Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samoedukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samoedukacja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 września 2013

Reminiscencje z wakacji


 „Mamo, oderwij się na chwilę od tego komputera i posłuchaj bo to jest naprawdę niezwykła historia! Kiedy byłyśmy na wakacjach, no wiesz gdzie, miałyśmy taką niesamowitą przygodę! Ty nic o tym nie wiedziałaś, byłaś w kuchni i gotowałaś obiad, a my poszłyśmy daleko, daleko, to znaczy nie tak bardzo daleko, tylko na pole za stodołą. I tam spacerowałyśmy w zbożu. Aż tu nagle pojawił się kombajn! Jechał prosto na nas! Kierowca kombajnu wcale nas nie widział i nie słyszał (bo kombajn robi okropny hałas). My uciekałyśmy przed tym kombajnem najszybciej jak się dało, ale on był coraz bliżej i bliżej! I prawie nas doganiał i mógł nas złapać i zabić! Nagle Łucja się potknęła o korzeń i łups! Wywaliła się! A ten kombajn był tuż za nią! Wtedy ja ją złapałam i podniosłam, i zarzuciłam na ramię i pobiegłyśmy dalej. I, uff…, udało się. Kierowca kombajnu nas zauważył i przestał za nami jechać. Byłyśmy uratowane.”

„Nadzieja, patrz, jemy zboże!” „Jak to zboże? Gdzie?” „W zupie są kluski. A kluski robi się z mąki. A mąkę robi się ze zboża. Mieli się zboże w młynie i z tego powstaje mąka. Prawda mamo? No, i z tej mąki są zrobione kluski. Czyli my jemy w tej zupie zboże.”

Wakacyjny pobyt na wsi bije rekordy popularności w plebiscycie „co lubisz robić najbardziej” głównie z powodu niewielkiego zalewu kilkanaście kilometrów dalej, gdzie dziewczynki bawią się w wodzie. Ale są i inne atrakcje. Długie spacery, podczas których można zadawać niekończące się pytania i uczyć jak zbudowany jest świat i jak działają rządzące nim mechanizmy. Mrożące krew w żyłach przygody, które przeżywa się gdy mama nie patrzy. Nawet jeśli tylko w wyobraźni.
Jedna z najbardziej niezwykłych cech tego okresu, gdy dzieci są małe, niezwykłych i najbardziej fascynujących, to możliwość obserwowania jak dzieci się zmieniają. Uczą się myśleć. Wiązać ze sobą drobne wiadomości, efekty własnych doświadczeń oraz obserwacji w długie łańcuchu przyczynowo-skutkowego. Dlatego (prawie zawsze) cierpliwie odpowiadam na pytania. Ciągi pytań. A potem czekam. Pewnego dnia dziecko mnie zaskoczy. Z zachwytem będę słuchać wywodów małej dziewczynki wzruszając się, kiedy ten krasnoludek tak urósł? Kiedy tak zmądrzał, nabył tyle wiedzy i orientacji w świecie? I nawet mi przez myśl w tym momencie nie przyjdzie, że – cóż, nie ukrywajmy – spora zasługa to moje gadulstwo, coś pokazałam („A tu na polu rośnie zboże, to żyto”), coś wytłumaczyłam („Jak działa młyn? A tak…”), czemuś potwierdziłam, czemuś zaprzeczyłam. Znalazłam czas by słuchać i mówić. Wtedy mi nie przejdzie przez myśl, jak duża jest zasługa matki, która niepostrzeżenie i niezmordowanie towarzyszy małemu człowiekowi w jego drodze przez świat. Ale z pewnością uświadomię to sobie w wolnej chwili a ta świadomość nada sens kolejnym niekończącym się ciągom pytań i odpowiedzi.


A tak w ogóle to dzieci są gwarancją codziennej terapii śmiechem. Łucja potykająca się o korzeń na środku pola i Helena zarzucająca ją sobie na ramię powaliły mnie na kolana. Leżę i kwiczę. ;)

wtorek, 24 kwietnia 2012

O samoedukacji słów kilka...

Tak naprawdę to ja się na tym nie znam. Skończyłam studia, mogę z czystym sumieniem mgr przed nazwiskiem napisać; ha, wyraźnie na dyplomie stoi, że mogę być traktowana jako autorytet w dziedzinie edukacji wczesnoszkolnej w prasie i TV, ale jak się tak swojej wiedzy przyjrzę, to... hmmm... To było dawno temu.
Mam za to ogromną ilość przemyśleń, sporo obserwacji i głód wiedzy oraz doświadczeń. Żywej wiedzy. Tej, którą najczęściej rodzice dzieci posiadają. Z radością przeczytam każdy komentarz. Przemyślę. I skorzystam.

Samoedukacja, pojęcie proste i w praktyce też pozornie łatwo sobie wyobrazić realizację. Ot, postawić sobie problem, znaleźć odpowiednią literaturę fachową, przeczytać i już! Można też odwiedzić odpowiednie muzeum, wystawę, miasto, park, szklarnię, fabrykę, pooglądać warsztat pracy... itd. Łatwizna! Teoretycznie. Bo w praktyce istota zagadnienia samoedukacji w wielu przypadkach to nie "jak to robić", tylko "co zrobić, żeby ono (dziecko ukochane w wieku gimnazjalnym na przykład) chciało się za to wziąć!". A to już problem braku motywacji. Problem jest poważny i nie dotyczy wcale tylko gimnazjalistów (wiadomo, licealista ma już maturę w perpektywie a to jest dość silna motywacja zewnętrzna, coś jak kopniak w ...), brak motywacji "nie chce mi sięę...", "mamo, to mi się nudziiii..." i tym podobne jęki to już standardowa reakcja nawet mojej niespełna czteroletniej Trzeciej, że nie wspomnę o niespełna sześcioletniej Drugiej i niespełna siedmioletniej Pierwszej (choć żaby im oddać sprawiedliwość dotyczy to zwykle tylko sprzątania i szlaczków).
I drugi poważny problem. Co zrobić jeśli dziecko NIE UMIE CZYTAĆ? Przecież jeśli to rodzic zadaje zadanie, znajduje literaturę i czyta ją na koniec to z samoedukacji nie pozostaje nawet ślad! Czy więc możliwa jest samoedukacja w edukacji wczesnoszkolnej? Moim zdaniem nie tylko możliwa ale wręcz jedyna, która ma sens.

Naświetliłam istnienie dwóch problemów: motywacji oraz braku narzędzi, i od tych kwestii zacznę, reszta wyklaruje się w trakcie. [Oczywiście nie miałam dziś zupełnie czasu odświeżać sobie literatury fachowej w związku z tym nie będzie żadnej bibliografii, żadnych cytatów, a tekst to tylko moje refleksje i przemyślenia na temat a nie naukowa, czy choćby paranaukowa publikacja, choć mam taką w planach... jak dzieci będą się już w pełni samoedukować ;)]

Szykując się do ed dokonałam w myślach podziału na "wiedzę" i "narzędzia". Narzędzia muszę córkom wręczyć ja, wiedzą powinny już zdobywać same. Narzędzia to oczywiście umiejętność czytania, pisania, liczenia, organizowania miejsca pracy, korzystania ze źródeł. Wiedza zaś... ach wiedza to cała reszta :). Nauki przyrodnicze, literatura, sztuka, wiedza o społeczeństwie. Na razie zarys jest bardzo ogólny i dostosowany do możliwości małych dzieci. Rzecz w tym, że poznawanie świata poprzez aktywne życie w nim, pełne obserwacji i refleksji dla mnie jest już doskonałą formą samoedukacji. Dziecko zaś ma ciekawość świata wpisaną chyba w geny. Każdy rodzic zna niekończące się ciągi pytań, powstają na ten temat nawet skecze kabaretowe! Bo małe dziecko zaczyna od "co to?" (choć moja Najmłodsza właściwie pokazuje palcem, spogląda pytająco na mnie i wydaje dźwięk o taki: "yyyy?" albo "tooo?" i też wiem o co biega) a potem jest już tylko gorzej. 1000 pytań do. Wielokrotnie powtarzają się te same pytania, jakby młode sprawdzało nas, sprawdzało odpowiedź, upewniało się, aż w końcu dorosłemu cierpliwości nie starcza. "Tak, do jasnej ciasnej petronelki TO JEST KOŃ!! Ile razy mam to powtarzać?!" "A to?" spokojnie pyta kochane maleństwo pokazując na kolejny obrazek, tym razem z psem... Zawsze zaskakuje mnie niesamowita wręcz motywacja jaką mają maluchy. Ba, motywacja, ośli upór! Podziwu godny.
Starsze dzieci mogą zadawać pytania trudniejsze i więcej, lub przestać zadawać pytania w ogóle. My, dorośli, jesteśmy mistrzami zabijania motywacji. Zniechęcamy dzieciaki tekstami "Dowiesz się tego w szkole", "Teraz tego nie zrozumiesz", "Jak będziesz starszy to ci wytłumaczę". Dobra, jest środek nocy i piszę jakieś głupoty. Nigdy, ale to nigdy nie powiedziałam takiego tekstu do swojej córki. Nawet jak zaczęła mnie wypytywać o kobiece przypadłości... Ale wielu dorosłych to robi. Tymczasem nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi a podtrzymanie naturalnej ciekawości świata i rozwijanie jej, ukierunkowywanie jest najprostszą drogą do wykształcenia umiejętności samoedukacji. "Mamo, a skąd się biorą małe ślimaczki?" spytała mnie moja
Najstarsza. Szlag. No nie wiem! Nie pamiętam, serio. A zresztą jaka szansa, że mała zrozumie cykl rozrodczy ślimaka? To przewrotna prowokacja. Przecież nie powiem dziecku: "Będziesz się o ślimakach uczyła w szkole jak będziesz starsza", skoro miesiąc temu cierpliwie tłumaczyłam skąd się biorą małe gąsienice. Nie wahałam się nawet chwili. Siadłyśmy razem, żeby szukać odpowiedzi. Przeczytałam na głos bardziej dla siebie niż dla młodych. Tłumaczyłam prostymi słowami na język dzieci. Obiad spóźnił się o godzinę. Ale kiedy poszłyśmy na spacer i nadziałyśmy się na kaczki z nietypowym dla nas upierzeniem dziewczynki bez wahania zadały mi kolejne pytanie. A gdy przyznałam, że nie znam odpowiedzi Druga oświadczyła: "Nie martw się, jak wrócimy do domu to razem sprawdzimy w komputerze."

Jeśli więc chodzi o motywację do nauki to podstawą jest zadawanie pytań przez dziecko. Im więcej tym lepiej. I udzielanie mądrych, stosownych do wieku odpowiedzi. Małym krasnoludkom trzeba czasem służyć wiedzą jak encyklopedia, bo same czytać nie umieją, ale tak naprawdę wcale nie oznacza to, że ograniczamy im samodzielne uczenie się. Jestem jak gadająca książka. Już niedługo moje córki zamiast mnie pytać będą odpowiedzi szukać same zwłaszcza, że osobiście będę je do źródeł odsyłać. Już teraz wiedzą gdzie te odpowiedzi mogą być! Czasem trzeba tę wiedzę tłumaczyć na ich język - bo młodsze dzieci myślą na poziomie konkretno-wyobrażeniowym, nie abstrakcyjnym. Łatwo bawiąc się w takiego tłumacza spalić obiad. Ale tekst "dorośniesz to zrozumiesz" jest egzekucją aktywnego uczenia się w przyszłości.
Warto wykorzystywać te zytuacje kiedy dziecko zadaje pytanie do konstruowania dużych zadań edukacyjnych. Pytanie "Mamo, czemu Łusia dymi?" zadane w kąpieli było u nas okazją do zorganizowania dużych zajęć dotyczących wody, parowania, zmian temperatury itd. Robiłyśmy eksperymenty i zadawałyśmy całą masę pytań. Potem całą zimę dziewczynki obserwowały zjawisko parowania samorzutnie. I komentowały obficie dowodząc, że najlepsza technika zapamiętywania nowej wiedzy to nauka przez doświadczanie. Ważne jest jednak niezmiernie, aby doświadczając rozumieć! Do rozumienia czasem potrzebna jest mama... a czasem wystarczy już mądra książka. Czasem film, lub audycja.
Czasem oczywiście nie chce mi się czekać aż dziecko zada pytanie. W takich sytuacjach prowokuję okazje do doświadczeń i obserwacji. Od dwóch miesięcy hodujemy w domu fasolę na parapecie, niedługo zakwitnie :), bazylia, którą siałyśmy trzy tygodnie temu już pachnie. Jesienią spotkałyśmy na spacerze wielkiego pająka. Dziewczynki ominęłyby go wielkim łukiem, gdybym nie zatrzymała się i nie zaczęła zadawać pytań... "Ile on ma nóg?" Policzcie nogi ruszającemu się pająkowi! "A gdzie jego żona?" pyta najstarsza - i to już okazja edukacyjna nie do przegapienia!
Na placu zabaw panienki znalazły biedronkę. Spytały czy mogą ją wziąć do domu. A ja się zgodziłam. Bo biedronka w domu jest okazją do obserwacji nieustającą, podczas gdy taka pozostawiona na placu zabaw szybko idzie w niepamięć.
Wracałyśmy ostatnio ze spaceru i moje córki rozżalone oświadczyły, że je okłamałam bo wcale nie ma wiosny, bo nigdzie nie widać kolorowych kwiatów! Jakoś te wiosenne cebulkowe były mało przekonujące widocznie. Ale na szczęście dookoła rośnie cała masa drzew i krzewów. Powrót ze spaceru trwał dłużej niż sam spacer. Porównywałyśmy kwiaty brzozy, klonu i jesionu, a potem białe kwiatki mirabelki i żółte forsycji. Dziewczynki liczyły płatki, porównywały liczbę pręcików, zadawały pytania i słuchały odpowiedzi. Potem na kolejne mijane krzaki rzuciły się już "dobrowolnie", że tak powiem, zasypując mnie swoimi obserwacjami.

Jesienią zaplanowałam panienkom blok edukacyjny: ciało człowieka. Zresztą był przewidziany w programie nauczania. Oczywiście beztrosko olałam podręczniki zalecane i zaczęłam od zabawy w kąpieli, uważnej obserwacji własnego ciała. W bibliotece zaś wyszukałam kilka pozycji adresowanych do małych dzieci, wypożyczyłam wszystkie i wzięłyśmy się za czytanie, oglądanie itd (a niektóre książki były naprawdę fascynujące, aż żal, że nie ma ich już w sprzedaży). W tej sytuacji pytania sprowokowałam ja. Ale zadawały je moje panny, żywo zainteresowane tematem. A odpowiedzi szukałyśmy razem. Potem przez miesiąc książki towarzyszyły dziewczynkom podczas zasypiania, bo młode utrwalały wiedzę intensywnie studiując ilustracje. Ma to swoje wady oczywiście. Przez jakiś czas młode były przekonane, że bakteria jest mała, zielona lub czerwona i w ręku nosi dzidę... gdzieś akurat taki był obrazek.
Matody? Techniki? Nie ma lepszej metody zapamiętywania niż uczenie się tego co w tym momencie interesuje. Ale stosuję różne techniki, a jakże. Ostatnio piekąc zebrę śpiewałyśmy przepis, czy raczej ja go skandowałam klaszcząc i tupiąc w rytm a panienki powtarzały wniebowzięte. Myślę, że na długo zapamiętają ile łyżek kakao trzeba dodać do cista...
Podobno żółty kolor pomaga. Całkiem serio! Moja nauczycielka plastyki i techniki w Kolegium opowiadała nam o właściwościach barw ich wpływie na myślenie i nastrój i ponoć żółty wspomaga proces zapamiętywania. Nie wiem, jakoś nie zauważyłam różnicy. Natomiast na pewno skutecznie działają pozytywne emocje, które się odczuwa podczas nauki.

Metody, hmm... tak metody są różne. Przez doświadczanie, metody podające, problemowe... nie, nie będę nawet szukać sensownego podziału metod, zwłaszcza, że już 1:34 w nocy, inny tekst tylko o metodach kiedyś napiszę. Ostro krytykujemy szkołę za to, że stosuje się w niej masowo metody podające (podręczniki, karty pracy, ewentualnie nagranie audio czy film) i krytyka jest uzasadniona. Ale nie dlatego, że to są złe metody. One po prostu nie powinny dominować procesu edukacji. Nic nie zastąpi doświadczenia! Ha, opowiadała mi moja bratowa taką rozmowę z nauczycielką podczas praktyk studenckich. "To pani zrobi - odhaczyła w scenariuszu zajęć nauczycielka - a to wszystko proszę pominąć [wykreślone zagadnienia to było krojenie owoców, wykonanie sałatki i kanapek itp]. To jest szkoła nie przedszkole, my się tu uczymy nie bawimy!". Oni się pewnie uczą i masowo mordują w dzieciach chęć uczenia się. Cóż, my się bawimy. Dobrą zabawę lepiej się pamięta.
Z metod polecam eksperymenty. Skąd je brać? Z innych blogów. Z internetu. Z książki "365 eksperymentów, na każdy dzień w roku" itd. Poprosić panią bibliotekarkę w wypożyczali książek dla dzieci. U mnie to się sprawdza. Zwykle podczas takiego eksperymentu udaje się jednocześnie kształtować umiejętności, przyswajać wiedzę z różnych dziedzin i zachwycać światem.

Kolejna ulubiona metoda to gry. Superfarmer: podwajanie, przeliczanie, umiejętności strategiczne, choć dla mojej najstarszej córki najważniejsze było zbudowanie porządnego płotu do ochrony przed wilkiem. Karty są podobno niezastąpione w treningu liczenia; gra w wojnę - wspaniała do nauki cyfr i porównywania liczebności zbiorów nawet dla pięciolatka, my gramy na razie bez figur. Domino - tu nie trzeba tłumaczyć. Warcaby. Gry planszowe mają przeogromną ilość funkcji, ba, ich zaletą jest to, że na każdy temat można zrobić taką grę samemu - wraz z dzieckiem. Duży karton, flamastry, kostka do gry i cokolwiek co będzie pełnić funkcję pionka. Wystarczy powycinać z kolorowych gazet obrazki, ponaklejać na pola i ustalić co "z tym" robimy. Ja proponuję dla każdego stającego na obrazku żaby zakumkać jak żaba. A dla każdego kto stanie na obrazku słonia wymienić co słoń lubi jeść. A na obrazku mydła... na przykład wymienić jakąś część ciała, którą trzeba myć i wyjaśnić czemu. Tylko bez głupich skojarzeń! Całkiem serio, znalazłam takie zagadnienie na liście pytań testu gotowości szkolnej dla sześciolatków.
Ja tak tylko rzucam luźne pomysły, które akurat teraz przychodzą mi do głowy.
Chodzi mi ostatnio po czaszce taki plan na naukę kontynentów i państw. Duża mapa, sam jej kontur, na niej zaznaczone kontury kontynentów a same kontynenty wycięte osobno tak by pasowały do mapy, zadanie to dopasować kontynenty do konturów na mapie, do nich dopasować nazwy - to już dla czytających - na kontynentach kontury państw i w drugiej turze dopasować te państwa - osobno wycięte z kolorowych kartonów, tektury albo deseczek - do konturów na kontynentach. Do nich nazwy, stolice i flagi... obrazki zwierząt często spotykanych i roślinności, kartki z opisami państw, klimatu (dla młodszych dzieci wystarczą obrazki symbolizujące klimat: słoneczko, śnieżynka itd), obrazki z "tubylcami". Taka pomoc do samodzielnego zrobienia wymaga zapewne pracy ale ta praca też powinna być wspólna, a sprawdzi się pomoc zarówno do zabawy grupowej jak i w pojedynkę... Mogło by być zabawne, nie? Tu w zapamiętywaniu pomoże manipulacja przedmiotem.

Pamiętacie Matrixa? Neo będąc u tej starszej pani, która miała mu przepowiedzieć jego przyszłość spotkał dzieci bawiące się wyginaniem łyżki siłą woli. Na pytanie jak to zrobić? Dzieciak odpowiada: "There is no spoon." I jak tak to własnie widzę. Nie ma żadnej łyżki. System usiłuje nas przekonać, że program szkolny to jakaś magia, do której dostęp mają wtajemniczeni. Będę trochę kontrowersyjna, ale powiem szczerze, że moim zdaniem dziś zajęcia w edukacji początkowej mogłaby prowadzić nawet woźna. Do programu dołączony jest zestaw scenariuszy zajęć, gdzie jest krok po kroku wypisany każdy element lekcji, i gdzie to jest w podręczniku. A reklamowane "kształcenie zintegrowane" to w prawie wszystkich przypadkach zwykła ściema. Ot, nauczanie w oparciu o ciągi skojarzeń. Jest zima? To przeczytamy o bałwanku, poznamy "B,b", policzymy bałwanki, narysujemy bałwanka i poznamy piosenkę o bałwanku. No błagam, żałosne. Nie ma żadnej łyżki. Dzieci zimą chcą lepić bałwana bo to fajna zabawa, i dowiedzieć się, czemu z buzi leci dym skoro nie palimy papierosów. Czemu woda zamarza a jak zamarznie w słoiku to słoik pęka. Moje córki powtarzały to doświadczenie kilka razy. Fascynowało je to. A śniegiem bawiły się cały dzień w ciepłym domu. Przyniosłam im całe wiadro i pozwoliłam dłubać do woli. Całą masę rzeczy zrobiłyśmy z tym śniegiem. Lepiłyśmy, topiłyśmy, stopiony filtrowałyśmy przez białą tetrę, a dziewczynki samorzutnie bawiły się nim kilka godzin do zabawy wykorzystując gumowe pingwiny, morsa i fokę. Jeśli mam być szczera to nawet nie wiem, co podręczniki przewidziały na ten czas. Wcale ich nie kupiłam.

Przede wszystkim zaś naszym działaniom towarzyszy rozmowa. Pytania, poszukiwanie odpowiedzi, wymiana refleksji.
Najbardziej kocham w tym co robię z moimi córkami obserwowanie ich reakcji - to jakbym widziała cały świat po raz pierwszy - ich oczami. Chyba jestem największym dzieckiem z całej naszej gromadki. Zachwyca mnie świeżość spojrzenia, nowe odkrycie! "Mamo, mamo, zobacz listki urosły! Są większe!" Prawda? Zauważyliście? Bo ja tak, rany, no mówię wam, taki malutki wiosenny listek! Coś ślicznego!

Warto poza kupieniem kompletu podręczników kupić Program nauczania. Albo ściągnąć go z internetu, mój był za darmo wystawiony na stronie wydawnictwa. Wtedy łatwo uzyskać pełny obraz tego, co przewidziane jest w blokach, czy obszarach, czy jak też to będzie nazwane, a następnie zupełnie spokojnie pobawić się tymi treściami z dzieckiem. Wystarczy dopasować pytanie dziecka do obszaru, czy bloku, pomyśleć jak można to ciekawie rozbudować samemu i w drogę. Pory roku, dzień i noc, słońce i księżyc, wszystkie te zagadnienia sprowadzają się u mnie do układu słonecznego. Mój program przewidywał wprowadzenie tych zagadnień zimą czy wiosną? Nawet nie wiem. Ale moje panny zaczęły zadawać pytania we wrześniu. Spędziłam kilka nocy na poszukiwaniu najlepszych wizualizacji ruchu obrotowego ziemi, układu słonecznego itd. Wykonałam model w domu z użyciem lampy, piłki itd, w jednej z wersji modelu układu słonecznego Trzecia córka była słońcem, Pierwsza ziemią Druga księżycem. Miałyśmy z tego niezłą frajdę, nawet jeśli dziewczyny nie wszystko zrozumiały i zapamiętały.

Dobra, ale ja się tu rozpisuję o treściach a poza ciekawymi rzeczami są i nudne. Niestety. Narzędzia. Szlaczki celowo i z premedytacją omijam, bo mam oddzielny tekst w połowie napisany, który będzie dotyczył tylko grafomotoryki. Ale są też inne narzędzia. Głoski, sylaby, liczby, cyfry, figury. Jak pomóc je zapamiętać, utrwalać? Odpowiedzią na pytanie są zabawki. Manipulacja przedmiotami. I nieśmiertelne, niezastąpione gry. Nie ma co się łudzić, jednemu rodzicowi trafi się dziecko, które raz spojrzy i zapamięta a drugiemu trafi się dziecko, które przez rok dzień w dzień będzie mylić "o" i "u" a pozostałe "obrazy graficzne głoski" będą tylko dziwnymi znaczkami. Moja Druga - niespełna sześć lat - zaczyna czytać; moja Pierwsza - prawie siedem lat - rozpoznaje "A" oraz "i". I oczywiście myli "o" z "u". Na moje oko - będzie w rodzinie silny dyslektyk. W sumie bardziej mnie to cieszy niż martwi, musi mieć dziewczyna jakiś wyjątkowy talent. Ale trzeba jej będzie pomóc w zapamiętaniu liter. Z cyframi jest zresztą to samo. Pomocny będzie dla niej ruchomy alfabet, tak by rączki pomogły zapamiętać kształt skoro oczy nie mogą. Czasem pomagam jej rozpoznawać symbol opisując go. Młoda ma kłopot z zapamiętaniem znaku, ale zapamiętuje jego opis! Szok! Spytałam ją dziś jak wygląd cyfra 6, bo nie potrafiła jej narysować. Potrafiła ją za to opisać. A ja narysowałam pod jej dyktando - obie byłyśmy zadowolone z efektu. Od pani psycholog z poradni wiem, że córcia ma opóźnienie w rozwoju analizatora wzrokowego i najprawdopodobniej też słuchowego. To nie będzie łatwe, ale na pewno znajdziemy takie metody, które będą jej pomagać.
Manipulacja przedmiotami to prosta sprawa. Można sięgnąć po zwykłe klocki. A można zajrzeć do jednego ze sklepów internetowych i kupić pomoce. Albo starannie obejrzeć i zrobić samemu. A potem - wzorem Marii Montessori - pozwolić dziecku uczyć się samemu. Osobiście polecam Mozaikę z książeczką wzorów - pomoc, którą znam i doceniam jej wartość. Ha, w podobnym stylu Granna zrobiła "Kolorowy kod", też fantastyczna gra, czy raczej zabawka. Mam ją na liście do kupienia. Wszystkie formy zapamiętywania, które łączą w sobie poznanie wielozmysłowe są bardzo pomocne: wzrok, dotyk, manipulacja - ruchomy alfabet powinien być więc ciekawy w dotyku, tak by faktura materiału wspomagała zapamiętywanie (to taki skrót myślowy, zrozumiały?). (Serdecznie polecam wszystkie blogi miłośniczek Montessori, niewyczerpane źródło inspiracji.)

I oczywiście, żeby nie zapomnieć, komputer. Tak, tak, gry komputerowe, programy do nauki rysowania, projektowania, gry edukacyjne, te wszystkie "szkodliwe głupoty" mogą być niezastąpioną pomocą. Wymuszają samodzielność (przynajmniej u nas, bo są odkładane na "deser", a gdy dziewczynki mają "deser" ja mam nadrabianie domowych obowiązków czyli "kurzenie domowe" i tkwienie prze kompie odpada), wymuszają umiejętność samodyscypliny - bo na gry wyznaczony jest określony czas, jeden komputer obsługuje u nas trójkę dzieci i dwoje dorosłych. Poza tym dbam o urozmaicenie gier i wciąż podsuwam coś nowego. No i zagwarantowaną mam indywidualizację wg potrzeb i zainteresowań, a również naukę współpracy, bo dziewczynki często tkwią przy komputerze razem i rozwiązują zadania wzajemnie sobie pomagając, lub wspólnie ucząc się piosenek.

Z mojej strony to tylko zarys. Ale może komuś przyda się taka inspiracja. Ach, na koniec coś podejścia babskiego, czyli lecimy po emocjach. Jak coś ma być robione na siłę, w nerwach i stresie to lepiej odłożyć to na jutro, albo na za miesiąc. A teraz zrobić to co wywołuje uśmiech. I moim zdaniem, zupełnie prywatnym, dużo miłości okazywanej na codzień też pomaga w zapamiętywaniu. Przytulona córcia zapamiętuje na dłużej, to fakt. I chętniej sięga po nową dawkę wiedzy, z dumą chwaląc się, że ją zdobyła. Podobno też zamiast mówić "jestem z ciebie dumna" powinno się mówić "możesz być z siebie dumna". Pojęcia nie mam ile w tym prawdy. Ja na wszelki wypadek wypowiadam obie formułki. ;) U mnie szarzeje niebo... Pozdrawiam.

niedziela, 1 stycznia 2012

Samoedukacja, czyli jak zdobywane są szczyty

Był drugi dzień świąt. Zachwycona błogością ciszy i absolutnego zakazu jakiejkolwiek pracy siedziałam sącząc aromatyczną herbatę zatopiona w lekturze "Księżyca nad Taorminą" Romy Ligockiej (gwiazdkowy prezent od mamusi :)). Dziewczynki nakarmione śniadaniem i świątecznymi wypiekami zajęły się spokojną zabawą. Takie cudowne chwile trwają zwykle tylko kilka minut, tak było i teraz. "Mamusiu..." zamruczał z boku domowy obżartuszek, "obiecałaś, że dasz nam cisteczka..." Ciasteczka z pietyzmem wycinane z ciasta kruchego z przyprawą korzenną i starannie ozdabiane przez dziewczynki leżały bezpiecznie schowane w puszce na ciastka. W najwyższej szafce, na najwyższej półce. Bezpiecznie schowane przed Helenką, która nie bacząc na ustalenia, umowy, prośby i groźby nie potrafi się powstrzymać, żeby nie skubnąć małego "conieco". A jeśli Hela skubnie efekt znany przyjaciołom Puchatka jest gwarantowany.
"Córeczko, obiecałam, ale przecież zjadłyście już dużo słodyczy i ciasteczka miały zostać na deser po obiedzie." (Macie pojęcie jak trudno jest oderwać się od upragnionego relaksu tylko po to, żeby z uśmiechem i łagodnym tonem negocjować kwestię ciastek?) "Tak..., ale ciasteczka miały być na święta a przecież są święta." Helena potrafi być niezłomna. I, co gorsza, racjonalna. "Jeśli zjesz wszystko teraz, nic nie zostanie ci na potem." Jestem jak cichutki głos rozumu w głowie Puchatka. Może bardziej niezłomna. W końcu po kimś moja córka odziedziczyła ten upór. "Nie córeńko, cisteczka zostają na deser po obiedzie. Tak się umówiłyśmy i tak zostanie. Koniec dyskusji. Biegnij się bawić." I ponownie zatopiłam się w lekturze.
Po chwili z zatopienia wyrwał mnie podejrzany, choć bardzo cichutki stuk i nieśmiały szelest. Zerknęłam przez ramię i z tym zerknięciem trwale skierowanym w stronę stuku i szelestu zamarłam. Zerknięcie niezauważenie przeszło w obserwację. Acha...

Widok zaiste nieprzeciętny. Samotny, skryty łowca ciastek. Mała dziewczynka, w długiej, czerwonej, balowej sukience bardzo ostrożnie wspinała się po krześle na blat. Nie łatwo było stanąć na blacie, jednocześnie przytrzymując szeleszczącą spódnicę, która pętała ruchy podstępnie plącząc się między nogami. A trzeba to było zrobić ciuchuteńko, bo mama tuż obok siedziała. Następnie trzeba było uchylić szafkę (otwieraną do góry), przytrzymać drzwiczki by nie opadły, jednocześnie jedną tylko, małą rączką wyjąć całkiem sporą puszkę, delikatnie, żeby nie stuknęła w szklaną półkę. Teraz, trzymając zdobycz pod pachą, delikatnie opuścić drzwiczki szafki (a przez cały czas w lekkim wygięciu ciała do tyłu, żeby z hukiem nie spaść z blatu! przy czym obawa przed hukiem była pewnie silniejsza od obawy przed samym spadnięciem), cichutko, by nie szeleściła głośno, zebrać długą, strojną spódnicę balowej sukni, oraz oczywiście cieniutką i paskudnie niewygodną haleczkę (w końcu kto to widział balową suknię bez halki?), która nawet po uniesieniu spódnicy wciąż niebezpiecznie pętała ruchy, wreszcie powoli, cicho i ostrożnie zejść z blatu po krzesełku na ziemię. Operacja dokładnie tak skomplikowana jak opisałam, nic a nic nie ubarwiłam. A to jeszcze nie koniec. Wiecie jak trudno się taką dużą puszkę otwiera? Ale tak, żeby nie zwrócić uwagi siedzącej obok mamy jakimś podejrzanym dźwiękiem? Bardzo trudno. Zwłaszcza jeśli człowiek ma taką wielką ochotę na ciasteczko. W końcu sukces. Cisteczko w rączkę, do buzi... hmm... "Łusia! to twój miś? Taki ozdobiony żółtymi gwiazdeczkami? Mogę go zjeść?" Cała tajemnica na nic. Proszę jakie mam uczciwe dziecko. "O cześć mamo!" Słodki uśmiech. "Masz ochotę poczęstować się ciasteczkiem? Wiem, że nie pozwoliłaś. Ale nie zjadłam wszystkich! Tylko jedno."

A teraz, proszę państwa, dylemat. Umowa, zakaz, podstępne działanie w celu złamania zakazu, nieposłuszeństwo, obżarstwo, wreszcie celowe udawanie niewinności w obliczu niezaprzeczalnych dowodów winy. Niesubordynacja. Brak skruchy.
A może inaczej. Twórcze, odważne i ostrożne, zaplanowane i przemyślane działanie w celu osiągnięcia sukcesu na upragnionym polu, pomimo poważnych przeszkód. Uczciwość i empatia względem bliźniego. Szczerość oceny własnego zachowania.

Cały mój problem w byciu kiepską mamą polega na tym, że ja naprawdę widzę to drugie. Czasem zmuszam się, żeby patrzyć inaczej a motywuje mnie myśl: "Nie, no przy takiej samowolce całej ekipy niechybnie zwariuję przed końcem tygodnia!" Ale w naturalny sposób wciąż fascynuje mnie prawdziwość natury dziecięcej. Hela uwielbia ciastka, przecież wiem, nie ma szans, żeby się uchowały dłużej niż Hela uzna, że to możliwe. I dała mi to do zrozumienia. A potem podjęła samodzielne działanie. Cóż, i tak bohatersko czekała całe dwa dni do świąt. A brak skruchy? Przecież nie można żałować, że się zjadło takie pyszne ciastko! Dziecko też człowiek.

"Córeczko nie bałaś, że spadniesz?"
"Nie. Przecież pięciolatki nie spadają. No, może na placu zabaw czasem spadają jak wysoko wejdą. Ale na placu zabaw można spadać."

Na koniec jedno zdjęcie, w klimacie świąt. Z najlepszymi życzeniami w błogosławionym czasie Bożego Narodzenia. Życzę sobie i wam cichości Maryi i mądrości Trzech Mędrców.

sobota, 26 listopada 2011

Palcem po mapie i boso przez świat

Jedna z najwspanialszych zalet bycia mamą domową to możliwość nieustannego obserwowania dzieci. Uwielbiam to. Czuję się jak odkrywca, badacz, staram się być chłonąć indywidualność swoich córek. Zapamiętywać.Rozumieć. Jestem głęboko przekonana, że jeśli dobrze zrozumiem je dziś, będę je rozumieć zawsze. A to pomoże mi w byciu dobrą matką, osobą, która uczy drogi przez życie. Dość o tym, do rzeczy.

Natalka to takie małe słoneczko, trudno jeszcze wyrokować. Ale pogodę ducha ma gdzieś głęboko w genach zapisaną. Jak i upór w dążeniu do celu. To martwi chwilami ale dobrze rokuje na jej przyszłość. I niezależność. Te dwie cechy zresztą idą w parze u wszystkich moich córek. Może po prostu u wszystkich dzieci? Ciekawe czy w aż takim stopniu... Ktoś powinien stworzyć "skalę uporu i niezależności" i metody pomiaru.

Łusia to wojowniczka i awanturnica. Manipulantka. Niezależna i uparta. Słodka i kochana, oraz przytulna. Zadania do domowej nauki ustawia sobie sama - nawet jeśli ja je przygotuję, wyjaśnię, to ona jednak po swojemu je wykona i oczywiście wytłumaczy dlaczego tak a nie inaczej. Wie czego chce. Ale jest jak jako mądrzejsze od kury. Ciekawe czy ugotuje się pewnego dnia na twardo, czy też będzie słynnym naukowcem lub wynalazcą.
[Wbrew mojej sugestii zabierała wszędzie swoją lalkę barbie (jedną jedyną! każda córka ma tylko jedną taką lalkę). "Zgubisz córeczko." "NIE ZGUBIĘ!" Coś ostatnio tej lalki nie widzę w domu, pytam młodą - gdzie twoja lalka? "Zostawiłam na kamieniu" Czasem mam wrażenie, że mieszkam w cyrku. "Jakim kamieniu?!" wyrwał mi się jęk; "Czarnym!" z przekonaniem oświadcza trzylatka. "I chrupał!" Tego nie wytrzymał mąż: "Jak to chrupał? kamienie nie chrupią!!" "CHRUPAŁ! Jak położyłam lalkę to chrupał!" szorstki kamień... "Na placu zabaw?" "Nie, na placu zabaw nie ma kamieni! Tam, tam daleko! Przynieś. Leży na kamieniu." Spokojna pewność siebie. Gdzież to młoda znalazła czarny kamień... na cmentarzu?? "Tak, na cmentarzu, tam daleko" oświadczyła spokojnie a ze spojrzenia wyczytałam stalowe "NO PRZECIEŻ MÓWIĘ". Najpierw nerwowo, zirytowana, a potem coraz spokojniej wytłumaczyłam, że lalka nie do odzyskania i nie do odnalezienia. I żaden kamień nie pomoże. Ale nie umiałam się porządnie pogniewać. Czarny kamień, który chrupie...]

Hela jest badaczką. Póki była za mała, żeby chodzić spała i jadła na zmianę. Myślałam, że to takie spokojne dziecko... A potem wstała na nogi, wlazła na krzesło, z krzesła na stół, potem na parapet a potem postanowiła sprawdzić "jak się otwiera okno...?" Przez długi czas wszystkie krzesła stały obrócone do góry nogami na stołach.
"Mamo, chciałabym polecieć do tej chmury. Jak będę dorosła to polecę." Córka poetka? Skąd! Po prostu ciekawa jak wygląda chmura z bliska. Zero poezji.
"Mamo, ty nie jesteś bardzo złą czarownicą." "A skąd wiesz? Może właśnie jestem straszliwą czarownicą?" "Nie jesteś. Ty używasz miotły do zamiatania a nie do latania. Nie możesz polecieć coraz wyżej i wyżej. Jakbyś mogła polecieć i byś mnie zabrała to ja będę się bała tak lecieć coraz wyżej i wyżej. Mamo a ty się boisz tak lecieć wyżej i wyżej?" "Nie córeczko.." "Ale nie polecisz. Nie jesteś liściem. Liście mogą lecieć, są lekkie." [wracałyśmy z baletu, rzeczywiście dookoła nas na wietrze unosiły się jesienne liście] "Mogłabym polecieć inaczej. Samolotem, albo balonem" mówię spokojnie. "Ale w balonie potrzebowałabyś ciepłego powietrza. Musiałabyś zapalić ogień, cały balon mógłby się spalić." Rozmowy z Helenką sprawiają, że czuję się naprawdę radosna. Helenka ma 5 lat. Helenka obserwuje, bada, dotyka, niestety rozkłada na kawałki niekiedy, szuka przyczyny. I zostawia bałagan. Sprzątanie jest dla śmiertelników, nie dla naukowców. Helenka myśli. Na dzięcioła mówi "stukacz" lub "dziuplec", kiedy jest grzeczna - jest "sforna".

Nadziejka przyszła do mnie ostatnio z opowieścią. "Mamo, a pamiętasz tego małego indiańskiego chłopca?" "Którego chłopca?" byłam zupełnie zdezorientowana. "Indiańskiego chłopca z Ameryki!" Zaczęłam poszukiwać w pamięci spotkania indiańskim chłopcem (z Ameryki!) a w tym czasie córka snuła opowieść. O "Indiańskim przyjęciu" urodzinowym, na którym pani przebrana w indiański strój pokazywała tańce, pomagała robić pióropusze. O zajęciach "Latającego przedszkola" podczas których tańczyłyśmy taniec, robiłyśmy pióropusze a ciocia Kasia za pomocą mediów (telewizja i internet) pokazywała indiańskie domy... Wreszcie o "tym małym indiańskim chłopcu!" o którym wiem... Wiem? "No z Ameryki!" Ameryki jeszcześmy nie zwiedzały. Ale czytałam ostatnio "Gringo wśród dzikich plemion" Cejrowskiego a Nadziejka z fascynacją oglądała zdjęcia. Jak ją znam to na pewno pytała "kto to jest, gdzie mieszka, a gdzie jest jego mama?" Jak siebie znam to na pewno rzetelnie opowiedziałam jak najprostszymi słowami wszystko co wiem. Czyli pewnie i Ameryka gdzieś padła... choć zabijcie mnie - nie pamiętam kiedy! Cóż, córka pamięta.
Przyniosłyśmy globus. Wystartowałyśmy z Polski, samolotem do Ameryki północnej, tam przesiadka i drugim samolotem do Ameryki południowej. Najpierw dość pobieżnie obejrzałyśmy dolinę Amazonki i rzeczne delfiny. A potem ruszyłyśmy "Boso przez świat" z panem Wojtkiem do indiańskiej wioski podglądać życie indiańskiego chłopca. Przy filmie Hela wymiękła. Przestało być ciekawie, nic do badania, macania, doświadczania, rozkminiania... nudy! Nadzieja wrosła w krzesło. Posypały się pytania: "a co on robi, a dlaczego?" film był za krótki :) Mama służyła tylko do udzielania odpowiedzi na niecierpiące zwłoki pytania. Nieciekawe zajęcia? Żadnych zdjęć, zero akcji... Nadziejka to lubi. Chłonie opowieści, stoi z boku, obserwuje, zapamiętuje. Ludzie, relacje, związki społeczne, mechanizm i przyczyny ich funkcjonowania. Różnice. Podobieństwa. Nadziejka nie radzi sobie z puzzlami i układankami - ma lekko opóźniony rozwój analizy i syntezy wzrokowej i słuchowej. Ale łączenie elementów opowieści, czy też kilku różnych opowieści - to jest to. Zapamiętuje to co zaobserwuje na przestrzeni wielu miesięcy a potem hop! wyłuskuje główką z worka pamięci opowieści o "indiańskim chłopcu" i żąda pomocy w usystematyzowaniu. A ja stoję obok i z zapartym tchem obserwuję: moje dziecko ukochane, jego indywidualność, naturalną mądrość, pragnienie wiedzy... i uruchamiam odpowiedni film, wyjmuję odpowiednią książkę.

W sumie moja rola sprowadza się do nauczenia dziewczyn korzystania ze źródeł. I do nie przeszkadzania w samoedukacji.
I, oczywiście, do pozamiatania! Skoro nie jestem "złą czarownicą"...

niedziela, 6 listopada 2011

"Trzeba to sprawdzić w encyklopedii!"

Wzruszyłam się ostatnio. Całkiem niedawno (będzie ze dwa dni temu) moje córki odwołały mnie gromko od prac kuchennych "mamo, choć tu! musisz to zobaczyć! natychmiast!" więc poleciałam. Ze ścierą w ręku, z pianą kapiącą z pośpiesznie wycieranych dłoni, z lekkim zniecierpliwieniem w duszy (no, żebym ja naprawdę nie mogła nawet przez pięć minut!...) poszłam do pokoju zobaczyć, podziwiać i zareagować. "Mamo! Robak!" dramatycznie oświadczyła najstarsza, która nie znosi robaków. "No, robak! Mamo patrz!" zaaferowana Helcia poparła siostrę pochylając się nad malutkim stworzonkiem. Łucja z fascynacją obserwowała małą czarną uskrzydloną kropeczkę. "To mucha!" oświadczyła z przekonaniem. "Nie, to nie mucha, mucha jest większa" stwierdziła Hela. "Wygląda i chodzi jak mrówka. Bardzo mała mrówka" dodała z przekonaniem. "Nie, co ty, jest czarne, jak mrówka, ale ma skrzydełka. Mrówka nie ma skrzydełek" zaprotestowała Nadziejka. Chwilę przesuwały patyczkiem maluteńkiego robaczka. "No, i nie ma nóg. Tylko pełza." Oświadczyła obserwatorka Helena. "Trzeba to sprawdzić w encyklopedii!"

Właściwie to wcale nie byłam im potrzebna. Stałam i patrzyłam z tą nieszczęsną ścierką w dłoni a całe zniecierpliwienie odpływało w siną dal. Obserwacja została przeprowadzona prawidłowo, praca w grupie na piątkę, wnioski wysnute trafne. Dobrze, że jeszcze nie umieją czytać, jeszcze się mamusia na coś przyda zanim znów pogna do garów.

Cały zabieg trwał kilka minut. Na koniec robaczek został zgodnie zlikwidowany. Likwidację zaproponowała Nadzieja ("Trzeba go zabić!"), która się boi, Hela zgodnie potwierdziła potrzebę usunięcia intruza i zaproponowała metodę likwidacji ("No, ja go zabiję! Zgniotę go!"). Nadzieja odnalazła i przyniosła narzędzie likwidacji (grubą książeczkę o twardych kartkach) a Łucja pilnowała, żeby drań bokiem nie zwiał. Hela załatwiła robaczka skutecznie. "Rozsmarowałam go! bue, rozmazał się... jest maziowaty" dodała na koniec. Praca w grupie, zgodna, z podziałem funkcji i zadań. I proszę, dzieci sobie radzą. Ale mamusia musi patrzeć.

Czym był robaczek nie udało nam się jeszcze ustalić. Wyglądał jak pełzająca meszka, bez nóg. Ale moje córki przeprowadzeniem tego mini projektu "robaczek" zachwyciły mnie i wzruszyły. A robaczka w tej sytuacji pal sześć.