Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 września 2019

Dwa tygodnie w szkole

Ostatni post napisałam jakieś lata świetlne temu! Nie bez powodu. Mam na stanie obecnie 7 panienek i pisanie nowych postów zajmuje mi zbyt dużo czasu. Zbyt dużo czasu zabiera mojej rodzinie, a każda minuta się liczy. W dzień i w nocy. Ale dojadała mi pewna... sytuacja i podzielę się nią, bo to spory problem i mam potrzebę się wygadać, ja wiem? może wypisać.

Otóż dopadła mnie szkoła. 
Mianowicie moja nastoletnia córka postanowiła sprawdzić "jak to w szkole jest" i poszła do  szkoły. Normalnej takiej, co to ją z cegieł pobudowali, ma status rejonowej (bo na żadne prywatne czy stowarzyszeniowe cuda nas nie stać), stoi sobie beztrosko po drugiej stronie ulicy, z okna ją widać. Nieduża nawet. Szkoła jak szkoła, opinie ma różne - jak ludzie, którzy je piszą. Nie ma co się rozpisywać... Ale... 
Ale jest duże. 
Albowiem ja, szanowni państwo, nauczyłam się, że jak mi kamyk wpadnie do buta to się zatrzymuję, kamyk wytrząsam, but wdziewam i idę dalej, bez narzekania. A teraz mam wrażenie, że do butów nawpadało mi kamyków i nijak je wytrząsnąć. Pozostaje iść zaciskając zęby, albo jakoś na palcach, utykając, dodać można narzekanie, ale nic zrobić nie można! Bo szkoła, drodzy państwo, jest pomysłem mojego dziecka. Nastolatek nie kamyk. Ani nie wytrząsnę, ani nie przełożę. Ponarzekać mogę, tylko co to da?

Spotkałam się byłam z krytyką takiej negatywnej motywacji podejmowania edukacji domowej, że to niedobrze, jak się ed podejmuje tylko z tego powodu, gdy uważamy, że szkoła jest be. Że pomysł trzeba mieć, własny program, jakieś takie idee, plany, odszkolnienie, cuda na kiju... unschooling najlepiej. A dzisiaj, po dwóch tygodniach szkoły, (które nastąpiły u mnie po 8 latach edukacji domowej) mówię wam - niechęć do szkoły to świetna motywacja, żeby podjąć i robić ed. Plan, program, idea - się wszystko jakoś w trakcie ułoży i wymyśli. Ale z systemu ciec! To jest sukces i wygrana. Wolność. 

Szkoła w ciągu dwóch tygodni pokazała mi, że ten system ma tylko jeden cel. Podnieść poprzeczkę i czekać, przyglądając się, jak wysoko uda mi się skoczyć? 

Dziecko ma jakieś tam swoje zajęcia popołudniowe, jakieś plany, talenty, które rozwija czy pasje. Co robi szkoła? Po dwóch tygodniach totalnie zmienia plan zajęć. Totalnie. Córka ma zajęcia w szkole muzycznej cztery razy w tygodniu, raz w sobotę - dyplom robi to trochę tego jakieś, orkiestra, fortepian itd. Po zmianie planu nie ma szans, żeby zdążyła z jednej szkoły do drugiej. Plan się wziął i zmienił i już. Wyżej d... - jak to się brzydko mówi - nie podskoczysz. Czyli ja, do tej pory wolny człowiek, muszę zwalniać, tłumaczyć,  jakieś zajęcia przekładać na - założę się - piątek o 19:30. Wszak każdy rodzic marzy, żeby w piątek o 19:30 wozić dziecko na dodatkowe lekcje. Pojęcia nie mam jak to się skończy, ale wkurzona jestem maksymalnie. Ktoś mi podniósł poprzeczkę, stoi i się przygląda - skoczę czy nie? Siódemka dzieci i ed to wyzwanie? Żadne. Doskoczyć do szkolnego systemu - to wyzwanie. Może się to i poukłada, ale ja nie mam na to wpływu. Ja się muszę dostosować. Mieć nadzieję, że się poukłada. Gdzie jest moja wola sprawcza? Nie ma. W piątek było 6 lekcji w planie, a w poniedziałek jest 8 i już. Dodatkowo to oznacza, że ja - mając codziennie dwudaniowy obiad w domu - muszę opłacić obiady w szkole. Żeby dziecko miało szansę coś ciepłego zjeść - pod warunkiem że zdąży pomiędzy lekcjami. Ostatnio nie zdążyło, bo zanim kolejka wydająca obiad przeszła czasu na jedzenie zostało 5 minut.. 
A system siedzi z boku, patrzy na mnie kaprawymi ślepiami i chichocze złośliwie. "Skoczy, czy nie skoczy?"

Pierwsze zebranie szkolne trwało ponad półtorej godziny i nawet nie było żadnej rodzicielskiej dyskusji. Wypełniłam za to około 10 różnych formularzy i świstków i wysłuchałam kilkunastu absurdalnych "tworów" typu "system szkolnego oceniania". Pojęcia nie macie jakie absurdy kryją się w szkolnej ocenie z wychowania - z 10 punktów ma! Przy czym punktualność jest w 1 punkcie, schludny strój  w 3 punkcie, a zachowanie zgodne z wartościami takimi jak uczciwość, prawość i koleżeństwo w 9. 
Wciąż jeszcze zastanawiacie się "Czy szkoła nie byłaby jednak lepszym rozwiązaniem?"
Słuchałam niezmiernie ważnych informacji przekazywanych przez wychowawczynię, starając się ignorować ponaglające smsy od męża, bo wciąż jeszcze kilka papierków miałam do wypełnienia, a w tym czasie system siedział z boku trzymając się za brzuch i ryczał ze śmiechu "Ja dopiero z tobą zaczynam!"

Dziś przyjrzałam się nowemu planowi lekcji mojej córki. Co jest w środku? Wiecie - to już nie jest moja broszka, ale 7 klasę robiłyśmy w zeszłym roku ze starszą córką i wiem, mniej więcej, jak program wygląda. Oczy przecieram - nie wierzę! Trzy geografie i jedna historia. Może w drugim semestrze to się zmieni, no pojęcia nie mam, to niewiarygodne jest. Znam wymagania podstawy programowej dla tego etapu! 10 miesięcy po około 4 tygodnie, wiadomo ferie, święta i inne takie, masa lekcji odpada, ile tego wyjdzie? 30 godzin lekcyjnych na zrealizowanie tych wymagań? System rechoce złośliwie przycupnąwszy w progu... Nierealne. Ed dawało mi zawsze szansę na poświęcanie tyle czasu ile było trzeba, przywykłam do luksusu. Do wolności. Teraz tylko przecieram oczy. Ale zaraz, jak to.... Nie umiem tak bezradnie się przyglądać, wezmę i przestudiuję jakąś ramówkę godzinową, może w 2 semestrze będzie 1 geografia i 3 historie? Jakim cudem mając jedną godzinę tygodniowo 13 latek ma umieć "ocenić" sytuację polski tuż po osiągnięciu nieodległości, czy ocenić trudności z jakimi zmagali się twórcy Niepodległej czy ocenić szanse Polski podczas powstania styczniowego? Znaczy będę miała ed po godzinach...

Wiadomo, to jest takie narzekanie moje na ten system, który siedzi w progu i rechoce złośliwie, podczas gdy ja muszę jakoś się do niego dostosować, bo córeczka sobie zażyczyła sprawdzić jak to w szkole jest... 
Pamiętajcie - pragnienie ucieczki od systemu, pragnienie wolności to bardzo silna motywacja. Nie dajcie sobie wmówić, że negowanie szkoły to zły powód podjęcia ed. To po prostu powód. Nie każdy ma ochotę spędzać życie usiłując przeskoczyć kolejną poprzeczkę zawieszoną przez system. Jeśli ktoś chce sam sobie wieszać poprzeczki - to niech omija system, nie pozwoli mu rechotać przy swoim progu, a swoje poprzeczki zawiesza sam, tam - gdzie będzie miał ochotę, potrzebę i motywację skakać. 


niedziela, 16 października 2011

Jak to się robi?

Spytała mnie dziś rodzona siostra: "Jak to właściwie wygląda od strony formalnej? Czy one są gdzieś zapisane?" I doszłam do wniosku, że rok temu ja szukałam odpowiedzi na pytanie "Jak to się robi?" i nie miałam wcale na myśli uczenia swoich dzieci w domu tylko formalne załatwienie sprawy. Przecież obowiązek jest, państwo rozlicza... Ten kto ED nie robi ten może nie wie, a jeśli pytanie go nurtuje - tu będzie odpowiedź. Dzieci są "normalnie" zapisane do szkoły. Mają "normalne" legitymacje a na koniec roku wystawione im będą "normalne" świadectwa. Różnica polega na tym, że zapisując panny do szkoły złożyłam wniosek o zezwolenie na wypełnianie obowiązku edukacji poza szkołą - w rodzinnym domu, oraz oświadczenie, że zapewnię dziecku warunki do wypełnienia obowiązku.  Szkoła (dyrektor) wydała zgodę i już. Dostałam do ręki papier, elegancko ostemplowany i podpisany przez pana dyrektora "Decyzja w sprawie zezwolenia na spełnianie przez dziecko obowiązku szkolnego poza szkołą", wymieniono w nim artykuły z Ustawy o systemie oświaty, warunki pod którymi dziecko spełnia obowiązek (rodzice zorganizują realizację... według wskazówek, dziecko otrzyma świadectwo na podstawie złożenia egzaminów klasyfikacyjnych...) i po sprawie. Okazało się, że jest to bardzo proste. Ale wcale takie być nie musi, bo chociaż dyrektor teoretycznie nie powinien odmówić zgody na taką formę nauczania to nie każdy dyrektor o tym wie. Ponieważ zależało mi na ominięciu sytuacji konfliktowych z "pierwszym lepszym" dyrektorem rejonowej szkoły, który nie mając w ED doświadczenia byłby zapewne przerażony takim pomysłem, poszukałam szkoły, która już się tym zajmuje. Ach, no i oczywiście obie panienki odbyły wizytę w poradni psychologiczno - pedagogicznej w celu wykonania przez psychologa opinii o rozwoju dziecka. Młode były zachwycone "miłą panią" a ja dzięki temu mam rzetelną wiedzę dotyczącą tego co należy stymulować.
I oczywiście stale pojawiające się pytanie: "Ale z jakiego programu korzystasz? Kto decyduje czego uczyć?" Mam pod ręką podstawę programową. Mam program, z którego korzysta wychowawczyni, do której jesteśmy przypisane - czytuję sobie ten program, przeglądam treści, obszary, osiągnięcia... Nie kupiłam podręczników, ale to był mój wybór. Wolę sama dobierać materiały, narzędzia, techniki. A tak szczerze mówiąc, to program tylko systematyzuje materiał, który dziecko i tak przyswaja żyjąc, doświadczając świata, zadając pytania, uzyskując odpowiedzi i eksperymentując. Przynajmniej w zerówce. Nihil novi :) Jedyne, co tak naprawdę ja muszę zacząć to nauka czytania i liczenia, bo jakoś samorzutnie nie wykazały jeszcze dziewczyny pragnienia tej aktywności.

sobota, 15 października 2011

Czemu i po co edukacja domowa

Nie przepadałam za szkołą. Nie ukrywam tego. Szkoła była nudna, trudna, czasem nawet przerażająca. Jako małe dziecko zaliczyłam fobię szkolną. Jako młoda panna - nabytą nienawiść do przedmiotów ścisłych. Zwiedziłam wiele ciekawych miejsc i nigdy nie pozwalano mi przyjrzeć się temu co mnie fascynowało bo "nie wolno się odłączać od grupy". Zdecydowanie szkoła utrudniała mi edukację. Oczywiście nie wiedziałam o tym póki nie poszłam na studia. Dopiero Uniwerystet pomógł mi nauczyć się "samoedukacji" i pokochać zdobywanie wiedzy. Zrozumiałam jak wiele lat straciłam na siedzenie w ławce. Cały ten niezmierzony czas mogłam poświęcić na zgłębianie mechanizmów rządzących światem! Tymczasem tkwiłam w dusznej klasie, ciasnej, twardej ławce, całymi godzinami nudząc się jak na rzymskim kazaniu, gorąco nienawidząc fizyki, chemii, nawet biologi! Matematyki... Tyle straconego czasu. Dzisiaj, żeby zrozumieć jak działa świat, wszystkiego muszę uczyć się sama. Chcę, żeby moje córki uniknęły nauki w systemie klasowo-lekcyjnym, który ogranicza możliwości, utrudnia zdobywanie wiedzy, wyklucza samoedukację, zabija myślenie i twórczość, zmusza do funkcjonowania i nauki według określonych (nienajlepiej zresztą skonstruowanych) schematów i często szkodliwych wręcz programów.
Mam pomysł na własny program nauczania, mam koncepcję edukacji za pomocą gier i metody projektów, chciałabym aby moje córki rozwijały w sobie postawy badacza. Jestem gotowa zrobić wszystko, żeby nie zatraciły swojej twórczości, radości życia, energii w działaniu. Marzy mi się, że wyrosną na silne, niezależne, mądre i odważne kobiety. Że nie będą się bały realizować swoich marzeń. I że będą kochały się uczyć. Ja pokochałam zdobywanie wiedzy dopiero na studiach. Myślę, że edukacja domowa to jedyna ścieżka w polskim systemie aby osiągnąć te cele. Czy nie boję się, że panny nie nauczą się funcjonować w grupie społecznej? Nie, jak dotąd nie zauważyłam, żeby miały z tym jakiekolwiek problemy. Są otwarte w relacjach z ludźmi i małymi, i dużymi. Uważnie obserwuję je podczas zabaw z innymi dziećmi i to właśnie szkolne dzieci zamykają się w swoich grupach, grupach klasowych, niechętne by nawiązywać nowe relacje. Moje panienki potrafią się bawić z każdym dzieckiem, które chce się bawić z nimi. Na razie to im wystarczy. Nie zamierzam ich oczywiście zamykać w domu, pod kloszem. Bo edukacja domowa to właściwie edukacja w terenie. W domu, przy stole przeprowadza się trening czytania, pisania, liczenia, gry i zajęcia techniczne, itd. Świat poznaje się w działaniu i doświadczaniu. Na zewnątrz.

A dla wszystkich zwolenników szkoły i klasy jedno pytanie. Czy zamknięta grupa, jaką jest klasa, to na pewno naturalne miejsce do rozwijania umiejętności interpersonalnych? Przecież nigdy, przez całe swoje życie po zakończeniu szkoły, człowiek nie będzie spędzał czasu w tak skontruowanej grupie społecznej! Jeśli naprawdę ktoś by chciał, żeby dzieci w szkole uczyły się "modelowych relacji społecznych, które mają pomóc w przyszłości" to grupy powinny być: mieszane wiekowo a jednocześnie jej członków powinno coś łączyć, jakiś wspólny cel, czy wspólne upodobanie... Nie, moi drodzy, szkoła to jest sposób na uniknięcie masowego analfabetyzmu a nie metoda na twórczą edukcję społeczeństw.