Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doświadczenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doświadczenia. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 kwietnia 2014

Wizyta u dziadków. Rzecz o opiłkach, metalu i magnesach oraz dlaczego świeczka gaśnie?

Dziadek fajny jest o tym każdy wie.
Ostatnio dziadek ostrzył noże. Nie żeby jakąś tam ostrzałką sklepową - takie zabawki się dla kobiet kupuje - dziadek, prawdziwy facet, ostrzy na szlifierce. Iskry lecą oraz wióry, zgrzyta i świszcze - jest szał. Czasem mam wrażenie, że dziadek się tak przed kobietami popisuje. Tak czy inaczej dobrze mu to wychodzi, noże są ostre, kobiety zadowolone z noży oraz zachwycone męskością głowy rodziny.
A czasem się trafi skutek uboczny.

Ostatnio skutkiem ubocznym były opiłki żelaza. Oczywiście, zawsze są, ale tym razem zostały wykorzystane.
Hunowie i tatarzy  (czytaj: Nina i jej córeczki) dnia pewnego najechali rodzinny dom (czytaj: wpadli na chwilę w odwiedziny do dziadków). Ujrzawszy komplet naostrzonych noży przywódca najeźdźców zazgrzytał zębami z bezsilnej złości i jęknął "a moje takie tępe!", zaś dziewczynki z zainteresowaniem obległy mistrza - ostrzyciela. Posypały się pytania, niczym te iskry ze szlifierki. Dziadek pytania lubi. Lubi odpowiadać. Czasami również sam pyta.
"Drogie dziewczynki, a co to jest?" spytał dziadek pokazując kupkę opiłków. "Czy to jest brud?" Wiadomo, wygląda jak brud, ale skoro dziadek o to pyta to pewnie brudem nie jest... Czym jest w takim razie? I jak się zachowa gdy przysuniemy do tego "czegoś" magnes. Drobniuteńkie kawałki metalu, okruszki, opiłki, w pobliżu magnesu zaczęły zachowywać się arcyinteresująco. Wędrowały za magnesem po stole. Przyklejały się do kartki w miejscu, w którym do tej kartki po jej drugiej stronie, przylegał magnes. Zupełnie niezwykłe było też sprawdzanie jakie materiały "przepuszczają" pole magnetyczne. Talerzyk przepuszczał: opiłki tańczyły na powierzchni talerzyka jak im magnes przytknięty do spodu talerzyka zagrał. A jeszcze łączyły się ze sobą tworząc "jeża" i prezentując jak układają się linie pola magnetycznego. Istne cuda.
Magnesem udało się też namagnesować monetę, która później przyciągała opiłki, choć sama magnesem nie była. Nóż zaś choć przepuszczał pole magnetyczne to namagnesować się nie dał.
Dużo się działo i doświadczało. Zadawało się dużo pytań i otrzymało dużo odpowiedzi. Znakomicie się zapamiętało.

Kilka dni później przykręcałam malutkie śrubeczki malutkim śrubokręcikiem z wymienianymi malutkimi końcówkami. Śrubokręcik przyciąga śrubki, choć końcówki nie są z magnesu. Córka sprawdziła. "Już wiem! Tam w środku na pewno jest magnes, i ten magnes namagnesowuje te końcówki i dlatego one przyciągają śrubki!" triumfalnie oświadczyła córka.

Innym razem u dziadków córka wypatrzyła dziwne urządzenie. Ot, wyglądało jak złota czapeczka krasnoludka dyndająca na długim złotym patyczku. Zastanawiające. "Babciu, do czego to służy?" Babcia jest fajna i o tym też wie każdy. Ponadto babcia jest czasem jak dziadek. Czasem zamiast wszystko wyjaśnić zadaje pytania. Wyciągnęła świecę, odpaliła, odczekała, chwyciła za złoty pręcik, uniosła nim złoty kapturek nad płomień, powoli opuściła... "swąd, iskiereczka, dymu wstążeczka i - zgasła świeczka". Potem trzeba było to zrobić jeszcze ze dwa razy nim emocje opadły. "Dlaczego świeczka gaśnie, choć nikt jej nie zdmuchnął?" spytała babcia. Stałam z boku, ściskałam kciuki - totalnie na wdechu! Napięcie rosło z każdą sekundą! Pamięta - nie pamięta - pamięta - nie pamięta? [Bawiłyśmy się świeczkami i ich gaszeniem z rok wcześniej omawiając sposoby gaszenia pożaru ;)]
"No tak! Ona tam nie ma powietrza i się dusi! Dlatego ogień gaśnie!" zawołała córeczka.
Naturalnie córka nie pamięta naszych zabaw sprzed roku (sprawdziłam). Ale to co ważne - jest tam gdzie powinno być.

Są takie chwile, trafiają się znienacka, gdy człowiek czuje, że żyje, gdy raduje go to; gdy napawa go dumą, że jest tym kim jest i robi to co robi. I ja tak mam czasem. Mała rzecz a cieszy.

:)

środa, 16 listopada 2011

Co pływa a co tonie? Czyli jak zabić dziecku ćwieka

Kiedy mama Borejkowa leżała chora w szpitalu jej córki borykały się z szarą rzeczywistością PRLu; Gabrysia usiłowała "ogarniać", Ida rozpaczała, Nutria zmagała się z akceptacją własnej kobiecości (czy raczej jej brakiem - akceptacji rzecz jasna) a mała, dzielna Pulpa z braku innych zajęć przeprowadzała naukowe doświadczenia. [Mowa oczywiście o bohaterkach Jeżycjady autorstwa Małgorzaty Musierowicz.] Spokojna i zrównoważona Patrycja, zwana Pulpą, szukając czegoś pewnego w dziwnym świecie zmuszała różne rzeczy do pływania... i oczywiście wszystko rzetelnie, i uczciwie opisywała w listach do mamy. Patrycja była pogodną dziewczynką i pewnie z tego powodu uważała, że wszystkie te przedmioty "lubią" pływać. Zdecydowanie nie dla wszystkich pomysł pływania okazał się trafiony. "Piniondz lubi pływać. Głupi piniondz, bo tonie." Zapamiętam ten cytat do końca życia. Efektem ubocznym owych doświadczeń był zapchany odpływ w umywalce. Cóż, postanowiłam uniknąć komplikacji i uprzedzić pomysłowość swoich córek.

Kilka tygodni temu dostałam od mamy dwie śliczne, szklane salaterki. Duża i mała, obie z przezroczystego szkła, obie w kształcie kuli z odciętym czubkiem, w sam raz na owoce lub sałatkę. Szał ciał i wielka radość. I oczywiście przerażenie, co z nimi robić?! [Mam taki mały feler, że tłukę wszystko co z ładnego przezroczystego szkła. Nie wiem, może jest zbyt przezroczyste i nie wiedzę, lub zbyt śliskie, a może za bardzo się śpieszę "ogarniając" kuchnię, kto wie... Dość, że wytłukłam wszystkie nieomal szklanki, kilka dzbanków i teraz w domu króluje fajans.]
Modliłam się do tych salaterek kilka godzin aż wreszcie zaświtało... Przezroczyste, duże - małe, acha! :) Zaplanowałam, zorganizowałam, zaprosiłam Kasię z Różyczką i oto jest. Świat topienia oczami dziecka.

Zaczęłam od ustawienia kilku naczyń, szklanych, przezroczystych, o różnych kształtach i rozmiarach. Dwie szklane miski (duża i mała), wysoka, wąska szklanka, litrowy słoik. Następnie przeprowadziła króciutki pokaz do każdego naczynia nalewając taką samą ilość wody: pełny dzbanek. Oczywiście dziewczynki były przekonane, że najwięcej wody jest w szklance, gdyż była pełna prawie po brzegi. Co ciekawe moje panny już raz uczestniczyły w takim pokazie i sprawdzałyśmy wtedy, przelewając wodę z naczynia do naczynia i porównując poziom, gdzie jest więcej, i oczywiście uzgodniłyśmy, że jest tyle samo. Było to mniej więcej trzy tygodnie temu. Fascynuje mnie najbardziej pojmowanie świata przez dziecko. Pełne prostoty.



"Ile wody nalałam?"
"Tyle samo!"
"To gdzie jest najwięcej?"
"W tej wysokiej szklance."
Jaki to oczywiste, prawda? Dobra, ale do rzeczy. Zrobiłam mały pokaz z przelewaniem wody - aby pokazać, że i w szklance i w misce jest wciąż jeden dzbanek wody, a następnie zlałam całą wodę do misek resztę naczyń zabierając ze stołu.

Naszykowałam sobie zawczasu całą masę śmieci. Kapsle, plastikowe nakrętki, małe monety, kasztany, kamyki, kawałek materiału, kłaczki waty, kawałki kory, zapałki, plastikową łódeczkę - zabawkę kąpielową. Kolejno wręczałam dziewczynom różne przedmioty do topienia i obserwowałyśmy efekty. I dopiero teraz robi się zabawnie. Dziewczyny chętnie wrzucały, obserwowały, wyławiały, znów wrzucały, znów wyławiały, wpychały pływające kawałki kory pod wodę, sprawdzały czy plastikowy korek będzie wciąż pływał jeśli wrzuci się do niego kamyk lub monetę, starannie wkładały do łódeczki kamyk po kamyku aż łódka nareszcie zatonęła, liczyły zatopione kasztany i te, unoszące się w wodzie, ugniatały mokrą watę, wyciskały ją i wrzucały do wody od nowa, z zapałem moczyły rękawy bluzek, przepychały się i zaglądały do misek. Żadna z nich nie zapytała "dlaczego pływa? dlaczego tonie?" Oczywiście miałam naszykowane proste porównania, odpowiedzi, sugestie małych eksperymentów. Ale tak właściwie zostałam zgodnie olana przez małe eksperymentatorki. Owszem sugestia eksperymentu została dostrzeżona, nawet wykonano eksperyment, ale żeby od razu szukać odpowiedzi na niepostawione pytanie? Tolerancyjnie wysłuchano moich wyjaśnień ale tak naprawdę ugniatanie kłaczków waty i wyławianie monet z dna było znacznie ciekawsze.





Całym,niedługim zajęciom przyglądał się mój młodszy brat. Najpierw z zainteresowaniem a następnie z lekkim niesmakiem. "I co, to już wszystko? Nie będziesz im tłumaczyła dlaczego toną lub pływają? A tak właściwie jak zamierzasz im wytłumaczyć że plastik i metal mają inną gęstość?"
Ciekawi Cię to? Odpowiedź jest prosta. Wcale nie zamierzam. Ot i już. Zwykły pięciolatek nawet jeśli zada pytanie "Dlaczego?" raczej nie oczekuje tak szczegółowych wyjaśnień. Porusza się po krainie konkretów. Na razie wystarczają proste odpowiedzi. To jest inny materiał: ten lekki, ten ciężki. Albo: to jest inaczej zbudowane - łódka pływa i kapsel pływa. Ale nalej do kapsla wodę - w miejce wypełniającego go powietrza i kapsel idzie na dno. Jak topiąca się łódź. Albo zegnij go tak by woda MUSIAŁA się do niego nalać - tak samo idzie na dno. I takich prostych odpowiedzi można przedszkolakowi udzielić a one wystarczają. Bo są konkretne. I spójne z tym co dziecko widzi na własne oczy. Są zrozumiałe i wystarczające. Jeśli przedszkolak w ogóle zapyta. (Zdarzają się oczywiście nieprzeciętne przedszkolaki, poznałam takiego przedszkolaka swego czasu, po dziś dzień raduję się, że nie byłam jego nauczycielką. Zadawał za trudne pytania. Musiałabym się nieźle dokształcić.) Jednak zwykle największą frajdą jest utapianie. Wyławianie i utapianie. I znów. Aż się pomarszczy skóra na paluszkach.
"Jaki w ogóle był cel tych zajęć?" Zabić dziecku ćwieka. Ot co.

P.S. Dziękuję Kasi Odyniec, mojej wspólniczce i bratowej, za wykonanie dokumentacji fotograficznej. Zapewne gdyby nie Ty, Kasiu, tekst byłby goły, łysy i czarno-biały. :) Pozdrawiam

sobota, 22 października 2011

Woda, para, chmury i dlaczego Łusia dymi...

Od kilku tygodni polowałam na okazję. Jak by tu zacząć rozmowy o pogodzie... Ale tak konkretnie, o chmurach, mgle, wietrze, śniegu i w ogóle różnych zjawiskach atmosferycznych. Jesień to dobry czas na obserwacje, opowieści, wyjaśnianie. Okazji edukacyjnych co niemiara. Oglądałyśmy chmury. Spostrzegłyśmy mgłę. Rysowałyśmy w kalendarzu obserwacji pogodowych słońce, deszcz, notowałyśmy temperaturę, podczas ubierania się na spacery rozmawiałyśmy o ochłodzeniu powietrza, wyciągałyśmy jesienne buty, kurtki i czapki. Ale dopiero dymiąca Łusia stała się wyzwalaczem. Zapalnikiem. Początkiem zajęć.

"Mamo, dlaczego Łusia dymi?" spytała lekko zaniepokojona Hela. Popatrzyłam uważnie na moje córki przestając na chwilę szorować zacieki z mydła na umywalce. Panienki zażywały zbiorowej kąpieli w dużej wannie do której co kilkanaście minut dolewałam gorącej wody. Łusia właśnie wstała, rozgrzana po kolejnej dawce "ocieplenia" a obłoczek pary unosił się nad nią. Acha... "Co masz na myśli?" spytałam spokojnie. "Coś leci z Łusi, do góry, wygląda jak dym" wyjaśniła rzeczowo Helcia. "To para. Para z wody" odpowiedziałam. I to był początek. Wieczór i poranek - dzień drugi. Wieczorem rozmawiałyśmy więc o wodzie w wannie, o parze, mazałyśmy po zaparowanym lustrze w łazience, a w mojej głowie krystalizował się plan zajęć na dzień następny.
Książki o pogodzie i zjawiskach atmosferycznych zapobiegliwie zgromadziłam miesiąc temu, teraz wystarczyło je przejrzeć i naszykować na wierzchu. A następnego dnia, po trudnych zajęciach z czytania czy liczenia, korzystając z przerwy na gotowanie obiadu, zorganizowałam kuchenne doświadczenie. Garnek, woda, parowanie, skraplanie, ciepło, zimno, ruch powietrza. A na stole encyklopedia dla dzieci, książka z obrazkami, karton i kredki. Obserwowałyśmy parowanie i skraplanie, sprawdzałyśmy temperaturę pary, potem ja opowiadałam, rysując na kartonie kredkami kolejne elementy obiegu wody w przyrodzie, jak to jest ze słońcem, które podgrzewa, z parą, która unosi się do góry, z chmurami, które "rosną" i się przesuwają a potem "pada deszcz!" - dziewczynki już wiedziały o co chodzi i deszcz z chmur narysowały same. Potem oglądałyśmy zdjęcia, czytałyśmy encyklopedię i książkę o pogodzie któregoś z pedagogicznych wydawnictw. Uzupełniłyśmy bazę informacji o mgłę, rosę, ruch powietrza - więc i tornada, i tajfuny (proste doświadczenie z piórkiem unoszącym się w powietrzy w otwartych drzwiach pomagało zobrazować ruch zimnego i ciepłego powietrza ale już tornado i tajfun oglądałyśmy na zdjęciach tylko), rodzaje chmur omawiałyśmy już trzeci raz (pierwszy raz we wrześniu gdy obserwowałyśmy je podczas wycieczek a drugi podczas omawiania ziemi we wszechświecie, budowy atmosfery i zjawisk, które się w niej pojawiają, jak również tego gdzie latają samoloty - mieszkamy niedaleko lotniska). Nadzieja dziarsko uczestniczyła aż zmęczyły ją długie i dociekliwe pytania Heli i uważne jej studiowanie dziecięcej encyklopedii a wtedy pobiegła bawić się w swoim pokoju a Hela zadała jeszcze około 50 pytań zanim poczuła się zmęczona i poszła odpocząć.
Zajęcia były w sumie banalne. Przecież to samo życie, wystarczyło tylko odpowiedzieć na kilka pytań. No i nigdy nie wiadomo ile z tej wiedzy w małych główkach zostanie.
 I tak więcej, niż gdyby omawiały to podczas zajęć w klasie.