nektar. Jak koliber! "O rany!" zachwyciłam się, "udało mi się zobaczyć na żywo Fruczaka gołąbka!" Motyl wessał co miał wessać i poleciał, a ja odtąd nie rozstawałam się niemal z aparatem, byle go tylko złapać obiektywem, gdy przyleci następnym razem.
Nie udało mi się upolować miłego motylka, więc wrzucę tu, dla niezorientowanych zdjęcie z wikipedii:


A czemu się nie udało? Tu właśnie zaczyna się anegdotka o kurach. Może być, że Fruczak nie przepada za wietrzną pogodą, pewnie za deszczem, a może za ludźmi dość, że często się nie pokazywał. Widziałam go wszystkiego trzy razy i zwykle tylko przez chwilę, ale ten trzeci raz w pamięć mi zapadł. I mało o zawał serca nie przyprawił. Czatowałam z aparatem rozmawiając z panią Janką i zobaczyłam jak leci futrzak mały do surfinii, zachwyciłam się, zebrałam w sobie i poleciałam za nim przerywając rozmowę w połowie zdania. Niestety! Ku mojej rozpaczy kura była szybsza! Jedna z przeklętych "kur dziobiących", z wolnego wybiegu, o której jajka biją się miastowi, beztrosko dziobnęła mojego motyla! Żeby "dziobnęła" i zostawiła, to jeszcze byłby mój zysk! Wiadomo, sama bym nie uśmierciła a tak kura załatwiła sprawę za mnie, siła wyższa, czy raczej niższa jednak w tym przypadku, i bezmyślna, a ja bym Fruczaka zabrała i już. Ale gdzie tam! Rzuciłam się w pogoń za rudą, pierzastą zołzą, moje córki zwęszyły zabawę i rzuciły się za mną, za nami w pogoń rzuciła się pani Janka. Biegnę z nieszczęsną kurą i wrzeszczę: "Zostaw mojego motyla! Oddawaj!!", moje panny uradowane wrzeszczą dwa razy głośniej, pani Janka zgłupiała: "Jakiego motyla?" Zaczęło się polowanie i obława. Do głowy mi nie przyszło, że sytuacja jest absurdalna, chciałam tylko zobaczyć z bliska polskiego kolibra, na żywo a nie na jakimś zdjęciu! Nie odzyskałam owada. Kura nie w ciemię bita zdobycz z dzioba wypuściała dopiero w chaszczach tak głębokich, że się podejść nie dało. Wiecie już CZYM żywią się tak zwane "kury dziobiące"? Normalnie, kura - morderca. Ach, jeszcze mnie serce boli...

Teraz przejdę do innego wspomnienia, które napawa mnie dumą i satysfakcją. Ale zaczyna się smutno. Lat temu piętnaście, podczas jednej ciemnej nocy przestaszył mnie łażąc po firance potwór. No, spory chrząszcz. Duży, czarny i hałasował. Wymiotło mnie z pokoju - przecież nie zasnę w jednym pokoju z tym potworem! Ale zaraz wróciłam ze słoikiem bo zaciekawiło mnie czym jest taki duży chrząszcz! Złapałam go w słoik lekko tylko trzęsąc się z obrzydzenia i wyniosłam na dwór, w światło lampy przydomowej. Obejrzałam uważnie, zapamiętałam ile się dało a zaraz następnego dnia przeszukałam jeden z podręcznych przewodników o chrząszczach. Nie znalazłam niestety odpowiedzi, żaden nie pasował a internetu wtedy nie było. Sfrustrowana próbowałam wyrzucić paskudę z pamięci. I udawało mi się. Aż w te wakacje wspomnienia odżyły wraz ze znalezieniem dwóch takich potworów w balii na deszczówkę. Okazy wsadziłam do słoika (wyglądały na martwe) i zabrałam się za poszukiwania. Bo teraz na wsi mamy internet. Obiad się spóźnił oczywiście ale za to uzyskałam wreszcie odpowiedź. Znaleziony przeze mnie Dyląż garbarz (nie "grabarz" wcale!) jest nawiększym spotykanym w Polsce chrząszczem, uzyskuje podobno (za wikipedią) do 45mm długości. I tyle własnie miały te znalezione przeze mnie!



Udało mi się ustalić, że jeden z nich to samica (policzyłam segmenty czułek) a żeby szczęście moje było pełne samica odżyła i zaczęła się ruszać. Zanim wypuściłam ją do ogrodu pstryknęłam jej kilka zdjęć. Cały proces oglądania, łapania, szukania, rozpoznawania (po żeberkach na pancerzu i rogach na przedpleczu), liczenia segmentów itd. przebiegał w obecności moich córek naturalnie, ale i tak największą frajdę miałam ja! :)



Poniżej zdjęcie robione tuż po zachodzie słońca i już widać jak do zachodu szykuje się księżyc. Zachodził wtedy dwie godziny po zachodzie słońca.


Z tym zjawiskiem też jest związana mała anegdotka. Pokazywałam ten zachód córkom a potem podziwiałyśmy bezksiężycową, rozgwieżdżoną noc. Pokazałam tak samo zjawisko swoim siostrom. "Dziewczyny, patrzcie jaki piękny zachód księżyca!" "Chyba wschód?!" odpowiedziała jedna z nich. "Nie, no skąd, zachód! Mamy teraz przez kilka dni cudne bezksiężycowe noce". "Ale jak to...?" Niby wiadomo, że są, ale jednak, żeby tak zaraz jeden zachód po drugim, trochę niestosowne. Powinny świecić na zmianę. Przyzwoicie. ;)

I na zakończenie tych wspomnień kilka zdań o osach. Osy zbudowały sobie gniazdo między sufitem a podsufitką. Ciężko było się do nich dostać, żeby je usunąć a ponieważ nie były agresywne więc odpuściła sobie tropienie roju i tylko uważnie pasiaste obserwowałam. A ja bardzo nie lubię os. Może tylko jedna na całym polu siedzieć a ja i tak na pewno na niej stanę. Niefart mam do tych owadów od dziecka. A tu znienacka gniazdo nad moim pokojem. Koło moich dzieci!! Strach!
Osy zajęte były swoją pracą a ja pilnowałam noszenia kapci i nieszczęścia nie było. Raz jeden z osą spotkanie trzeciego stopnia zaliczyła Natalcia. Polazła w kąt, znalazłatam nieżywe prawie stworzonko i wzięła w rączkę. Ukłucie było i palec bolał ale wszystko szybko zeszło. Jedyne osy, które nam zagrażały to były te nieżywe. Żyjące i latające pchały się trochę przez okno do kuchni, ale moskitiera załatwiła ten problem, natomiast owady wchodzące do domu szparami między deskami sufitu nie zdradzały żadnego zainteresowania jedzeniem. Łaziły po suficie, ścianach i firanach szukając drogi powrotnej a gdy jej nie znalazły po kilku godzinach zdychały i leżały gdzieś w kącie. Aż mi się żal zrobiło owadów i gdy któregoś w szklankę złapałam wyuszczałam go na dwór, koło ściany nad którą było wejście do gniazda. Na osach się nie znam ale w mojej głowie powstało tyle pytań, że chyba sobie poczytam jakieś fachowe opracowanie. Tak to wygladało jakby zbieraczki usiłowały dotrzeć od zewnątrz domu, a te, które właziły szparami to zwiadowcy, zupełnie inna funkcja - zupełnie inne zachowanie. Podejrzewam, że jednak żaden zwiadowca szczęśliwie do gniazda nie wrócił, lub jeśli wrócił to bez gotowego modelu drogi powrotnej bo żadna z os, które prześlizgnęły się między deskami do środka nie zachowywała się jak zbieraczki. Nie ukrywam,że obserwowałam je z żywym zainteresowaniem. I chyba lepsze poznanie ich wpłynęło na większą tolerancję.

Ten post i tak zrobił się za długi. Na koniec wrzucę jeszcze jakieś klimatyczne zdjęcie a z pisaniem koniec.


Ta krowa tak namuczała na Nati, że odtąd każda dostrzeżona krowa była kwitowana okrzykiem: "mamo, MUU!, o nie!" ;)


Malwa. Ale nie jakaś zwykła! Samosiejka, nie wiedzieć skąd ale Malwa "full wypas"! Po raz, że nie jakieś tam pięć wygniecionych płatków wokół środka tylko przecudnie gęsty kwiat, a po dwa kolor! Wieczorem - prawie czarna, w słońcu - bordowa! Płatki kwiatu barwią na fioletowo. Będę się w przyszłym roku bawić w barwienie tkaniny naturalnym barwnikiem :).

Poniżej w mroku czai się potwór - w ścianie stodoły gniazdo pajęcze, sieć sięgająca trawy, szerokim wejściem zaprasza zagubionych podróżnych, mocna sieć, nie zerwała się nawet pod ciężarem dużej szyszki;a gospodarz nieśmiały był i w cieniu schowany. Przypomniał mi dlaczego nie lubię pająków. Za szybko się poruszają. Ale ciekawie się go obserwowało.


Chałupa, przeniesiona na teren miejscowego Stowarzyszenia - teren koło dawnej szkoły, obecnie Ośrodka Kultury i Tradycji w Żeszczynce. Ciekawa, bo w tej chwili zabytkowa oczywiście, ale poza tym można obejrzeć z bliska technikę budowania na tamtych terenach, chałupa ma połączoną część mieszkalną z częścią gosporadczą itd, sympatyczny początek małego skansenu. Może. Na razie wygląda trochę smutno a trochę śmiesznie bo folia zabezpieczająca dach czekający na pokrycie świeżą słomą spłynęła w upale i zwisa smętnie jak niebieskie sople lodu w środku lata. Albo element instalacji z muzeum sztuki współczesnej. Moim zdaniem większość artystycznych instalacji się do tego obrazka nie umywa. I z powodu wrażenia jakie robi, jak i z powodu symboliki i siły przekazu emocjonalnego. Stateczna, samotna, opuszczona, dumna, upokorzona jakimś niebieskim śmieciem z innej epoki, stara, ślepa i łysa ale wciąż wzbudza szacunek. Jakoś tak.


I na do widzenia płonący zachód słońca. Zachody słońca w Żeszczynce to jest coś niepowtarzalnego.