Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka czytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka czytania. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lutego 2016

Gra "Sylaby"

Dawno już obiecałam, że zaprezentuję tu lubianą przez nas grę wspomagającą naukę czytania. Jest to gra sylabowa, "Sylaby" firmy Trefl.

Gra zawiera dwie plansze z obrazkami i podpisami, w których sylaby wyróżnione są innymi kolorami - te plansze to ściągi, dwie talie kart o różnym stopniu trudności, oraz kolorowe żetony do zbierania punktów.
Niezwykle ważna jest też instrukcja obsługi ponieważ zawiera opisy różnych gier, w które można się bawić przy użyciu kart. I ważne, żeby jej nie zgubić. Bo jak się ją zgubi to człowiek musi sam te wszystkie gry wymyślać. Jak ja. Nie żeby się nie dało. Ale utrudnia.
Gra nie jest tania, więc należy również uważać, żeby nie została zeżarta przez młodsze pociechy. Jak u nas. Wtedy nerwy niepotrzebne itd. Dzięki temu jednakże, że została miejscami nadgryziona po sfotografowaniu państwo obejrzą zdjęcia fatalnej jakości, ale przynajmniej karty nie są poobgryzane. Doceńcie to.




Lubię tę grę, daje dużo różnych możliwości, wersji, rodzajów zabawy. Dla jednego dziecka i dla kilkuosobowego zestawu. Pozwala też na grę na dwóch poziomach trudności, dzięki zróżnicowanym taliom kart. 
Niebieskie są proste. Jeden obrazek a do niego podpis podzielony na sylaby, staramy się więc skompletować właściwy wyraz. Wyrazy są dwu, trzy i czterosylabowe a zadaniem dziecka jest oczywiście ułożyć te sylaby we właściwej kolejności. Obrazek będzie tylko informował, że są to sylaby z właściwego wyrazu. 
Pierwsza gra w jaką gramy to coś w rodzaju memo:





To prosta zabawa i frajda dla mojej 5 letniej Czwartej. Znaleziony komplet układamy starannie obok we właściwej kolejności. Pomaga ściąga w postaci tablicy, na której zawsze można sprawdzić, czy się te sylaby dobrze ułożyło. Prosta wersja memo składa się tylko z wyrazów dwusylabowych. Trudniejsza ze wszystkich. Wtedy obowiązuje zasada, że można odkryć tyle kart ile sylab zawiera słowo, którego sylabę znaleźliśmy jako pierwszą.


Kolejna wersja to klasyczny pasjans: 






Tu nie ma co tłumaczyć. Siedem "kupek", odkrywamy, przekładamy na wolne miejsca początki wyrazów, pod pasjansem przekładamy stertę kart szukając pasujących itd. Bardzo przyjemnie się gra :).

Kolejna lubiana gra to dobieranka, w którą gramy kartami z talii zielonej. Jest trudniej, bo każda karta z sylabą stanowi element pasujący do kilku wyrazów. 
Układamy kilka kart na środku stołu, każdy gracz dostaje kilka kart do ręki i rozpoczyna się wyścig. Stopniowo dokładamy kart na stół oraz dobieramy dla siebie tyle ile wykorzystaliśmy do ułożenia wyrazów. Ułożone wyrazy dostają punktu w postaci kolorowych żetonów, zależnie od stopnia trudności - ilości sylab, które wyraz zawiera, a każdy żeton ma punkty, które na koniec zliczamy. Przynajmniej powinniśmy, ale moje córki mają tak małą potrzebę rywalizacji, że zwykle gramy dla frajdy układania wyrazów i pomagania sobie wzajemnie a nie dla wygranej. 
Poza tym dobieranka ma kilka różnych wersji naszych własnych- czasem gramy na czas a czasem pomagamy sobie wzajemnie, czasem szukamy po kolei pasujących wyrazów. Nie zawsze udaje się ułożyć wszystkie. 




Jeśli chodzi o zalety zabawki: pozwala wykorzystywać się na różne sposoby i może sprawiać frajdę nawet starszym dzieciom. Można też samemu układać gry karciane, więc wspomaga rozwój twórczości. Ma poprawnie podzielone wyrazy, ładną grafikę a tablica-ściągawka stanowi metodę samo sprawdzenia dla młodszych dzieci. Ponieważ obrazki na każdej karcie wyrazu są takie same więc kolejność sylab dziecko musi określić samodzielnie i tutaj cenną zaletą gry jest kształtowanie nawyku czytania od lewej do prawej oraz rozwój percepcji wzrokowej w aspekcie analizy i syntezy. Poza tym naprawdę sympatycznie wspomaga naukę sylabizowania, liczenia sylab, porównywania długości wyrazów pod względem sylab. Moje córki ją lubią. I oczywiście zaplanowana jest na więcej odmian gry niż te, które zaprezentowałam. 

Jeśli zaś chodzi o wady... cóż. Można się przyczepić, że wszystkie wyrazy pisane są dużymi drukowanymi literami, podczas gdy w książkach duże litery występują tylko na początku zdania i w nazwach własnych, więc właściwie w grze wyrazy powinny być pisane małymi literami. Pierwsza postawiłabym taki zarzut tej grze, gdyby nie ujęła mnie ona swoją różnorodnością i gdyby nie miała cennych zalet. A przede wszystkim gdyby nie była lubiana przez dzieci. 
Mogę ją polecić z czystym sumieniem nie tyle jako pomoc edukacyjną co jako sympatyczną zabawkę dla przedszkolaków i pierwszoklasistów, która pomaga w nauce i uatrakcyjnia ją.



sobota, 11 lipca 2015

Litery, sylaby, wyrazy - prezentacja gry

Drogi czytelniku.
W poprzednim poście rozpisałam się trochę o metodach nauki czytania, teraz chciałabym zaprezentować jedną z kilku gier, których używamy do ćwiczenia tej umiejętności. Tę konkretną grę wybrałam sama (sporo gier dostaję a darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy, a przynajmniej głośno na te zęby nie narzeka) i jestem z niej stosunkowo zadowolona.
Jest to pozycja wydawnictwa Adamingo, "Litery, sylaby, wyrazy" i jest to układanka edukacyjna a nie klasyczna gra. To znaczy, że służy raczej jako pomoc w zajęciach lub zabawka dla jednej osoby. Choć, jak okaże się pod koniec, wcale niekoniecznie.  



Zgodnie z obietnicą zawartą w nazwie układanka oferuje materiał do zabawy literami, sylabami i wyrazami. W zestawie znajdują się bowiem osobno tafle z literami (wielkimi i małymi, chwała twórcom gry!) a osobno tafle z sylabami, z których można budować wyrazy. Wszystkie tafle opatrzone są obrazkami, które pomagają kojarzyć zapis litery z głoską - w przypadku alfabetu - bądź fragmentem obrazka, którego część nazwy stanowi dana sylaba. Jeśli zaś chodzi o materiał wyrazowy/sylabowy to jest on podzielony na wyrazy dwusylabowe i trzysylabowe. Poniżej prezentuję przykładowe zdjęcia.

Alfabet opatrzony obrazkami :


Alfabet do układania wyrazów:


Tak wygląda ułożony z alfabetu wyraz:


Oczywiście, w zabawie jaką jest układanie wyrazu z rozsypanki kryje się pewne ryzyko, że dziecko zafiksuje się na literowaniu i będzie mu trudnej przejść w płynne czytanie. Z tego powodu raczej nie korzystałam z tej formy zabawy, ale spodobało mi się, że na każdym tafelku znajdują się litery wielka i mała, dzięki czemu odpowiadanie na niekończące się pytania "a jak wygląda taka mała litera?" łatwo było uciąć. Do prezentacji, nauki rozpoznawania i kojarzenia - głoska w nagłosie z obrazkiem - materiał może się okazać przydatny. Raczej do zajęć niż indywidualnej zabawy.  

Teraz przejdę już do meritum, czyli zabaw z sylabami. Poniżej wyrazy dwusylabowe. Jak widać - prosta układanka, obrazek z podpisem podzielony na części. Układanie obrazka jest pomocą przy układaniu kolejno sylab. Znajdziemy tu wyrazy z sylab otwartych i zamkniętych, prostsze i trudniejsze, nawet zmiękczenia (dynia, piesek), dość trudne. 


Kolejny materiał to wyrazy trzysylabowe, ta sama zasada. Bawimy się w układanie wyrazów z sylab, układając obrazki. Ponieważ tych wyrazów jest naprawdę sporo więc dobrze jest na początek przygotować rozsypankę z kilku wybranych wyrazów, aby nie zniechęcać malucha układaniem wszystkiego naraz. I tu również znajdziemy wyrazy proste z sylab otwartych (morela), sylab otwartych z jedną zamkniętą (parasol, torebka) i trudniejsze ze zmiękczeniami i zbitkami spółgłoskowymi (wiewiórka, krokodyl).


Jeden z pomysłów na zabawę, która zmusi bardziej do czytania niż układania obrazków jest samodzielne ułożenie obrazka przez dorosłego a następnie zasłonięcie go kartonikiem. Zadaniem dziecka jest odczytać, a odkrywając obrazek przekona się czy dobrze odczytało.


Oczywiście, jak każda gra edukacyjna, ta również nie jest wolna od błędów. Nie jest to błąd ortograficzny gdyż podział wyrazów, przy przenoszeniu podczas pisania, na sylaby w zbitce spółgłoskowej ma określoną jedynie taką zasadę, że rozdzielamy jeśli powtarza się ta sama głoska, np.: kon-no, jednakże zgodnie z metodyką nauki czytania dla dziecka wyraz "tygrys" powinien być raczej przedstawiany jako wyraz zbudowany z dwóch sylab zamkniętych: tyg-rys niż z sylaby otwartej i zamkniętej ze zbitką dwóch spółgłosek: ty-grys, jak to zrobiono poniżej. Tak więc choć nie jest to błąd merytoryczny to nie ułatwia czytania i nie trzyma się metodyki nauki czytania.  Podobnie tru-ska-wki powinny być raczej dzielone na trus-kaw-ki, ka-pu-sta na ka-pus-ta, ka-czu-szka na ka-czusz-ka, cy-try-na na cyt-ry-na itd. Można to moje czepialstwo olać. A ja sama też czepiam się bo jestem przewrażliwiona z powodu nieustannej gotowości do tropienia błędów, która wynika poniekąd z takiego upierdliwego charakteru (w tym momencie wszyscy zaczynają współczuć moim córom i mężowi) a poniekąd z kilku lat puryzmu metodycznego, który obowiązuje nas przy naszej ukochanej córci dyslektyczce. Być może gdyby nie ona wcale nie zauważyłabym tych "błędów".  Pocieszające, że w całej grze takich wpadek jest tylko kilka.


Na koniec obiecana zabawa, w którą można dowolnie grać, bawiąc się i wygłupiając. Jest to układanie nowych, dziwnych, nieistniejących wyrazów z części różnych obrazków. Zabawa żywcem z Lewisa Carrola. Towarzyszą nam przy niej salwy śmiechu i czasem kończymy dopiero gdy nas fest rozbolą brzuchy. Rzadko też ograniczamy się do tworzenia trzysylabowców. Zwykle jest to początek, do którego każde dziecko kolejno dokłada coś nowego usiłując płynnie przeczytać całość. Zabawę wymyśliłam na spółkę z moimi dorosłymi już siostrami. Córki z początku tylko dziwnie patrzyły na nasze wygłupy ale potem złapały bakcyla. 
Jest to znakomita zabawa bo ćwiczy czytanie a do tego rozwija wyobraźnię. Nie tylko oryginalne brzmienie nowego słowa ale również próba wyobrażenia sobie tak dziwnego stwora, który byłby połączeniem koguta, motyla i małpy... jak też wyglądałaby taka "kotypa"? Albo jak smakowałby "arbużan"?


Oczywiście do tej zabawy nie trzeba wcale kupować całej gry. Można takie karty zrobić samemu, lub też układać dziwne wyrazy ze zwykłych sylab.
Miłej zabawy.
A w przyszłości wrzucę tu jeszcze prezentacje innych gier wspomagających naukę czytania. Mam jeszcze kilka, jednak chwilowo siedzę na wsi i nawet nie mam przy sobie zdjęć pozostałych gier.

Udanych wakacji wszystkim czytelnikom i trzymajcie się ciepło! Mam nadzieję, że cieplej niż ja. U mnie zaledwie 11 stopni C. W domu 20. Chlip. Nawet zimą mam cieplej w mieszkaniu... Zamiast lipca mam jakieś dziwne połączenie lipca, października i marca. Lidzierrzec.

niedziela, 17 maja 2015

Odczarować czytanie

Pojawiało się (na fb, grupie Edukacja domowa) swego czasu, sporo pytań o najlepszą metodę nauki czytania dla dzieci. Odpowiedzi na takie pytanie nie ma oczywiście. Metodę należy indywidualnie dobierać dla dziecka. Jeśli wiec zastanawiasz się jak zacząć uczyć swoje dziecko czytać najpierw musisz poznać różne metody, poznać dobrze własne dziecko i można zaczynać przygodę. Istnieje ryzyko, że pomimo najlepszych chęci dziecko i tak zrobi coś innego niż my rodzice planujemy. Tak jest nader często. I nie ma sensu się tym irytować. Zawsze warto pochylić się nad pytaniem "Dlaczego nie zaufać intuicji mojego dziecka?" Czasem dzieci uczą się czytać zupełnie same, dość im nie przeszkadzać, poświęcić czas na żmudne odpowiadanie na pytania "a co to za litera?", "a jak to się czyta?"

Ale można też chwycić byka za rogi metodycznie.

Pierwsza metoda o której chcę wspomnieć to metoda zapoczątkowana przez Domana. Jest to metoda czytania globalnego - dzieci uczą się rozpoznawać wyraz jako całość, jak obraz. Metoda polega na regularnym (codziennym) prezentowaniu maluchowi (można zacząć już w kołysce) tablic z wyrazami - rzeczownikami - przy równoczesnym wypowiadaniu słów na głos. Kilka tablic, jedna po drugiej, w krótkiej ekspozycji. Dziecko kojarzy obraz z dźwiękiem i zapamiętuje obraz. Zaczyna się od rzeczowników, zwiększa ich ilość, później dodaje proste czasowniki tworząc proste zdania. Najważniejsza jest regularność, rzetelność, konsekwencja i trzymanie się wskazań metodycznych. Ta metoda ma, podobno, wiele zalet. Poza (skuteczną - u niektórych dzieci) bardzo wczesną nauka czytania ma również wpływać stymulująco na rozwój mózgu, rozwijać pamięć. Naukę czytania globalnego rozpoczyna się bardzo wcześnie, po szczegóły trzeba się udać do publikacji autora tej metody czyli samego Glenna Domana. Osobiście nigdy jej nie wypróbowywałam i na razie nie zamierzam. Mam sporo wątpliwości dotyczących sensu tej metody w polskich warunkach (związanych na przykład z różnicami w gramatyce - tam gdzie w języku angielskim dziecko uczy się słowa "cat" w języku polskim musi zapamiętać 7 różnych przypadków słowa "kot", czyli znacznie więcej słów, z których każdy jako całość wygląda inaczej z powodu zmieniających się końcówek, takoż jest i z odmianą czasowników, co oznacza, że nauczy się czytać, ale tylko bardzo prymitywne zdania, albo będzie musiało wyuczyć się około 7 razy więcej słów niż Doman zaplanował) ale i tak przeważające u mnie jest pewnie zwyczajne lenistwo. Do maleństwa w kołysce mawiam "a gugu, dziudziu, nie obgryzaj pazkoci!", no i kto "jeśt ślićniutkim bobasinkem mamusi" i takie szlagiery. I cieszę, się, że przynajmniej niemowlę uczy się tego co trzeba zupełnie samo ;). (Dobra, nie zupełnie samo, z niewielką, ale to naprawdę niewielką pomocą mamy.)
Ale nie zniechęcam. O metodzie warto poczytać, zanim się ją odrzuci z powodu kilku niepochlebnych zdań, które wystukałam czy zwykłego lenistwa. Zwłaszcza, że ma ona stymulować rozwój mózgu dziecka - jak twierdzi jej autor, z pewnością robi to skuteczniej niż moje infantylne ślinienie się nad kołyską. (Nic nie poradzę, z każdym kolejnym bobasem mam tak coraz bardziej.) Klasyczna metoda Domana znalazła w Polsce wielu entuzjastów i warto przeglądać sieć pod kątem "nauki czytania globalnego", która pojawia się w wielu odsłonach, na stronach, blogach. Rozwijana i modyfikowana na potrzeby nauki czytania w języku polskim jest popularyzowana przez pedagogów i matki - praktyczki. Oczywiście, ponieważ nauka czytania po Polsku wymaga tak czy inaczej przejścia na czytanie linearne - czyli stopniowe odczytywanie liter, łączenie ich w sylaby i całe wyrazy - specjalistki, których wypowiedzi czytałam prezentuję tę metodę jako przyspieszenie nauki czytania oraz stymulację rozwijającego się mózgu. "I ty wychowaj geniusza!" "I ty masz cudowne dziecko" itp.
Można kupić zestawy materiałów, specjalnie dla tej metody tworzone książeczki do nauki czytania globalnego, zapoznać się z metodyką, czytać blogi, strony internetowe, dokształcać się. Myślę też, że ciekawe byłoby zestawienie klasycznego Domana ze współcześnie rozwijającymi się polskimi wariacjami na temat. Z pewnością cechami wspólnymi jest metoda regularnej pracy z bardzo małymi dziećmi oraz cel, jakim jest rozpoznawanie wyrazów jako całości. Jedna z różnic, którą mogę przywołać to forma nauki. Doman prezentuje dzieciom tablice z wyrazami i łączy je z wypowiadanym słowem. Polskie wersje tworzą karty i książeczki gdzie wyraz lub zdanie połączone jest nie tylko  z odczytaniem go ale i z obrazkiem. Tak wynika z moich prywatnych analiz, ale wątpię czy dziś ktoś z praktykujących mam przywiązuje wagę do takich szczegółów. Ważne by wybrać jakąś metodę, zrobić lub kupić pomoce i bawić się codziennie z dzieckiem. A już matka jest od tego, żeby i metodę i pomoce dobrać do oczekiwać i stylu uczenia się własnego dziecka. Wszak matka pierwsza zauważy czy jej maluch jest, potocznie mówiąc: wzrokowcem czy słuchowcem...
Czytanie globalne było stosowane z powodzeniem w polskich przedszkolach, przez polskie przedszkolanki, zanim nastąpił radykalny zakaz nauki czytania dla wszystkich, którzy nie dostąpili zaszczytu nauki w pierwszej klasie. W obowiązkowym wieku 6 lat. (Czasem mam wrażenie, że ta odsunięta nauka czytania jest marchewką dyndająca na kiju, która się majta dzieciom przed twarzą, choć i tak, w szkole, najczęściej je spotyka oberwanie tym kijem po głowie.)
Onegdaj, w dawnych, minionych czasach, (na przykład gdy robiłam praktyki przedszkolne), przed Reformą, maluchy w przedszkolu oswajały się ze słowem pisanym, drukowanym już od grupy trzy latków począwszy. Na krzesełkach były naklejone ich imiona, nad półką z lalkami była kartka z napisem LALKI, nad półkami z samochodami była kartka AUTA, nad półką z grami była kartka GRY. Dzieciaki się opatrywały, podpytywały, zapamiętywały, porównywały napisy, zapamiętując całościowo. Panie przedszkolanki dbały o to, by w przestrzeni pojawiało się sporo słów do zapamiętania. I tak przez całe przedszkole. Z czasem, stopniowo dzieciaki znały już sporo wyrazów. Oczywiste było, że prędzej czy później będą musiały nauczyć się czytać  linearnie, czyli łączyć ze sobą głoski w sylaby i całe wyrazy, ale ta nauka często przebiegała już błyskawicznie, samoistnie. Sama zabawa w porównywanie imion między dziećmi (u kogo jakie litery występują "u mnie jest dwa razy A"!!) i zapamiętywanie jak łączą się one w znajomo brzmiącym imieniu była błyskawiczną nauką czytania. Imiona potrafią być naprawdę trudne i wymagające. 
Oczywiście nie jestem specjalistką od czytania globalnego, właściwie tylko się o nie otarłam. Wiem jednak, że  można też dość łatwo wprowadzać elementy czytania globalnego w domu przyklejając kartki z podpisami gdzie popadnie (niektórzy w ten sposób uczą dzieci angielskiego!), wykonać proste memo obrazkowo - wyrazowe do nauki czytania globalnego itp gry, loteryjki, książeczki Nie koniecznie wcale wydając kasę na specjalne materiały. Warto o metodzie poczytać, dokształcić się. Nam nie wyszło. Moje córki wszystkie kartki zdjęły z półek, ścian i szaf a potem je zjadły. Co kto lubi. 

Kolejna, obecnie najbardziej popularna metoda szkolna to nauka czytania, która wychodząc od analizy głoskowej (t-e-l-e-f-o-n: pod obrazkiem zaznacz w kwadracikach ile razy słyszysz "e", w których miejscach słyszysz "e", co słyszysz na początku a co na końcu), poprzez - przynajmniej teoretycznie - analizę sylabową i/lub syntezę  głosek w sylaby (ile sylab słyszysz w wyrazie). Aż do czytania wyrazów. Niestety. Nie dbają autorzy podręczników o to by dominowały sylaby przez co dzieci fiksują się na głoskach  i zapominają jak wyklaskiwać sylaby a czytać usiłują głoskując nawet najdłuższe wyrazy... na przykład k-a-l-o-r-y-f-e-r. A nawet jeśli łatwo domyślić się przy krótkim wyrazie czym on jest POMIMO przegłoskowania go, to już długi, trudny wyraz przeliterowany nie kojarzy się dziecku z niczym. I leżym oraz kwiczym. Wiadomo, dzieci myślą, bystre są, poradzą sobie i z tym kłopotem. Wcześniej czy później same załapią o co chodzi z czytaniem, ale po co im to utrudniać? Dodatkowym kłopotem w tej mało skutecznej metodzie jest uparte ignorowanie zasady stopniowania trudności we wprowadzaniu sylab. Jeszcześmy nie wprowadzili wszystkich spółgłosek a już dziecko zmaga się zbitkami spółgłoskowymi w zamkniętych sylabach. Bo akurat tak autorowi pasuje do "tematu dnia". A my tu musimy wszak skojarzyć wszystko ze wszystkim. 
Szczęściem ed pozwala nam olewać tę pseudointegrację i uczyć normalnie. Czytać sylabami na sylabach otwartych a świat poznawać poprzez zabawę, doświadczenie, obserwacje, czy co tam nam akurat pasuje.

Metoda godna polecenia, to oczywiście Montessori, ale ponieważ jej nie znam wystarczająco dobrze, więc nie opiszę (musiałabym cytować cudze blogi a w szczególności cudze zdjęcia gdyż metoda opiera się na specyficznym motessoriańskim materiale, a tego nie chcę robić). Faktem jest, że jedna z moich córek idzie poniekąd zgodnie z założeniami tej metody gdyż uczy się czytać i pisać zupełnie równolegle. Z tym, że nie dysponujemy zestawem pomocy (różowych, niebieskich itp) gdyż nie widziałam potrzeby organizowania sobie zestawów tych pomocy nie mając zamiaru uczyć tą metodą. Z Montessori lubię jej pomysł z szorstkimi literami (kształt litery z papieru ściernego naklejony na kartonik pomaga dziecku zapamiętać jej kształt nie tylko wzrokiem lecz i dotykiem, bardzo cenna pomoc, przydaje się szczególnie w pracy z dziećmi z trudnościami, np u potencjalnych dyslektyków), a jednocześnie nie podoba mi się koncepcja ruchomego alfabetu z liter pisanych na kartonikach, z których układa się całe wyrazy. Moim zdaniem litery pisane powinny się łączyć a takie na kartonikach czy klockach (to z kolei, bardzo popularne klocki glotto, Metoda Rocławskiego, glotto-dydaktyka, link tutaj: http://glottodydaktyka.pl/) łączyć się nie mogą. Leżą obok siebie jak czcionka do liter drukowanych. Nie potrafię tego zaakceptować, więc u siebie w domu odrzuciłam. Posiadam oczywiście kartoniki ze wzorami liter pisanych ale nigdy nie służą nam one do układania wyrazów czy zdań. Znów jednak, niezależnie od własnej opinii, zachęcam by samemu przyjrzeć się tym metodom (Montessorii i Rocławskiemu) i samemu podjąć decyzję. Obie metody mają swoich zwolenników wśród doświadczonych praktyków edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej a to jest mocny argument ZA. Jednakowoż nie są to ściśle metody nauki czytania. Raczej nauki pisania połączonej z czytaniem.

I niniejszym doszłam do meritum, czyli nauki czytania sylabami. Zanim przejdę do opisu jak to wygląda u nas wspomnę o metodzie sekwencyjno - symultanicznej, zwanej też krakowską. Metoda Jagody Cieszyńskiej. Oczywiście warto zapoznać się z metodą Jagody Cieszyńskiej na przykład tutaj:  http://www.sylaba.info/ . Można kupić zestaw materiałów "Kocham czytać" (jak dla mnie są one drogie, ale nie jestem obiektywna) i pracować z dzieckiem już w wieku przedszkolnym według zaleceń tej metody.
Jestem zwolenniczką czytania sylabowego, ale bez bicia przyznam się, że nigdy nie kupiłam ani jednego zeszytu Cieszyńskiej. Dla mnie wszystkie "metody" mają jedną wspólną wadę. Jeśli chcesz osiągnąć sukces musisz iść ścieżką zaplanowaną przez twórcę metody. Metodyk od tego jest żeby wiedzieć a ty korzystasz z jego pracy, wiedzy, więc robisz to tak jak on zaplanował. Wprowadzasz głoski, sylaby w odgórnie określonej kolejności, utrwalasz tak długo, aż opanowane zostaną w stopniu zaleconym przez metodyka zanim wprowadzisz następne, korzystasz z przygotowanych materiałów itd. [I jest to słuszne, poniekąd, sama doświadczyłam konieczności takiej pracy gdy zmagałam się z nauką czytania mojej najstarszej córki, która zapowiada się na mega dyslektyczkę. Konkretna metoda, określone etapy i długie treningi w ramach tych etapów bardzo nam pomogły. Nadal jednak nie była to metoda uniwersalna zaplanowana dla anonimowej grupy dzieci tylko metoda dopasowana do potrzeb mojej córci przez terapeutkę w poradni. Choć punktem wyjścia była metoda Cieszyńskiej to zmodyfikowana przez terapeutkę.] 
Tymczasem z mojego doświadczenia z pozostałymi córkami wynika, że niewolnicze trzymanie się jednej metody jest nie tylko  niewygodne ale w ogóle nie jest możliwe. Nie sposób wyrokować o skuteczności metody, która została odrzucona przez pacjenta. Wszak nie zmuszę do nauki według niechcianej metody, jest to całkowicie sprzeczne z ideą ed. I nie mam do tego cierpliwości. Nie oznacza to oczywiście, że nie stosuję przymusu do nauki. Stosuję, bo mam wymagania egzaminacyjne i nie mogę czekać, aż moje ukochane dziecko w wieku 11 lat uświadomi sobie, że umiejętność czytania jest mu potrzebna, więc pora jej nabyć. Przymus nauki czytania istnieje więc. Tyle tylko, że metodę nauki wypracowujemy razem. 

Pomijając sytuacje trudne, takie jak ryzyko dysleksji, ewidentne trudności w nauce - a są to sytuacje, które wymagają pomocy specjalisty, nawet jeśli tylko po to by przełamać niechęć młodego człowieka i wesprzeć zmartwionego rodzica, nauka czytania nie musi wymagać "czarów-marów" i mega nakładów finansowych. Wiele dzieci uczy się czytać zupełnie samodzielnie, jeśli się im w tym nie przeszkadza. "Mamo, a co to za literka? A jak się to razem czyta?" Zainteresowane czytaniem dzieciaki w mig chwytają, że inaczej się czyta pojedynczy znak a inaczej w połączeniu z innymi w wyrazie. Czasem wystarczy często czytać razem wodząc palcem po czytanym tekście i odpowiadać na pytania malucha, które szuka odpowiedzi na pytanie "Jak to się robi?". Do tego wystarczy komplet literek magnetycznych przyczepiony do lodówki w kuchni,gdzie można blisko mamy układać wyrazy podpatrzone w książeczce lub na etykiecie produktów trzymanych w lodówce ( można się nauczyć "MASŁO" można "UL. DUKATOWA" można "ALA MA KOTA"  albo "FIAT" czy "MERCEDES", podług woli i zainteresowań). W ten sposób czytać w wieku 5 lat nauczył się mój brat, mój mąż, moja bratanica. Oczywiście można zadać sobie pytanie, czy gdyby tak bystre dzieci były prowadzone jakąś super metodą nie nauczyłyby się czytać w wieku 4 lat? Może i tak, a może nie. Zresztą nie ukrywam, że ja osobiście nie wiem zupełnie po co? Lepszy start w życiu, większa samodzielność, stymulacja intelektualna itd. nie przemawiają do mnie nijak. Trzylatek ma największą frajdę ze wspólnego czytania z mamą, słuchania czytającej mamy. Tak uważam patrząc na moje dzieciaki. Ale zastrzegam - wypowiadam się tylko w oparciu o własne doświadczenia. Za to wspieram wszystkie mamy, które robiąc ed czują przymus wczesnej nauki czytania, bo trzeba, bo mogę, bo muszę, bo zaniedbam dziecko, ale mimo to wcale nie chcą i czują się winne, że tego nie robią. Otóż nie ma takiej konieczności. Można odpuścić, poczekać i nie oznacza to wcale, że dziecko nie nauczy się szybko czytać samo jak będzie starsze. Nasz grunt to wspierać dziecko i podążać za potrzebami, które sygnalizuje ale wszystko elastycznie. Nawet jeśli trzylatek wykazuje zainteresowanie literami i czytaniem to wcale nie ma pewności, że już zaraz się nauczy. Bo może właśnie zaraz znajdzie coś ciekawszego. My mamy luz. Uczyć czytać musimy w pierwszej klasie, czyli 7, a niedługo już 6 latki. Ale możemy nawet dwulatki. A to właśnie my, mamy, mamy najlepsze rozeznanie w potrzebach i możliwościach naszych dzieci. Oraz naszych własnych.

Jakiej książki użyć do nauki czytania? Można nie używać żadnej. Elementarz Falskiego ma sensowne - pod względem stopniowania trudności - teksty. Ale wcale nie jest przygotowany metodycznie pod kątem czytania sylabami. Litery prezentowane są samodzielnie a przykładowe wyrazy dzielone na głoski. Nam to nie przeszkadza, bo ja sylab używam niezależnie od podręczników i naukę czytania rozpoczynam od materiału indywidualnego. "Komnaty Literowe" były genialne i sylabowe, ale ostatnio nie można ich dostać. A wielka szkoda bo to niedrogi i bardzo dobrze przygotowany materiał. "Chcę czytać" K. Kamińskiej należące do materiałów JUKI dla rocznego przygotowania przedszkolnego to sensowny materiał też oparty na sylabie. I tani, można go kupić samodzielnie. Jako materiał do ćwiczeń w czytaniu przydaje się "Książka do ćwiczeń w czytaniu. Metoda 18 struktur wyrazowych". Sama metoda - jako całość - nie warta tego by się w nią angażować, (jest raczej metodą treningu czytania dla dzieci z trudnościami) ale materiał do czytania jest o tyle wygodny, że posegregowany schodowo pod kątem trudności sylabowej budowy wyrazów. Na początek znajdziemy 3 strony zdań składających się tylko z wyrazów dwusylabowych z sylab otwartych. Struktur jest 18 więc bardzo precyzyjne stopniowanie trudności. Godne uwagi dla rodzica, któremu kończą się pomysły na wyrazy i zdania. 
Tyle na temat przetestowanych, używanych u nas materiałów do nauki czytania (testowałam też klasyczne podręczniki, ale to jest właściwie dół, dno i kilometr mułu poniżej. Trzeba się nieźle ubabrać zanim się coś osiągnie. Wyrafinowana metoda utrudniania nauki, być może na zasadzie "co nas nie zabije to nas wzmocni". I czytanki takie głupie...

A teraz, od czego zacząć naukę poza wszystkimi metodami? Od samogłosek miłe panie. Kroku nie zrobimy w sylabach jeśli się dziecię nie nauczy samogłosek. Uczymy się kojarzyć obrazek samogłoski z dźwiękiem. Można przed lustrem, bo na przykład usta mówiąc "o" układają się w kółeczko, czy owal. Literka "e" się uśmiecha podobnie jak buzia, kiedy mówi samogłoskę "e", "a" jest duże i szeroko otwarte, trochę jak namiot, "u" wyciągnięte w ryjek a wygląda jak dołek. W ten sposób można się bawić szukając skojarzeń, które pomogą zapamiętać a później szybko przypomnieć bez wypowiadania głoski tylko przy pomocy samego ułożenia ust. Można też rysować obrazki na samogłoskę pomagające skojarzyć jej obraz literowy z brzmieniem. Jak byśmy tego nie robili prawdą jest, że znajomość samogłosek to podstawa. (Tutaj można tradycyjnie podczas wykonywania ruchomego alfabetu wykorzystać podział kolorystyczny: czerwone są samogłoski a spółgłoski czarne lub niebieskie. Samogłoski daje się śpiewać a próba zaśpiewania spółgłoski zakończy się śpiewaniem "yyyyyy"). Następnie bawimy się w sylaby otwarte. Tu możemy postąpić dwojako. Wprowadzić spółgłoskę i połączyć ją z samogłoskami w sylaby, nauczyć dziecko odczytywać sylabę jako płynne przejście od spółgłoski do samogłoski. Bawimy się w przeciąganie i na końcu dodajemy właściwy dźwięk: "ssssssssaa", "ssssssssu", stopniowo skracamy brzmienie spółgłoski dążąc do szybkiego wypowiedzenia - lub zaśpiewania właśnie - sylaby "sa". To jest metoda dla dzieciaków, które odkryły frajdę literowania czy głoskowania i nie chcą jej porzucić. I tak prędzej czy później muszą zaakceptować sylaby a można im w tym pomóc. Warto nalegać na płynne łączenie poznanych głosek w sylaby. Warto stoczyć o to kilka małych bitew, poświęcić czas na tłumaczenie, prezentacje różnicy między brzmieniem: "p-a-r-a-s-o-l" o "pa-ra-sol". Moje córki, niezależne dusze, bardzo upierały się aby literować, gdy tylko nauczyły się liter. Stopniowo udało się je przekonać do sylab a to znakomicie wpłynęło na przyspieszenie tempa własnej nauki czytania. 
Druga opcja jest taka, że wprowadza się sylabę jako całość zanim dziecię odkryje to nieszczęsne literowanie/głoskowanie (to nie jest to samo, ale dzieci potrafią je stosować wymiennie lub mieszać). Uczymy się sylab jako całości: "ma me mi mo mu my" i dopasowujemy już gotowe sylaby do obrazków bawiąc się w szukanie początku nazwy obrazka - to jedna z zabaw, "ha he hi hu ho" łączymy z obrazkami śmiejących się dzieci i Mikołaja, itd. Szukamy sposobów na zapamiętywanie sylab jako całości. 
Mamy też taką zabawę na początek nauki rozpoznawania sylab, łączymy kartonik ze znajomą już samogłoską z uczoną sylabą tak by samogłoska pasowała do tej w sylabie. I odczytujemy samogłoskę i całą sylabę.
Nasza ulubiona zabawa to klasyczne odczytywanie głośno sylab z karteczek ułożonych na stole.
Zaczynamy od tego, że układam dwa komplety sylab i dziecię ma dopasować takie same, potem ja czytam a dziecię powtarza, potem dziecię czyta tak jak ja ale samo, potem dziecię pokazuje a ja czytam na wyrywki a potem ja pokazuję a dziecię czyta na wyrywki.
Mam do tych zabaw specjalnie przygotowany komplet sylab (wysyłam prywatnie mailem każdemu chętnemu pdf do druku, do tych sylab mam również ruchomy alfabet tak przygotowany, by na kolejnych etapach można było dodawać dowolne samogłoski to sylab otwartych i tworzyć w ten sposób sylaby zamknięte i wyrazy. Sylaby i alfabet są tego samego rozmiaru i tą samą czcionką. Drukowałam na bloku technicznym, moje kartoniki przeżyły już cztery lata i właśnie zaczyna się na nich uczyć czwarta córka, a nie były zafoliowane.) Poniżej wrzucam parę zdjęć.







Oczywiście moje sylaby są w zestawie z drukowanych liter małych oraz w połączeniu pierwsza wielka - druga mała, ponieważ w druku tak właśnie będą wyglądały. Zdanie zaczyna się wielką literą ale w środku wyrazu wielkie litery nie występują. Z moich sylab można więc układać całe zdania. Osobno, do ruchomego alfabetu dołączone są wszystkie znaki interpunkcyjne. Jedno ze zdjęć powyżej prezentuje również naszą zabawę w zapamiętywanie wielkich i małych liter. Ja układam wzór, pierwszy ciąg sylab, a córcia dopasowuje takie same sylaby: ponad moim ciągiem zaczynające się wielką literą a pod nim te, które zaczynają się małą.

Kiedy już opanujemy pierwszy komplet sylab tworzymy z nich proste wyrazy (ma-ma) a następnie uczymy się kolejnego kompletu. Gdy kompletów jest kilka układamy z nich na stole tabliczkę (tak by pod sobą leżały sylaby z takimi samymi samogłoskami i bawimy się w odczytywanie pionowo i poziomo... Wtedy czytamy tak: ma, mo me mi mu my, ta to te ti tu ty, sa so se si su sy albo ma ta sa, mo to so, me te se itd.  To już zabawy sylabowe na dalszym etapie, ale tak czy inaczej wciąż są to jedynie sylaby otwarte. 






W jakiej kolejności dodajemy nowe sylaby (mam na myśli kolejność samogłosek)? Oczywiście każda metoda ma swoją własną kolejność. U nas rządzi zasada użyteczności. Naszym celem jest by dziecko mogło jak najszybciej czytać wyrazy i zdania. Zaczniemy więc od sylab na "m": ma jak mama, kolejne będzie "t": ta jak tata. Teraz układamy już takie wyrazy: "mama", "tata", "mata", "tama", i zabawne a nic nie znaczące: "timu" "mote" itp. Następne zwykle są zestawy sylab z "l", "d" "s" "b" "k" bo już chce się nam układać "lody", "lato", "buty", "lisy", "loki", "kasa" itp. Zwykle wspólnie szukamy wyrazów do ułożenia, często ja układam listy wyrazów i wg. nich wprowadzam nowe sylaby. Czasem bawimy się karteczkami z obrazkami pożyczonymi z gier i loteryjek, oczywiście na początek wyszukuję obrazki tylko do wyrazów dwusylabowych z sylab otwartych. Uważam, że ten etap to już pole do twórczości rodziców i dzieci. Bywa tak, że po załapaniu pierwszych 5 kompletów sylab cała reszta idzie błyskawicznie a dziecię samo upomina się o sylaby zamknięte: "kot", "lis", "sok" i chce układać wyrazy dwusylabowe z sylabą zamkniętą. Uczenie się czytania wolne od określonej metody ma tę zaletę właśnie, że pozwala nam na przeskoczenie pewnego etapu, wcześniejsze wprowadzenie głosek "ę" i "ą" czy dwuznaków. Zwykle te ostatnie dochodzą późno, dziecko potrafi już czytać całe zdania a nawet pierwsze książeczki z serii Czytam sam wydawnictwa EGMONT. Książeczki te nie przestrzegają zasady czytania prostymi sylabami ale za to nie ma w nich trudnych głosek i dwuznaków. Jest to jednak już ten etap nauki czytania,który idzie dużo szybciej - przynajmniej u starszych dzieci - sześcioletnich, na przykład. Jednocześnie pokonujemy trudność zbitek spółgłoskowych, dwuznaków oraz obecność "ą" i "ę". Warto więc zadbać o wypożyczenie prostej książeczki do samodzielnego czytania z biblioteki: jedno zdanie do obrazka i duży druk a oddzielnie pracować na trudniejszych zdaniach i wyrazach. To jest też moment gdy urozmaicenie materiału, zabaw, form ma wielkie znaczenie. Proste książeczki można też pisać samemu a ilustracje tworzyć wspólnie. Proste zdania do losowania i czytania nawet z rozsypanek wyrazowych to kolejna zabawa. Ha! Był taki moment gdy zapisywałam całe arkusze zupełnie przypadkowych kartek wyrazami zdaniami wymyślanymi podczas gotowania, zmywania, wstawiania prania, na spacerze (zawsze miałam przy sobie notesik). Raz były to wyrazy trzysylabowe z sylab otwartych, innym razem wyrazy z sylab otwartych i jednej zamkniętej z głoską "sz", innym znów same jednosylabowe zamknięte z "ą" i "ę". Gdy ćwiczyłyśmy czytanie nowej trudności to skupiałyśmy się na nim kilka dni. Inne zabawy to rozsypanki sylabowe: "jaki wyraz możesz ułożyć z leżących tu sylab?" i niekoniecznie musiał być to prawdziwy wyraz. Chodziło głównie o to, żeby był dobrze odczytany. 
Kolejnym etapem są gry, które dzielą już wyraz na głoski i litery  i tu pojawiają się rozsypanki literowe oraz klasyczne scrabble lub takie w wersji junior. Jeśli dziecko raz załapało porządnie czytanie sylabowe to takie gry i zabawy są przygotowaniem do pisania bo pisząc dziecko i tak zaczyna samo,intuicyjnie dzielić wypowiadane sylaby na kolejno zapisywane litery...

Większość pomocy, czyli wyrazów do czytania oraz zdań, wykonywałam samodzielnie. I nadal wykonuję. Piszę odręcznie literami drukowanymi  na brystolu lub drukuję. Można w ten sposób zorganizować jeszcze grę "w ogonki" czyli łączyć wyrazy w ciąg, w którym każdy kolejny zaczyna się głoską, którą zakończył się poprzedni. Albo grę w łączenie rymów.
Bardzo dobrą formą tych gier jest memo: szukanie par takich samych sylab (albo różniących się jedynie zapisem wielkie i małe litery), szukanie par takich samych wyrazów lub par rymujących się wyrazów. 
Inna prosta gra to łączenie w pary obrazka z podpisem a dla młodszych, zaczynających naukę dzieci obrazek i sylaba, która zaczyna jego nazwę (obrazek butów i sylaba "bu"). Jeszcze inna prosta zabawa to losowanie sylaby i wyszukiwanie jak najwięcej wyrazów zaczynających się na tę sylabę. 
Sylaby można pisać na kamykach, naklejać na kapsle lub nakrętki, drukować na kartonikach... ilość możliwości uatrakcyjnienia tych zabaw jest niemal nieograniczona a wszystko zależy od naszej własnej twórczości. 
Czasem przychodzi taki moment, że dziecko zwyczajnie zaczyna płynnie, choć wolno, czytać już wszystko. Tabliczki z nazwami ulic, etykiety z opakowań z jedzeniem, posty na fb... Wtedy nasza rola ogranicza się do zapisania dziecka do biblioteki (jeśli jeszcześmy tego nie zrobili) i do regularnego zabierania tam młodego człowieka zawsze gdy my sami idziemy zmienić książkę. Bo oczywiście zmieniamy książki w bibliotece nie rzadziej niż raz - dwa razy w miesiącu, prawda?  

PS. Dopisek ten robię w dniu 18 maja 2016r, dla wszystkich, którzy czytają ten artykuł  i obawiają się, że ponieważ jest on stary to nie aktualny. Otóż szanowny czytelniku, jak najbardziej, jeśli potrzebujesz, dziś również wyślę Ci sylaby. Tak samo jak rok temu :). Zawsze bezpieczniej napisać prywatnie na mój mail, ale równie rzetelnie staram się odpowiadać na prośby zawarte w komentarzach. 
Powodzenia w zmaganiach.

P.S.2. U mnie ta córeczka, która uwieczniona jest na zdjęciach teraz już samodzielnie śmiga przez książki, zapisana do dwóch bibliotek, a czasem czyta na głos młodszym siostrom. A my brniemy przez sylaby z czwartą, 5,5 letnią córeczką. Na razie lajtowo, nie ma pośpiechu. Od września już na poważnie.

P.S.3. Sytuacja na rok 2019 - czwarta córeczka nauczyła się czytać w wieku 6 lat, a w wieku 7 ze zdumieniem odkryliśmy u niej wyraźne sygnały kłopotów dyslektycznych, ale głównie w czytaniu nut! ha :)  każde dziecko jest inne. Mamy już za sobą naukę czytania piątej córki, która po sylaby nie sięgnęła ani razu, po prostu... nauczyła się czytać. Najpierw nauczyła się rozróżniać wszystkie litery, gdy miała 4,5 roku, a w wieku 5 lat sama, intuicyjnie zaczęła je łączyć ze sobą w sylaby. Czytała sylabami wszystko co jej wpadło w ręce, a zaczynała na Falskim. Teraz, ma 6 lat, czyta płynie i codziennie sama sobie, do poduszki, kolejną książkę. I oczywiście pisze :). Właśnie 6 córka zaczyna dopytywać się o litery i  rozpoznawać samogłoski. Ciekawe ile jej zajmie nauka czytania...

piątek, 5 września 2014

Podręczniki, ale jakie?

Pytają mnie ludzie….

Często pojawia się ostatnimi czasy pytanie o podręczniki dla maluchów. Czy kupować, jeśli kupować to jakie, czy korzystać z darmowego Elementarza dla pierwszaka, jakie podręczniki wybrać dla zerówkowicza nawet! Choć to ostatnie wydaje mi się już tak absurdalne, że sporo czasu zajęło mi zrozumienie źródła jego powstania.
Odpowiedź na pytanie brzmi: nie wiem. Podręczników jest dużo a ja obejrzałam zaledwie kilka. Osobiście uważam, że żaden nie jest potrzebny i znam rodziców w ed, którzy korzystają z podręczników szkolnych tylko sporadycznie. Napiszę jednak kilka zdań, swoich refleksji, swojego doświadczenia i dodam, jako bonus, listę podręczników, których należy unikać.

Czym jest podręcznik, że tak wiele uwagi zajmuje? Jest to pomoc edukacyjna w realizacji programu. Jedna z pomocy, wcale niekoniecznie ta najlepsza, ale w przypadku szkół publicznych, korzystających ze standardowych, popularnych programów, dedykowany im podręcznik jest z pewnością pomocą najwygodniejszą dla nauczycieli i uczniów. Głównie z tego powodu, że klasę liczącą między 20 a 30 dzieci trzeba jakoś utrzymać w ryzach i najłatwiej jest pracować na jednakowym materiale ze wszystkimi, zwłaszcza, że pracuje się z tą grupą kilka godzin dziennie. Przeciętnemu nauczycielowi potrzebny jest stały rytm, wspólny materiał, rutyna. (Widziałam kiedyś film o autorskim pomyśle klasy bez podręczników, bez rutyny i z pełną indywidualizacją. Ale tej klasy nie prowadził przeciętny nauczyciel. Ależ to było piękne miejsce...)
Tu warto zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad taka kwestią: skoro podręcznik jest pisany do programu, jako narzędzie do jego realizacji, to gdzie się podziewa program do którego powstał rządowy Elementarz, hę? Widział go ktoś? Słyszał ktoś coś? Nijak nie. Podręcznik realizuje podstawę programową, podobno. Zabawne. Wszak podstawa miała być... podstawą programową. Takim tworem, w oparciu o który nauczyciele i metodycy mogą tworzyć własne programy. Jednocześnie zawiera ona spis oczekiwanych osiągnięć dziecka, wymagania szczegółowe na koniec konkretnego etapu edukacyjnego, które mogą być wytyczną do pracy z dzieckiem (dla nas, edukatorów domowych, to one właśnie są najważniejsze). Ale nie jest ona programem, ani minimum programowym. To gdzie jest program do Elementarza? Otóż nie ma, najwyraźniej. Przestał być potrzebny, naga prawda wyszła na jaw. Zgodnie z zapisem z podstawy programowej: „Szkolny zestaw programów nauczania, program wychowawczy szkoły oraz program profilaktyki tworzą spójną całość i muszą uwzględniać wszystkie wymagania opisane w podstawie programowej. Ich przygotowanie i realizacja są zadaniem zarówno całej szkoły, jak i każdego nauczyciela.” Metodycy pracujący dla wydawnictw musieli się męczyć układając jakąś całość, planować, uzasadniać ją dobrem dziecka, globalnym rozwojem,  taką czy inną ideą rozwojową. Miała być to całość pod względem metodycznym i merytorycznym, gdzie wyszczególnione są cele i zadania a treści powiązane ze sobą tak by dziecko mogło naturalnie przechodzić od jednych zagadnień do drugich. Ministerstwo już nie musi. Czyżby stawiane wydawnictwom oraz nauczycielom, do tej pory, wymagania były tylko przysłowiową "kłodą pod nogi"? A dla dobra dziecka to już wszystko jedno co, kiedy i jak? Pewnie dlatego Elementarz to taki zlepek kolorowych plakatów i kart pracy przypadkowo połączonych klejem między okładkami. Albo może zarządzenie, nawet nie wiem, które, przestało obowiązywać. Albo Ministerstwo oraz rządowy Elementarz są ponad to. I git.

No to mamy ten Elementarz jako jakiś pomysł dla pierwszaka. Brać czy nie brać? Jest sens zastawiać tym półkę? A co będzie jak dziecko go zniszczy przez naszą, rodziców, nieuwagę? Może lepiej bez niego? Bezpieczniej? Tak. Bezpieczniej. I nie tylko z tego powodu. Ten Elementarz nie pomaga w nauce czytania. Nie najlepiej radzi sobie z matmą. Wiedza ogólna, przyrodnicza i społeczna? Powierzchowna, tendencyjna, nudna dla dziecka, które uczy się w ed, żyjąc. Może się przydać Elementarz? Może. Autorzy dokonali jakiegoś rozkładu materiału, tworząc tę książkę a na końcu każdej części znajduje się lista zdobytych umiejętności i wiedzy. My, edukatorzy domowi, jeśli nie korzystamy z gotowca, musimy rozkład materiału zrobić sami w oparciu o podstawę i wymagania egzaminacyjne nadesłane przez szkołę. Można wykorzystać Elementarz jako źródło informacji "czy robiąc te wszystkie twórcze, indywidualne cudowności w ed, gdzieś nie zagubiłam minimum programowego". Ale do tego celu wystarczy nam pdf  Elementarza pobrany ze stron ministerstwa. Nie mówiąc już o tym, że w zupełności wystarczą nam wymagania wysłane przez szkołę. Może lepiej, żeby się nam ten "zlepek" kolorowych kart do niczego nie przydawał? Po co dzieciom wodę z mózgu robić? I sobie?

Po wykończeniu rządowego gniota wrócę na chwilę do zagadnienia podręcznika dla zerówkowicza. Szczerze mówiąc nie przyszłoby mi do głowy poruszanie tego tematu, gdyby nie to, że natknęłam się na takie pytanie zatroskanej mamy. Jaki "box" dla dziecka zapisanego do zerówki wybrać? Otóż żaden drodzy rodzice. Żaden. Bo nasz maluch ma się uczyć tego, czego ma się uczyć w zerówce, przez zabawę. Manipulację na konkretach, konstruowanie a nie wypełnianie jakiś durnowatych kart pracy z jakiegoś infantylnego boxu. Infantylnego,  a jakże, musowo. Nie może nie być infantylny, skoro nie wolno uczyć dziecka czytać, pisać a nawet liczyć! To co tam będzie? Szlaczki, kolorowanie drukowanych kształtów liter, nazywanie obrazków, jakieś proste labirynty, przyklejanie naklejek... serio, takie zabawy to można dziecku sprezentować kupując "Wielką księgę przedszkolaka" wydawnictwa Olesiejuk, albo teczkę "Mam 5 lat", albo dowolną książeczkę z łamigłówkami dla malucha (warto jednak sprawdzić, czy szata graficzna jest wporzo, coby dziecku szpetotą gustu nie psuć), albo przysiąść fałdów i codziennie wieczorem naszykować kilka takich zadanek własnoręcznie, markerem na kartonie. I też będzie dobrze. Przy okazji spokojnie nauczyć czytać, liczyć do 100, dodawać i odejmować, porównywać i co tam nam jeszcze przyjdzie do głowy, a wszystko to grając w gry i budując z klocków, oraz czytając z dzieckiem książki, oraz robiąc ciekawe doświadczenia z książki "365 doświadczeń na każdy dzień roku" lub "Eksperymenty mądrej żabki" Nicole Borgmann. Tak zwany "test gotowości szkolnej" sprawdza pewne konkretne umiejętności i poziom rozwoju dziecka, umiejętności analizy i syntezy wzrokowej i słuchowej, i bardziej się dziecku przyda układanie puzzli, mozaiki Montessori, tangramów, oraz zabawy słuchowe w sylabizowanie i wysłuchiwanie głosek na początku i końcu wyrazu, oraz zabawy orientacyjne i porządkowe, niż  wypełnianie kart pracy z jakiegoś boxu. Mamo, tato, nie dajcie się upupić! Mentalne odszkolnienie to podstawa. Odwagi!

Pierwsza klasa to już poważna sprawa i nie bez kozery spędza sen z powiek rodziców, którzy nie mając wykształcenia w tym kierunku zastanawiają się "czy ja potrafię sam nauczyć moje dziecko czytać, pisać, liczyć?" Zabawne. Większość dzieciaków idzie do pierwszej klasy umiejąc czytać i liczyć, a nauka pisania, choć monotonna i nudna, specjalnie skomplikowana  nie jest. (Wystarczy wydrukować kształt litery na dużym kartonie, lub napisać markerem, bawić się rysowanie po śladzie, na ścianie, w kaszy mannej, kalkowanie, lepienie z plasteliny, potem w dużej liniaturze, potem w małej, potem w sylabach otwartych - ma, mo, mi, mu itd żeby nauczyć łączenia w pisaniu, potem w prostych wyrazach, po śladzie i przepisywaniu ich itd. Jedna litera - jeden dzień. Utrwalamy kilka dni i następna litera, nauczymy pisać szybciej niż podręcznik a użyjemy do tego kartonów, wielkiej płachty papieru do pakowania, liniatury, markeru i ołówka. Jedyna zasada, której powinniśmy się trzymać to konsekwencja w metodyce. Jeśli zaczęliśmy w ten sposób pół alfabetu to zróbmy tak i resztę, od bałaganu dzieci głupieją. Podaję, przy okazji, link do strony gdzie można znaleźć gotowe do druku wszystkie litery, szlaczki, łączenia, wyrazy itp.: http://www.kaligrafowanie.pl/ ). 
Będzie się to zmieniać oczywiście, bo teraz do pierwszej klasy pójdą dzieci, które są za małe na wysiłkowy trening pisania (precyzyjnie w małej liniaturze), i które raczej nie będą jeszcze czytać. Teraz najważniejsze będzie więc, niekoniecznie to jak im pomóc, ale jak im nie przeszkadzać... Czytanie, liczenie to takie umiejętności, które większość dzieci chętnie zdobywa samemu. Istnieje też ogromna ilość metod, elementarzy, książeczek, a i tak zwykle najlepiej sprawdzają się domowym sposobem wykonane: sylaby i ruchomy alfabet, z których dzieci układają proste wyrazy, potem coraz trudniejsze. Samodzielne ułożenie prostych zdań, które można wydrukować dziecku w domu, to też nie jest wielki problem. Ot, zastanawiamy się jakie to to zna litery? Sylaby? Bierzemy je i próbujemy coś  stworzyć... na przykład: Motyl lata nad łąką. Mama myje gary. Tata nosi zakupy. Ala ma korale. Ola lubi lody. I tym podobne. Rodzic swoje dziecko zna i może dopasować poziom trudności zdań indywidualnie do swojego dziecka a również tematykę. Dla chłopca pewnie ciekawsze będą: Samolot lata wysoko, czy coś takiego; nie wiem, u mnie same dziewczyny.

Konkretne, dobrze znane, sprawdzone metody nauki czytania to: Doman (ale nie dla dzieci szkolnych, Doman jest dla maluchów, zaczynamy już z półtorarocznymi i młodszymi dziećmi, jeśli ktoś chce, u starszych dzieci nie ma efektów); metoda Jagody Cieszyńskiej "Kocham czytać" (inaczej metoda symultaniczno-sekwencyjna, sprawdzona i skuteczna metoda nauki i terapii czytania) ale ten komplet jest drogi.  A też niedawno usłyszałam, że dziecko znudziło się pracą z tym materiałem.  Mama się niepokoiła, że córka chce robić następny etap a nie opanowała pierwszego, a metoda na to nie pozwala, bo najpierw trzeba opanować te podstawowe sylaby a potem coraz trudniejsze, a potem wyrazy, wszystko po kolei. Otóż metody tak mają, tak są przez metodyków, terapeutów tworzone. Tymczasem dzieci, normalne, bystre, czasem tą rutyną się nudzą. Nie chce im się uczyć codziennie rozpoznawania tych samych sylab, chcą czytać wyrazy, zdania, książki! I wtedy metoda idzie w kąt a dziecko wyciąga książeczkę i powoli, mozolnie odcyfrowuje litery, głoskując i łącząc te głoski w sylaby i od razu w wyrazy i zdania. I kto dziecku zabroni? Moja Trzecia tak robi, a bardzo nam się sprawdza Elementarz Falskiego.

Kolejna dobra propozycja dla 6/7 latka to "Komnaty literowe" Danuty Gmosińskiej i Violetty Woźniak.  Pozycja wielostronnie przygotowująca do czytania i pisania, metoda opiera się o sylaby. Przy tym jest ciekawa a naukę przedstawia jako przygodę i poszukiwanie skarbu. No i tania, choć akurat ostatnio niedostępna, mam nadzieję, że to tylko chwilowy brak.
Z czystym sumieniem mogę również polecić wyżej wspomniany "Elementarz"  Falskiego, który poza nauką czytania ma dużo dobrze skonstruowanych tekstów i, wbrew pozorom, archaiczność języka niekoniecznie jest przeszkodą. Moje dzieci chętnie i z zainteresowaniem czytają czytanki z Falskiego, często też są one punktem wyjścia do całych zajęć, o środkach transportu, samolotach, zwierzętach, kosmosie czy układzie słonecznym. Ja zachwycam się wspaniała ciągłością metodyczną tego podręcznika i dobrze przemyślanym stopniowaniem trudności. Ach, i jeszcze coś! Mamy początek września,  czytamy jedną z pierwszych czytanek, dziecko zna dopiero kilka liter, a już w czytance pojawia się zadanie dodawania w zakresie 10, na konkretach, bo liczymy osy na obrazku, ale zapis matematyczny, jak najbardziej, występuje. I proszę! Cała reszta pierwszaków właśnie uczy się liczby 2. Serio, ja bym obstawiała Elementarz Falskiego dla potrzeb ed.
Na koniec zaproponuję jeszcze "Chcę czytać" Krystyny Kamińskiej, wydawnictwa Juka. Cienki zeszyt A4, sama nauka czytania, choć jest i w komplecie "Chcę pisać", dla zainteresowanych. To wersja najtańsza i najzwyklejsza. A i tak o niebo lepsza od darmowych wypocin robionych w biegu na zlecenia naszego rządu. W ed może być pomocna, lub zupełnie wystarczająca do nauki (jeśli dziecko nie ma żadnych "specyficznych trudności" ryzyka dysleksji itp), potrzeba będzie tylko wzbogacać ją czytankami.

 Elementarz Falskiego i "Chcę czytać" sprawdzają się wystarczająco dobrze, przy czym Elementarz zawiera duży zbiór tekstów, a zeszyt pani Kamińskiej to tylko podstawa nauki czytania. 
"Kocham czytać" i "Komnaty literowe" sprawdzają się w terapii trudności, lub jako wspomaganie nauki u dzieci z trudnościami. Będą oczywiście również dobrymi podręcznikami dla dzieci bez trudności.  
To nie są, oczywiście, wszystkie dostępne na rynku, lub tez nawet najlepsze z dostępnych na rynku, pozycje. To są te publikacje, które mogę ocenić bo z nimi pracowałam.

Pewnie, że zaraz mnie tu ktoś zmiesza z błotem, że bagatelizuję, ale tak naprawdę do nauki czytania podręczniki z boxów potrzebne nie są. Często wystarcza samodzielnie wykonane: ruchomy alfabet i sylaby. Wyrazy. Zdania. Teksty. 

Nauka pisania to trening umiejętności, do którego wszystkie potrzebne szablony, wzory i pomoce można znaleźć w sieci i też podręcznik potrzebny specjalnie nie jest. Jeśli robimy ją równolegle do nauki czytania to po prostu konsekwentnie pracujmy wybraną metodą.

 Cała reszta, w tym matematyka, w podręcznikach do pierwszej klasy, nie jest najlepsza. Można z nich korzystać oczywiście, ale dzieci szybko się tym nudzą bo to schematyczne, ograniczone, nudne i zaraz się okaże, że te wszystkie karty pracy kupione za ciężkie 250 czy 300 zł leżą nie używane, bo dziecko patrzeć na to nie chce, tylko: "Mamo, ty mi wymyśl zadanie" prosi.
Piszę z własnego doświadczenia. Zadania z matematyki to nam najlepiej wychodziły tak: (przypominam, że układane dla dziewczynek). Córki dostawały białe kartki A4 i ołówki, lub kredki. Mama dyktowała zadanie. "W lesie mieszkają dwie wróżki, wodna nad rzeką i leśna wśród drzew (i narysowałam im te wróżki). Domek wróżki wodnej był cały z kwadratów a leśnej z trójkątów (dzieci rysują i mamy zaliczone figury). Wróżka posadziła trzy kwiaty, w kolorach czerwonym po środku, niebieskim po prawej i żółtym po lewej. Nad domkiem latał ptak a obok motyl (orientacja przestrzenna). Żeby było szybciej można te elementy narysować, wyciąć i dziecko je tylko układa. Co dalej... Wróżka upiekła okrągłą pizzę i podzieliła ja na 8 kawałków, zaprosiła 8 wróżek w gości, czy dla wszystkich wystarczy po kawałku pizzy?" Itd, wymyślać przygody tych wróżek, które się odwiedzają i pokonują kolejne kilometry (ile razem? która więcej?) albo umawiają się na godzinę i spóźniają albo spędzają czas razem (ile?), są od siebie młodsze lub starsze, mają siostry (kto ma więcej lat, kto ma więcej sióstr?) i w ogóle robią całą masę rzeczy, które trzeba liczyć i porównywać. I zadanie gotowe. Oczywiście zamiast wymyślać sztuczne wróżki można to samo robić we własnym domu, a nawet należy się tak bawić szczególnie z młodszym dzieckiem (zerówkowiczem, pierwszakiem, bo te zadania na papierze to u nas już klasa druga), porównywać wiek dzieci, kuzynów, rodziców. Piec i gotować razem licząc i mierząc. Obserwować upływ czasu podczas prac domowych i na spacerach... Pozwolić dziecku samemu robić zakupy i za nie płacić.  A poza tym jest sporo gier matematycznych i strategicznych, które zawsze są lepszym rozwiązaniem niż karta pracy z boxu.

Do pierwszej klasy kupiłam moim córkom boxy polecone przez szkołę, (a co tam, raz spróbowałam, w ramach programu "wyprawka" dostałam zwrot za te książki, nie było mi żal). Używałyśmy ich różnie, czasem trochę, czasem wcale. Największy minus posiadania ich był taki, że upupiały mnie samą swoja obecnością. Wiedziałam, że są... marne, a i tak coś mnie ciągnęło, jakby przekonanie, że jeśli dziewczynki je wypełnią "od deski do deski" to będą umiały to co powinny. Bzdura, oczywiście, ale ten cichy głos pojawiał się czasem w mojej głowie. Przygnębiał mnie. Był to zestaw "Nasze razem w szkole" i serdecznie odradzam kupowanie go. Jest beznadziejny.  Rok później, do drugiej klasy, kupiłam już wybrany przez siebie, osobiście zestaw Didasko, który mi się spodobał. Kupiłam tylko jeden, na spółkę i dziewczynki jedyne co zrobiły całe bardzo chętnie to "Księgę przygód". Podręczniki w większości tylko przewertowane, choć sporo teksów czytałyśmy razem traktując je jako punkt wyjścia do własnych poszukiwań. Ale matematyka mnie zupełnie załamała. Dodawanie do tysiąca, mnożenie do stu ale za to zupełny brak dzielenia. Why?? W tym wszystkim jednak sporo ciekawych zadań z treścią, bajki matematyczne, zabawy matematyczne itd. Często ciekawe.
W tym roku mam używane komplety podręczników do trzeciej klasy po bratanku "Odkrywam siebie i świat" wyd. MAC i po synu znajomych "Gra w kolory" Juki, pewnie zajrzę do nich czasem. Może z raz na tydzień. Przy czym wśród znajomych "Gra w kolory" cieszy się lepszą opinią. Ja własnej jeszcze nie wyrobiłam. Na razie mamy co robić i podręczniki kurzą się na półkach.
Dla mojej powtarzającej zerówkę córci kupiłam księgę z łamigłówkami "Księgę przedszkolaka" wyd. Olesiejuk (łączenie kropek, proste krzyżówki, labirynty, dopasowanie cieni, odszukiwane różnic itp) - córcia za tym przepada a są to istotne ćwiczenia percepcji wzrokowej. Czytać uczymy się  na Elementarzu Falskiego, ale pewnie kupię jej "Komnaty literowe" bo oglądała te po starszych siostrach i bardzo jej przypadły do gustu, wciąż się upomina o swoje własne. Zabawy z czytaniem sylabowym czasem stosujemy, ale kupowanie "Kocham czytać" - całość jest droga - w ogóle nie wchodzi w grę bo córcia woli uczyć się czytać płynnie łącząc głoski w sylaby i od razu w cały wyraz a potem zdanie. Czytanie samych sylab tak szybko ją znudziło, że przestałam ją do tego namawiać. (Wiem na czym polega metoda Cieszyńskiej, na wypadek gdyby ktoś pomyślał, że źle ją stosowałam, moja najstarsza córka uczy się sylabowo i żaden inny sposób nie działa. Ale Trzecia chce po swojemu a ja uważam, że to jest jej czytanie i skoro taką metodę dla siebie wybrała, to wie co robi.)  A matmę robimy przez zabawę, zresztą ona akurat podpatruje zadania sióstr i uczy się już dodawać i odejmować zupełnie sama.
Może szarpnę się i będę stopniowo dokupywać książeczki z systemu PUS, bo nieźle się nam sprawdza jako metoda samodzielnej pracy. (System pracy PUS, bardzo wygodny do samodzielnej pracy dziecka, popularny od wielu lat w poradniach PP, można na nim uczyć czytania, matematyki, wiedzy ogólnej i rozwijać aspekty percepcji wzrokowej - polecam. Zestaw kontrolny oraz zeszyty z ćwiczeniami dostępne w sklepie internetowym wydawnictwa EPIDEIXIS - www.pus.pl)

W takim razie kupować te podręczniki do klas 1 - 3 czy nie? Można.  Jako pomoc, przykładowy rozkład materiału. Ale wtedy używane, bo taniej. I może niekoniecznie dawać je dziecku, które samo nie czyta, czyli w pierwszej klasie. W drugiej i trzeciej to już oczywiście dziecko sobie samo z tego podręcznika wiedzę interesującą je wyciągnie. To czego należy unikać to monotonnego wypełniania schematycznych kart pracy. Najmniej przydatne będą w tej sytuacji karty matematyczne, chyba, że trafimy na sensowne zadania z treścią. Najbardziej przydatne mogą się okazać podręczniki do "Wiedzy ogólnej". Na mojej półce stoją używane podręczniki, o których pisałam już, oraz stary i nieobecny na rynku "Mój świat" PWN (po młodszym rodzeństwie) - bardzo dobry, chlip, chlip, szkoda, że przestał istnieć, nawet matematykę ma dobrą. 


Omijać wielkim łukiem gotowe karty pracy. Robić własne, razem z dzieckiem. Z młodszym dzieckiem (zerówka, pierwsza klasa) poświęcać sporo czasu na opowiadanie obrazków, historyjek, tworzenie opisu wydarzenia. Ze starszymi dziećmi czytać tekst i układać do niego test sprawdzający czytanie ze zrozumieniem. Codziennie pisać choć kilka zdań ale tematy wymyślać samemu. Zadania z matematyki też samemu, lub z sensownych zbiorów z zadaniami, albo konkursowe z "Kangurka", te szczególnie cieszą się dobrą opinią wśród nauczycieli i sympatią wśród dzieci.  Nie dać się upupić. Nie potrzebujemy boxów aby żyć i uczyć się w domu. Naprawdę. Jest tyle lepszych pomocy edukacyjnych dla dzieci. Leksykony, encyklopedie, książki z pomysłami doświadczeń, atlasy, albumy, Internet, filmy, muzea... Puśćmy wodze fantazji. Machnijmy ręką na schematyczne wypociny metodyków. Pozwólmy dzieciom myśleć!

Jeśli jednak wolicie mieć box to NIE kupować: "Wesołej szkoły" WSiP, "Nasze razem w szkole" WSiP. O tych pozycjach wiem, że szkoda na nie pieniędzy.

Wszystko co powyżej napisałam to tak naprawdę tylko garść moich refleksji, wykombinowane i przetestowane przeze mnie rozwiązania alternatywne. Wskazówki dla początkujących w ed rodziców. 
Zawsze najtrudniej jest zacząć, wyruszyć, rozpędzić się a potem złapać luz. Z doświadczenia wiem, że szybciej luz łapią dzieciaki. I wiem, że szybciej uczą się gdy robią coś według własnego pomysłu. Dlatego warto podążać za dziećmi. Zaproponować im samodzielne układanie zadań, wybieranie tekstu do czytania, książki, tematu do pracy pisemnej (gdy poprosiłam córkę, żeby napisała tekst: "Moje wakacje", lub "Wakacyjna przygoda" to napisała tak: "Straszna baba każe mi pisać! Nie będę tego robić!" a potem spisała z Globusa wszystkie kontynenty, Oceany, dzień później pasma górskie dopasowując je do kontynentów, jutro może spisze pustynie i rzeki...). Wiecie co mam na myśli? 

Czasem warto wyluzować. My tu robimy ed, a nie SZKOŁĘ. 







piątek, 14 października 2011

A jednak pamiętają!

Zmagam się z nauką czytania. Tak, własnie zmagam, to dobre określenie. Po prostu moje córki nie należą do dzieci, które samorzutnie uczą się czytać i liczyć, i do tej pory nie dawały się do liter przekonać. Ot, jakieś tam znaczki. Zresztą liczenie też im nie szło, kolejność powyżej "sześć" nie do zapamiętania. I w porządku. Ale minął okres ochronny, zerówka się zaczęła i przyszedł najwyższy czas. A czytanie to sama frajda - gdy już się opanuje rozumienie tych znaczków. Zaczęłam więc przekopywać materiały ze studiów, konsultować i radzić się mądrych, bo jak już zaczynać od zera to z jakimś sensownym narzędziem, nie każdemu młotek leży w dłoni. Nauka liczenia okazała się być bardzo prosta, wystarczyło sięgnąć po domino, karty, gry planszowe i już, voila! Ale literki... tu jest trudniej.

Więc zmagamy się. Od początku września poznajemy głoski, sylaby, nieszczęsna analiza słuchowa wyrazów (co słychać na początku?), samogłoski, kilka spółgłosek, dopasowanie  kartonika z głoską do obrazka itd. Podstawy. Jakoś szło, codziennie kilkanaście minut, przypomnienie, utrwalanie, coś nowego. Pomyślałam sobie, że może "Ala i As" to taka dobra, prosta metoda a jedyne czego Elementarzowi brakuje to podziału wyrazu na sylaby, więc wydrukowałam sylaby, litery i zapraszam panienki do stołu. Tu Elementarz, tu kartoniki z sylabami, a jakże, głoski i ich zapis - literki - już znane... I nic. Jeszcze Helcia, owszem, litery rozpoznała, przegłoskowała, ale wyraz odczytać cały? Nic z tego. Tymczasem najstarsza moja tylko rzuciła okiem na obrazki i utkwiła wzrok w oknie podśpiewując pod nosem. "Córcia, widzisz?" "Tak, mamusiu!" I nic. Trudno. Myślę sobie, nie ma złych uczniów, jak Komeński powiedział, że wszystkich można nauczyć wszystkiego to tym bardziej Nadziejkę czytać! Trzeba tylko nauczycielem być dobrym. Jeszcze raz. Elementarz na razie nie przeszedł (nie była to oczywiście jedyna próba :)). Sięgam po grę: łączenie obrazków i głosek. I ślicznie połączone znane już samogłoski i spółgłoski, na głos wypowiedziane... Ha, myślę sobie, czyli jednak znają! Dobra, iść za ciosem! I dawaj, łączę te znane głoski w sylaby, sylaby w wyraz... I nic. Mur, ściana. Jakieś tam marne próby Heli, ale więcej w tym było "strzelania" i przyglądania się maminej twarzy - czy dobrze? - niż inetrpretacji tych znaczków co na stole leżały... Myślę sobie, Nina trzymaj się, nie ma tępych uczniów, są tylko zadufani nauczyciele... pamiętaj co mówił Korczak! Rozpędziłam towarzystwo bo zmęczone nudziły się nad tą chińszczyzną setnie. Trzeba skorzystać z mądrości reedukatorów, trudno. Mamusia (czyli ja) dyslektyk, połowa wujków i cioć takoż, coś może być na rzeczy i u dzieci...  Bierzemy metodę 18 struktur, zresztą już dawniej o niej myślałam. Wyciągnęłam czarny, czerwony i zielony karton. Pocięłam na kartoniki odpowiedniej wielkości, naszykowałam materiał, poczytałam źródła i notatki ze studiów (w sumie nie ma tego tak dużo). Dziś przygotowana już ułożyłam sylaby, wyrazy, kolorowe kartoniki... 40 minut panienki pracowały cierpliwie i owocnie z pierwszą strukturą zanim musiałam skończyć (kończę wtedy gdy widzę po panienkach, że mają dość :). Poznały nową spółgłoskę, nowe sylaby, czytały proste wyrazy, układały schematy... A jednak pamietają!

Cóż wychodzi na to, że mieli panowie Komeński i Korczak rację ;)) jak zresztą kilkunastu innych pedagogów.
I jeszcze jedno. Kiedy po 30 minutach panienki zaczęły "bylejaczyć" (coś tam podśpiewywać, kręcić się, poszturchiwać) powiedziałam: "Dobra, macie dosyć, kończymy." A one: "Nie mamo! Jeszcze nie! Już jesteśmy grzeczne!" i pracowały jeszcze ponad 10 minut. Właściwie dlaczego? Przecież chciałam im ułatwić? Dzieci wciąż zaskakują. :)

A tutaj link do opisu metody, dla zainteresowanych: http://www.gabinet-logopedyczny.com/gabinet-logopedyczny/metody-pracy/100-metoda-18-struktur-wyrazowych.html