poniedziałek, 2 marca 2015

Ernest Bryll



Zawiesiłam jednodniwo pracę nad postem o czytaniu, żeby podzielić się z moimi czytelnikami garścią refleksji patriotycznych.
Może i nie do końca to miejsce, ale kontekst samoedukacji, dojrzewania, nabywania doświadczeń zachowany, a bardzo mocno przeżyłam dziś pewien koncert i chcę o tym przeżyciu napisać.

Na urodzinowy koncert Ernesta Brylla niespodziewanie zaprosiła mnie mama, która pragnęła nań pójść, a że zawsze milej w towarzystwie więc poszukując takowego zadzwoniła do mnie. Nie trzeba mnie było namawiać, ja bardzo chętnie, małżonek został z dziećmi a ja poleciałam na wypas.
Dla wszystkich niezorientowanych informacja, Ernest Bryll to poeta. Kim by nie był i co by nie robił przede wszystkim był, jest i będzie poetą. Jest też zakochanym w swojej ojczyźnie Polakiem. Pisze z niezwykłą przenikliwością a jednocześnie prostym językiem trafiając wprost do serca, do duszy. I ma niezwykłe poczucie humoru oraz prostotę obejścia.
Koncert składał się z piosenek pisanych do jego wierszy przeplatanych wierszami czytanymi przez autora.
Jest to, najprawdopodobniej, najbardziej poruszający koncert na jakim miałam przyjemność być w swoim życiu. [Teraz będę troszkę odsłaniać swoją duszę, nie lubię tego robić, ale dziś jest wyjątkowo.]. Otóż właśnie w kontekście patriotyzmu będę pisać bo przeżywam.
Wraz z mężem pochodzimy z pokolenia '80 i '81. Mąż historię lubił zawsze i zorientowany jest w najnowszej. Ja wychowywałam się w domu gdzie przechowywana była przenośnia drukarnia do "bibuły" - choć tego nie pamiętam, "bibuła" zaś pojawiała się również, gdy ja jeszcze nie umiałam czytać. Za to słuchać umiałam i słuchałam Jacka Kaczmarskiego, "Kolędy nocki" itp. Czym skorupka w młodości nasiąknie... Rodzice chętnie z nami rozmawiali a dotkliwość minionego ustroju odczuliśmy wszyscy na własnej skórze, więc nie sposób mi zapomnieć lub nie rozumieć. Ostatnio zaś, czując się niedobrze we własnej ojczyźnie, zgnębiona sytuacją polityczną, ekonomiczną, demograficzną i społeczną naszego kraju myślałam nie raz, że łatwiej było moim rodzicom. Przynajmniej mieli pragnienie i potrzebę wolności. A dziś, okłamywani przez mainstreamowe media i kłamliwych polityków Polacy jak owcy w owczym pędzie gnają na zatracenie własnego kraju. Na tym konkretnym polu zżera mnie gorycz i żal. I udręka. Wychowywałam się w pragnieniu wolności, w uczciwości i prawdzie. Czytywałam Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Sienkiewicza. Podziwiałam bohaterów wojennych. Wierzyłam w wielkość Polaków walczących o wolność w Polsce i poza jej granicami. Cieszyłam się idąc do wyborów pierwszy raz, nigdy nie opuściłam żadnego głosowania. 
Z roku na rok staję się coraz bardziej cyniczna, gdy obserwuję naszą polską scenę polityczną. Śmiać się czy płakać? Często rozmawiam o sytuacji naszej Ojczyzny z mężem. Jesteśmy już za starzy, by zmieniać nasze poglądy. Nie wyjedziemy z kraju, bo tu jest nasze miejsce - chyba, że wybuchnie wojna. Ale pomiędzy wierszami zdarza nam się refleksja o przyszłości naszych dzieci. Bywamy zgodni - chcemy uczyć je języków obcych. Nasze dzieci muszą mieć możliwość wyjazdu. Czy to dobre podejście? 
Jaki jest nasz patriotyzm? Czy wychowujemy dzieci w duchu patriotyzmu? 
Wszystkie święta narodowe, patriotyczne są przez nas zauważane, obchodzone. Rozmawiamy o Powstaniu, powstańcach, żołnierzach wyklętych... Warszawiaków pomordowanych wspominamy chodząc po Ochocie, gdzie co krok, to tablica upamiętniająca miejsca mordów. Z okna widzimy popiersie Narutowicza, a nasze córki wiedzą kim był, lubią słuchać historii wojennych i powojennych. Dziewczynki wzrastają również obserwując nasze zaangażowanie podczas wyborów, słuchają naszych rozmów, zadają pytania a my odpowiadamy. A jednak... moi rodzice, jak pamiętam, mieli w sobie tyle nadziei! A my mamy tyle goryczy. 
Nasza codzienność nie jest smutna. Lubimy siebie, z dzieciakami w domu bywa głośno, bywa gniewnie, bywa radośni, nie ma ani czasu ani możliwości by topić się w goryczy i żalu. Nasze życie ma głęboki sens, który nadaje mu Bóg i nasze powołanie. Na co dzień nie odczuwamy tych patriotycznych rozterek zbyt mocno. Oglądamy Wiadomości z lekkim szyderstwem i rezygnacją wysłuchując rewelacyjnych rozważań na temat koloru sukienki podczas gdy nikt nie informuje nas co dzieje się w tylu krajach całego świata. Dookoła nas lemingi w hipsterskich okularach pałaszują z smakiem kiełki sushi popijając je żołędziową eko-frappe latte pogardliwie spoglądając na nas z wyżyn swego uporządkowanego, godnego singielskiego życia. 
Co ja tu robię? Gdzie podziały się moje ideały? Gdzie radość z odzyskanej wolności, którą przekazali nam nasi rodzice?
Przecież nie w przekonaniu, że moim dzieciom będzie lepiej daleko stąd? 
Przez barierę cynizmu przebił się Ernest Bryll.
Jeden z pierwszych wierszy prezentowanych wierszy był to  song z "Kolędy nocki" - "Pójdźcie za naszą gwiazdą". 
Ernest Bryll wspomniał, że nie lubi własnych wierszy. Wciąż ma nadzieję, że przestaną był aktualne, że ludzie przestaną się z nimi utożsamiać, przestana je czytać i lubić. Ta nadzieja wciąż się nie spełnia. (Pomimo ważnego i trudnego przesłania koncert był radosny a Bryll ma niezwykłe poczucie humoru i prostotę obejścia, łzy wzruszenia łączyły się u mnie ze szczerym rozbawieniem.)
Poznałam ten song jako część świeżej historii życia moich rodziców, mojej Ojczyzny. Dziś przypomniał mi się jak jako pieśń o nadziei, aktualny, świeży, przebijający barierę goryczy i żalu.

Kolejna, poruszająca mnie piosenka, której tekst przywołam to Pieśń Kronika, wiersz Brylla, którego można posłuchać w wykonaniu Marka Grechuty na youtube. 

"Pieśń kronika"

Ta ziemia taka czysta, jakby umieciona skrzydłem aniołów.
Cicha i równinna, tyle już wycierpiała, a zawsze dziecinna.
Ufa, że dobroć jest tylko dobrocią,
a prawo tak jest prawem, jak pola się złocą,
kiedy żyto dojrzewa, jak zimą śnieg pada.
Tu wierzą wciąż, że sąsiad szanuje sąsiada,
że chleb jest święty, jeszcze świętsza praca.
Ta ziemia wielkiej myśli, kiedy ją zdeptano
jak ogień tysiąc iskier - tysiąc wielkich ludzi rozrzuciła po świecie.
Kto pustynię budził, kto gasił żar równika
kto topił lodowiec, jeśli nie iskry jej - wielcy synowie współumarli z tęsknoty.
Teraz powróceni w jedno wspólne ognisko
zbudują na ziemi więcej, niźli ktokolwiek - widzę to ja ślepy.
Ta ziemia taka czysta, jakby umieciona skrzydłem aniołów.
Cicha i równinna, tyle już wycierpiała, a zawsze dziecinna.
Ufa, że dobroć jest tylko dobrocią,
a prawo tak jest prawem, jak pola się złocą,
kiedy żyto dojrzewa, jak zimą śnieg pada.
W dalekich ziemiach za to umierali moi ojcowie.
Za gniazdo bociana, za chleb, za tę równinę, co niepokalana.
Za to powietrze ze wszystkich mądrości najzdrowsze,
za ludzi zgodnych, mądrych i cierpliwych,
za najwierniejszych z wiernych, uczciwych z uczciwych.
Za mą Ojczyznę-Polszczyznę, Mazowsze.
W dalekich ziemiach za to umierali.

Wszystkie wiersze opatrzone były komentarzem Autora. Często zabawnym, równie często wzruszającym, pełnym zadumy. Anegdotą o powstaniu wiersza, ludziach, których Bryll spotkał, fragmentem z historii jego życia, starszej i współczesnej. Wszystko co mówił chłonęłam duszą i sercem a rozum mi podpowiadał: "Spójrz oto człowiek, który przeżył więcej niż ty, widzi jak jest i nie traci nadziei. Jest Polakiem." 
Może być trudno to zrozumieć czytelnikowi, ale dla mnie było to żywe spotkanie z patriotą. I natchnienie do wychowania na patriotów własnych dzieci. Trochę naiwnych, wrażliwych, idealistycznych. Walecznych. Niezłomnych. Trwających w Ojczyźnie.

"Aniele mych pradziadów"

Aniele mych pradziadów chłopskich daj tę siłę 
Z jaką się w bezimiennej powstaje godzinie
Gdy pół nocy pół świtu. Gdy świat ucichł w zimie
I ojczyzna jest - jakby Boga już nie było

Modlitwo moja. Teraz nie umieraj
I dla nas niebo wysoko otwieraj
Bośmy już zapomnieli cośmy tam widzieli
Rzuć nam na ziemię promień - abyśmy się wspięli
Choć trochę wyżej i patrząc z półnieba
Ujrzeli swe życie tak jak pewno trzeba

Aniele mych pradziadów. Wspomóż naszą słabość
Zapal gwiazdy jak świecę. To czas gdy się rodzą
Najczystsze nasze myśli, a zmory przychodzą
By je jak owce dusić i zabijać radość

Modlitwo moja. Nie odchodź, nie gaśnij
Powiedz że zaraz wszystko się wyjaśni
Byśmy nie zapomnieli, że przyjaciół mamy
Oni wołają do nas, my do nich wołamy
I przez głuchotę, tępotę ciemności
Kiełkują pierwsze promienie radości.

Przywołany powyżej wiersz jest wołaniem i mojej duszy. Bryll przemówił do mojego serca. Obudził mój patriotyzm. Czy też te właśnie uczucia, które spodziewałam się czuć myśląc o swoim patriotyzmie. 


 Piosenek i wierszy było dużo. Bryll wspominał czasy gdy zakładał w Irlandii polską ambasadę, opowiadał anegdotę o wizycie w restauracji Sushi, wspominał swoją babcię i mówił o kogucie mieszkającym na Mokotowie. 

Na zakończenie Krystyna Prońko zaśpiewała "Psalm stojących w kolejce". (Nie będę przywoływać tekstu. Zakładam, że tego po prostu nie można nie znać. Jeśli jednak to odsyłam do youtube.)
Pierwsza moja myśl była taka, że song jest - o zgrozo - aktualny! Gdyby nie dzieci i Bóg nasze życie byłoby właśnie takim staniem w kolejce. A jednak. Jaka jest szansa, że jeśli będziemy stać wytrwale kamienie "polecą jak lawina przez noc"? Sporo kamieni wyjechało na wyspy w poszukiwaniu innego życia. Część dała się zaprząc w jarzmo pozornego szczęścia konsumpcyjnego stylu życia i pewnie nawet nie widzi, że to droga donikąd. Nie ma już tej jednej, wielkiej kolejki tlącej się buntem. Czy wzrośnie?
Czy moi rodzice nie byli jednak w lepszej sytuacji? Bardziej... klarownej? Niewola była niejako oczywista. Dziś, przekonywani, że jest super a będzie jeszcze bardziej Polacy dają się okłamywać, byleby tylko kupić sobie trochę "świętego spokoju".  

Wróciłam poruszona, wzruszona. Zamyślona. I ugruntowana w poczuciu słuszności co do edukacji domowej. W tej sytuacji szkoła? PAŃSTWOWA? Wykluczone. Emigracja? Nie, dziękuję. To moje miejsce. 

czwartek, 26 lutego 2015

W co się bawić...? Gry cz.I "Misie" "Mała wielka myszka" "Stuku - puku"

W pocie, łzach i bólu powstaje post o czytaniu, więc tymczasem zaprezentuję pierwszy post o naszych ulubionych grach. Jakość zdjęć zapewne pozostawia wiele do życzenia ale to nie konkurs fotograficzny tylko między rodzicielskie doradztwo więc muszą wystarczyć.

Szanowni państwo, otóż gotowe gry są przewspaniałym wynalazkiem, bo bawią, uczą a na dodatek świetnie nadają się na prezent, dzięki czemu nie rośnie nam liczba lalek barbie. Przynajmniej nie tak lawinowo. Dla mnie osobiście są sporym ułatwieniem, bo nie muszę wymyślać pomocy dydaktycznych, często wystarczy wybrać właściwą grę.

Pierwsza zabawka to drewniana układanka, mająca już z 5 lat. Obsłużyła cztery panny, teraz zaczyna się nią bawić niespełna dwuletnia Piąta. Na zdjęciu "Misie" prezentuje Czwarta, która na tej zabawce uczyła się dopasowania elementów, nazywania emocji, kolorów, opisywania ubrań.
Bardzo cenię sobie tą układankę, bo posiada sporo wymiennych elementów dzięki czemu dziecko chętnie bawią się nią dłuższy czas w skupieniu i ciszy. Bezcenne! Tak, tak, dla mnie bezcenne - nie jedna mama uśmiechnie się pod nosem, nie zaprzeczam.  Szczególnie jednak cenna dla dziecka. Bo dzieci mają potrzebę samodzielnej skupionej pracy i lubią zabawki, które takiej pracy sprzyjają.


Układanka "Misie", drewniana, oklejona papierem. Wiek: od 1,5 roku do czasu aż się znudzi...

Druga gra, wyprodukowana przez naszą ulubioną Grannę, należy do serii gier Klub Przedszkolaka. Ich zaleta to docelowy wiek 4-6 lat oraz niska cena. Duża frajda puki działa, mała strata jeśli zostanie zjedzona. Zawsze można odkupić.
"Mała wielka myszka" to zabawa w przeciwieństwa.



Każda myszka ma swoją parę, która jest jej przeciwieństwem. Można wykorzystać grę jak układankę i bawić się w pojedynkę, można zabawić się w loteryjkę, można i w memo - pary. Przede wszystkim myszki trenują w nazywaniu emocji, stanów, czynności i zestawianiu ich na zasadzie przeciwieństw. I oczywiście są zabawne i śliczne. U nas popularna gra: w czasie gdy starsze panny robią "nudne" zajęcia młodsze siadają na podłodze i układają kolekcjonując pary myszek.

Trzecia gra, z której nabycia się cieszę to "Stuku - puku" i jest to gra typu przybijanka, firmy Granna. Grę przyniósł dla czterolatki zdesperowany św. Mikołaj i trafił w dziesiątkę. Gra nie nadaje się dla ostrożnych rodziców, gdyż zawiera w zestawie całkiem autentyczne pinezki. 


Poza pinezkami znajdziemy kilka obrazków ze wzorami, zestaw kolorowych elementów z grubej tektury do układania wzorów, korkową podkładkę i młotek. Zabawka jest wymagająca ale bardzo, bardzo, bardzo edukacyjna. Dlatego też Mikołaj olał obecność malucha w domu i zarządził szczególną oszczędność przy używaniu pinezek, ale sprezentował ją bez mrugnięcia powieką. W sposób kompleksowy (lubię to słowo - jest takie... kompetentne) ćwiczy aspekty percepcji wzrokowej (orientację, wyróżnianie figury z tła, odwzorowywanie). I jednocześnie jest świetnym ćwiczeniem małej motoryki oraz koordynacji wzrokowo-ruchowej. Doprawdy, tyle różnych zalet edukacyjnych, zabawka - miodzio. I oczywiście, dodatkowa zaleta: my się nudzimy pisząc dyktando i rozwiązując zadania z matmy a młode siedzi pochłonięte bez końca i stuka. To lubię!

Szczególnie cenna może być ta zabawka przy ćwiczeniach na orientację i zapamiętywaniu określeń dotyczących tejże. "Nad", "pod", "obok", "pomiędzy", "po prawej", "po lewej", możemy bawić się z dzieckiem układając obrazki wg. wzoru lub własne i ćwiczyć adekwatne używanie tych określeń. Polecam. 
Czasem mnie korci, żeby samej postukać...
Podkłada jest z miękkiego korka więc pinezki można wbijać nawet palcem oraz swobodnie wyjmować. Elementy są zrobione z grubej tektury obustronnie pomalowane. Wystarczająco grube by nie niszczyły się przy normalnym użytkowaniu. Nie nadają się oczywiście do przeżuwania przez maluchy, więc zabawki należy pilnować, jeśli wszystkożerne maluchy buszują po domu (jak u mnie). Jednak, gdyby zdarzyło się nieszczęśliwie, że któryś z elementów zostanie uszkodzony to warto na taka okazję zachować szablon, w którym elementy są od nowości. Pozornie jest to śmieć ale dla każdego bystrego rodzica jest do dodatkowa pomoc: na wypadek gdyby trzeba było samodzielnie dorobić zniszczony element; w sytuacji, gdy dzieciaki ćwiczą małą motorykę i bawią się odrysowywaniem od szablonu; oraz jako kolejne zadanie edukacyjne: umieść wszystkie elementy z powrotem w szablonie. Takie zadania wykonywała moja córcia w poradni pp podczas zajęć terapeutycznych ogólnorozwojowych. Mogę oczywiście,  dla zabawy, powypisywać te wszystkie mądre cele, jakim sprzyja ta zabawa. ćwiczenie analizatora wzrokowego, aspektów percepcji wzrokowej, koordynacji oko-ręka, trening analizy i syntezy wzrokowej, umiejętność manipulacyjna, orientacja przestrzenna i na płaszczyźnie, itd. To się popisałam na koniec. Tak po ludzku, chodzi o to, by element do pasować do dziury, bardzo wymagająca zabawa.

Kolejne gry i zabawki innym razem, a teraz żegnam się z nadzieją, że następne nasze spotkanie będzie przy prezentacji tego postu o czytaniu ;).
Pozdrawiam







poniedziałek, 9 lutego 2015

O czym pisać?

Witajcie. Dawno nic nie pisałam. Oczywiście tylko winni się tłumaczą, a tu nie ma miejsca na winę, bo to moja piaskownica i moje zabawki, ale wytłumaczę się i tak, ot dla samej frajdy stukania w klawiaturę po długiej przerwie.

Otóż doszłam do wniosku, jakiś czas temu, że pisanie tego bloga jest pozbawione sensu. Z całym szacunkiem dla wiernych czytelników i obserwatorów. Ale takie tam klikanie tylko po to, żeby poprawić sobie samopoczucie, że ktoś lubi to co napisałam? Jest w sieci tak dużo wspaniałych blogów mam edukujących domowo, które publikują świetne zdjęcia, genialne pomysły, zgrabne opisy. Gdzie mnie tam do nich, z ta moją domową zadyszką, ledwie nadążając za rozgdakanym stadkiem...
Gdy zaczynałam pisać, zakładałam, że taka dokumentacja może być inspirująca i pomocna dla innych rodziców, ale ostatnio doszłam do wniosku, że nie wypełniam tej misji.
Jednocześnie pojawił się problem z czasem. Czasu jest mało, zawsze za mało. Jeszcze jak Piata była malutka i wieczory przesypiała mogłam sobie czas wygospodarować, ale te dni się skończyły. Piata ma rok i osiem miesięcy i jest właściwie wszędzie. Choć najczęściej na moich kolanach. I klika. Teraz też. Ciężko się pisze.
Resztki czasu, z trudem wygrzebanego - kosztem prasowania na przykład - poświęcałam zaś na moje hobby, każdy musi jakieś mieć a zwłaszcza mama ed, tkwiąca w nieustannej pracy. Szydełkowałam ja dziarsko, aż wyszydełkowałam 13 czapek. I szal dla mamy. W planach mam jeszcze około 6 - 10 czapek. Czapkowa szajba, można by rzec.
I w ogóle dużo różnych rzeczy ciekawych się dzieje, takich, które skutecznie trzymają mnie z daleka od kompa. A wieczorem przewracam się o własne nogi i zasypiam.

Jednakowoż zajrzałam do listy roboczych postów (w trosce o wiernych czytelników) i opadły mi ręce. O czym pisać? Zebrała się spora lista rozpoczętych tekstów, lub tylko pomysłów na tekst. "Dzień z życia - odsłona druga". "Co z ta szkołą - rozterki mamy uzdolnionych artystycznie córek". "Odczarować czytanie" - czyli post króciutko (ha ha akurat) opisujące różne metody nauki czytania, tylko po co, na co, skoro dzieci radzą sobie z tym same jeśli się im nie przeszkadza? "Kilka słów o literkach" - czyli post o nauce pisania, straszna robota, podobna do tej, którą musiałam wykonać pisząc o grafomotoryce, tylko jeszcze gorsza. "Odpowiedzi na pytania o ed" - czyli wszystkie, lub większość odpowiedzi na standardowe pytania dziennikarzy i studentów... "Nasze ulubione gry" - czyli prezentacja gier edukacyjnych, pomocy i zabawek, które przydatne są w ed. "Test gotowości szkolnej" - straszna robota, ale być może przydatna rodzicom dzieciaków w zerówce ed.
A może coś jeszcze innego?

O czym napisać? Co wybrać? Co jest NAPRAWDĘ potrzebne?
Może wy mi podpowiecie?


A ja niedługo napiszę coś i tak.

poniedziałek, 13 października 2014

Nietypowe urodziny

Nie będę ściemniać. Źródłem wszystkich moich najdziwniejszych pomysłów jest chroniczny brak kasy. Nie mam z powodu tego braku żadnych kompleksów, w końcu komu jej nie brak? A to, że kolesiowi, który pod moim oknem parkuje Ferrari brak na nowe Ferrari jest być może równie dla niego bolesne jak dla mnie brak na urządzenie urodzin dziecka w ... gdzieś. Sali zabaw, Muzeum Techniki, McDonaldzie, Przedszkolu, gdziebądź. Po co gdzieś skoro można w domu? Można, ale mi się znudziło. Rodzice sączą kawę i jedzą ciasto, dzieci się bawią (biegają, szaleją, kłócą się, robią bałagan i hałas). Ograny schemat. Tymczasem mnie jesienią depresja dopadła i niechęć by robić cokolwiek, a już najbardziej by sącząc kulturalnie kawę prowadzić rutynowe rozmowy o niczym. [Nie chcę przez to powiedzieć, że nie lubię mojej rodziny i fascynujących rozmów przy wspólnym stole - zaznaczam, na wypadek gdyby ktoś z "moich" to czytał; po prostu, taka jesienna deprecha i ogólna niechęć.]

W co się bawić, w co się bawić...?

A może by tak wykorzystać okazję i nareszcie zużyć gromadzone od roku śmieci? Bo przyznam się, że od roku zbieram różne pudełka, rolki po papierze toaletowym i inne odpady w nadziei, że uda się zgromadzić dzieciaki z rodziny na twórczych zajęciach plastycznych. Nie jest to łatwe, zwłaszcza, że większość dzieci chodzi do szkół. Ale może by tak wykorzystać urodzinowe przyjęcie, które muszę urządzić moim córkom? Jest okazja, będą dzieci. Zrobimy zamek! Albo makietę! Albo coś.

Zaprosiłam gości, nietypowo informując, żeby się goście nie ubierali wyjściowo, tylko raczej byle jak. Dorosłych uprzejmie poinformowałam, że będzie głośno i niewygodnie i małe szanse na wygodne siedzenie przy stole albowiem stół będzie zagospodarowany inaczej. Następnie upewniłam się, że mam dość klejów, farb i innych materiałów i już jedyne co pozostało to zatroszczyć się tort.

Dzieci przyszło dużo. Dorosłych przyszło mało. Ci dorośli, którzy przyszli z werwą wzięli się do pracy pomagając w akcie twórczym. Było dużo śmiechu, trochę sporów, bałagan, szaleństwo, hałas. A na koniec powstała makieta.

Wcale nie byłam pewna, że się uda gdyż z natury jestem sceptyczką. Gdy przyjechali mali goście zawołałam ich do kuchni, gdzie na awaryjnym stole naszykowałam już poczęstunek, gotowa przenieść go do pokoju, a następnie zapytałam pokazując spore pudło pełne śmieci, czy mają ochotę pobawić się we wspólne robienie makiety, czy raczej wolą bawić się sami ze sobą w pokoju? Jednomyślnie zakrzyknęli "Robimy makietę!" i dalej było już z górki. Zdjęliśmy obrus ze stołu w pokoju, rozłożyliśmy duży karton z pudła na stole, na podłogę wysypaliśmy zgromadzone śmieci. Przyniosłam też krepiny, kolorowe papiery, różne materiały gromadzone przez kilka lat, zupełnie nowe, dostane w prezencie pastele, farby i wałki do malowania. Zresztą co będę opisywać, wiecie jak to się robi.

Dzieci zawsze potrafią mnie zaskoczyć. Niby wiem, że są bystre, twórcze, że burza mózgów przychodzi im z łatwością, lubią też trzymać się konkretów i fascynuje je prawdziwy świat. A jednak wciąż spodziewam się, że będą chciały budować zamki z bajki, miasta przyszłości, że wyjdzie im to chaotycznie i byle jak. Tymczasem panny ustawiły się dookoła stołu, każda wybrała sobie miejsce, każda wpadła na własny pomysł (elektrownia, hotel, sklep, blok, latarnia morska, ulica, park, lotnisko) a następnie tworząc swoje elementy i rozmawiając stopniowo uzgadniały też co gdzie ustawić. Sklep musi być koło parku, żeby ludzie mogli podczas spaceru zrobić zakupy jak będą głodni. Hotel stanie koło lotniska. Blok mieszkalny przy ulicy ale niedaleko parku i sklepu. Kino nad stawem, ale obok ulicy, żeby dojazd był łatwy. Kawiarnia niedaleko hotelu, na trawniku z rabatami pełnymi kolorowych kwiatów. I tak kroczek po kroczku, z pomocą mamy i cioci, które uzupełniały pomysły a czasem pomogły w ich realizacji (ciocia zadbała o zabezpieczenie elementów stojących, mama zrobiła huśtawkę stojącą w parku, druga ciocia tramwaj, z którego wyszła ciuchcia - Pendolino oczywiście, wujek palmę) powstało miasto. Tu i teraz. Miasto posiadające własną elektrownię, dwa sklepy, centrum usługowe, kompleks rozrywkowy, dwa stawy, park, lotnisko i hotel. Całkiem sensowną komunikację, sygnalizację świetlną i kilka parkingów, Pendolino i palmę, i miejsce na Dreamlinera. Nawet kaczkę pływającą po stawie. A wszystko bardzo kolorowe i rozwojowe bo makietę można poprawiać i wzbogacać.



Ciekawe, czy ta huśtawka działa?



Park


Palma, jezioro z latarnią morską i otwierane kino z pudełka po Pulmicorcie. 


Elektrownia


Centrum usługowe, tuż obok lotniczego hotelu


Pendolino na tle nazwy miasta

  Poszliśmy na żywioł, dawno już się tak nie bawiłam. Żadnej rutynowej rozmowy, za to pełna śmiechu opowieść o majtkach z Łosiem, które naciśnięte w "czułym miejscu" grają kolędy, i zabawne sugestie co by to było, gdyby mały synek usiadł tacie na kolanach w środku Wigilii. Dziewczyny pokładały się ze śmiechu. Zero bon ton. 100% dobrej zabawy.
Po zrobieniu palmy, którą chciałam koniecznie postawić na środku skrzyżowania (Warszawiacy pewnie załapią o co chodzi, a pozostałym polecam wyguglowanie "palma w Warszawie") wujek zasugerował postawienie tam tęczy, kwestia zaś palenia i odbudowywania jej w kółko rozbawiła dla odmiany rodziców. Opisywane wszystko to nie brzmi tak smakowicie jak było w rzeczywistości. Ale powiem wam, że nawet przez 5 minut nie było nudno czy rutynowo a jesienna deprecha poszła w niepamięć. Po całym tym szaleństwie sto lat zaśpiewane było hucznie i radośnie a tort pałaszowany na stojąco pośród całego tego bałaganu smakował wyśmienicie.

Na stole pyszniła się ulepszana i poprawiana wciąż makieta. Siostra z uznaniem stwierdziła "To jest naprawdę coś!"
A po chwili spytała z zadumą "Ale powiedz mi, gdzie ty to planujesz trzymać?"
.....

Szlag! Wiedziałam, że o czymś nie pomyślałam!

piątek, 26 września 2014

Ciemna strona mocy

Idę na żywioł.
Piszę jak leci.
Bez przydługich wstępów i wymądrzania się (a mogłabym, bo już napisałam pół tego postu w tonie nieznośnie apodyktycznym i przemądrzałym).  Ale po co to komu, na co.
Piszę jak jest.

Edukacja domowa nie ma wad. Jak to idea, świetlana, wspaniała. Ja mam wady. Jak to człowiek. Bywa tak, że moje wady plus wady moich dzieci, a czasem wcale nie wady tylko rozbieżne oczekiwania i potrzeby, sprawiają, że w miejsce cudowności i oświecenia jest mrok, rozpacz, walenie głową w ścianę i poszukiwanie szkół z internatem.
To jest właśnie "ciemna strona mocy".

Nie będę ściemniać, bywa ciężko. Czasem edukacja domowa bardziej przypomina orkę na ugorze zamiast twórcze stymulowanie talentów oraz spontaniczne wspomaganie naturalnego rozwoju dziecka. Ale zawsze, zawsze jest wspólnym odkrywaniem świata. Tylko czasem jest to świat emocji, oczekiwań, rozczarowań.
Bywają takie chwile, gdy przez szał euforii i zaangażowania przebija się twarda rzeczywistość. Następnie owa rzeczywistość gryzie mnie w dupę i śmieje się szyderczo.

Czasami rzeczywistość daje znać o sobie od samego rana, wykorzystując podstępnie naturalny rytm dnia. Rytm regulują elementy stałe czyli posiłki, oraz rzeczy które zrobione być muszą. Stałe jest ich występowanie a czasem nawet godziny, czy raczej przedział czasowy. Jeśli chodzi o naukę umiejętności hołduję zasadzie "trening czyni mistrza", a trening - by był skuteczny -  musi być regularny oraz metodycznie ukierunkowany. Czyli bez przypadkowości. Nauka pisania, czytania, rachunki, język obcy, w tym roku doszło nam jeszcze ćwiczenie na instrumencie. I tu już zaliczam pierwsza wpadkę. Czasem nie jestem w stanie przywlec dzieci na śniadanie na 9 rano. Wiadomo, że jak marudzą przy talerzach, myciu zębów i słaniu łóżek to potem cały dzień mi się rozjedzie. Jeszcze nie zaczęłyśmy a ja już mam dość przewidując kłopoty, które zaraz się pojawią.
I nie ma bynajmniej mowy o żadnym wojskowym drylu, skąd! Od 8 do 10 jest szmat czasu! Czasem nawet ten szmat to za mało.

W międzyczasie ogarniam stół, kuchnię, zmywarkę (Boże, dzięki Ci za wszystkich, którzy przyczynili się do zaistnienia zmywarki w moim domu!) i świeża jak szczypiorek na wiosnę, oraz pełna wspaniałych pomysłów, które zawsze lawiną mnie zasypują podczas prac kuchennych, mknę do pokoju "robić zajęcia". Zazwyczaj. Bo niestety bywa i tak, że zgrzytam zębami ze złości robiąc wszystko z wiszącą u biodra Malutką. Względnie - gdy biodro protestuje - z przylepioną do uda Wrzeszczącą Malutką. Life is brutal.

Na szczęście takie chwile irytacji mijają mi prędko, dwa głębokie wdechy i lecimy dalej. Łyk zimnej herbaty i w drogę!

W pokoju wszystkie cztery córki, jednocześnie skaczą po łóżku.
Cały system skoków zawczasu przygotowany, kilka wersji, dla urozmaicenia.
Dzieci w raju.

Mama na haju?
Przydałoby się czasem, oj...

"Dzieci, zapraszam do stołu, czas na nasze zajęcia!"
"NIEEEE!!!!" krzyczą dwie starsze.
"TAAAAK!!!" krzyczy trzecia, która dubluje zerówkę i teoretycznie nie powinna uczyć się absolutnie niczego.
???
 Ale dlaczego, no... Takie fajne wymyśliłam...

Czasem po prostu chce się poskakać.
A tam, niech skaczą, powiesz czytelniku. Jeden dzień nie zaszkodzi!
Żeby to był jeden dzień! Analizowałam to zjawisko i doszłam do pewnych wniosków. Akurat ja mam taki układ - dość rzadko spotykany - że mam same dziewczyny i to małych odstępach wiekowych. Oznacza to, że właściwie nie istnieje żadna naturalna "przerwa", która by je hamowała w zabawie. Co jedna wymyśli to pozostałe trzy podchwycą i multiplikują. A są naprawdę twórcze, bestie. Nakręcają się wzajemnie, zabawia trwa i trwa.  A nie koniec na tym wcale, bo poza wspólną zabawą każda panna ma własne hobby i domaga się czasu by je pielęgnować. Pierwsza opowiada. Wymyśla historie i sama sobie je opowiada. (Nawiasem mówiąc historie są nie z tej ziemi i wcale nie poczuję się zaskoczona jeśli zostanie w przyszłości polskim Terrym Pratchetem). Druga lubi jeździć na rowerze i czytać. Jakkolwiek czytanie jest obiecujące to jazda na rowerze oznacza dla mnie organizowanie spaceru dla całej ferajny włączając w to sprowadzanie roweru. Z czwartego piętra. Bez windy. I wnoszenie go. Z Malutką na biodrze. ... Robię to, bo co mam zrobić? Ale przecież czasem Malutkiej zdarzy się zachorować. A wtedy płacz, jęki i marudzenie bez końca. To wkurza.

W całym tym narzekaniu krzywdzę Trzecią, słoneczko moje kochane. Trzecia jest mistrzynią w "wyciu". Właściwie o cokolwiek, o wszystko. Że nie umie pisać, Że nie umie czytać, że musi umyć zęby - a nie umie, że trzeba schować majtki, a się nie chce - wiecie, nóż się w kieszenie otwiera! Ale jeśli chodzi o chęć do nauki - sam miód! "Mamo, wymyśl mi zadanie. Mamo, nauczmy się czytać. Mamo, naucz mnie pisać!" "Mamo, a wiesz, że 5+2 to jest 7?" Oczywiście, coby nie było za łatwo, wszystkie umiejętności i całą wiedzę zdobywa po swojemu. Większość metodycznych wytycznych odrzuca i to mogłoby irytować, gdybym jeszcze przywiązywała wagę do tych spraw. Na szczęście jestem zwykle tak zaabsorbowana niechęcią Pierwszej do pisania, niechęcią Drugiej do czytania, niekończącą się gadaniną i zdumiewającą pomysłowością Czwartej we wszelakich aktywnościach (potocznie nazywamy to "włażenie w szkodę") oraz świeżo rozbudzoną aktywnością Malutkiej (ostatnio głównie buszowanie w szafkach, regałach oraz włażenie na stoły i blaty), że zwyczajnie nie mam czasu ani zacięcia, by Trzecią dręczyć politycznie poprawną metodyką. Rzucam luźne sugestie i albo z nich skorzysta, albo zrobi po swojemu. Wyjąc. Myślę, że Szef wiedział co robi dając mi po takiej indywidualistce Trzeciej - takie absorbujące Czwartą i Piątą. Jak na razie wygląda to na odgórnie zaplanowaną akcję. Hurra!
A może tylko się tak pocieszam... (racjonalizacja?)

Czasem zajęcia idą nam jak złoto. A czasem jak po grudzie. Zdecydowanie najgorsza jest zdecydowana odmowa: "Nie, ja tego NIE ZROBIĘ". Bo co można poradzić w takiej sytuacji? Rozmawia się, pyta o przyczynę, analizuje emocje, potrzeby, chęci. Czasem wszystko tylko po to, by dowiedzieć się, że NIE BO NIE. I już. Nudne jest.
Prawda taka, że dla dziecka, któremu trudność sprawia czytanie codzienne przebijanie się przez ciąg wyrazów, zdań jest przykrym obowiązkiem. "Brawo córeczko, widzisz jakie robisz postępy? Możesz być z siebie dumna! Świetnie ci idzie, spójrz jaki długi tekst przeczytałaś!" "Cicho bądź, nie chwal mnie!! Zmusiłaś mnie do tego!"
 Podobnie z dzieckiem, które nie znosi pisania tekstów. Jeszcze lista zakupów, składniki na sałatkę itd ujdą,  ale przecież nauka pisania obejmować musi różne formy wypowiedzi w zdaniach. Wielkie litery na początku, kropki, przecinki, takie tam. Koszmar.
Przykładowe ćwiczenie - cztery dowolne zdania: "Straszna baba każe mi pisać. Nie będę. Nie znoszę pisać. Co za okropna mama." Brawo córeczko! Niech żyje lapidarny styl! "Miało ci się nie podobać!!"
Niektórym zwyczajnie nie da się dogodzić.

 Poza zdecydowaną odmową nie lubię też jęczącego oporu. Chlipanie, przeczytane jedno zdanie, przerywnik w postacie informacji jaką to jestem okropną mamą bo każę czytać, i że jak tak, to czytać będzie ale po cichu, na pewno nie na głos, i NIE powie mi co tam było napisane! Potem drugie zdanie, gniewna tyrada, i tak powolutku brniemy. To co zwykle zajmuje 15 minut tym razem jest 45 minutową próbą cierpliwości.
Może ktoś pomyśleć, że jestem bez serca a w dodatku masochistka. Już widzę jak wszystkie zwolenniczki RB z oburzeniem kręcą głowami na tę specyficzną odmianę tego co ja nazywam konsekwencją a one "przemocą psychiczną".
Przemoc to jest, ale to ja jej doświadczam. A jednak żyję, nic mi nie jest, jestem szczęśliwa a w dodatku umiem czytać, pisać a nawet skończyłam studia. Też nie znosiłam nauki czytania i pisania.

Podobne objawy oporu trafiają się przy matematyce. Jedna panna nie znosi rachunków, druga zadań z treścią. I czasem bywa tak, że aby je zrobić trzeba się przebijać przez mur. Spokojem, łagodnością, perswazją, powoli posuwamy się do przodu. Przychodzi w końcu takie moment, że jedyne co pozostaje to wyjść bez słowa do kuchni, napić się (zimnej) herbaty i policzyć do 20.
Na szczęście jestem wybuchowa. Na szczęście, bo choć szybko wybucham to nie gromadzę w sobie pokładów irytacji czy zniechęcenia by przetwarzać je na poczucie bezradności czy trwałej niechęci. Spuszczam parę jak szybkowar i wracam by "pyrtać swoje ziemniaki" dalej.

Częściej zajęcia udają nam się fajnie. Czytamy książki, studiujemy mapy, przeglądamy internet. Robimy doświadczenia. Rozwiązujemy zadania. Układamy wierszyki. Gramy w gry. I właśnie wtedy gdy jest najciekawiej i wszyscy uśmiechnięci, a ja wręcz kipię wewnętrznie zadowoleniem, świra dostaje Czwarta, lub Malutka. Wejść na stół i rozwalić całą grę. Pomazać zeszyt. Podrzeć książkę. Wywalić wszystko z piórnika. Władować się mamie na ręce. Wylać na stół kubek soku/herbaty/kawy/czegokolwiek. Utopić w kiblu zabawkę. Wywalić wszystkie buty z szafki. Albo wszystkie ubrania z komody.
 Cokolwiek w sumie. O! Zrzucić z parapetu doniczkę z największą rośliną! To jest mega osiągnięcie. Takich drobiazgów jak rozsypane kasze, mąki, cukry i proszki do prania, czy rozwinięta cała rolka papieru toaletowego nie warto wspominać. Całe ciało i ubranie wymazane flamastrem to w ogóle jest tylko zabawny dowcip i ubaw na sto dwa.
A my tu właśnie zdobywamy dolinę Amazonki!
Przemierzamy całą Polskę na grzbiecie ptaka z soli.
Studiujemy aparat gębowy i zwyczaje godowe ślimaków.
Analizujemy ruchy ciał niebieskich (dlaczego akurat ciał mamo? i przecież one wcale nie są niebieskie!)
Uczymy się prowadzić smyczek po strunach.
Robimy arcyciekawe doświadczenia ilustrujące ruch powietrza by odpowiedzieć na pytanie "Skąd się bierze wiatr?"

Tymczasem pora lądować, zamiatać, prać, myć, urabiać się po pachy zastanawiając jak w ogóle mogłam przypuszczać, że da się połączyć roczniaka/dwulatka/trzylatka z edukacją domową?! Jak na to wpadłam? Przecież to czyste szaleństwo! Syzyfowa praca!

Jednak w tym szaleństwie jest metoda. Bo nie widziałam dotąd by dzieci się tak skutecznie od siebie nawzajem uczyły jak tu u nas, w ed.

Zaskakuje mnie też, gdy pomimo tych wszystkich katastrof, wciąż znajduję w sobie zasoby optymizmu. Tak, jakby trudności wpływały pozytywnie na moją twórczość. "Co cie nie zabije uczyni cie silniejszym". Prawdziwe jest to zdanie głównie z tego powodu, że z czasem człowiek się uodparnia. Przeżywszy kilka porażek, katastrof, rozsypanych mąk, pomazanych ubrań, ze dwa wylane wiadra wody oraz jednego już malucha (w ed od 1 do 4 lat) teraz szybciej łapię równowagę a czasem w ogóle wzruszam ramionami "Phi! w zestawieniu z tym co potrafiła zrobić Czwarta to to jest jeszcze pikuś!".

Oczywiście, miewam chwile kryzysu. Sporo zajęć robię z Malutka na biodrze, żeby nie niszczyła pracy siostrom, a od tego bolą plecy i nawet chusta nie zawsze tu pomaga, nie zawsze daje się zastosować. Notorycznie żyję w niedoczasie jeśli chodzi o prace gospodarcze. Totalnie wykańcza mnie psychicznie kilka razy dziennie sprzątanie podłogi ubabranej przez samodzielnie jedzącą Malutką. Zupełnie przestałam lubić szykowanie posiłków - chyba, że gotujemy coś razem. Prasowanie byłoby super fajne, gdyby nie to, że wszystkie filmy mam z napisami a nie z lektorem (zresztą nie lubię filmów  z lektorem).
Nie mam czasu na swoje robótki, chlip... Niby nie mam, ale coś tam dziergam. Jedną czapkę przez dwa miesiące.
Ponieważ pracując codziennie z pannami widzę na bieżąco ich potrzeby dostrzegam też konieczność modyfikowania metod i narzędzi. Wszystkie prace domowe, kuchenne, mają znakomity wpływ na moja twórczość. Ręce pracują, ale głowa ma wolne. Głowa wymyśla. Nową grę matematyczną, domino na mnożenie, lotto na dodawanie, suwak matematyczny, rymowankę ortograficzną, tekst do czytania dla Pierwszej, wzór czapeczki dla córeczki i torebeczki dla innej córeczki, nowy abażur na lampę do pokoju dzieci, inspirowany zbyt drogim abażurem w IKEI. Pomysły się krystalizują, dopracowuję szczegóły, planuję a potem i tak nie starcza mi czasu by je zrealizować.
To wszystko są tak naprawdę duperele. Nieistotne. Mało ważne. Ale czasem dają się we znaki. Jak ten przysłowiowy wrzód na d... .

A jednak...

Pewien dziennikarz spytał mnie ostatnio (eh, jak to zabrzmiało! jakbym nic nie robiła tylko udzielała wywiadów! :)), i zaskoczył tym pytaniem, a nieczęsto się to zdarza, bo większość pytań jest tak ograna, że odpowiadać można przez sen, otóż spytał mnie "Co panią zaskoczyło w edukacji domowej? Z perspektywy czasu, czego się pani nie spodziewała zaczynając?" I przez chwilę zupełnie nie wiedziałam co powiedzieć. Zaskoczyło? Zdziwiło choćby? Chyba nic... A jednak. Niby wiedziałam, że młodsze dzieci uczą się od starszych, ale nie spodziewałam się, że aż tak! Aż człowiek żałuje, że ta najstarsza nie ma starszej siostry!
Ale druga, zdecydowania bardziej znacząca, jest taka kwestia. Musze wyznać, że podejmując decyzję o edukacji domowej panicznie się bałam, że nie dam rady. Nie ogarnę dzieci, programu, robienia pomocy, prowadzenia domu, jeżdżenia z wszystkimi dziećmi na lekcje muzealne, indywidualizowania trybu nauki. Potem zabroniłam sobie myśleć o tych lękach. Postanowiłam, że spróbuję i ma się udać. Nauczę się konsekwencji i wewnętrznej dyscypliny (a są to te właśnie dziedziny, które w młodości u mnie leżały i kwiczały), będę problemy rozwiązywać na bieżąco, byka brać za rogi i koniec z użalaniem się nad sobą (ha, ha, moje ulubione zajęcie).  I teraz, patrząc wstecz, uświadamiam sobie, że to był dobry plan. I działa. Zaskakuje mnie jak dużo ja sama nauczyłam się o sobie i życiu jadąc na tym byku. Nie podejrzewałam, że to będzie takie... łatwe!
Ta świadomość od razu poprawia mi humor :).
Nie wiem ile lat edukacji domowej przede mną. Nie wiem, która z dziewczyn pójdzie do szkoły i kiedy. Ale tego, co przeżyłyśmy, już nikt nam nie odbierze. Warto było.
Każdy obrót karuzeli mojego życia był wart tego, by go przeżyć. Jutro jest warte, by je przeżyć. Nie poddając się.

Z edukacją domową jest podobnie jak z rodzeniem. To co dobre zostaje i rozpala wewnętrznie a ból się  szybko zapomina.
Z tym, że oczywiście, rodzenie bardziej boli.


piątek, 5 września 2014

Podręczniki, ale jakie?

Pytają mnie ludzie….

Często pojawia się ostatnimi czasy pytanie o podręczniki dla maluchów. Czy kupować, jeśli kupować to jakie, czy korzystać z darmowego Elementarza dla pierwszaka, jakie podręczniki wybrać dla zerówkowicza nawet! Choć to ostatnie wydaje mi się już tak absurdalne, że sporo czasu zajęło mi zrozumienie źródła jego powstania.
Odpowiedź na pytanie brzmi: nie wiem. Podręczników jest dużo a ja obejrzałam zaledwie kilka. Osobiście uważam, że żaden nie jest potrzebny i znam rodziców w ed, którzy korzystają z podręczników szkolnych tylko sporadycznie. Napiszę jednak kilka zdań, swoich refleksji, swojego doświadczenia i dodam, jako bonus, listę podręczników, których należy unikać.

Czym jest podręcznik, że tak wiele uwagi zajmuje? Jest to pomoc edukacyjna w realizacji programu. Jedna z pomocy, wcale niekoniecznie ta najlepsza, ale w przypadku szkół publicznych, korzystających ze standardowych, popularnych programów, dedykowany im podręcznik jest z pewnością pomocą najwygodniejszą dla nauczycieli i uczniów. Głównie z tego powodu, że klasę liczącą między 20 a 30 dzieci trzeba jakoś utrzymać w ryzach i najłatwiej jest pracować na jednakowym materiale ze wszystkimi, zwłaszcza, że pracuje się z tą grupą kilka godzin dziennie. Przeciętnemu nauczycielowi potrzebny jest stały rytm, wspólny materiał, rutyna. (Widziałam kiedyś film o autorskim pomyśle klasy bez podręczników, bez rutyny i z pełną indywidualizacją. Ale tej klasy nie prowadził przeciętny nauczyciel. Ależ to było piękne miejsce...)
Tu warto zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad taka kwestią: skoro podręcznik jest pisany do programu, jako narzędzie do jego realizacji, to gdzie się podziewa program do którego powstał rządowy Elementarz, hę? Widział go ktoś? Słyszał ktoś coś? Nijak nie. Podręcznik realizuje podstawę programową, podobno. Zabawne. Wszak podstawa miała być... podstawą programową. Takim tworem, w oparciu o który nauczyciele i metodycy mogą tworzyć własne programy. Jednocześnie zawiera ona spis oczekiwanych osiągnięć dziecka, wymagania szczegółowe na koniec konkretnego etapu edukacyjnego, które mogą być wytyczną do pracy z dzieckiem (dla nas, edukatorów domowych, to one właśnie są najważniejsze). Ale nie jest ona programem, ani minimum programowym. To gdzie jest program do Elementarza? Otóż nie ma, najwyraźniej. Przestał być potrzebny, naga prawda wyszła na jaw. Zgodnie z zapisem z podstawy programowej: „Szkolny zestaw programów nauczania, program wychowawczy szkoły oraz program profilaktyki tworzą spójną całość i muszą uwzględniać wszystkie wymagania opisane w podstawie programowej. Ich przygotowanie i realizacja są zadaniem zarówno całej szkoły, jak i każdego nauczyciela.” Metodycy pracujący dla wydawnictw musieli się męczyć układając jakąś całość, planować, uzasadniać ją dobrem dziecka, globalnym rozwojem,  taką czy inną ideą rozwojową. Miała być to całość pod względem metodycznym i merytorycznym, gdzie wyszczególnione są cele i zadania a treści powiązane ze sobą tak by dziecko mogło naturalnie przechodzić od jednych zagadnień do drugich. Ministerstwo już nie musi. Czyżby stawiane wydawnictwom oraz nauczycielom, do tej pory, wymagania były tylko przysłowiową "kłodą pod nogi"? A dla dobra dziecka to już wszystko jedno co, kiedy i jak? Pewnie dlatego Elementarz to taki zlepek kolorowych plakatów i kart pracy przypadkowo połączonych klejem między okładkami. Albo może zarządzenie, nawet nie wiem, które, przestało obowiązywać. Albo Ministerstwo oraz rządowy Elementarz są ponad to. I git.

No to mamy ten Elementarz jako jakiś pomysł dla pierwszaka. Brać czy nie brać? Jest sens zastawiać tym półkę? A co będzie jak dziecko go zniszczy przez naszą, rodziców, nieuwagę? Może lepiej bez niego? Bezpieczniej? Tak. Bezpieczniej. I nie tylko z tego powodu. Ten Elementarz nie pomaga w nauce czytania. Nie najlepiej radzi sobie z matmą. Wiedza ogólna, przyrodnicza i społeczna? Powierzchowna, tendencyjna, nudna dla dziecka, które uczy się w ed, żyjąc. Może się przydać Elementarz? Może. Autorzy dokonali jakiegoś rozkładu materiału, tworząc tę książkę a na końcu każdej części znajduje się lista zdobytych umiejętności i wiedzy. My, edukatorzy domowi, jeśli nie korzystamy z gotowca, musimy rozkład materiału zrobić sami w oparciu o podstawę i wymagania egzaminacyjne nadesłane przez szkołę. Można wykorzystać Elementarz jako źródło informacji "czy robiąc te wszystkie twórcze, indywidualne cudowności w ed, gdzieś nie zagubiłam minimum programowego". Ale do tego celu wystarczy nam pdf  Elementarza pobrany ze stron ministerstwa. Nie mówiąc już o tym, że w zupełności wystarczą nam wymagania wysłane przez szkołę. Może lepiej, żeby się nam ten "zlepek" kolorowych kart do niczego nie przydawał? Po co dzieciom wodę z mózgu robić? I sobie?

Po wykończeniu rządowego gniota wrócę na chwilę do zagadnienia podręcznika dla zerówkowicza. Szczerze mówiąc nie przyszłoby mi do głowy poruszanie tego tematu, gdyby nie to, że natknęłam się na takie pytanie zatroskanej mamy. Jaki "box" dla dziecka zapisanego do zerówki wybrać? Otóż żaden drodzy rodzice. Żaden. Bo nasz maluch ma się uczyć tego, czego ma się uczyć w zerówce, przez zabawę. Manipulację na konkretach, konstruowanie a nie wypełnianie jakiś durnowatych kart pracy z jakiegoś infantylnego boxu. Infantylnego,  a jakże, musowo. Nie może nie być infantylny, skoro nie wolno uczyć dziecka czytać, pisać a nawet liczyć! To co tam będzie? Szlaczki, kolorowanie drukowanych kształtów liter, nazywanie obrazków, jakieś proste labirynty, przyklejanie naklejek... serio, takie zabawy to można dziecku sprezentować kupując "Wielką księgę przedszkolaka" wydawnictwa Olesiejuk, albo teczkę "Mam 5 lat", albo dowolną książeczkę z łamigłówkami dla malucha (warto jednak sprawdzić, czy szata graficzna jest wporzo, coby dziecku szpetotą gustu nie psuć), albo przysiąść fałdów i codziennie wieczorem naszykować kilka takich zadanek własnoręcznie, markerem na kartonie. I też będzie dobrze. Przy okazji spokojnie nauczyć czytać, liczyć do 100, dodawać i odejmować, porównywać i co tam nam jeszcze przyjdzie do głowy, a wszystko to grając w gry i budując z klocków, oraz czytając z dzieckiem książki, oraz robiąc ciekawe doświadczenia z książki "365 doświadczeń na każdy dzień roku" lub "Eksperymenty mądrej żabki" Nicole Borgmann. Tak zwany "test gotowości szkolnej" sprawdza pewne konkretne umiejętności i poziom rozwoju dziecka, umiejętności analizy i syntezy wzrokowej i słuchowej, i bardziej się dziecku przyda układanie puzzli, mozaiki Montessori, tangramów, oraz zabawy słuchowe w sylabizowanie i wysłuchiwanie głosek na początku i końcu wyrazu, oraz zabawy orientacyjne i porządkowe, niż  wypełnianie kart pracy z jakiegoś boxu. Mamo, tato, nie dajcie się upupić! Mentalne odszkolnienie to podstawa. Odwagi!

Pierwsza klasa to już poważna sprawa i nie bez kozery spędza sen z powiek rodziców, którzy nie mając wykształcenia w tym kierunku zastanawiają się "czy ja potrafię sam nauczyć moje dziecko czytać, pisać, liczyć?" Zabawne. Większość dzieciaków idzie do pierwszej klasy umiejąc czytać i liczyć, a nauka pisania, choć monotonna i nudna, specjalnie skomplikowana  nie jest. (Wystarczy wydrukować kształt litery na dużym kartonie, lub napisać markerem, bawić się rysowanie po śladzie, na ścianie, w kaszy mannej, kalkowanie, lepienie z plasteliny, potem w dużej liniaturze, potem w małej, potem w sylabach otwartych - ma, mo, mi, mu itd żeby nauczyć łączenia w pisaniu, potem w prostych wyrazach, po śladzie i przepisywaniu ich itd. Jedna litera - jeden dzień. Utrwalamy kilka dni i następna litera, nauczymy pisać szybciej niż podręcznik a użyjemy do tego kartonów, wielkiej płachty papieru do pakowania, liniatury, markeru i ołówka. Jedyna zasada, której powinniśmy się trzymać to konsekwencja w metodyce. Jeśli zaczęliśmy w ten sposób pół alfabetu to zróbmy tak i resztę, od bałaganu dzieci głupieją. Podaję, przy okazji, link do strony gdzie można znaleźć gotowe do druku wszystkie litery, szlaczki, łączenia, wyrazy itp.: http://www.kaligrafowanie.pl/ ). 
Będzie się to zmieniać oczywiście, bo teraz do pierwszej klasy pójdą dzieci, które są za małe na wysiłkowy trening pisania (precyzyjnie w małej liniaturze), i które raczej nie będą jeszcze czytać. Teraz najważniejsze będzie więc, niekoniecznie to jak im pomóc, ale jak im nie przeszkadzać... Czytanie, liczenie to takie umiejętności, które większość dzieci chętnie zdobywa samemu. Istnieje też ogromna ilość metod, elementarzy, książeczek, a i tak zwykle najlepiej sprawdzają się domowym sposobem wykonane: sylaby i ruchomy alfabet, z których dzieci układają proste wyrazy, potem coraz trudniejsze. Samodzielne ułożenie prostych zdań, które można wydrukować dziecku w domu, to też nie jest wielki problem. Ot, zastanawiamy się jakie to to zna litery? Sylaby? Bierzemy je i próbujemy coś  stworzyć... na przykład: Motyl lata nad łąką. Mama myje gary. Tata nosi zakupy. Ala ma korale. Ola lubi lody. I tym podobne. Rodzic swoje dziecko zna i może dopasować poziom trudności zdań indywidualnie do swojego dziecka a również tematykę. Dla chłopca pewnie ciekawsze będą: Samolot lata wysoko, czy coś takiego; nie wiem, u mnie same dziewczyny.

Konkretne, dobrze znane, sprawdzone metody nauki czytania to: Doman (ale nie dla dzieci szkolnych, Doman jest dla maluchów, zaczynamy już z półtorarocznymi i młodszymi dziećmi, jeśli ktoś chce, u starszych dzieci nie ma efektów); metoda Jagody Cieszyńskiej "Kocham czytać" (inaczej metoda symultaniczno-sekwencyjna, sprawdzona i skuteczna metoda nauki i terapii czytania) ale ten komplet jest drogi.  A też niedawno usłyszałam, że dziecko znudziło się pracą z tym materiałem.  Mama się niepokoiła, że córka chce robić następny etap a nie opanowała pierwszego, a metoda na to nie pozwala, bo najpierw trzeba opanować te podstawowe sylaby a potem coraz trudniejsze, a potem wyrazy, wszystko po kolei. Otóż metody tak mają, tak są przez metodyków, terapeutów tworzone. Tymczasem dzieci, normalne, bystre, czasem tą rutyną się nudzą. Nie chce im się uczyć codziennie rozpoznawania tych samych sylab, chcą czytać wyrazy, zdania, książki! I wtedy metoda idzie w kąt a dziecko wyciąga książeczkę i powoli, mozolnie odcyfrowuje litery, głoskując i łącząc te głoski w sylaby i od razu w wyrazy i zdania. I kto dziecku zabroni? Moja Trzecia tak robi, a bardzo nam się sprawdza Elementarz Falskiego.

Kolejna dobra propozycja dla 6/7 latka to "Komnaty literowe" Danuty Gmosińskiej i Violetty Woźniak.  Pozycja wielostronnie przygotowująca do czytania i pisania, metoda opiera się o sylaby. Przy tym jest ciekawa a naukę przedstawia jako przygodę i poszukiwanie skarbu. No i tania, choć akurat ostatnio niedostępna, mam nadzieję, że to tylko chwilowy brak.
Z czystym sumieniem mogę również polecić wyżej wspomniany "Elementarz"  Falskiego, który poza nauką czytania ma dużo dobrze skonstruowanych tekstów i, wbrew pozorom, archaiczność języka niekoniecznie jest przeszkodą. Moje dzieci chętnie i z zainteresowaniem czytają czytanki z Falskiego, często też są one punktem wyjścia do całych zajęć, o środkach transportu, samolotach, zwierzętach, kosmosie czy układzie słonecznym. Ja zachwycam się wspaniała ciągłością metodyczną tego podręcznika i dobrze przemyślanym stopniowaniem trudności. Ach, i jeszcze coś! Mamy początek września,  czytamy jedną z pierwszych czytanek, dziecko zna dopiero kilka liter, a już w czytance pojawia się zadanie dodawania w zakresie 10, na konkretach, bo liczymy osy na obrazku, ale zapis matematyczny, jak najbardziej, występuje. I proszę! Cała reszta pierwszaków właśnie uczy się liczby 2. Serio, ja bym obstawiała Elementarz Falskiego dla potrzeb ed.
Na koniec zaproponuję jeszcze "Chcę czytać" Krystyny Kamińskiej, wydawnictwa Juka. Cienki zeszyt A4, sama nauka czytania, choć jest i w komplecie "Chcę pisać", dla zainteresowanych. To wersja najtańsza i najzwyklejsza. A i tak o niebo lepsza od darmowych wypocin robionych w biegu na zlecenia naszego rządu. W ed może być pomocna, lub zupełnie wystarczająca do nauki (jeśli dziecko nie ma żadnych "specyficznych trudności" ryzyka dysleksji itp), potrzeba będzie tylko wzbogacać ją czytankami.

 Elementarz Falskiego i "Chcę czytać" sprawdzają się wystarczająco dobrze, przy czym Elementarz zawiera duży zbiór tekstów, a zeszyt pani Kamińskiej to tylko podstawa nauki czytania. 
"Kocham czytać" i "Komnaty literowe" sprawdzają się w terapii trudności, lub jako wspomaganie nauki u dzieci z trudnościami. Będą oczywiście również dobrymi podręcznikami dla dzieci bez trudności.  
To nie są, oczywiście, wszystkie dostępne na rynku, lub tez nawet najlepsze z dostępnych na rynku, pozycje. To są te publikacje, które mogę ocenić bo z nimi pracowałam.

Pewnie, że zaraz mnie tu ktoś zmiesza z błotem, że bagatelizuję, ale tak naprawdę do nauki czytania podręczniki z boxów potrzebne nie są. Często wystarcza samodzielnie wykonane: ruchomy alfabet i sylaby. Wyrazy. Zdania. Teksty. 

Nauka pisania to trening umiejętności, do którego wszystkie potrzebne szablony, wzory i pomoce można znaleźć w sieci i też podręcznik potrzebny specjalnie nie jest. Jeśli robimy ją równolegle do nauki czytania to po prostu konsekwentnie pracujmy wybraną metodą.

 Cała reszta, w tym matematyka, w podręcznikach do pierwszej klasy, nie jest najlepsza. Można z nich korzystać oczywiście, ale dzieci szybko się tym nudzą bo to schematyczne, ograniczone, nudne i zaraz się okaże, że te wszystkie karty pracy kupione za ciężkie 250 czy 300 zł leżą nie używane, bo dziecko patrzeć na to nie chce, tylko: "Mamo, ty mi wymyśl zadanie" prosi.
Piszę z własnego doświadczenia. Zadania z matematyki to nam najlepiej wychodziły tak: (przypominam, że układane dla dziewczynek). Córki dostawały białe kartki A4 i ołówki, lub kredki. Mama dyktowała zadanie. "W lesie mieszkają dwie wróżki, wodna nad rzeką i leśna wśród drzew (i narysowałam im te wróżki). Domek wróżki wodnej był cały z kwadratów a leśnej z trójkątów (dzieci rysują i mamy zaliczone figury). Wróżka posadziła trzy kwiaty, w kolorach czerwonym po środku, niebieskim po prawej i żółtym po lewej. Nad domkiem latał ptak a obok motyl (orientacja przestrzenna). Żeby było szybciej można te elementy narysować, wyciąć i dziecko je tylko układa. Co dalej... Wróżka upiekła okrągłą pizzę i podzieliła ja na 8 kawałków, zaprosiła 8 wróżek w gości, czy dla wszystkich wystarczy po kawałku pizzy?" Itd, wymyślać przygody tych wróżek, które się odwiedzają i pokonują kolejne kilometry (ile razem? która więcej?) albo umawiają się na godzinę i spóźniają albo spędzają czas razem (ile?), są od siebie młodsze lub starsze, mają siostry (kto ma więcej lat, kto ma więcej sióstr?) i w ogóle robią całą masę rzeczy, które trzeba liczyć i porównywać. I zadanie gotowe. Oczywiście zamiast wymyślać sztuczne wróżki można to samo robić we własnym domu, a nawet należy się tak bawić szczególnie z młodszym dzieckiem (zerówkowiczem, pierwszakiem, bo te zadania na papierze to u nas już klasa druga), porównywać wiek dzieci, kuzynów, rodziców. Piec i gotować razem licząc i mierząc. Obserwować upływ czasu podczas prac domowych i na spacerach... Pozwolić dziecku samemu robić zakupy i za nie płacić.  A poza tym jest sporo gier matematycznych i strategicznych, które zawsze są lepszym rozwiązaniem niż karta pracy z boxu.

Do pierwszej klasy kupiłam moim córkom boxy polecone przez szkołę, (a co tam, raz spróbowałam, w ramach programu "wyprawka" dostałam zwrot za te książki, nie było mi żal). Używałyśmy ich różnie, czasem trochę, czasem wcale. Największy minus posiadania ich był taki, że upupiały mnie samą swoja obecnością. Wiedziałam, że są... marne, a i tak coś mnie ciągnęło, jakby przekonanie, że jeśli dziewczynki je wypełnią "od deski do deski" to będą umiały to co powinny. Bzdura, oczywiście, ale ten cichy głos pojawiał się czasem w mojej głowie. Przygnębiał mnie. Był to zestaw "Nasze razem w szkole" i serdecznie odradzam kupowanie go. Jest beznadziejny.  Rok później, do drugiej klasy, kupiłam już wybrany przez siebie, osobiście zestaw Didasko, który mi się spodobał. Kupiłam tylko jeden, na spółkę i dziewczynki jedyne co zrobiły całe bardzo chętnie to "Księgę przygód". Podręczniki w większości tylko przewertowane, choć sporo teksów czytałyśmy razem traktując je jako punkt wyjścia do własnych poszukiwań. Ale matematyka mnie zupełnie załamała. Dodawanie do tysiąca, mnożenie do stu ale za to zupełny brak dzielenia. Why?? W tym wszystkim jednak sporo ciekawych zadań z treścią, bajki matematyczne, zabawy matematyczne itd. Często ciekawe.
W tym roku mam używane komplety podręczników do trzeciej klasy po bratanku "Odkrywam siebie i świat" wyd. MAC i po synu znajomych "Gra w kolory" Juki, pewnie zajrzę do nich czasem. Może z raz na tydzień. Przy czym wśród znajomych "Gra w kolory" cieszy się lepszą opinią. Ja własnej jeszcze nie wyrobiłam. Na razie mamy co robić i podręczniki kurzą się na półkach.
Dla mojej powtarzającej zerówkę córci kupiłam księgę z łamigłówkami "Księgę przedszkolaka" wyd. Olesiejuk (łączenie kropek, proste krzyżówki, labirynty, dopasowanie cieni, odszukiwane różnic itp) - córcia za tym przepada a są to istotne ćwiczenia percepcji wzrokowej. Czytać uczymy się  na Elementarzu Falskiego, ale pewnie kupię jej "Komnaty literowe" bo oglądała te po starszych siostrach i bardzo jej przypadły do gustu, wciąż się upomina o swoje własne. Zabawy z czytaniem sylabowym czasem stosujemy, ale kupowanie "Kocham czytać" - całość jest droga - w ogóle nie wchodzi w grę bo córcia woli uczyć się czytać płynnie łącząc głoski w sylaby i od razu w cały wyraz a potem zdanie. Czytanie samych sylab tak szybko ją znudziło, że przestałam ją do tego namawiać. (Wiem na czym polega metoda Cieszyńskiej, na wypadek gdyby ktoś pomyślał, że źle ją stosowałam, moja najstarsza córka uczy się sylabowo i żaden inny sposób nie działa. Ale Trzecia chce po swojemu a ja uważam, że to jest jej czytanie i skoro taką metodę dla siebie wybrała, to wie co robi.)  A matmę robimy przez zabawę, zresztą ona akurat podpatruje zadania sióstr i uczy się już dodawać i odejmować zupełnie sama.
Może szarpnę się i będę stopniowo dokupywać książeczki z systemu PUS, bo nieźle się nam sprawdza jako metoda samodzielnej pracy. (System pracy PUS, bardzo wygodny do samodzielnej pracy dziecka, popularny od wielu lat w poradniach PP, można na nim uczyć czytania, matematyki, wiedzy ogólnej i rozwijać aspekty percepcji wzrokowej - polecam. Zestaw kontrolny oraz zeszyty z ćwiczeniami dostępne w sklepie internetowym wydawnictwa EPIDEIXIS - www.pus.pl)

W takim razie kupować te podręczniki do klas 1 - 3 czy nie? Można.  Jako pomoc, przykładowy rozkład materiału. Ale wtedy używane, bo taniej. I może niekoniecznie dawać je dziecku, które samo nie czyta, czyli w pierwszej klasie. W drugiej i trzeciej to już oczywiście dziecko sobie samo z tego podręcznika wiedzę interesującą je wyciągnie. To czego należy unikać to monotonnego wypełniania schematycznych kart pracy. Najmniej przydatne będą w tej sytuacji karty matematyczne, chyba, że trafimy na sensowne zadania z treścią. Najbardziej przydatne mogą się okazać podręczniki do "Wiedzy ogólnej". Na mojej półce stoją używane podręczniki, o których pisałam już, oraz stary i nieobecny na rynku "Mój świat" PWN (po młodszym rodzeństwie) - bardzo dobry, chlip, chlip, szkoda, że przestał istnieć, nawet matematykę ma dobrą. 


Omijać wielkim łukiem gotowe karty pracy. Robić własne, razem z dzieckiem. Z młodszym dzieckiem (zerówka, pierwsza klasa) poświęcać sporo czasu na opowiadanie obrazków, historyjek, tworzenie opisu wydarzenia. Ze starszymi dziećmi czytać tekst i układać do niego test sprawdzający czytanie ze zrozumieniem. Codziennie pisać choć kilka zdań ale tematy wymyślać samemu. Zadania z matematyki też samemu, lub z sensownych zbiorów z zadaniami, albo konkursowe z "Kangurka", te szczególnie cieszą się dobrą opinią wśród nauczycieli i sympatią wśród dzieci.  Nie dać się upupić. Nie potrzebujemy boxów aby żyć i uczyć się w domu. Naprawdę. Jest tyle lepszych pomocy edukacyjnych dla dzieci. Leksykony, encyklopedie, książki z pomysłami doświadczeń, atlasy, albumy, Internet, filmy, muzea... Puśćmy wodze fantazji. Machnijmy ręką na schematyczne wypociny metodyków. Pozwólmy dzieciom myśleć!

Jeśli jednak wolicie mieć box to NIE kupować: "Wesołej szkoły" WSiP, "Nasze razem w szkole" WSiP. O tych pozycjach wiem, że szkoda na nie pieniędzy.

Wszystko co powyżej napisałam to tak naprawdę tylko garść moich refleksji, wykombinowane i przetestowane przeze mnie rozwiązania alternatywne. Wskazówki dla początkujących w ed rodziców. 
Zawsze najtrudniej jest zacząć, wyruszyć, rozpędzić się a potem złapać luz. Z doświadczenia wiem, że szybciej luz łapią dzieciaki. I wiem, że szybciej uczą się gdy robią coś według własnego pomysłu. Dlatego warto podążać za dziećmi. Zaproponować im samodzielne układanie zadań, wybieranie tekstu do czytania, książki, tematu do pracy pisemnej (gdy poprosiłam córkę, żeby napisała tekst: "Moje wakacje", lub "Wakacyjna przygoda" to napisała tak: "Straszna baba każe mi pisać! Nie będę tego robić!" a potem spisała z Globusa wszystkie kontynenty, Oceany, dzień później pasma górskie dopasowując je do kontynentów, jutro może spisze pustynie i rzeki...). Wiecie co mam na myśli? 

Czasem warto wyluzować. My tu robimy ed, a nie SZKOŁĘ. 







piątek, 29 sierpnia 2014

Podręcznikowe absurdy. Zadania różne


Jest to kolejna część mojego pastwienia się nad podręcznikami. Poza zupełnie oczywistym celem, jakim jest satysfakcja z wyśmiania głupszego, niż mój własny, tworu, post ten ma również na celu przypomnienie rodzicom, tym, którzy zapomnieli, że podręcznikom nie można zbytnio ufać. Za każdym razem, gdy dziecko sięga po podręcznik i z nim pracuje, ważniejsze od książki jest właśnie ono. Jeśli się nudzi, maże po marginesach i błądzi wzrokiem za oknem to może oznaczać, że jest zmęczone, potrzebuje spaceru, ćwiczeń fizycznych, tlenu, albo innego podręcznika. Nie wszystko złoto co się świeci.

W swoich łowach na głupoty i dziwactwa ukryte w podręcznikach trafiłam na kilka rodzajów absurdalnych zadań.

Zadania z jeżem. Czyli tak zwane trudne.
Absurd nie dotyczy tylko tych zadań, tylko w ogóle podziału na zadania "łatwe" i "trudne" jaki spotkać można w podręcznikach. I nie chodzi tylko o podział, bo sama koncepcja takiego rozróżnienia nie musi być bezużyteczna. Istnieje metodyczna linia stopniowania trudności, zgodnie z którą komponuje się zadania. Cóż, dzieci i tak zaskakują, gdy okazuje się, że tego łatwego nie potrafią ruszyć a to trudne rozwiązują błyskawicznie. System jednak nie indywidualizuje, tylko przygotowuje jeden, uniwersalny materiał dla wszystkich uczniów.

 Poniżej wrzucam kilka zdjęć zadań, które należą do kategorii "trudnych". Zadania z jeżykiem.



Cóż trudnego jest w powyższym zadaniu, dla pierwszaka? Otóż nic, zupełnie. Przeciętny 6 czy 7 latek potrafi liczyć do 20 zupełnie swobodnie, a zadanie "trudne" to byłoby łączenie tych kropek do 50. Dla mojej Trzeciej (6 lat od lipca) łączenie powyżej 20 było wiosną jeszcze dość trudne. Teraz już nie jest. Bawiła się w takie łączenia przez kilka dni (drukowałyśmy sobie zadania z internetu) i szybko załapała w czym rzecz. Niewykluczone, że  dzieci, które muszą wypełniać ten nudny podręcznik, mają tak zamulone głowy, że takie zadanie okaże się jednak trudne. Kto wie?




W powyższym zadaniu, wbrew pozorom, trudnością nie jest przeczytanie wyrazów, czy zdań, bo na tym etapie książka zawiera już trudniejsze zdania do czytania i przepisywania. W takim razie trudnością ma być dopasowanie wyrazów z ramki do zdań. Niestety, autorowi nie przyszło do głowy, żeby "utrudnić" i zamienić kolejność wyrazów w ramce. I w rezultacie jest tak: pierwszy wyraz do pierwszego zdania. To gdzie tu trudność??


I kolejne takie "pseudo trudne" zadaneczko. Że działanie z niewiadomą? A nie, nie, to akurat norma jest. I takie działania pojawiały się od pierwszych stron podręcznika, bez żadnego jeża. Ile trzeba dodać do 6, żeby mieć 7? Budujemy dwie wieże, porównujemy i już, dość proste i popularne zadanie. Jeśli tak, to trudność miałaby polegać na tym podstawianiu liczb w puste pola. W sześciokącie jest jeden, to w kolejnym zadaniu będzie 1+1=2 itd. Całkiem zabawne, ale gdzie tu trudność? Po co ten jeż? Właśnie takie zabawne zadanka powinny być standardem! Ale nie są.

Zadania bez sensu


Polecenie nakazuje uzupełnić zdanie oraz pokolorować figury. Zdanie jest dziwne, nawet po uzupełnieniu, bo co to za kolekcja? Kolekcja czego? I tylko dlatego uzupełniamy wyrazem "kolekcja", że do "jest" pasuje jedynie rzeczownik w liczbie pojedynczej, ale niech tam. Bez sensu jest to kolorowanie. Według jakiego klucza? Dzieci szukają metody: klocki na zielono, figury na fioletowo a kolekcje na niebiesko. Ale tak się nie da, bo jak te figury sklasyfikować? Jedyne sensowne kolorowanie to dopasować kolor kredki do ramki klocka. Ale po co? Co to za ćwiczenie? Jaki jest jego cel? Rozpoznawanie kolorów to dzieci robią w wieku czterech lat, po kiego grzyba tracić na to czas w pierwszej klasie? Ćwiczenie grafomotoryczne w kolorowaniu? To nie lepiej kolorować coś ciekawego? Zadanie bez sensu, ot, wypełniacz czasu. A takich zadań jest sporo. Nie ma sensu katować dzieci wypełnianiem takich absurdalnych kart pracy.


Bardzo dobry przykład zadania, którego nie należy nawet dotykać jeśli nie ma takiej konieczności. Otóż powyżej mamy przykład rozsypanki literowej. Połączonej z liczeniem. To jest takie na siłę pożenione, edukacja językowa z matematyką, wcale niepotrzebna, choć często dzieci bawią się tak same z siebie, robienie tego na siłę nie jest wcale zabawne. Dzieci liczą literki podczas manipulacji nimi, gdy są to klocki z literami albo literkowe magnesy. Porównują długość wyrazów, podobieństwa i różnice. A tutaj? Ot, takie zbiory z literami. Każdy zbiór jest wyrazem. I teraz trudność - tutaj jeż by się przydał - każda litera z innej czcionki a na dodatek obrócona. To wcale nie jest łatwe. Zresztą, istotą rozsypanki powinna być możliwość manipulowania, przestawiania liter, jak gra w Scrabble. I to jest właśnie to co zaproponuję w miejsce tego zadania. Zagrać z dzieckiem w Scrabble, wersję junior, albo samemu uprościć zasady (matematycznie będziemy mieć liczenie punktów!). Albo i samemu zrobić takie wyrazowe rozsypanki. W tej samej czcionce, albo i dla utrudnienia z użyciem różnych czcionek. Ale niech to będzie zabawa, gra, połączona z manipulacją, układaniem kilku różnych wyrazów z jednego zbioru itp. Zresztą, młodsze dzieciaki, takie, które świeżo poznały litery i nauczyły się czytać, lub takie, które mają problemy z czytaniem, powinny układać wyrazy z liter tej samej czcionki. Takie pomieszanie może być ogromnym utrudnieniem, a co za tym idzie będzie zniechęcać do zabawy.


Tu mamy dwa wyrazy, których liczby liter najpierw dodajemy (po co? po nic, takie ćwiczenie z dodawania), a potem porównujemy. O ile porównywanie liczby liter i długości ma sens, o tyle wsadzenie w to samo zadanie dodawania jest bez sensu i niepotrzebne. Dzieciaki natychmiast wyłapują rzeczy bezcelowe. Nie chcą ich robić, lub robią je niechętnie. Dodawajmy coś innego. Cokolwiek. Byle z sensem. I niekoniecznie wypełniając rubryczki w kartach pracy. 


Kolejne zadanie, które próbuje połączyć edukację językową i matematyczną. A wcale nie trzeba tego robić. Bo po co? Co to ma wspólnego z życiem? Na końcu dowiemy się ile liter jest w tym zdaniu. I tyle. Serio, lepiej zagrać w Super farmera, Monopol, Scrabble. Albo wymyślić coś samemu. Na takie coś, jak to na górze, szkoda naszego życia.



A to już takie moje hobby, opisywałam takie zadania w pierwszym poście o podręcznikowych absurdach. Dlaczego bohaterki zadania mają takie dziwne imiona? Bo temat dnia brzmi: "Dzieci z różnych stron świata". Eh, ależ głupi ci rzymianie... (cyt. za Obeliks)


Zadania z błędem. Tych nie cierpię najbardziej.


"Mamo, a co to za czasopismo "Pasikonikyk"?" A, no właśnie. I gdyby nie ten "Miś" obok, w życiu bym na Świerszczyka nie wpadła. Autorowi zadań przydałby się spacer po łące z kieszonkowym przewodnikiem o owadach zamiast nudnego ślęczenia przed kompem i wymyślania po nocy, albo na kacu, głupich zadań. Serio, przeciętna kura domowa wymyśli ciekawszy, trudniejszy, zabawniejszy rebus. W ogóle, rebusów jest w ćwiczeniach szkolnych bardzo mało, a to wspaniała zabawa i naprawdę dobre ćwiczenie językowe. 

Na koniec zadania niekoniecznie głupie czy błędne. Ich wada to tendencyjność. Są nudne. Ja pozwoliłam swoim córkom robić je po swojemu. Jeśli w ogóle chciały je robić.


Powyżej, zadanie, którego celem było utrwalenie pisowni cyfr. Ponieważ najświeższa była 9, najkrócej ćwiczona, więc zasugerowałam córce, żeby poćwiczyła pisownię tej cyfry. Co też uczyniła, obracając książkę bokiem i we wszystkich kratkach naraz napisał jedną 9. Nagrodzona została moim entuzjastycznym wybuchem śmiechu i buziakiem w sam czubek głowy. Bystra bestia!


Nie wiem, czy tu w ogóle jest potrzebny jakiś komentarz, ale opowiem historię tego ćwiczenia. "Mamo, o co tu chodzi?" Przeczytałam polecenie. "Ale mam to zrobić?" "Jak chcesz. Jeśli nie to, to weź zeszyt i napisz w nim dowolne inne ćwiczenie z pisania. Coś własnego? Dyktando?" i podrzuciłam kilka pomysłów na własny tekst. "To ja już wolę to zrobić" zamruczała córka. "Ale mam wypisać te wszystkie z ramki?" "Które ci pasują." odpowiedziałam. "A ile mam wypisać?" córka nie lubi pisania. "Tak, żeby wypełnić linijki" - potrzebny był jakiś limit. I oto efekt. Jedno co jest pewne, to że podczas pakowania ściśle trzymała się założeń.

Podręcznik to pomoc. Może służyć jako pomysł, wzór rozkładu treści programowych. Może być źródłem inspiracji, ciekawych zadań. Przez cały czas warto jednak pamiętać, że jest on stworzony po to by utrzymać w ławkach grupę 25 dzieci przez 3 - 4 jednostki lekcyjne. Znajduje się w nim sporo nudnych, głupawych, bezsensownych zadań, które powstają jako "zapchajdziury", bo z tak dużą grupą w większość gier nie pograsz. Jeśli jesteś rodzicem, który zdecydował się na pracę z boxem edukacyjnym bądź czujny i elastyczny. 
I pamiętaj, Kodeks Piracki, to nie jest Kodeks w takim ścisłym tego słowa znaczeniu.... to raczej wskazówki (z filmu Piraci z Karaibów) . Które można swobodnie interpretować. A jeśli zamkniesz i zapomnisz, też się świat nie zawali. Najlepszym sędzią podręcznika jest dziecko. Podążaj za dzieckiem (Montessori) a nie dasz się upupić (Ferdydurke).

Coś dziś ze mną nie tak, zmęczenie, albo co. Połączyłam w jednym tekście panią M., Gombrowicza, Asteriksa i Obeliksa i Piratów z Karaibów.
Wyrazy współczucia dla czytelników. I podziwu, jeśli przez to przebrnęliście bez uszczerbku na psychice.