Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prace plastyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prace plastyczne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 czerwca 2014

Papierowo

Ze słowem "scrapbooking" zetknęłam się stosunkowo niedawno, choć jest to od wielu lat stosowana technika ręcznego wykonywania i dekorowania albumów rodzinnych.
Samo zjawisko nie jest mi obce. Ba! Mam taki zeszyt, kilkunastoletni już, który dostałam od przyjaciółki i kuzynki ozdobiony tą metodą. Jeszcze w czasach gdy w liceum pisałam pamiętnik prowadząc go w niebieskim zeszycie. W sumie mogło być na okładce cokolwiek byle ładno-niebieskie. [Łatwo zrozumieć to osobom, które pamiętają lata '80, gdy okładki zeszytów były tak paskudne, że właściwie wszystko było od nich ładniejsze. U nas popularne było oklejanie okładek zdjęciami wyciętymi z kalendarzy ściennych.] I specjalnie dla mnie przyjaciółka okleiła niebieską okładkę zdjęciami, wkomponowała między nie kłos żyta, całość "zafoliowała" szeroką taśmą klejącą. Po dziś dzień ten zeszyt mnie wzrusza.

Nie czułam w sobie namiętności do takich zabaw i jako hobby wybrałam szydełko, tymczasem technika ta wróciła do mnie i zapukała do moich drzwi wraz z niezwykłą dziewczyną poznaną w środowisku edukatorów domowych.
Pokazała mi swoje papiery do scrapbookingu, albumy, notesy, kartki, które wykonuje a ja zachwyciłam się subtelnym pięknem jej twórczości.
Pierwsze arkusze dostałam w prezencie. Z zachwytem i lękiem zastanawiałam się "jak to ugryźć?" Zapisać się na warsztaty scrapbookingu teraz muszę. A Agnieszka powiedziała: "Daj je dziewczynkom, wraz z nożyczkami i klejem, one będą wiedziały co z tym robić". I tak się zaczęła nasza przygoda w świecie pięknego papieru.

Album rodzinny ze zdjęciami oraz pamiątkami dopiero powstanie i na razie nasze zabawy to zwyczajne  - niezwyczajne kolaże, ale zabawa jest przednia.
Zaprezentuję tu kilka prac bo mnie zachwycają i może będą też dla innych inspiracją do zabawy. Ograniczeń wiekowych brak (owszem, nawet roczna Hania się bawi, papier jej smakuje, na brzuch się nie skarżyła).

Zupełnie pierwsze pracy powstały dla babć i nie zostały uwiecznione, ale jedna z pierwszych dużych kompozycji to nasza jesienna ilustracja inspirowana książeczką dla dzieci, którą babunia jako lekturę wybrała dla moich córek na lekcje literatury.
Jan Grabowski "Reksio i Pucek"

Dziewczynki po zajęciach z babunią pastelami narysowały Reksia i Pucka - dwa pieski, a potem wycięłyśmy je z kartonu i wykorzystałyśmy papiery z Makowego Pola (pracownia i sklep)  aby zrobić to: Jesienny spacer Reksia i Pucka.
Wisi sobie beztrosko w salonie i zaskakuje.


Kolejna okazja do poważniejszej zabawy trafiła się gdy z okazji Dnia Matki kupiłam na Makowym Polu kartkę dla mojej mamy. Co tam kartkę - dzieło sztuki!
A żeby kartka samotnie do mnie pocztą nie wędrowała kupiłam również zachwycający komplet papierów "Tu i teraz", kwiecistych, ciepłych, pastelowych. Mniam.
Wywołały one zachwyt moich córek. 
Zaraz dziewczyny wyciągnęły papiery z pudełka, klej, nożyczki, zadekowały się w pokoju (Mamo! Nie wchodź!) i wzięły się za wykonywanie laurek na dzień mamy. Dla mnie. To było wzruszające. I zabawne, nie ma co ukrywać, bo po 15 minutach, w których Hania ściągnęła im ze stolika wszystko gdy namawiałam je do przeniesienia się na duży stół w salonie, wyraziły zgodę, ale pod warunkiem, że nie będę patrzeć. A ponieważ moja niespełna czterolatka też chciała kleić - musiałam jej pomóc. Nie patrząc na prace pozostałych córek. Efekt był taki, że pracowałam z dziewczynkami przy tym samym stole starannie omijając wzrokiem ich prace. Mówię wam - ubaw po pachy. Czego to lekko stuknięta matka nie zrobi dla swoich córek.
Zdjęcie też zrobiłam nie patrząc. Dlatego takie krzywe. [eh, nie ma to jak dobra wymówka]



Efekty pracy zostały starannie zapakowane, obwiązane wstążeczkami i musiałam czekać jeszcze tydzień (!!! nieludzkie ) zanim wolno mi było nareszcie obejrzeć laurkowe cuda. Wszystkie wiszą teraz nad moim łóżkiem w sypialni. Prawie wszystkie. Laurka Natalki wisi nad jej łóżkiem. Niezwykle trudno jest się jej rozstać ze swoim dziełem.

Od Łucji

Od Helci

Od Nadziejki

Dzieło Nati na tle papierów Agnieszki z Makowego Pola

Papierowa przygoda dopiero się zaczęła. Kolejny rozdział to karki z podziękowaniem dla instruktorki ukochanego baletu. Zanim laurki zostały oddane zdążyłam jeszcze złapać je obiektywem idiot-kamery. 




Na sam koniec mała anegdotka związana z ostatnim zdjęciem - laurką Natalki. Otóż Nati na balet pójdzie dopiero jesienią, jest to marzenie jej niespełna czteroletniego życia. Na zajęcia dziewczynek podkrada się gdy tylko się jej uda zwiać mi z oczu (podczas czekania), baletek ma już dwie pary i codziennie ćwiczy przy muzyce z radia (dziś kazała mężowi wyłączyć mecz Niemcy - Ghana, bo ona teraz będzie tańczyć a mecz jej zagłusza muzykę... zobaczyć minę mojej drugiej połówki - bezcenne!).
Dość, że pani od baletu jest kimś w rodzaju bóstwa i specjalnie dla niej Nati stworzyła laurkę samodzielnie rysując (ja pomogłam tylko narysować ręce - Nati jest na etapie głowonogów), kolorując, wyklejając i inne cuda robiąc. Gdy już baletnica była gotowa młoda zabrała ją ze sobą na występy sióstr. Po występach pobiegła wręczyć pani swoją kartkę. Pokazała ją pani, opowiedziała o niej. A potem wróciła z tą kartką do mnie.  Nie potrafiła się z nią rozstać. 
Wykonała jeszcze kilka takich kursów (Nati to żywe srebro) i za którymś razem położyła laurkę w sali baletowej u pani na stoliku. Myślałam, że było to działanie celowe do momentu gdy w domu Natalka zaczęła szukać swojej baletnicy. Ależ był żal.... dopiero obietnica, że zrobimy jeszcze jedną piękną baletnicę (w posypanej brokatem sukience) do powieszenia na jej ścianie ukoił smutek mojej czwartej córki.

Jeśli ktoś wam kiedyś powie, że małe dzieci nie cenią swoich prac - to jest to totalna bzdura.  Warto poświęcić kilka godzin na wykonanie czegoś dużego i pozornie trudnego z maluchem. Ktokolwiek będzie towarzyszył czterolatce w procesie twórczym przekona się o tym. Dla maluchów nie ma rzeczy za trudnych. Ktokolwiek poobserwuje później przywiązane dziecka do własnego dzieła - zapamięta. Dumy z własnej pracy powinniśmy się uczyć od dzieci. 
[To zapewne dorośli gaszą w dzieciach ich radość i poczucie dumy krytykując i deprecjonując ich pracę, ograniczając czas, popędzając, zabierając niebezpieczne narzędzia, "nieodpowiednie" dla wieku materiały. To jak zalewanie ogniska wodą po to by później zasypać je mokrym piachem.]
Acha, mała rada dla chętnych by podjąć wyzwanie szalonej i nieograniczonej pracy z małą dziewczynką. Nie zapomnijcie o brokacie i kleju! I o zasadzie, którą moje córki wciąż przypominają: "Mamo! Ja sama!"

Cały post dedykuję Agnieszce Sieńkowskiej z  Makowego Pola  w podzięce za piękno, które wnosi w nasze życie.
A wszystkich zainspirowanych namawiam do wizyty w jej pracowni.

 Tu znajdziesz Makowe Pole - sklep.
A tu znajdziesz Makowe Pole - blog Agnieszki.












poniedziałek, 17 marca 2014

Kamyki, patyki i sznurki

Istnieją takie zabawki, które stworzył dla dzieci sam Bóg. Powiedział Słowo i powstały. Na Początku Czasów.
A potem mijały lata, wieki, a wszystkie dzieci świata bawiły się tymi zabawkami podnosząc je z ziemi, bo tam właśnie, specjalnie dla dzieci umieścił je ich Stwórca. Zapewne z tego powodu, żeby były "pod ręką", że tak powiem.
A jeszcze później ludzie wymyślili Zanieczyszczenie Powietrza Oraz Ziemi i zabronili dzieciom podnosić zabawki z ziemi tłumacząc, że brudne i paskudne, i dali owym dzieciom śliczne i kolorowe zabawki edukacyjne oraz nieedukacyjne zrobione z polimerów syntetycznych wytworzonych sztucznie przez człowieka i niewystępujących w naturze. I powiedzieli ludzie: "Te zabawki są dobre".

Może dlatego, że dorosłym opatrzyły się zabawki stworzone przez Stwórcę i uznali je za nudne i za mało edukacyjne. Niestymulujące. Nicnierobiące. Banalne. A może uznali, że są brudne i niebezpieczne.
Oczywiście pojawiło się również grono ekologicznych rodziców sięgających po materiały naturalne i wytwarzających z nich ekskluzywne zabawki drewniane, niemalowane, lub malowane naturalnymi farbami i lakierowane specjalnymi lakierami, które posiadają mrowie atestów są niezwykle eko. Drogie zabawki. Naprawdę full wyczesane. Deseczka taka, w niej dziurki do przewlekania sznurówki. Wpadłam w bezdech - taka piękna i miła w dotyku. Deseczka wielkości dłoni kosztująca - bagatela 30zł. Bez sznurka! Ale za to ze specjalnie preparowanego dębu, odpowiednio suszonego, leżakowanego, szlifowanego i co tam jeszcze, oraz lakierowanego eko. Więc bardzo zdrowa deseczka.
Wiem, wiem, zaczyna się sączyć jad z mojego tekstu, obym się tylko w język nie ugryzła bo umrę z pewnością taka jadowita się robię, żmija jedna.
Całkiem szczerze deseczka wzbudziła mój zachwyt. Cena deseczki już nie, ale ponieważ deseczka jest bardzo trwała i bardzo ładna więc może dnia pewnego skuszę się i ową podziurkowaną deseczkę eko kupię. Jak i inne super eko drewniane zabawki, którymi się zachwycam.

Tymczasem moje córki z niezwykłym upodobaniem zbierają kamienie. Tak to już z dziećmi jest, że jak mają pod ręką kamień to go biorą i chowają do kieszeni, a potem drugi i trzeci... Albo patyk. Patyk na spacerze rządzi. Po co komu wózek z lalką skoro gdzieś na pewno znajdzie się jakiś badyl? A jak się jeszcze do tego znajdzie jakiś sznurek... eh, ile fajnych rzeczy można zrobić mając kilka patyków i naprawdę długi sznurek. Pułapkę na potwory (albo na mamę - co czasem na jedno wychodzi), wynalazek, maszynę czasu. A jeśli ma się jeszcze kieszenie porządnie wypchane kamieniami to nuda nie grozi.

Z patykami to ja mam tak - bez bicia przyznaję - że w tym obsikanym przez psy mieście nie pozwalam wnosić ich do domu. Zezwolenie na zabawę kijami córki mają na wsi. Oczywiście do momentu, gdy zaczynają się tymi badylami wzajemnie okładać, co jest niestety nieuniknione, bo po co komu patyk jeśli nie można się nim bawić w walkę na miecze, pojedynek rycerzy, albo Jedi, albo Mulan. Ale i w domu są takie patyki, które rządzą. Są różdżkami, pałeczką dyrygenta, strzałą z łuku itp.
A są i takie drewniane "niepatyki", które można z dziećmi twórczo ożywić i zabawkę zrobić osobiście. U nas spotkać można lalki z drewnianych kuchennych łyżek.


Podnoszenie kamieni z ziemi to również zabawa przez córki ukochana. A i ja nie pogardzę ładnym kamykiem. Oczywiście, wszystkie kamieni zbierane w mieście są przeze mnie starannie myte, a również gotowane (mąż wraca z pracy i zagląda do garnka a tam kamienie: kochanie, naprawdę myślisz, że jak je porządnie ugotujesz to zmiękną? ;)). A później to już z kamieniami można robić wszystko. Dziewczynki bawią się po swojemu a ja dorzucam swoje pomysły. Duża część naszych kamieni została pomalowana.

To są kamienie do zabaw z kolorami, pomalowane przeze mnie.


A tu już zbiór uzupełniony o kamyki wymalowane przez dziewczynki. 

Zabaw z kamieniami można oczywiście wymyślać bez liku, ja pokażę tu tylko trzy. 
Pierwsza to układanie ciągu elementów (rytmu). Można to robić w kilku wariantach: ułożyć początek i poprosić dziecko o kontynuację, ułożenie takiego samego, uzupełnienie luk - zadanie trudniejsze -  (ćwiczenie percepcji wzrokowej, analizy i syntezy), lub wydawać polecenia wymieniając kolejno kolory, które należy układać: "połóż niebieski - jak niebo, za nim połóż czerwony - jak pomidor, za nim połóż żółty jak słońce, lub cytryna, zielony - jak trawa...", przydatne w utrwalaniu nazw kolorów u malucha. 
Stopień trudności zadań dostosowany jest oczywiście do wieku dziecka i celu. 


Inna zabawa to układanie z kamyków obrazka.
Natalka ułożyła drzewko, na nim jabłka, słońce nie niebie.


Ta zabawa z kolei nasuwa od razu pomysł ćwiczenia orientacji przestrzennej, określania kierunków. "Słońce nad drzewem. Pod drzewem kałuża. Na drzewie liście i jabłka." Układanie wg polecenia, lub prośba, by dziecko określiło gdzie co ułożyło ("Co jest pod drzewem?). Tę zabawę można robić przy użyciu dowolnej zabawki oczywiście, ale kamyki mają swój niepowtarzalny urok. 
Z Natalką bawimy się również w przeliczanie, bo choć kolory wciąż jej się mylą (Nati ma teraz 3,5 roku) to przeliczanie uwielbia i przekracza już dość swobodnie pierwszą dziesiątkę. W dwóch językach. (Nie ma to jak edukacja domowa starszych dzieci przy młodszych. Człowiek się urabia po łokcie, ale wyniki zaskakują.) "Z ilu kamyków ułożyłaś słońce? Ile jabłuszek rośnie na drzewie? Z ilu kamieni ułożyłaś pień drzewa?" i tym podobne.

Kamyki można też malować w różne wzory. Ładnie wygląda owalny kamyk przemalowany na biedronkę. :) Albo zwyczajnie w paski. A malowanie takie to niezłe ćwiczenie małej motoryki. Moja Natka bardzo mnie zaskoczyła poświęcając ponad godzinę na staranne malowanie kamyków tak by każdy kamyk był pomalowany dokładnie ze wszystkich stron. I wzruszyła, nie da się ukryć. Obstawiałam, że wytrwa z pędzlem 10 minut a tymczasem malowała tak długo, aż pomalowała wszystkie kamienie, precyzyjnie, ze wszystkich stron, dobierając ładne kolory. Oczywiści malowanie kamieni jest frajdą dla wszystkich moich dzieci. Zwłaszcza, że mają zawsze pełną wolność w wyborze kolorów, narzędzi, sposobu malowania. 
[Pamiętam te okropne zajęcia szkolne: malowanie i rysowanie na zadany temat w określony sposób. W głowie pustka. Pomysłów brak. Niechęć totalna, rysowanie z przymusu. Nawet oceny miałam z tego marne, nigdy powyżej 4 nie wyszła. 4 z plastyki!! Jak nisko można upaść w podstawówce! Przez wzgląd na tamte czasy moje córki mają pełen luz. Fioletowa trawa? Proszę bardzo. Zielone niebo? Bardzo twórcze podejście. Kamyk ciemnobrązowy w czarne kropki i ciemnofioletowe paski? Jak najbardziej. Jeśli taki właśnie Ci się podoba.]

Ostatnia zupełnie naturalna zabawka, która nieodmiennie kojarzy mi się z dzieciństwem moim własnym a teraz jest stale obecna w zabawach moich córek to sznurek. 
Sznurek jak sznurek: bywa długi, krótki, czasem jest to skakanka, czasem sznurówka. Zastosowań ma bardzo wiele: bywa lejcami dla konia, smyczą dla pluszowego psa, elementem maszyny, wynalazku, pułapki (!), smyczą dla balonika, lassem, pętami niewolnika, szubienicą złoczyńcy (ach te dzieci i ich wyobraźnia), smyczą dla lalki, naszyjnikiem, diademem, i Bóg wie czym jeszcze. 
Postanowiłam zaprezentować tu egzemplarz sznurka w wersji De Lux. Jest to prezent podchoinkowy, który dostała moja trzyletnia córeczka od swojej cioci, specjalnie dla córki przez ciocię wykonany. Połączone ze sobą kolorowe pętle plecionki tworzą jedną dużą pętlę - korale, lub inaczej ułożone cały bogaty zestaw połączonych ze sobą sznurkowych bransoletek. Tak wymierzonych by pasowały tylko na małą rączkę.
W okresie świąt prezentów i atrakcji było sporo różnych i sznurek, który powędrował natychmiast pod poduszę (wyjątkowe miejsce do przechowywania ukochanych skarbów) został dość szybko zapomniany. Mimo to każda próba przywłaszczenia sobie owego sznurka spełzała na niczym bowiem mała dostawała ataku furii "Natychmiast oddawaj mój sznurek" i z powrotem wsadzała go pod poduszkę. Sznurek leżał pod poduszką miesiąc. Pewnego dnia został odkryty. "O, to mój ukochany sznurek! Nareszcie go znalazłam! Mamo, czy to ty mi kupiłaś?" "Nie, zrobiła go ciocia." "Kochana ciocia! On jest taki piękny! Będę go nosiła"
I sznurek został założony na rękę, na szyję oraz wykorzystany jeszcze na kilka innych sposobów. Był i jest "ukochanym, przepięknym sznurkiem, bransoletką - naszyjnikiem". Wspaniałym prezentem od ukochanej cioci.





A ja, nie będę ukrywać, trochę zazdroszczę. Też bym chciała mieć taki fajny kolorowy sznurek. Chlip.







piątek, 28 grudnia 2012

Odszkolnienie w przedświątecznym bałaganie.

Tytuł powinien brzmieć "unschooling w przedświątecznym bałaganie" ale nie przepadam za mieszaniem pojęć z obcego języka do naszego i wolę wymyślać własne - po polsku, a poza tym jak się przyjrzeć z bliska to nie do końca mi po drodze z ideą unschoolingu a sięgać po nią jakoś tak tylko "okazyjnie" nie wydaje mi się właściwe. Rzecz w tym, że idea to coś co uznaję albo nie, a nie ułamuję sobie te kawałki, które mi pasują, resztę wywalam do śmietnika ale firmuję swoje działania powołując się na chwytliwe hasło. Z ideą jak z religią. (Definicję unscholingu znajdziesz na dole tego posta, tam również linki do ciekawych artykułów opisujących te iedeę, jej pochodzenie i opis jak rzecz wygląda w praktyce.)
W tej konkretnej sytuacji mam poważny problem. Polski system wymaga od nauczycieli w szkole, a również od rodziców w edukacji domowej realizacji podstawy programowej; dzieci uczące się w domu zdają egzaminy z konkretnego materiału określonego programem szkolnym. Przygotowanie do egzaminu wymaga przyswojenie tego materiału. Niezależnie od tego, czy uczący się jest nim zainteresowany, czy nie. Podejrzewam, że samodzielne przyswojenie materiału nie stanowiłoby problemu, bo człowiek to ciekawskie stworzenie i sam z siebie zgłębia intrygujące zagadnienia a podział na "umysły humanistyczne i ścisłe" i przymuszanie ich do zgłębiania materiału, który ich nie interesuje jest głupotą, która powstała właśnie w systemie szkolnym. (Teraz kilka słów odpierających ataki zwolenników tradycyjnej edukacji, którzy twierdza, że w trybie unschoolingu dzieci nie uczą się tej części materiału ogólnej wiedzy o świecie, która nie jest związana z ich zaiteresowaniami - można taką krótką notkę znaleźć w Wikipedii pod definicją unschoolingu). Bynajmniej nie podważam istnienia szczególnych talentów w kierunku tej czy innej dziedziny ale! Ale jeśli ja - tak zwany "umysł humanistyczny" nie radzący sobie z obliczaniem pola brył i trudniejszymi rachunkami, z rachunku prawdopodobieństwa w liceum miałam 4 (a tłumaczył mi zagadnienie mój własny ojciec) i w dodatku ROZUMIAŁAM to zagadnienie to znaczy, że właściwie każdy może się tego nauczyć. Załapałam się jeszcze na kilka podobnych dziwnych sytuacji, w których bez najmniejszych problemów "łapałam" temat ścisły gdy tylko zobaczyłam go w innym niż ten szkolny, systemowy kontekście, a co więcj - temat ten okazywał się wręcz fascynujący! Zaś wspomniany wyżej mój ojciec - typowy umysł ścisły i to mieszczący się gdzieś w zakresie "geniuszy" - maturę z polskiego zdał na 4 czy 5 choć orłem z polskiego nie był, i po dziś dzień nie czuje się bynajmniej zagubiony w rozmowach umysłów humanistycznych.
Podsumowując ten przydługi wstęp: niewątpliwie talety mamy różne, różne specjalizacje, ale ogólną wiedzę o działaniu świata każdy człowiek zgłębić może. Otwarty umysł i niezagubiona ciekawość świata to klucz do zrozumienia podstaw. Zresztą obserwacje samouczących się dzieci dowodzą, że ich ciekawość świata nie ma granic, a zgłębianie tematu jest silniejsze niż to sugerowane w podręcznikach szkolnych. A specjalizację w życiu dorosłym każdy wybiera sobie sam i tak.

Dość, że przyswojenie materiału w zgodzie z ideą unschoolingu nie byłoby problemem, gdyby mały człowiek miał na to czas. Gdyby sam mógł ten czas wybrać. Ale nie może. Młodsze dzieci mają egzaminy raz w roku, starsze - raz na semestr. Dzieciaki uczące się w szkole maja jeszcze gorzej bo materiał narzucany jest dzień po dniu w ramach określonych zajęć klasowych.
Ten układ bardzo ogranicza nasze możliwości realizowania idei totalnego odszkolnienia.
Osobiście wciąż jeszcze zastanawiam się czy to źle czy jednak dobrze...
Gdybym miała w domu jedynie Helenę, Łusię i Nati niewątpliwie byłabym gorącą zwolenniczką totalnego odszkolnienia i działałabym jedynie w trybie tzw. facylitatora. Ale ja mam w domu jeszcze Nadziejkę. Córcię, która została dwa lata temu zaopiniowana przez psychologa jako dziecko z opóźnionym rozwojem analizatora wzrokowego i słuchowego. A dziś jest w trakcie diagnozowania ryzyka dysleksji. W mojej zaś opinii jest dzieckiem, które postrzega świat obrazami i konkretami. Myśli szybko, świetnie zapamiętuje fakty i doświadczenia oraz relacje. Jest naprawdę bardzo mądrą, bystrą i odpowiedzialną dziewczynką. Jednocześnie ma gigantyczne problemy z przyswajaniem świata symboli, oraz z przechodzeniem od konretu do abstraktu. Jak wyglada przełożenie na przyswojenie materiału szkolnego? Dla Nadziejki nauka czytania i pisania ze zrozumieniem, oraz liczenia to syzyfowa praca. Jest to bardzo trudne a w dodatku niepotrzebne jej wcale. Więc po co to robić? Bo mama każe. No i całe odszkolnienie diabli biorą.
Niewykluczone, że gdybym odsunęła naukę czytania i pisania do momentu, gdy sama zacznie tego potrzebować wtedy motywacja wewnętrzna byłaby wytsarczająco silna, by przełamać opór przed trudnościami. Być może. Nie dowiem się tego jednak gdyż podstawa programowa wymaga od dziecka 7 letniego nauki czytania i pisania oraz liczenia, i Nadzieja musi się tego uczyć. A ja zaciągam ją - niechętną - do stołu i uczymy się. Powoli, wśród buntów, jęków i oporów. Korzystając z zupełnie nie szkolnych materiałów i metod, ale jednak - pod przymusem. Widoczne są postępy. Żałosne w porównaniu do postępów w czytaniu rok młodszej Helenki, ale są. Rzecz w tym, że sukces jest wciąż zbyt mały by nagrodzić trud jaki Nadziejka w naukę czytania wkłada.

Nieustannie pocieszam się myślą, że i tak postępy są większe niż te, które robiłaby w tradycyjnym systemie klasowo-lekcyjnym a frustracja mniejsza niż ta, której by się w szkole nabawiła porównując siebie z innymi dziećmi.
Wspominam również słowa Romana Davisa, dyslektyka, współautora książki "Dar dysleksji" opisującego mechanizm działania potencjalnej dyslesji, potem dysleksji i sposobów do jakich uciekają się dorosli dyslektycy, którym udało się czytanie i pisanie "obejść" i w rzeczywistości wcale tego nie potrafią - fukncjonując mimo wszystko skutecznie jako biznesmeni czy artyści... Davis wyraźnie napisał, że metody radzenia sobie z nieumiejętnością czytania przynoszą więcej szkody niż pożytku. I że naprawdę jedyny sposób poradzenia sobie z trudnością to nauczyć się czytać i pisać. Mimo wszystko. Oczywiście Davis odradza stosowanie metod szkolnych, opracował własne, bardzo skuteczne dla dyslektyków. Rzecz w tym, że to metody przynoszące ulgę i pomagające dzieciakom, które czują potrzebę pisania i czytania w świecie zdominowanym przez kulturę piszących i czytających. Dzieci ciut starszych nich moja Nadziejka. Nadziejka jeszcze nie poczuła dyskomfortu jakim jest "nieczytanie i niepisanie" w Świecie Liter. W związku z tym nawet te davisowskie metody, zmuszające ją do pracy z literami i cyframi są witane niechęcią. Ewidentny brak motywacji.
Mogę oczywiście powiedzieć: "Córeczko, czytanie jest bardzo potrzebne, żeby wygodnie funkcjonować w świecie", ale i tak występuję w roli osoby, która narzuca materiał do nauki - sytucja porównywalna do pamiętnej dla mnie "śnieżynki".

Tutaj pozwolę sobie na małą anegdotkę. Moje córki - z moją niewielka pomocą - odkryły ostatnio angielskie piosenki z serii "Super Simple Songs" w szczególności Snowflake cieszy się u nich powodzeniem. Animacja ilustrująca piosenkę pokazuje zbliżenie spadającej z nieba, filigranowej śnieżynki. Rozentuzjazmowane moje panny zaraz zarzuciły mnie pytaniami: "Czy prawdziwa śnieżynka tak wygląda?". Na chwilę mnie zatkało. "Owszem, tak wygląda, jest malutka, śliczna, filigranowa i każda inna." Opisałam też pokrótce skąd się takie śnieżynki biorą. A na koniec spytałam czy nie pamiętają jak w zeszłym roku oglądałyśmy śnieżynkiz bliska podziwiając ich piękno i rozmaitość kształtów. Nic absolutnie nie pamietały. Czarna dziura. Cały dowcip na tym polega, że w zeszłym roku to ja zaciągnęłam je na dwór, na śnieg; ja zainicjowałam łapanie śniezynek i oglądanie ich, pokazywałam, opowiadałam, tłumaczyłam; w ogóle cała zabawa była moim pomysłem. Wystartowałam z pozycji nauczyciela. I proszę - nic nie zapadło w pamięć. Natomiast w tym samym czasie omawiałyśmy zagadnienia parowania wody zainicjowane przez nie same (wtedy byłam tylko facylitatorem, osobą pomagającą w szukaniu odpowiedzi na frapujace zagadnienie) i bez najmniejszego problemu w tym roku dziewczynki opowiadają o parze lecącej z ust, zaparowującej szyby itd. Jest to przygnębiający dla nas - nauczycieli ale jednak niepodważalny dowód, że dzieci wiedzę zdobywają i utrwalają podczas samodzielnych poszukiwań, i wtedy gdy same postawią pytanie. Akurat tegoroczna śnieżynka pojawiła się podczas infekcji i nie mogłyśmy wybrać się na dwór, by prowadzić obserwacje. A teraz cały śnieg się stopił. Pozostaje mieć nadzieję, że gdy znów spadnie - zainteresowanie śniegowymi gwiazdkami wróci. Człowiek zadaje sobie pytanie: "Jakim cudem w ogóle dzieci uczą się czegokolwiek w szkołach, poza czytaniem, pisaniem i rachunkami?" A może wcale się nie uczą, tak trwale, na całe życie, tylko na trzy "z" - "zakuć,zdać,zapomnieć" i w przyszłości w miejscu ogólnej wiedzy o świecie będzie wielka czarna dziurna...

Niestety w przypadku nauki czytania nie mogę czekać aż potrzeba a wraz z nią motywacja się pojawią. Na szczęście - w tym nieszczęściu - czytanie i pisanie to umiejętności trenowane niemal codziennie a więc takie, których nie sposób po prostu zapomnieć po zakuciu i nasz wysiłek nie jest zupełnie bezsensowny. I tak trudzimy się czytając trzysylabowe "korale" oraz "banany", podczas gdy Helena właśnie zgłębia tajemnice "sz", "rz", "cz" i "dzi" w czterosylabowych wyrazach pełnych zbitek spółgłoskowych, oraz zaczyna dziwiować się zasadom ortografii i stawiać niezręczne pytania: "mamo, a kto to wymyślił?"

W tej sytuacji podręczniki szkolne dla Heli stały się zbyt proste i nudne. A dla Nadziejki wciąż są zbyt trudne, pełne niepotrzebnych zadań i przez to również nudne. (a do tego dochodzi zamieszanie spowodowane nowym działem w tak zwanej matematyce (równanie z niewiadomą: 3+...=7), który wykazał tak ogromną rozbieżnośc między moimi córeczkami, że w pierwszej chwili wszystko mi opadło - ale ja zwyczajnie zbyt wysoko sobie stawiam poprzeczkę zamiast pozwolić uczyć sie moim dzieciom, bo Helena jest już dużo dalej a Nadziejka i tak tego teraz nie załapie; poza tym o matematycznej edukacji innym razem.)

W tym pełnym wątpliwości i trudności zmaganiu złapały mnie przygotowania świąteczne. Helena domagająca się nowego podęcznika i Nadziejka nie ogarniająca połowy bierzącego, i wymagająca indywidualnego toku uczenia się, ciasto na pierniczki, pierogi, kwas na barszcz, malowanie bombek, generalne sprzątanie i jakiś wirus się przyplątał.

Poszłam po rozum do głowy, opanowałam ogarniającą mnie panikę i zarządziłam koniec zajęć przerzucając się na totalny unschooling w przygotowaniach do świąt. Nadziejka wyraźnie poweselała, Helena kompensowała sobie braki w zajęciach samodzielnym studiowaniem Elementarza Falskiego oraz liczeniem czego popadło kiedy popadło, zaś zawieszone z powodu infekcji lekcje angielskiego wyrównać miał komuter i filmiki na you tube.

Na pierwszy ogień poszło piernikowe ciasto, które musi leżakować więc zrobić trzeba je wcześniej. Wszystkie panny stały na krzesłach wokół mnie podczas gdy karmelizowałam cukier a później rozpuszczałam go w wodzie, gotowałam z miodem i resztą cukru. Karmelizowanie cukru było kolejnym etapem rozciagającego się w czasie projektu topienie, rozpuszczanie, mieszanie i wpływ temperatury (miałyśmy jakiś czas temu zajęcia z udziałem roztworów i mieszanin, bardzo ciekawe, bardzo brudzące). Czekanie na dzień wycinania i pieczenia a później kolejny dzień - zdobienia pierników, a później oczekiwanie na ostatni etap - wigilijne pożeranie pierników - to była wielka lekcja cierpliwości.

W czasie gdy ciasto leżakowało wzięłam się za pierogi i uszka. Gdy tylko rozwałkowałam ciasto i zabrałam za lepienie pojawiły się moje starsze córeczki z pytaniem: "czy ja też mogę?" (oczywiście przygladały się wcześniej zagniataniu ciasta bo proces tworzenia ciasta jest zwykle witany entuzjastycznie - zwłaszcza przez podjadającą Helenę). Pomysł lepienia pierogów przez dziewczynki wywołał we mnie tak gwałtowny wewnętrzny opór, że przełamywałam się z trudem. Problem w tym, że skuteczniej i szybciej jest sprawnie zlepić te pierogi samemu niż uczyć trudnej dość sztuki gadatliwe panny. W gruncie rzeczy praca sprowadza się wtedy do pomagania dzieciom i naprawiania szkód jakie wyrządziły. (Przy jednoczesnym nieustannym kontrolowaniu poczynań dwóch młodszych, które wcale nie chcą zająć się grzeczną zabawą). Właśnie taka jest rzeczywistość domowa z mojego punktu widzenia. Ale przecież jeśli teraz się nie nauczą - teraz, gdy najbardziej chcą - to kiedy? I tak lepiłyśmy pierogi, Helena zrobiła ich 10, Nadzieja - 5, mama pozostałe 30 (i pozlepiała te, które po zlepieniu przez panny zaraz się rozpadły) a Nati zepsuła tylko 2.
Helena chciała koniecznie wiedzieć ile nam wyszło. Hmmm, zafrasowałam się, zaczęłysmy liczenie: w pierwszej partii gotowałyśmy 10, na drugą przygotowałyśmy 12, teraz robimy kolejnych... i tak Helcia zapisywała a potem, he he he, musiała to wszystko sama pododawać. Jakoś poszło. Z pomocą koralikowych liczydełek i pod kontorolą mamy. Pytanie jak w tej sytuacji wyglada programowe dodawanie w zakresie 7? My dodając kolejne partie pierogów przekroczyłyśmy 40.

Nastepnego dnia lepiłyśmy uszka do barszczu. I znów babrałyśmy się w tym razem, poirytowana mama, ucząca się cierpliwości i szacunku dla potrzeb edukacyjnych swoich dzieci i dwie małe uczennice trudnej sztuki kuchennej, uczące się zlepiania pierożków wypełnionych postnym farszem w kształt uszek.

Kolejne przedświąteczne zadanie - wycinanie, pieczenie, ozdabianie pierniczków.

Na zdjęciu to tylko tak ładnie wygląda. Sielankowy obrazek: mama i jej cztery córeczki, zgromadzone razem przy stole, w tle mruczą kolędy, przyprawa piernikowa i miód pachną, kolejne blachy pieką się w piekarniku... - ale taki obrazem to może odmalować pani Musierowicz w swojej książce. W rzeczywistości: mamo, kotu odpadła głowa! to cisto się lepi! mamo, rozwałkuj jeszcze kawałek! mamo, przełóż mi pierniczki bo się mi rozpadają! mamo, ona zjada moje pierniczki! mamo, ona mi nie chce oddać foremki! mamo zginęło mi serduszko! mamo, no rozwałkuj mi! mamo mi też! mamo, a kiedy będziemy ozdabiać? mamo, Helena też zjada! mamo, upiecz moje pierwsze, moje pierwsze! mamo, nie wyszło miiii....!! mamo, siusiu! mamo, ona wylała picie! itd, itd...
...po zakończonej pracy mój człowiek czuje się jak po zejściu z karuzeli. Uff, przeżyłam. Najważniejsze jednak, że z roku na rok dziewczyny będą starsze i coraz bardziej samodzielne. Czego się w tym roku nauczyły to na pewno zaprocentuje w przyszłości. Na pewno. W tym roku efektem było pudło zawierające kilogram pysznych, smakowitych pierniczków.





Nie tylko kuchnia przyciąga dziewczynki. Podobny efekt daje mycie okien. Zimą mycie okien to lekki hardkor ;). Właściwie dość skuteczne jest ściąganie z szyby gumową ściągaczką zamarzniętej wody z piany - zaskakująco szybko i skutecznie umyte okno - ale nie jest to sport dla dzieci. Moje dziewczynki dostały więc w rączki ściereczki z mikrofibry, gąbeczki, miskę z wodą z ludwikiem, i zadanie by zmyć z szyb w drzwiach tłuste ślady paluchów. Ich paluchów. Jest szansa, że dziesięć razy zastanowią się w przyszłości zanim namalują na tych szybkach paluszkami wzroki. He, he, he...

Pieczenie keksu jest zwykle okazją do rozmowy o bakaliach, aktywnego towarzyszenia podczas ich szykowania, poznawania nowych smaków, przede wszystkim przygotowania ciasta. Helena uwielbia towarzyszyć podczas pieczenia cista. W tym roku pozwoliłam jej już trzymać pracujący mikser (nie lada wyzwanie dla sześciolatki :)). Mam wrażenie, że za dwa lata będzie umiała upiec te wszystkie ciasta sama. W tym roku na tapecie były figi: "chrupkie w środku ;)" - kolejna odsłona obecności nasion.

Przez cały adwent towarzyszł nam Adwentowy Kalendarz. Przy diecie bezmlecznej jedyny możliwy to zrobiony samodzielnie. Ale przerosło mnie szykowanie 24 pudełeczek a dziewczynki jeszcze takich precyzyjnych prac nie ogarniają, więc uprościłam sobie życie i zrobiłam Kalendarz w koszu. Do prawie każdego dnia było dołączone zadanie (zadania wymyślane na bierząco, adekwatnie do sytuacji) i tak szykowałyśmy kartki świateczne, lepiłyśmy z masy solnej i ciastoliny, w niedziele adwentowe próbowałyśmy ilustrować Ewangelie. Zabrakło mi w przygotowaniu zadań konsekwencji i czasami zadania dnia brakowało, a czasem było to zwyczajne pieczenie pierników, czy świąteczne sprzątanie - codzienne nasze prace. Ale i tak jestem z nas dumna. W przyszłym roku będzie nam już łatwiej - to początki są najtrudniejsze.




Chyba ostatnie przedświąteczne zadanie to ubieranie choinki. Choinka powinna być śliczna, gęsta, rozłożysta, symetrycznie przystrojona pięknymi ozdobami. Nasza podobno jest: "najpiekniejsza na świecie", choć nie tak gęsta jak być powinna. Nie znam się chyba. Jak dla mnie wyglada jak wielki kolorowy śmietnik ;) W tym roku dziewczynki pomalowały i ozdobiły prawie wszystkie bombki własnoręcznie - zainspirowane wizytą w fabryce bombek. Zaś gdy coś się tłucze to zazwyczaj kupione przeze mnie i starannie dobrane szklane, sklepowe ozdoby. Cóż. Choinka i tak jest dla dzieci. Dziewczynki ubierają ją samodzielnie prawie całą, tam gdzie dosięgną stojąc na krzesłach. Mnie pozostają lampki, gwiazdka na czubek i najwyżej zawieszone bombki. A każda stłuczona bombka robi miejsce nowopowstałej ozdobie choinkowej. Nie ma tego złego...







A na koniec takie małe spostrzeżenie.
Mógłby ktoś zarzucić mi, że uczę dziewczyny jakichś średniowiecznych kobiecych postaw - czyli siedzenia w kuchni i sprzatania... No jakoś tak jest przed świetami, fakt. Ale za to od Mikołaja dziewczynki dostały samochody zdalnie sterowane - zgodnie z wyrażonymi w listach życzeniami. I od trzech dni nieustannie jeżdżą. A ja - szczerze mówiąc - trochę im zazdroszczę. Wychowywałam się między dwoma braćmi i to oni dostawali zdalnie sterowane auta. A ja lalki, wózek i takie tam. A dziewczyny, jak widać, też lubią czasem pojeździć.

"Unschooling – forma edukacji, w której uczenie się opiera się na zainteresowaniach, potrzebach i celach ucznia. Można spotkać się też z określeniami: naturalne uczenie się (natural learning), uczenie się prowadzone/kierowane przez dziecko (child-led learning, child-directed learning), uczenie się poprzez odkrywanie (discovery learning), radosne uczenie się (delight-led learning).
Unschooling jest zwykle uważany za rodzaj edukacji domowej, która polega po prostu na edukowaniu dzieci w domu zamiast w szkole. Edukacja domowa jest często utożsamiana z homeschoolingiem, jednak, jak niektórzy twierdzą, ten drugi termin zakłada odtworzenie szkoły w warunkach domowych, co kłóci się z filozofią unschoolingu (odszkolniania).
Unschooling odróżnia się od innych form edukacji domowej tym, że edukacja danego ucznia nie jest kierowana przez nauczyciela ani przez program nauczania. Chociaż uczniowie mogą zdecydować, że będą się uczyć korzystając z pomocy nauczycieli, lub mogą wybrać dla siebie program nauczania, ostatecznie jednak to oni sami decydują o swojej własnej edukacji. Uczniowie wybierają jak, kiedy, dlaczego, i czego będą się uczyć. Rodzice którzy "odszkolniają" swoje dzieci działają jako "facylitatorzy" (pomocnicy), dostarczając szeroki wachlarz zasobów, pomagając swoim dzieciom zrozumieć świat i poruszać się w nim i wspomagają ich w stawianiu sobie i realizowaniu celów oraz planów zarówno na odległą jak i na bliską przyszłość." Wikipedia

Ciekawy artukuł o tym jak wygląda idea w praktyce znajdziesz tutaj: http://stressfree.pl/unschooling-w-praktyce-cz-3/ .

A linki do części pierwszej i drugiej podam tu: http://stressfree.pl/unschooling-uwolniona-edukacja-domowa-cz-1/

http://stressfree.pl/unschooling-i-jego-zalety-cz-2/

piątek, 13 kwietnia 2012

Galeria II

Wstyd jak beret, obciach na maksa itd. Dwa miesiące blog odłogiem leży, czytelnicy czekają, oglądacze wypatrują a ja z lenistwa nocami do poduszki czytam książki zamiast pracować. Cztery napoczęte teksty kurzą się wirtualnie w dziale nieopublikowanych postów a ja cóż... zawsze mam coś ważniejszego do zrobienia.
Dzisiaj zresztą też żaden z oczekujących tekstów nie doczeka się publikacji. Aby pisać potrzebna jest wolna noc. A ja mam tylko bardzo zajęty dzień. Spacer. Wizytę w bibliotece. Cztery nowe gry. Pudełko nienaruszonych pasteli, kilka nowych bloków do rysowania i malowania, wytłoczki po jajkach naszykowane do zrobienia wiosennych kwiatów, szufladę kolorowych krepin czekającą na wykorzystanie do papierowych krokusów, narcyzów, tulipanów i róż... A na koniec kosz kolorowych włóczek i kordonków i niezliczoną ilość planów i pomysłów. Że nie wspomnę już o wełnie i igłach do filcowania, które płaczą za mną po nocach.

Wrzucam dla ciekawych małą Galerię wiosennych prac. Dominują wykonane techniką origami płaskie z koła i kiriorigami. Wybieram te techniki bo można z nich wykonywać samodzielnie całe obrazki nawet gdy jest się krasnoludkiem trzy i czteroletnim. Lub zerówkowiczem z pewnymi ograniczeniami w zakresie małej motoryki. Albo pięciolatką, która szybko się poddaje. A każdemu, kto spróbuje dają błogie poczucie sukcesu. "Zrobiłem zupełnie sam."

Polecam książeczki dla początkujących pani Doroty Dziamskiej, pełny opis dla laika oraz ignoranta, dużo ciekawych pomysłów, zdjęcia gotowych prac w skali 1:1, dla mnie - bomba!

A teraz wykonywane przez nas: gąsiennice, wiewiórka mojej 3,5 letniej trzeciej, oraz kompozycje na Wielkanoc.







A taki baranek ozdabia ścianę pokoju dziennego :) i przypomina nieustanną radość Zmartwychwstania! Baranek banalnie prosty, brystol oklejony watą, nogi z krepiny, kopytka i uszy z filcu. Sama frajda, pełna kooperacja.

Wielkanocne koszyczki z wytłoczek od jajek, w środku pisanki oraz megakurczaki, które bawią mnie do łez swoją dysproporcją względem kogucików... ;)

Ciepło i wiosennie pozdrawiam wszystkich czytelników :)

sobota, 22 października 2011

Plastusiowo

Moja siostra wręczyła mi ostatnio książeczkę Marii Kownackiej "Plastusiowo". W prezencie od cioci dla małoletnich bratanic. Otworzyły mi się w głowie małe drzwiczki a za tymi drzwiczkami wielkie możliwości, nieograniczone światy... coś naprawdę fajnego.

I tak po nudnych zajęciach z czytania sylab i jeszcze nudniejszych zajęciach z liczenia przyszła pora na to, co mama i córki lubią najbardziej. Ciastolina! 
Tym razem miałyśmy do dyspozycji zupełnie nowy produkt, "mięciutką ciastolinę" Elefun, urodzinowy prezent mojej pięknej Heleny. Po wyschnięciu pozostaje dość miękka i elastyczna. Zwykle długa zabawa ciastoliną w cukiernię kończy się wraz ze zmieszaniem wszystkich kolorów w jedną bryłę, ale tym razem postanowiłam zabawą pokierować. Zanim siadłyśmy do stołu zarządziłam nawarstwienie się (uwielbiam słownik synonimów!) na łóżko i poczytanie inspirującej książki. Efekty przechodzą najśmielsze moje wyobrażenia, a to dopiero początek. W planach mamy jeszcze poszerzenie zwierzyńca, budę dla psa (moja najstarsza panna wszystko już zaplanowała, ilość ścian, okrągłą dziurę - do wchodzenia - i daszek...), większy ogródek, drugi domek, drugiego Plastusia dla Łusi, której pierwszy Plastuś został pożarty przez Nati, gniazdo bocianie, bociana... a to dopiero kilka pierwszych rozdziałów książeczki! Strach pomyśleć co jeszcze Maria Kownacka tam opisała. Choć właściwie to wcale nie strach. Raczej coś w rodzaju radosnego oczekiwania i lekkiej ekscytacji.


Z kwiatkiem ładniej :)

Tak powstawał Plastusiowy przyjaciel - niebieski pies.


A tak przebiegał proces twórczy zielonego kota.


Pomarańczowy pies przypominał raczej łysego szczura... ale i tak był przepiękny.


A kot bez wąsów nie wygląda wcale jak kot. Aleśmy mu wąsy z kawałeczków żyłki doczepiły.



A oto i Plastusiowo. Czy raczej jego początki.

Po ukończeniu prac byłam naprawdę wykończona (każda panienka potrzebuje mamusinej pomocy natychmiast, a mamusia nie potrafi odmówić, więc pokazuje, pomaga i tłumaczy bez końca). Choć efekt może jest dość niepozorny to dom ma kolorowe okiennice, obrazki i ozdoby na ścianach, komin, a w środku stoją łóżeczka. 
Nowiutkie lalki Barbie kurzą się na półkach (a warto wiedzieć, że dziewczynki mają po jednej takiej lalce na głowę i długo musiały na nie czekać...) a w nocy Plastusie sypiają z dziewczynkami w łóżeczkach. Córki zmusiły mnie o 9 wieczorem, żebym Plastusiom wycięła polaru materace, poduszki i kołdry... Panienki wstają rano i biegną bawić się Plastusiowem. Planują rozbudowę osiedla. Nadziejka bez Plastusia nie rusza się z domu, pokazuje go wszystkim i opowiada historie o tym jak jej Plastuś magicznie ożyje, zamieszka w piórniku i będzie miał różne przygody (skutki oglądania dobranocki). A ja patrzę na to wszystko i serce fika mi koziołki ze szczęścia i dumy.
Życie jest piękne.