Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura dziecięca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura dziecięca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 października 2012

Co zrobić by dinozaury nie wyginęły? Czyli kilka słów o tym jak wykorzystać babcię.

Na samym początku przeproszę wszystkich, którzy się poczuli urażeni dinozaurem. Akurat w moim rodzinnym domu określenie to pojawiało się najczęściej w ustach moich rodziców, więc podejrzewam, że traktowali je żartobliwie i nieobraźliwie. Na przykład podczas imprezy organizowanej przez młodzież tata wychynął ze swojego azylu by uprzejmie przywitać gości i równie uprzejmie poinformować, że "dinozaury są w domu, ale nie będą przeszkadzać" [zresztą już w trakcie imprezy, około północy, jedną z największych atrakcji wieczoru był właśnie stateczy tata spokojnie konsumujący w kuchni kolację i prowadzący z każdym chętnym dłuuugie rozmowy na dowolnie wybrany temat; ciekawe, że zawsze znalazła się spora grupa ludzi, którzy woleli z nim rozmawiać zamiast zabawiać się wyrzucaniem telewizora przez okno]. Skąd zaś tytułowe podejrzenie, że dinozaury mogą wyginąć? Czasem człowiekowi nie chce się żyć, gdy czuje się niepotrzebny, lub nie daj Boże, potrzebny jest tylko do pożyczania dzieciom na dorobku kilku złotych do pierwszego, albo jako darmowa niańka do dzieci... W sumie nie wiem na pewno, ale tak podejrzewam. Mała dygresja, tytułem wstępu. A teraz - ad rem!

Nie mam jakoś sumienia wykorzystywać rodziców do etatowego niańczenia moich dzieci, ale przecież tak zupełnie w spokoju świętym ich nie zostawię! Rzecz w tym, żeby rodzicieli wykorzystać jakoś tak pomysłowo... żeby chętnie się wykorzystać dali, czuli potrzebni, odciążyli w trudach ed a nie czuli sprowadzeni do roli pomocy domowej.
Pomysł narodził się sam, nie czekając długo wykręciłam numer mamusi, przeczekałam 10 sygnałów, maminka odebrała a ja rzuciłam bombę. "Wiesz mamo, wspominałaś, że chętnie pomogłabyś mi w tej mojej edukacji domowej...". Z powodzeniem wywołałam poczucie winy. "Ale nie, mamo, ja nie chcę, żebyś gotowała, czy zajmowała się Nati, jakoś już to wszystko ogarnęłam, pomyślałam, że może zrobiłabayś z moimi dziewczynkami zajęcia z literatury." Mamę lekko przytkało. "Ale jak to...?" spytała zdezorientowana. "Masz odpowiednie wykształcenie, przygotowanie, świetnie dogadujesz się z dziećmi, sporo pomysłów na ciekawe prace z dziećmi, może spróbujesz?" Mama połknęła haczyk. Z wykształcenia jest polonistką, ogólnie - erudytką i bardzo inteligentną kobietą. Jeśli w ogóle potrafię napisać choć kilka spójnych zdań, które da się przeczytać to tylko jej zasługa. Wprawdzie nie planowała nigdy pracy zawodowej z małymi dziećmi i nie w tym kierunku się kształciła ale tak naprawdę to właśnie robi od wielu lat. Tyle, że za darmo oczywiście, w ramach "kurzenia domowego".

Tak się zaczęło. Potem długo była cisza, mama trawiła, szykowała się, planowała i bała, a następnie złapała byka za rogi i przyjechała zrobić zajęcia. Możliwości są w zasadzie nieograniczone. Zaczęło się od tradycyjnych polskich wyliczanek, przyśpiewek i zabaw "w kole", następne zajęcia były czytaniem wierszy dla dzieci: kilka wierszy różnych autorów na ten sam temat, potem panny rysowały ilustracje. Dzielnie powtarzają panienki znany wierszyk "Kto ty jesteś - Polak mały", analizowały z babunią "Powrót taty" Mickiewicza, ostatnio też trudne wiersze, w planach na najbliższą przyszłość jest "Mały książę". Strasznie ambitnie się robi, prawda? Pozostawiłam mamie wolną rękę. Dziewczynki przepadają za zajęciami z babunią i nawet bardzo trudny temat ich nie zniechęca. A babunia robi kawał poważnej roboty - uczy słuchać ze zrozumieniem, przygotowuje do czytania ze zrozumieniem. Trudne wersy wiersza omawiają słowo po słowie, obrazy malowane w wierszu wyobrażają sobie siedząc na podłodze z zamkniętymi oczami. Zawsze słuchaniu towarzyszy też kartka papieru i kredki, by dziewczynki mogły samodzielnie przelewać na papier to co powstaje w główkach. Jest to również niezwykła metoda opanowania nadmiernej aktywności, dziewczynki wciąż coś robią, więc nie "nudzą się" im rączki :).

Zajęcia trwają od początku 2012 roku, czyli zaczęłyśmy właśnie drugi semestr. W planach jest częste uczenie się na pamięć (hura, hura!) coraz trudniejsze utwory poetyckie oraz proza a do niej wprawki dramowe i teatralne. Każde zajęcia są urozmaicone tradycyjnymi zabawami jak "Stary niedźwiedź", "Stoi Różyczka" czy "Mało nas dopieczenia chleba." Dziewczyny potrafią bawić się z babcią literaturą ponad godzinę.
Ha, ostatnio babunia wprowadziła innowację, opowiadanie czytane było przez Irenę Kwiatkowską a puszczone z płyty. Zadaniem dziewczynek było szczegółowo opowiedzieć babci całą historię, bo babcia celowo jej nie słuchała w ogóle! Panny się kilka razy pokłóciły i zaraz wyszło, kto najuważniej słuchał :). Naprawdę, na mnie zrobiło to duże wrażenie. Dziewczynki (a szczególnie moja najstarsza Nadzieja) pamiętały sporo szczegółów, zrozumiały treść całości, przesłanie, umiały je przekazać a nawet posprzeczać się podczas interpretacji pointy.

Oczywiście nie zwalnia mnie to z czytania dziewczynkom lektur, wierszy, książek samodzielnie wybieranych oraz opowiadania bajek. Robimy to przez cały czas. Ale zajęcia z babcią są jedyne w swoim rodzaju, specjalne, wyczekane. A ja zdjęłam sobie z głowy "analizę dzieł lietarckich" bo i tak za Chiny mojej mamy w te klocki nie pobiję. Wprawdzie istnieje poważne ryzyko,że matury "z klucza" na dobrą ocenę nie zdadzą (mama ostatnio wyjaśniała dzieciom, że na tym właśnie polega indywidualny odbiór dzieła literackiego, że każdy może je zrozumieć inaczej - a ja słuchałam tego uradowana i z mściwą satysfakcją, he he he, śmiałam się pod nosem z tego jak sprytnie wystrychnęłam głupi upupiający system,żywcem z Ferdydurke przeniesiony, na dudka) ale za to jest szansa,że będą lubiły i rozumiały poezję, że pokochają mądrą i piękną prozę. Oraz, oczywiście, że odziedziczą rodzinną niezależność w myśli i czynie. Będą mądre i odważne. A ja będę puchła z dumy.

Nawiasem mówiąc zastanawia mnie lista lektur. No czytamy, czytamy je oczywiście ale w sumie po jakiego grzyba nam "Plastusiowy pamiętnik?" Przecież ta książeczka opisuje zamierzchłe dość czasy - nie do wyobrażenia dla małego dziecka, które stalówki w ręku nie trzymało, a poza tym opisuje SZKOŁĘ. Jak dla mnie to jest manipulacja. A moje córki i tak wolą "Plastusiowo" - tej samej autorki - książeczkę pełną fantastycznych przygód Plastusia w jego domu,w lesie, w ogrodzie itd. Teraz zaczynamy pochłaniać Paddingtona, mamy za sobą Pippi, Wielkomiluda i w ogóle dużo książek, książeczek, wierszy i opowiadań mądrych, i wartościowych, do których te zamieszczone w podręczniku się nie umywają!

Ponieważ tekst się rozrósł więc o tym jak wykorzystać dziadka napiszę następnym razem. ;) A tymczasem październikowo pozdrawiam czytelników!


środa, 30 listopada 2011

W krainie marzeń

Niestety moje córki nie lubią książek. Ha! Głupio brzmi? I wcale nie jest to prawda na dodatek. Moje córki SYPIAJĄ z książkami. Ale porządna książka musi mieć ładne obrazki. Dużo obrazków. Mało liter. Krótki tekst. Mama czyta, krótkie opowiadanie a potem zaczyna się lot w krainę marzeń. Zwyczjnie Nadziejka i Łusia opowiadają sobie historie same, w oparciu o przeczytany przez mamę tekst opowiadają długie bajki przyglądając się obrazkom. Te bajki żyją, bohaterowie toczą spory, żenią się, wyznają sobie miłość, kłócą się i godzą. Przeżywają niezwykłe przygody.
Ale warunkiem powstawania tych "opowieści na dobranoc" jest bogato ilustrowana książeczka. Z krótkim tekstem. Jak wygląda taka książeczka? Nie ma się czym chwalić, najlepiej jeśli jest to "Barbie" albo któraś z klasycznych bajek, albo współczesnych wersji bajek animowanych... byleby bogato ilustrowana. Najbardziej lubię wyimaginowane spotkania Barbie z Cliffordem, lub Calineczki z Królem Lwem... eh, jak Łusia się zapamięta w opowiadaniu bajki to efektem jest rozbudzona gwałtownymi okrzykami Natalka. Widocznie zdaniem mojej córki nawet bajka na dobranoc musi być ciekawa. "Musi być jakieś życie na osiedlu."
Hela zaś sypia z dziecięcymi encyklopediami. Książeczkami przyrodniczymi. "Ciekawe dlaczego?", "Ciało człowieka", "Jak zwierzęta poruszają się", "Encyklopedia przedszkolaka" itp... Ciężkie, duże cegły. A moja funkcja to czytanie podpisów do ilustracji i naukowych wyjaśnień.

Książki na dobranoc? Długie opowieści, które czyta się fragmentami codziennie kontynuując opowieść rozpoczętą poprzedniego wieczoru? Nic z tego. I dlatego książki, które gromadzę dla dziewczyn narazie się kurzą na półkach. Czytamy za to krótkie opowiadania. "Cztery pory baśni" Włodzimierza Dulemby. "Pan Kuleczka" Wojciecha Widłaka. "Detektyw Pozytywka" Grzegorza Kasdepke. Książeczki z serii: "Poczytaj mi mamo". Bajki prozą i wierszem, klasyczne i uproszczone (choć w tych drugich wprowadziłam jakiś czas temu cenzurę, bo niektóre uproszczenia są bezdennie głupie). Najchętniej dziewczynki słuchają wymyślanych przeze mnie na bieżąco bajek. Ba! czynnie owym wymyślaniu biorą udział! Kupa śmiechu i radości, brzuchy nas bolą a na koniec zachwycone panny zasypiają "mamo, ta bajka była super!"...

Raz na jakiś czas wyciągam książkę, długą historię "Czarnoksiężnik Oz" na przykład ostatnio był to. "Mamo, to nudne" oświadczyła trzeciego wieczoru Hela. Nadziejka już drugiego dnia wyciągnęła własną książkę i równo mnie olała. Martwi mnie to. Przez chwilę.
Podobno gdy byłam mała moja mama czytała mi na dobranoc całą masę książek. Nie pamiętam żadnej z nich!
Jakie książki pamiętam z własnego dzieciństwa...
"101 dalmatyńczyków" Ilustrowana zdjęciami z filmu Disney'a historia zagubionych szczeniaków. Przy czym myśmy wtedy nie mieli telewizora i nie znałam tej bajki, a książka była spora i miała dość długi tekst. To była moja pierwsza samodzielnie przeczytana książka, pierwsza zarwana noc ;). Miałam chyba 8 lat. Rodzice na noc gasili lampki i żeby książkę dokończyć musiałam zgasić światło, odczekać aż zasną, zapalić i czytać dalej, po cichutku...
"Mała księżniczka" była drugą długą książką. Wciąż miałam 8 lat ale nocy musiałam poświęcić więcej... "Pollyanna" była trzecia. I na jej konto należy zapisać kilka kolejnych pozarywanych nocy. I wojnę z rodzicami o palące się po nocach światło. Oraz czytanie pod kołdrą przy latarce.
Nie pamiętam kolejności pozostałych pozycji ale jest kilka takich, które na całe życie zapadły mi w pamięci. Gromadzę je teraz na półce dla moich córek. Bo jestem przekonana, że przyjdzie taki moment, gdy opowiadane przez mamę bajki nie będą się umywały do historii czytanej osobiście. I mogę się założyć, że też w środku nocy. Dobrze, że mamy tę edukację domową, będą się mogły dziewczyny wysypiać, albo czytać w dzień, normalnie, jak ludzie. Bez tej koszmarnej, przeszkadzającej w życiu szkoły ;).

Ponieważ ktoś mnie podpytywał przypomnę tu kilka tytułów wspaniałych, mądrych lub po prostu zabawnych książek, którym zawdzięczam niezwykłe przygody w krainie marzeń. To będą moje prywatne wspomnienia.
"Opowieści z Narni" - najwspanialsza książka na świecie! (Następny równie wpsaniały jest Tolkien, ale dla ciut starszych dzieci moim zdaniem.)
Wszystkie książki Kornela Makuszyńskiego. "Panna z mokrą głową" pierwsze łzy wzruszenia pod powiekami, "Przyjaciel wesołego diabła" - szlochałam z głową pod poduszką czytając tę książkę a lekcję prawości zapamiętałam na zawsze.
"Jana ze wzgórza latarni", najlepsza, moim zdaniem, dla dzieci, książka L.M.Montgomery. Kategorycznie kazałam kupić ją sobie na urodziny po przeczytaniu jej w czytelni szkolnej. Niestety, nie udało mi się trafić na tłumaczenie, w którym ją poznałam ("Janka z Latarniowego Wzgórza", nawet nie wiem, czy było lepsze, miałam do niego sentyment, po naszym "pierwszym razie" ;))
Cała seria o Pippi, książki zaczytane przeze mnie na amen, stoją na półce i czekają niecierpliwie na zainteresowanie moich córek.
"Rasmus, rycerz białej róży" A. Lindgren. "Bracia Lwie Serce" - kolejne serdeczne łzy wsiąkające w poduszkę.
"Nawiedzony dom" i inne książki z serii Chmielewskiej o Janeczce i Pawełku - gromkie salwy śmiechu wzbudzające konsternację otoczenia. Samo wspomnienie tej książki sprawia, że się śmieję.
Książki Rolada Dahla a tu króluje "Wielkomilud", bardzo smakołykowata książeczka. Dopadłam ją na studiach i przeczytawszy zgrzytałam zębami ze złości, że nie znałam jej będąc dzieckiem. Kupiłam w antykwariacie gdy miałam 20 lat z myślą o moich przyszłych dzieciach. I dobrze zrobiłam, bo dziś nie sposób znaleźć jej w tamtym, najzabawniejszym, tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego. Zresztą ponoć książeczki pana Dahla (z wyjątkiem tej) czytała nam na dobranoc mama, czego zupełnie nie pamiętam, i złości mnie do dziś, że nie podsunęła mi tych książek, kiedy już potrafiłam czytać samodzielnie.
"Mikołajek i inne chłopaki". Cała seria, wszystko jak leci. Moje córki na razie pokochały film. "Tajemniczy ogród", "Malutka czarownica" - ukochana książeczka dzieciństwa, zamiast odrabiać lekcje przysłuchiwałam się jak moja mam czyta ją mojemu młodszemu rodzeństwu.
"Doktor Dolittle" Niesamowite przygody w świecie gadających zwierząt.

Pozycji było oczywiście więcej, dużo więcej, ale te były pierwsze na liście pamięci. Może komuś się przyda takie wspomnienie. A ja na chwilę wróciłam do ukochanego miejsca, jakim jest do dziś kraina marzeń.

czwartek, 10 listopada 2011

Pożałuj mnie

Jak się będziesz gniewać na mnie,
to ołówki ci połamię,
słonia ci nie narysuję,
i pałacu nie zbuduję!
Z kuchni wezmę ci zapałki,
potnę obrus na kawałki,
będę płakać coraz gorzej,
aż napłaczę całe morze
i ci wszystkie książki zmokną,
i wyrzucę cię za okno!
Albo zaraz mnie pożałuj...
Albo zaraz mnie pocałuj...

(Danuta Wawiłow, Pożałuj mnie).

Dlaczego ten wiersz? Uwielbiam go! Jest w nim cała moja najstarsza córka. Staje przede mną, marszczy czoło, zaciska pięści, łzy błyszczą w pełnych gniewu oczach. "Jak się na mnie będziesz gniewać to ci wszystko zniszczę! Złamię ci twój ołówek! Wiesz co zrobię z tymi nożyczkami? Potnę ci prześcieradło! Wyrzucę cię przez okno! Zwalniam cię, nie jesteś moją mamą! Wyjdź z tego domu!" Córeczko, wzdycham...
"Nina! No, jak możesz pozwalać, żeby dziecko tak do ciebie mówiło?" No jak mogę zabronić? Zmusić, żeby dusiło w sobie? Ale jak to w ogóle zrobić? Zakneblować??
"Córeczko, nie niszcz. Powiedz, jesteś rozgniewana, czy smutna?"
"Jestem rozgniewana! Bo ty się na mnie nagniewałaś!" "Jesteś smutna z tego powodu?" "Tak!!" "Przytulić cię?" "Nie, bo ty się na mnie gniewasz!" "Nie gniewam się. Musiałam cię skarcić, bo zabrałaś lalkę siostrze. Nie wolno zabierać. Sprawiłaś jej przykrość. Ale wcale się nie gniewam na ciebie. Trzeba będzie siostrę przeprosić. Przytulić cię?" "Tak..."

"Przepraszam, Helenko, że ci zabrałam lalkę."

Zawsze najbardziej uderza mnie ten smutek. Wściekła wrzeszczy, ale bardziej cierpi niż ja. Wielkie łzy w oczach. Nie radzi sobie z emocjami. W ogóle ich nie rozumie. A tak ich dużo. To dobry wiersz. I dużo wyjaśnia. Czytanie go jest jak wracanie do pełnych napięcia chwil konfrontacji z moją małą buntowniczką, która najbardziej potrzebuje by pomóc zrozumieć jej własne emocje. Może się to uda. Podobno rozmowa pomaga. Przytulanie też.

sobota, 5 listopada 2011

Dzień z życia. Odsłona pierwsza

Podpytywała mnie jedna osoba jak wygląda taki dzień. Ale cały calutki od rana do nocy. Ależ proszę służę opisem. (Dla dobra nauki pozbawiam ten modelowy dzień ozdobników jaki są kłótnie, awantury, szarpaniny, wojny, bijatyki itp.)

Budzi mnie najmłodsza. Nie jest tragicznie, między 7 a 8 rano. Już za czasów sielskiego dzieciństwa poranne wstawanie było traumą. Także jest nieźle. Byle nie przed 7. Ekipa babska powstaje do życia około 8 rano. Do dziewiątej trenujemy nawyki porannej higieny osobistej i... czyli mycie, ubranie, ścielenie łóżek. Jak to komu wychodzi. Marnie. Ale się nie poddaję, trening czyni mistrza. Godzina 9 to pora śniadania (orientacyjnie oczywiście, zegar jest tu pomocą a nie żandarmem). I założenie mam takie, że o 10 zaczynamy zajęcia. To oczywiście tylko założenie, bo panienki lubią się rano pobawić, a ja im na to pozwalam. Bawią się przepięknie, wyspane, w dobrych humorach (zazwyczaj). Zabawy są tematyczne: starsze tworzą opowieść, młodsza się wpasowuje i po domu zaczynają spacerować królewny, biegają potwory, czasem smok ma czkawkę, czasem ciocia Bogusia szuka cioci Marysi, bardzo często odtwarzane są postacie z bajek animowanych i fabularnych, ale żyją własnym życiem. Eh, może kiedyś napiszę o tym tekst. Nie przerywam nigdy takiej zabawy jeśli jest zgodna. A czasem taka zabawa trwa godzinę! i wtedy zajęcia mają opóźnienie. Czasem mają opóźnienie bo mama musi zająć się Nati... ale to rzadko. Nati bierze udział.

Zajęcia trwają różnie, zależy co i jak robimy. Ale zazwyczaj zaczynam od rzeczy trudnych. Nowych. I są to organizowane przeze mnie doświadczenia i obserwacje (para wodna, objętość, wysokość - mierzenie i porównywanie, kula ziemska we wszechświecie i układ słoneczny). Lub też rzeczy oczywiste, nudne ale bardzo trudne dla moich córek. Głoski i litery. Czytanie sylab. To zakres "edukacji językowej"! Taka prosta rzecz a tak się mądrze nazywa.

Ten bałagan na stole to pozostałości po zajęciach, a jaki głoski i sylaby utrwalamy to każdy widzi :)

Ale czasem wybieramy liczenie. Ostatnio gdy zaglądałam do programu to figuruje to pod nazwą "poznanie graficznego zapisu liczby, cyfra..." i wybrana cyfra. To troszkę śmieszne, bo teraz powinnyśmy "przerabiać" cyfrę 5, czy 6... chyba dwie na miesiąc są przewidziane. Tymczasem my zaczęłyśmy od liczenia do 6 w pierwszych tygodniach września, korzystałyśmy wtedy głownie z kostek do gry kropkowych i domino. Później było liczenie do 10, teraz trenujemy liczenie do 20. A co zabawne, Hela do 10 potrafi większość cyfr połączyć z ilością, tymczasem Nadziejka nie. Nadziejka żadnej. Ale liczy do 12 samodzielnie. Ot, po prostu wolniej wchodzi w myślenie abstraktami. Pamiętam piękne czasy, gdy Hela mówiła "to jest żółte" a Nadziejka "to jest słoneczko". A moja mama martwiła się czy ona nie jest daltonistką. :)

Jeśli się przyjrzeć to można zobaczyć na stole nasz materiał matematyczny. Kamyczki z cyframi od 1 do 9 i 10, pod nimi leżą kamyczki z odpowiednią ilością kropek, od tego dopasowania zaczynamy zajęcia, ja układam "oś liczbową", panny dopasowują kropki. Widać też kartoniki z liczbami, których dziewczynki używają do oznaczeni ilości elementów w zbiorze. A co liczą? koraliki, obok leży stosik guzików, pudełka z liczmanami... tu akurat bawiłyśmy się w dodawanie. Na razie bez znaków + - =. Właściwie to liczymy zazwyczaj co popadnie i gdzie popadnie, ale mamy też swój "materiał matematyczny" stały. Na stole leży właśnie on. Wszystko z recyclingu.

Dbam też o zabawy z rytmem. Tu akurat dziewczynki uzupełniają rytm z koralików, na zakończenie zajęć. Ale rytmy robimy też czasem ot tak, dla zabawy, na podłodze, z klocków, kasztanów i żołędzi, figur z drewnianej mozaiki.



Nie wszystko na raz oczywiście, i nie za długo, żeby się panny nie zniechęciły. I nie codziennie, w końcu tyle jest rzeczy do zrobienia i świata do obejrzenia. Łusia bierze udział, towarzyszy, albo ucieka do drugiego pokoju gdzie w ciszy bawi się po swojemu.

W tym czasie najmłodsza panna nie próżnuje również. Uczy się z nami dzielnie. Liczy już do 63!

Zdjęcie mocno nieostre, ale i tak kto bystry to się domyśli, że to po prostu rozbebeszona paczka mokrych husteczek...


Kolejne elementy są już różne. Zwykle przerwa na zabawę, odpoczynek, pracę plastyczną (ciastolina! ciastolina! wyklejanki, malowanki!) lub czytanie książek o zwierzętach (książeczki opisujące świat zwierząt są niezmiennym hitem). Przed obiadem (który ja jeszcze muszę ugotować! co drugi dzień..) idziemy na spacer. Obserwujemy świat. Oj, nie mają ze mną życia dziewczyny. Całą jesień zadręczamy się niemal oglądając drzewa, krzaki, zwierzątka, owady, niebo i zjawiska atmosferyczne. Efekty są niesamowite "mamo, to dwie śnieguliczki! duża i mała" - to dzisiejsza obserwacja mojej trzylatki. "Mamo, jakie piękne niebo! nie ma chmur!" to Nadziejka. "To jest niebo niechmurowe" oświadzczyła Helcia.
Zapamiętujemy ile się da z pytań, na które nie znamy odpowiedzi a po powrocie do domu przeglądamy encyklopedie i internet.

Spacer jest też okazją do długich zabaw na różnych placach zabaw, karmienia kaczek, łabędzi i mew. I oczywiście obserwowania ich wyglądu i zachowania, słuchania ich głosu.

Czasem wizytujemy bibliotekę (często), wymieniamy książki, filmy, bawimy się i gramy w czytelni dla dzieci.
A potem wracamy na obiad. Głodne i zmęczone, z wózkiem obładowanym skarbami, liśćmi.

Jemy obiad. Mama (czyli ja!) miota się między dopilnowaniem mycia rąk i sprzątnięcia ubrań a odgrzaniem, nałożeniem nakarmieniem malutkiej. I jeszcze siebie. A potem przychodzi czas na zajęcia popołudniowe.

Skarby trzeba obejrzeć, zaklasyfikować, przeczytać nowe książki, zrobić jakąś paracę plastyczną, zatańczyć, zaśpiewać, zagrać... Wypatroszyć jakieś warzywko ;) - przeprowadziłam całą serię takich zajęć: kroiłyśmy warzywka lub owoce, zaglądałyśmy do ich wnętrza, porównywałyśmy, próbowałyśmy smaku i co się tylko dało (były warzywa sezonowe, owoce sezonowe, owoce cytrusowe, Dyniek u Kasi i dzisiaj spotkanie z Pigwą, u mnie, tekst następnym razem). Jedne z takich zajęć udokumentowała Kasia, bo robiłyśmy je wspólnie, u niej. Znajdziesz je tutaj

Czasami też podróżujemy po świecie. Startujemy z Polski, która jest pod "o" W Europie, na globusie i lecimy na inny kontynent. Zwiedzamy go za pomocą atlasu, mapy, książek o zwierzętach i internetu.

Często urozmaicamy dzień (prawie codziennie) treningiem grafomotorycznym. Zawsze znajdzie się kilkanaście minut na pisanie w kaszy mannej, przy tablicy, lub flamastrami w książeczkach ze ścieralnymi kartkami.



Jeśli pisanie i rysowanie jest "nudne" a zabawa swobodna dziewczynom nie idzie to wyciągamy grę i gramy. Karty, domino, gry Granny - zamawiane dla dziewczyn na urodziny jako prezenty. Moje córki nawet nie wiedzą, że cały czas się uczą.

I cóż dalej? Powoli zakrada się wieczór, pora dobranocki, wieczornych rytuałów: zabaw z
tatusiem, mycia, modlitwy, dłuuugiego czytania książek. Dominuje u nas Włodzimierz Dulemba "Cztery pory baśni. Jesień", ale są to opowiadania króciutkie, po nich rozmowa też zajmuje niewiele czasu. Dziewczyny szykują własne książeczki i kołysanki, i tak czytamy bez końca. Czasami nawet do 10.

Później panny zasypiają a ja... ja idę sprzątnąć i posegregować materiały, ogarnąć kuchnię, uśpić malutką, powiesić pranie, zapisać w dzienniczku co zostało zrobione, zaplanować zajęcia na następny dzień, przywitać się z komputerem a potem... kładę się spać, z ukochaną książką w ręku i zasypiam po przeczytaniu dwóch zdań. I choć wieczorem czuję się jak po jeździe na karuzeli to zazwyczaj czuję, że to był naprawdę dobry dzień.

sobota, 29 października 2011

"Lokomotywka, lokomotywiątko, parowozowe dzidzi"

Korzystając z poniedziałkowych darmowych biletów wybraliśmy się całą rodziną do Muzeum Kolejnictwa w Warszawie. Wycieczka zajęła nam całe przedpołudnie, więc klasyczne, poranne zajęcia upiekły się moim pannom, za to doświadczeń i przeżyć zagwarantowałam dziewczynom na jakiś czas. Zapewne co najmniej do następnej wycieczki.






Muzeum posiada skansen - czyli wystawę autentycznych starych pociągów na zewnątrz - oraz stałą ekspozycję wewnątrz składającą się naprawdę sporej ilości małych modeli pociągów, kolei i elementów towarzyszących...
Zabawne określenie? Nie bardzo wiedziałam jakie wybrać. To, że węgiel, drewno, lampy, tory, maszynistów i zawiadowców zobaczę to było w miarę oczywiste. Ale dyliżans jadący po torach ciągnięty przez zaprzęg konny? A oto jest kolej konna, osobowa i towarowa, ma się rozumieć w komplecie. Nie mogłam się oderwać od gablotki.

Dziewczynki poszukiwały Tomka, Kuby i Emilki, pociągów które poznały oglądając u babci na MiniMini bajkę o pociągach. Na szczęście udało się znaleźć lokomotywy w kolorach odpowiadających bohaterom bajki i dziewczęta wyszły z Muzeum w pełni usatysfakcjonowane. Nie bez znaczenia jest fakt, że kilka lokomotyw mogły zwiedzić, obejrzeć palenisko, wskoczyć do wagonu, w którym powinien być zapas węgla, mogły też pokręcić kółkami od zaworów i podziwiać mamę, która z zaangażowaniem prezentowała im pracę palacza, a stojąc na peronie opowiadała o pracy kół, tłoków itd... A było o czym opowiadać!

Idąc za ciosem pokazałam też córkom godło Polski - białego orzełka - na wagonach, lokomotywie a również mundurach i czapkach maszynistów, szukałyśmy orła w koronie i bez korony. Panny z zachwytem oglądały ruchome makiety piszcząc z radości gdy turkoczący głośno pociąg wyjeżdżał z tunelu i mknął po moście. Była to okazja, żeby zacytować nieśmiertelną "Lokomotywę" Tuwima.
Znalazłyśmy też wśród makiet Rakietę i Piękną Helenę...

Trudno było opanować potrójne tornado jakie stanowią moje dziewczyny - każda zainteresowana zupełnie czym innym, każda zadająca inne pytania, oglądające zupełnie różne eksponaty. Muzeum wyszło z tej przygody bez szwanku. My też :)

A na koniec kilka ciekawostek zaobserwowanych. Jestem pewna, że żadna z dziewczyn nie zrozumiała istoty działania lokomotywy. Ale zapamiętały kształt, dużą ilość kół, gwizdek, komin z przodu i również niezbędną do  funkcjonowania sporą ilość rurek i przewodów. Wszystkie te elementy znalazły odzwierciedlenie w ich rysunkach. I chociaż obrazki są schematyczne i czarno białe (moje panny nie mają szczególnych talentów plastycznych) to wiadomo mniej więcej o co chodzi. A już sam fakt, że same postanowiły pociągi narysować dowodzi, że mocno wyprawę przeżyły.
Heli pociąg przypomina uśmiechniętą gąsienicę na kołach. Za to wszystkie (bo powstało ich kilka!) pociągi Nadziejki mają "kotło". "Kotło" znajduje się na końcu lokomotywy (wyglądem przypomina plamę), więc jak rozumiem jest to po prostu palenisko. W całości jest zamazane na czarno. Zapewne z powodu węgla. Wszystkie koła są połączone przewodami z korpusem kolei i ze sobą nawzajem. Zaskakująco dokładna była moja najstarsza córka, zwłaszcza, że zazwyczaj niecierpliwi się już po kilku kreskach. Tym razem jednak ołówek został zaopatrzony w nakładkę ułatwiającą prawidłowy chwyt. Interesujące, że podczas wykonania tej pracy Nadzieja odmówiła używania kredek które jeszcze nakładek nie mają...  A warto wiedzieć, że mam dwa komplety grubych kredek trójkątnych. Jednak nie ma to jak dobra nakładka do nauki rysowania i pisania...

I na koniec nawiązanie do literatury.
"Lokomotywa" Tuwima nie ma u nas wcale dużego wzięcia. Owszem, niezła przy niej zabawa, ale żeby uczyć się jej na pamięć? Niekonieczne. "Mamo, przeczytaj teraz coś innego". Podkreślam jednak, że to nie jest moja opinia tylko moich córek. Podczas wakacji wyszukałyśmy "Lokomotywiątko" Joanny Kulmowej. "Lokomotywka. Lokomotywiątko. Parowozowe dzidzi." Jest hitem nie do pobicia.
 Lubię analizować takie zjawiska i myślę, że może to po części zasługa naszej małej dzidzi, nieustannie obecnej wszędzie! Czasami dziewczynki mówią do niej - Lokomotywko....
 A może to z powodu niezwykłych przygód, które niesforna bohaterka przeżywa. Może dlatego, że wiersz przypomina utwór pisany prozą a moje panny prozę ostatnio preferują. Ja przepadam za Lokomotywką Kulmowej bo bohaterka jest niezależna, samodzielna, uczy się dorastać, dojrzewać, podejmować decyzje. Nie boi się ryzykować szukając swojej drogi w kolejowym życiu. Może to zabawne skojarzenie, ale ta mała Lokomotywka to całkiem niezły wzorzec, albo po prostu niezłe odzwierciedlenie prawidłowego procesu dojrzewania. I bardzo dobrze czyta mi się ten wiersz na głos.


Ewa Salamon - ilustracje do "Lokomotywiątka" J.Kulmowej

A dziewczyny od razu znalazły skojarzenie z wierszem, gdy rozmawiałyśmy o Lokomotywach w Muzeum. I tak w zupełnie naturalny sposób wycieczka nawiązała do ulubionej przez nas ostatnio lektury.

sobota, 22 października 2011

Plastusiowo

Moja siostra wręczyła mi ostatnio książeczkę Marii Kownackiej "Plastusiowo". W prezencie od cioci dla małoletnich bratanic. Otworzyły mi się w głowie małe drzwiczki a za tymi drzwiczkami wielkie możliwości, nieograniczone światy... coś naprawdę fajnego.

I tak po nudnych zajęciach z czytania sylab i jeszcze nudniejszych zajęciach z liczenia przyszła pora na to, co mama i córki lubią najbardziej. Ciastolina! 
Tym razem miałyśmy do dyspozycji zupełnie nowy produkt, "mięciutką ciastolinę" Elefun, urodzinowy prezent mojej pięknej Heleny. Po wyschnięciu pozostaje dość miękka i elastyczna. Zwykle długa zabawa ciastoliną w cukiernię kończy się wraz ze zmieszaniem wszystkich kolorów w jedną bryłę, ale tym razem postanowiłam zabawą pokierować. Zanim siadłyśmy do stołu zarządziłam nawarstwienie się (uwielbiam słownik synonimów!) na łóżko i poczytanie inspirującej książki. Efekty przechodzą najśmielsze moje wyobrażenia, a to dopiero początek. W planach mamy jeszcze poszerzenie zwierzyńca, budę dla psa (moja najstarsza panna wszystko już zaplanowała, ilość ścian, okrągłą dziurę - do wchodzenia - i daszek...), większy ogródek, drugi domek, drugiego Plastusia dla Łusi, której pierwszy Plastuś został pożarty przez Nati, gniazdo bocianie, bociana... a to dopiero kilka pierwszych rozdziałów książeczki! Strach pomyśleć co jeszcze Maria Kownacka tam opisała. Choć właściwie to wcale nie strach. Raczej coś w rodzaju radosnego oczekiwania i lekkiej ekscytacji.


Z kwiatkiem ładniej :)

Tak powstawał Plastusiowy przyjaciel - niebieski pies.


A tak przebiegał proces twórczy zielonego kota.


Pomarańczowy pies przypominał raczej łysego szczura... ale i tak był przepiękny.


A kot bez wąsów nie wygląda wcale jak kot. Aleśmy mu wąsy z kawałeczków żyłki doczepiły.



A oto i Plastusiowo. Czy raczej jego początki.

Po ukończeniu prac byłam naprawdę wykończona (każda panienka potrzebuje mamusinej pomocy natychmiast, a mamusia nie potrafi odmówić, więc pokazuje, pomaga i tłumaczy bez końca). Choć efekt może jest dość niepozorny to dom ma kolorowe okiennice, obrazki i ozdoby na ścianach, komin, a w środku stoją łóżeczka. 
Nowiutkie lalki Barbie kurzą się na półkach (a warto wiedzieć, że dziewczynki mają po jednej takiej lalce na głowę i długo musiały na nie czekać...) a w nocy Plastusie sypiają z dziewczynkami w łóżeczkach. Córki zmusiły mnie o 9 wieczorem, żebym Plastusiom wycięła polaru materace, poduszki i kołdry... Panienki wstają rano i biegną bawić się Plastusiowem. Planują rozbudowę osiedla. Nadziejka bez Plastusia nie rusza się z domu, pokazuje go wszystkim i opowiada historie o tym jak jej Plastuś magicznie ożyje, zamieszka w piórniku i będzie miał różne przygody (skutki oglądania dobranocki). A ja patrzę na to wszystko i serce fika mi koziołki ze szczęścia i dumy.
Życie jest piękne.