Panienki szybko męczą się przy zajęciach związanych z czytaniem i liczeniem, więc nawet jeśli to super ciekawa gra, to musi być dobrze przemyślana, zorganizowana i niezbyt długa.
Nie znoszą natomiast ćwiczeń grafomotorycznych. Szlaczki? Precz przebrzydłe! A ja się nie dziwię. Szlaczki są trudne, te wszystkie faliste, skośne, zaokrąglone linie, ołówek dziurawi papier, dłonie bolą, palce zjeżdżają ze swoich miejsc. Nawiasem mówiąc, muszę wreszcie kupić nakładki na ołówki i kredki. Ale nakładki wszystkiego nie załatwią. Postanowiłam zaczerpnąć inspiracji z Metody Dobrego Startu Bogdanowicz. Karty pracy i książeczki ze szlaczkami poszły w odstawkę (prócz jednego, nietypowego, ale o tym - potem). Wielki powrót święcą tacki z kaszą manną, zabawa ze szlaczkami w kaszy potrafi trwać godzinę :) . Palcem po śladzie, palcem samodzielnie, dłuuugim patyczkiem po śladzie, kopiowanie ze wzoru, wymyślanie własnego chińskiego alfabetu czyli zabawa z kreskami, kółeczkami i łuczkami.
Następny etap to tablica z kredą, biała tablica z flamastrem a na nich rysowanie po śladzie, kopiowanie, samorzutny trening ("oj, mamo, znów mi nie wyszło, muszę jeszcze raz!"). Zabawa z pisaniem na tablicy jest u nas w domu tak popularna, że zwykle wywołuje wojnę bo każdy chce być pierwszy, teraz, natychmiast i wcale nie chce od tablicy odejść gdy jego czas się skończy.
Dziś zaproponowałam moim pannom nową zabawę. Na duuużym kartonie ułożyłam kasztany (mamy uzbierane całe pudło), zadanie było proste: grubym flamastrem (który stanowi w tej sytuacji idealne przedłużenie ręki) należy otoczyć kółkami, pętelkami, ominąć slalomem i łączyć łukami kasztany. I szlaczki były dziś wspaniałe, żadna rączka się nie zmęczyła a zabawa znudziła się dopiero po 60 minutach. Oczywiście stopniowanie trudności jest moim ulubionym zajęciem więc po szlaczkach przyszedł czas na obrysowywanie przedmiotów, figur, kształtów zwierząt. Przyszedł również czas na cieńsze flamastry i trening właściwego chwytu pisaka. Zabawa była niesamowita. Myślę, że poczekam jeszcze trochę zanim wręczę moim córciom klasyczne karty pracy. Minie zapewne jeszcze trochę czasu zanim dziewczynki będą umiały skupić się na wzorze nie gubiąc jednocześnie prawidłowego trzymania pisadła, pozwolę im najpierw nabyć ten nawyk. Wielkich kartonów mam jeszcze cały rulon.
Moja wojownicza trzylatka wszystko robi po swojemu. A ja z zachwytem przyglądam się jej dziełom. Dzielnie towarzyszy nam w zajęciach i wszystkie moje polecenia skierowane do starszych panienek interpretuje po swojemu, zgodnie z jej możliwościami. Dziś otoczyła pętelkami wszystkie guziki z naszego "matematycznego" zbioru.




