Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja matematyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja matematyczna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 grudnia 2016

Kto gra w karty ma łeb obdarty czyli kilka słów o małych dzieciach i matematyce

Nauka matematyki zaczyna się niepostrzeżenie. Pojęcia matematyczne, porównywanie wielkości, przeliczanie, dodawanie... Nie ma lepszych sposobów dla dziecka niż po prostu ROBIĆ TO codziennie. Zaletą jest wtedy mieszkanie na piętrze (na przykład czwartym bez windy), gdy wchodzenie po schodach dłuży się niemiłosiernie a najlepszą formą zajęcia czasu jest liczenie schodków. Tak tak... 8 razy policzymy do 11 i kilka takich kursów da nam gwarancję, że nasz trzylatek będzie najlepszy z matmy w przedszkolu!
Nakrywanie do stołu - a trzylatki to kochają - w wielodzietnej rodzinie to gwarancja nauki skutecznego przeliczania do... (u nas obecnie do 6 podczas posiłków samych dzieci, a do 8 podczas posiłków całej rodziny, już wkrótce będzie nas jeszcze więcej). Ile potrzeba łyżek, widelcy, ile już jest na stole, ile jeszcze brakuje itd. Równy podział kruchych ciasteczek - dla każdego po dwa i czy wystarczy całej paczki, żeby jeszcze każdy zjadł po trzecim. To są takie oczywiste działania i nauka przy okazji... dlatego lubię ed. W przedszkolu dzieci "robią zajęcia", przeliczają figury, klocki, zwierzątka, korale na sznurku i jakie tam jeszcze pomoce pani wybierze, w tym czasie do stołu nakrywa inna pani a dzieci siadają do gotowego. I oczywiście dzieci uczą się na konkretach, ale jednak w sytuacji nie do końca naturalnej. Życiowej. A te życiowe uczą jednak najskuteczniej.

I oczywiście naturalne życiowe sytuacje, które skutecznie i szybko uczą to zabawy oraz gry. Kiedyś prezentowałam grę w wyścig na centymetrze, już ściśle matematyczną, ale oczywiście każda gra z kostką planszowa umiejętności matematyczne kształtuje. Jednak najlepsze do nauki matematyki są karty.
Nie będę ukrywać. Wiele lat żyłam w błędnym przekonaniu, że matma karciana zaczyna się od około 5 roku życia. Podstawowa gra w wojnę, kształtująca umiejętność liczenia i porównywania. Liczyć potrafią też maluchy, ale porównywać kto ma więcej a kto mniej, ohohoo! to już wyższa szkoła jazdy. Nie mówiąc o tym, że nieustannie toczy się wojnę, w którą ktoś wygrywa lub przegrywa. Moje starsze córki nie znosiły przegrywać. Gra w wojnę z nimi była prawdziwą torturą. Grałam talią bez figur i zawsze trochę szachrowałam, żeby zapewnić córkom regularne wygrywanie: raz ty a raz ja. Gra wymagała mnóstwo cierpliwości i robiłam to motywowana świadomością, że to jest skuteczniejsze niż zwykłe lekcje.

Ostatnio do gry w wojnę namówiła mnie moja trzy i pół-latka. Moja ukochana piąta córka, szalenie niezależna, przemądrzała, bystra jak diabli a przy tym, niestety, awanturna i uparta (te dwie ostatnie cechy "niestety" są zapewne wypadkową trzech pierwszych). Jakby mało  było tego, że codziennie rano wstaje przed 6. Czasem człowiek sam nie wie czy bardziej ją kocha, czy bardziej się na nią wkurza. Spodziewałam się więc piekła w stylu "Nie, to ja mam więcej! Nie to ja wygrywam!" itd. Tymczasem inteligencja i bystrość mojej córki przebiły jej niezależną naturę oraz upór. Gra się nam wspaniale. Od dwójek do Asów, z jokerami. Przeliczamy i porównujemy co jest większe 8 czy 9. Uczymy się i zapamiętujemy, że dama - królewna jest większa niż grobowiec (zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia dlaczego walet jest akurat grobowcem nazwany), a król bierze wszystko, poza asem. Przepadam też za przyglądaniem się, jak moja mała córeczka pracowicie rozdaje karty: jedna dla mnie, jedna dla ciebie. I radość sprawia mi jej uczciwość, gdy starannie odkłada karty: te dla mnie, bo ja mam najwięcej, a te dla ciebie, bo ty masz najwięcej.

Nieodmiennie zachwyca mnie niezwykłość Bożego stworzenia. Indywidualność moich dzieci, każde dziecko jest inne a życie z nimi to jak dostawanie prezentów-niespodzianek, odkrywanie u nich nowych cech, talentów, których dotąd nie widziałam.

piątek, 5 września 2014

Podręczniki, ale jakie?

Pytają mnie ludzie….

Często pojawia się ostatnimi czasy pytanie o podręczniki dla maluchów. Czy kupować, jeśli kupować to jakie, czy korzystać z darmowego Elementarza dla pierwszaka, jakie podręczniki wybrać dla zerówkowicza nawet! Choć to ostatnie wydaje mi się już tak absurdalne, że sporo czasu zajęło mi zrozumienie źródła jego powstania.
Odpowiedź na pytanie brzmi: nie wiem. Podręczników jest dużo a ja obejrzałam zaledwie kilka. Osobiście uważam, że żaden nie jest potrzebny i znam rodziców w ed, którzy korzystają z podręczników szkolnych tylko sporadycznie. Napiszę jednak kilka zdań, swoich refleksji, swojego doświadczenia i dodam, jako bonus, listę podręczników, których należy unikać.

Czym jest podręcznik, że tak wiele uwagi zajmuje? Jest to pomoc edukacyjna w realizacji programu. Jedna z pomocy, wcale niekoniecznie ta najlepsza, ale w przypadku szkół publicznych, korzystających ze standardowych, popularnych programów, dedykowany im podręcznik jest z pewnością pomocą najwygodniejszą dla nauczycieli i uczniów. Głównie z tego powodu, że klasę liczącą między 20 a 30 dzieci trzeba jakoś utrzymać w ryzach i najłatwiej jest pracować na jednakowym materiale ze wszystkimi, zwłaszcza, że pracuje się z tą grupą kilka godzin dziennie. Przeciętnemu nauczycielowi potrzebny jest stały rytm, wspólny materiał, rutyna. (Widziałam kiedyś film o autorskim pomyśle klasy bez podręczników, bez rutyny i z pełną indywidualizacją. Ale tej klasy nie prowadził przeciętny nauczyciel. Ależ to było piękne miejsce...)
Tu warto zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad taka kwestią: skoro podręcznik jest pisany do programu, jako narzędzie do jego realizacji, to gdzie się podziewa program do którego powstał rządowy Elementarz, hę? Widział go ktoś? Słyszał ktoś coś? Nijak nie. Podręcznik realizuje podstawę programową, podobno. Zabawne. Wszak podstawa miała być... podstawą programową. Takim tworem, w oparciu o który nauczyciele i metodycy mogą tworzyć własne programy. Jednocześnie zawiera ona spis oczekiwanych osiągnięć dziecka, wymagania szczegółowe na koniec konkretnego etapu edukacyjnego, które mogą być wytyczną do pracy z dzieckiem (dla nas, edukatorów domowych, to one właśnie są najważniejsze). Ale nie jest ona programem, ani minimum programowym. To gdzie jest program do Elementarza? Otóż nie ma, najwyraźniej. Przestał być potrzebny, naga prawda wyszła na jaw. Zgodnie z zapisem z podstawy programowej: „Szkolny zestaw programów nauczania, program wychowawczy szkoły oraz program profilaktyki tworzą spójną całość i muszą uwzględniać wszystkie wymagania opisane w podstawie programowej. Ich przygotowanie i realizacja są zadaniem zarówno całej szkoły, jak i każdego nauczyciela.” Metodycy pracujący dla wydawnictw musieli się męczyć układając jakąś całość, planować, uzasadniać ją dobrem dziecka, globalnym rozwojem,  taką czy inną ideą rozwojową. Miała być to całość pod względem metodycznym i merytorycznym, gdzie wyszczególnione są cele i zadania a treści powiązane ze sobą tak by dziecko mogło naturalnie przechodzić od jednych zagadnień do drugich. Ministerstwo już nie musi. Czyżby stawiane wydawnictwom oraz nauczycielom, do tej pory, wymagania były tylko przysłowiową "kłodą pod nogi"? A dla dobra dziecka to już wszystko jedno co, kiedy i jak? Pewnie dlatego Elementarz to taki zlepek kolorowych plakatów i kart pracy przypadkowo połączonych klejem między okładkami. Albo może zarządzenie, nawet nie wiem, które, przestało obowiązywać. Albo Ministerstwo oraz rządowy Elementarz są ponad to. I git.

No to mamy ten Elementarz jako jakiś pomysł dla pierwszaka. Brać czy nie brać? Jest sens zastawiać tym półkę? A co będzie jak dziecko go zniszczy przez naszą, rodziców, nieuwagę? Może lepiej bez niego? Bezpieczniej? Tak. Bezpieczniej. I nie tylko z tego powodu. Ten Elementarz nie pomaga w nauce czytania. Nie najlepiej radzi sobie z matmą. Wiedza ogólna, przyrodnicza i społeczna? Powierzchowna, tendencyjna, nudna dla dziecka, które uczy się w ed, żyjąc. Może się przydać Elementarz? Może. Autorzy dokonali jakiegoś rozkładu materiału, tworząc tę książkę a na końcu każdej części znajduje się lista zdobytych umiejętności i wiedzy. My, edukatorzy domowi, jeśli nie korzystamy z gotowca, musimy rozkład materiału zrobić sami w oparciu o podstawę i wymagania egzaminacyjne nadesłane przez szkołę. Można wykorzystać Elementarz jako źródło informacji "czy robiąc te wszystkie twórcze, indywidualne cudowności w ed, gdzieś nie zagubiłam minimum programowego". Ale do tego celu wystarczy nam pdf  Elementarza pobrany ze stron ministerstwa. Nie mówiąc już o tym, że w zupełności wystarczą nam wymagania wysłane przez szkołę. Może lepiej, żeby się nam ten "zlepek" kolorowych kart do niczego nie przydawał? Po co dzieciom wodę z mózgu robić? I sobie?

Po wykończeniu rządowego gniota wrócę na chwilę do zagadnienia podręcznika dla zerówkowicza. Szczerze mówiąc nie przyszłoby mi do głowy poruszanie tego tematu, gdyby nie to, że natknęłam się na takie pytanie zatroskanej mamy. Jaki "box" dla dziecka zapisanego do zerówki wybrać? Otóż żaden drodzy rodzice. Żaden. Bo nasz maluch ma się uczyć tego, czego ma się uczyć w zerówce, przez zabawę. Manipulację na konkretach, konstruowanie a nie wypełnianie jakiś durnowatych kart pracy z jakiegoś infantylnego boxu. Infantylnego,  a jakże, musowo. Nie może nie być infantylny, skoro nie wolno uczyć dziecka czytać, pisać a nawet liczyć! To co tam będzie? Szlaczki, kolorowanie drukowanych kształtów liter, nazywanie obrazków, jakieś proste labirynty, przyklejanie naklejek... serio, takie zabawy to można dziecku sprezentować kupując "Wielką księgę przedszkolaka" wydawnictwa Olesiejuk, albo teczkę "Mam 5 lat", albo dowolną książeczkę z łamigłówkami dla malucha (warto jednak sprawdzić, czy szata graficzna jest wporzo, coby dziecku szpetotą gustu nie psuć), albo przysiąść fałdów i codziennie wieczorem naszykować kilka takich zadanek własnoręcznie, markerem na kartonie. I też będzie dobrze. Przy okazji spokojnie nauczyć czytać, liczyć do 100, dodawać i odejmować, porównywać i co tam nam jeszcze przyjdzie do głowy, a wszystko to grając w gry i budując z klocków, oraz czytając z dzieckiem książki, oraz robiąc ciekawe doświadczenia z książki "365 doświadczeń na każdy dzień roku" lub "Eksperymenty mądrej żabki" Nicole Borgmann. Tak zwany "test gotowości szkolnej" sprawdza pewne konkretne umiejętności i poziom rozwoju dziecka, umiejętności analizy i syntezy wzrokowej i słuchowej, i bardziej się dziecku przyda układanie puzzli, mozaiki Montessori, tangramów, oraz zabawy słuchowe w sylabizowanie i wysłuchiwanie głosek na początku i końcu wyrazu, oraz zabawy orientacyjne i porządkowe, niż  wypełnianie kart pracy z jakiegoś boxu. Mamo, tato, nie dajcie się upupić! Mentalne odszkolnienie to podstawa. Odwagi!

Pierwsza klasa to już poważna sprawa i nie bez kozery spędza sen z powiek rodziców, którzy nie mając wykształcenia w tym kierunku zastanawiają się "czy ja potrafię sam nauczyć moje dziecko czytać, pisać, liczyć?" Zabawne. Większość dzieciaków idzie do pierwszej klasy umiejąc czytać i liczyć, a nauka pisania, choć monotonna i nudna, specjalnie skomplikowana  nie jest. (Wystarczy wydrukować kształt litery na dużym kartonie, lub napisać markerem, bawić się rysowanie po śladzie, na ścianie, w kaszy mannej, kalkowanie, lepienie z plasteliny, potem w dużej liniaturze, potem w małej, potem w sylabach otwartych - ma, mo, mi, mu itd żeby nauczyć łączenia w pisaniu, potem w prostych wyrazach, po śladzie i przepisywaniu ich itd. Jedna litera - jeden dzień. Utrwalamy kilka dni i następna litera, nauczymy pisać szybciej niż podręcznik a użyjemy do tego kartonów, wielkiej płachty papieru do pakowania, liniatury, markeru i ołówka. Jedyna zasada, której powinniśmy się trzymać to konsekwencja w metodyce. Jeśli zaczęliśmy w ten sposób pół alfabetu to zróbmy tak i resztę, od bałaganu dzieci głupieją. Podaję, przy okazji, link do strony gdzie można znaleźć gotowe do druku wszystkie litery, szlaczki, łączenia, wyrazy itp.: http://www.kaligrafowanie.pl/ ). 
Będzie się to zmieniać oczywiście, bo teraz do pierwszej klasy pójdą dzieci, które są za małe na wysiłkowy trening pisania (precyzyjnie w małej liniaturze), i które raczej nie będą jeszcze czytać. Teraz najważniejsze będzie więc, niekoniecznie to jak im pomóc, ale jak im nie przeszkadzać... Czytanie, liczenie to takie umiejętności, które większość dzieci chętnie zdobywa samemu. Istnieje też ogromna ilość metod, elementarzy, książeczek, a i tak zwykle najlepiej sprawdzają się domowym sposobem wykonane: sylaby i ruchomy alfabet, z których dzieci układają proste wyrazy, potem coraz trudniejsze. Samodzielne ułożenie prostych zdań, które można wydrukować dziecku w domu, to też nie jest wielki problem. Ot, zastanawiamy się jakie to to zna litery? Sylaby? Bierzemy je i próbujemy coś  stworzyć... na przykład: Motyl lata nad łąką. Mama myje gary. Tata nosi zakupy. Ala ma korale. Ola lubi lody. I tym podobne. Rodzic swoje dziecko zna i może dopasować poziom trudności zdań indywidualnie do swojego dziecka a również tematykę. Dla chłopca pewnie ciekawsze będą: Samolot lata wysoko, czy coś takiego; nie wiem, u mnie same dziewczyny.

Konkretne, dobrze znane, sprawdzone metody nauki czytania to: Doman (ale nie dla dzieci szkolnych, Doman jest dla maluchów, zaczynamy już z półtorarocznymi i młodszymi dziećmi, jeśli ktoś chce, u starszych dzieci nie ma efektów); metoda Jagody Cieszyńskiej "Kocham czytać" (inaczej metoda symultaniczno-sekwencyjna, sprawdzona i skuteczna metoda nauki i terapii czytania) ale ten komplet jest drogi.  A też niedawno usłyszałam, że dziecko znudziło się pracą z tym materiałem.  Mama się niepokoiła, że córka chce robić następny etap a nie opanowała pierwszego, a metoda na to nie pozwala, bo najpierw trzeba opanować te podstawowe sylaby a potem coraz trudniejsze, a potem wyrazy, wszystko po kolei. Otóż metody tak mają, tak są przez metodyków, terapeutów tworzone. Tymczasem dzieci, normalne, bystre, czasem tą rutyną się nudzą. Nie chce im się uczyć codziennie rozpoznawania tych samych sylab, chcą czytać wyrazy, zdania, książki! I wtedy metoda idzie w kąt a dziecko wyciąga książeczkę i powoli, mozolnie odcyfrowuje litery, głoskując i łącząc te głoski w sylaby i od razu w wyrazy i zdania. I kto dziecku zabroni? Moja Trzecia tak robi, a bardzo nam się sprawdza Elementarz Falskiego.

Kolejna dobra propozycja dla 6/7 latka to "Komnaty literowe" Danuty Gmosińskiej i Violetty Woźniak.  Pozycja wielostronnie przygotowująca do czytania i pisania, metoda opiera się o sylaby. Przy tym jest ciekawa a naukę przedstawia jako przygodę i poszukiwanie skarbu. No i tania, choć akurat ostatnio niedostępna, mam nadzieję, że to tylko chwilowy brak.
Z czystym sumieniem mogę również polecić wyżej wspomniany "Elementarz"  Falskiego, który poza nauką czytania ma dużo dobrze skonstruowanych tekstów i, wbrew pozorom, archaiczność języka niekoniecznie jest przeszkodą. Moje dzieci chętnie i z zainteresowaniem czytają czytanki z Falskiego, często też są one punktem wyjścia do całych zajęć, o środkach transportu, samolotach, zwierzętach, kosmosie czy układzie słonecznym. Ja zachwycam się wspaniała ciągłością metodyczną tego podręcznika i dobrze przemyślanym stopniowaniem trudności. Ach, i jeszcze coś! Mamy początek września,  czytamy jedną z pierwszych czytanek, dziecko zna dopiero kilka liter, a już w czytance pojawia się zadanie dodawania w zakresie 10, na konkretach, bo liczymy osy na obrazku, ale zapis matematyczny, jak najbardziej, występuje. I proszę! Cała reszta pierwszaków właśnie uczy się liczby 2. Serio, ja bym obstawiała Elementarz Falskiego dla potrzeb ed.
Na koniec zaproponuję jeszcze "Chcę czytać" Krystyny Kamińskiej, wydawnictwa Juka. Cienki zeszyt A4, sama nauka czytania, choć jest i w komplecie "Chcę pisać", dla zainteresowanych. To wersja najtańsza i najzwyklejsza. A i tak o niebo lepsza od darmowych wypocin robionych w biegu na zlecenia naszego rządu. W ed może być pomocna, lub zupełnie wystarczająca do nauki (jeśli dziecko nie ma żadnych "specyficznych trudności" ryzyka dysleksji itp), potrzeba będzie tylko wzbogacać ją czytankami.

 Elementarz Falskiego i "Chcę czytać" sprawdzają się wystarczająco dobrze, przy czym Elementarz zawiera duży zbiór tekstów, a zeszyt pani Kamińskiej to tylko podstawa nauki czytania. 
"Kocham czytać" i "Komnaty literowe" sprawdzają się w terapii trudności, lub jako wspomaganie nauki u dzieci z trudnościami. Będą oczywiście również dobrymi podręcznikami dla dzieci bez trudności.  
To nie są, oczywiście, wszystkie dostępne na rynku, lub tez nawet najlepsze z dostępnych na rynku, pozycje. To są te publikacje, które mogę ocenić bo z nimi pracowałam.

Pewnie, że zaraz mnie tu ktoś zmiesza z błotem, że bagatelizuję, ale tak naprawdę do nauki czytania podręczniki z boxów potrzebne nie są. Często wystarcza samodzielnie wykonane: ruchomy alfabet i sylaby. Wyrazy. Zdania. Teksty. 

Nauka pisania to trening umiejętności, do którego wszystkie potrzebne szablony, wzory i pomoce można znaleźć w sieci i też podręcznik potrzebny specjalnie nie jest. Jeśli robimy ją równolegle do nauki czytania to po prostu konsekwentnie pracujmy wybraną metodą.

 Cała reszta, w tym matematyka, w podręcznikach do pierwszej klasy, nie jest najlepsza. Można z nich korzystać oczywiście, ale dzieci szybko się tym nudzą bo to schematyczne, ograniczone, nudne i zaraz się okaże, że te wszystkie karty pracy kupione za ciężkie 250 czy 300 zł leżą nie używane, bo dziecko patrzeć na to nie chce, tylko: "Mamo, ty mi wymyśl zadanie" prosi.
Piszę z własnego doświadczenia. Zadania z matematyki to nam najlepiej wychodziły tak: (przypominam, że układane dla dziewczynek). Córki dostawały białe kartki A4 i ołówki, lub kredki. Mama dyktowała zadanie. "W lesie mieszkają dwie wróżki, wodna nad rzeką i leśna wśród drzew (i narysowałam im te wróżki). Domek wróżki wodnej był cały z kwadratów a leśnej z trójkątów (dzieci rysują i mamy zaliczone figury). Wróżka posadziła trzy kwiaty, w kolorach czerwonym po środku, niebieskim po prawej i żółtym po lewej. Nad domkiem latał ptak a obok motyl (orientacja przestrzenna). Żeby było szybciej można te elementy narysować, wyciąć i dziecko je tylko układa. Co dalej... Wróżka upiekła okrągłą pizzę i podzieliła ja na 8 kawałków, zaprosiła 8 wróżek w gości, czy dla wszystkich wystarczy po kawałku pizzy?" Itd, wymyślać przygody tych wróżek, które się odwiedzają i pokonują kolejne kilometry (ile razem? która więcej?) albo umawiają się na godzinę i spóźniają albo spędzają czas razem (ile?), są od siebie młodsze lub starsze, mają siostry (kto ma więcej lat, kto ma więcej sióstr?) i w ogóle robią całą masę rzeczy, które trzeba liczyć i porównywać. I zadanie gotowe. Oczywiście zamiast wymyślać sztuczne wróżki można to samo robić we własnym domu, a nawet należy się tak bawić szczególnie z młodszym dzieckiem (zerówkowiczem, pierwszakiem, bo te zadania na papierze to u nas już klasa druga), porównywać wiek dzieci, kuzynów, rodziców. Piec i gotować razem licząc i mierząc. Obserwować upływ czasu podczas prac domowych i na spacerach... Pozwolić dziecku samemu robić zakupy i za nie płacić.  A poza tym jest sporo gier matematycznych i strategicznych, które zawsze są lepszym rozwiązaniem niż karta pracy z boxu.

Do pierwszej klasy kupiłam moim córkom boxy polecone przez szkołę, (a co tam, raz spróbowałam, w ramach programu "wyprawka" dostałam zwrot za te książki, nie było mi żal). Używałyśmy ich różnie, czasem trochę, czasem wcale. Największy minus posiadania ich był taki, że upupiały mnie samą swoja obecnością. Wiedziałam, że są... marne, a i tak coś mnie ciągnęło, jakby przekonanie, że jeśli dziewczynki je wypełnią "od deski do deski" to będą umiały to co powinny. Bzdura, oczywiście, ale ten cichy głos pojawiał się czasem w mojej głowie. Przygnębiał mnie. Był to zestaw "Nasze razem w szkole" i serdecznie odradzam kupowanie go. Jest beznadziejny.  Rok później, do drugiej klasy, kupiłam już wybrany przez siebie, osobiście zestaw Didasko, który mi się spodobał. Kupiłam tylko jeden, na spółkę i dziewczynki jedyne co zrobiły całe bardzo chętnie to "Księgę przygód". Podręczniki w większości tylko przewertowane, choć sporo teksów czytałyśmy razem traktując je jako punkt wyjścia do własnych poszukiwań. Ale matematyka mnie zupełnie załamała. Dodawanie do tysiąca, mnożenie do stu ale za to zupełny brak dzielenia. Why?? W tym wszystkim jednak sporo ciekawych zadań z treścią, bajki matematyczne, zabawy matematyczne itd. Często ciekawe.
W tym roku mam używane komplety podręczników do trzeciej klasy po bratanku "Odkrywam siebie i świat" wyd. MAC i po synu znajomych "Gra w kolory" Juki, pewnie zajrzę do nich czasem. Może z raz na tydzień. Przy czym wśród znajomych "Gra w kolory" cieszy się lepszą opinią. Ja własnej jeszcze nie wyrobiłam. Na razie mamy co robić i podręczniki kurzą się na półkach.
Dla mojej powtarzającej zerówkę córci kupiłam księgę z łamigłówkami "Księgę przedszkolaka" wyd. Olesiejuk (łączenie kropek, proste krzyżówki, labirynty, dopasowanie cieni, odszukiwane różnic itp) - córcia za tym przepada a są to istotne ćwiczenia percepcji wzrokowej. Czytać uczymy się  na Elementarzu Falskiego, ale pewnie kupię jej "Komnaty literowe" bo oglądała te po starszych siostrach i bardzo jej przypadły do gustu, wciąż się upomina o swoje własne. Zabawy z czytaniem sylabowym czasem stosujemy, ale kupowanie "Kocham czytać" - całość jest droga - w ogóle nie wchodzi w grę bo córcia woli uczyć się czytać płynnie łącząc głoski w sylaby i od razu w cały wyraz a potem zdanie. Czytanie samych sylab tak szybko ją znudziło, że przestałam ją do tego namawiać. (Wiem na czym polega metoda Cieszyńskiej, na wypadek gdyby ktoś pomyślał, że źle ją stosowałam, moja najstarsza córka uczy się sylabowo i żaden inny sposób nie działa. Ale Trzecia chce po swojemu a ja uważam, że to jest jej czytanie i skoro taką metodę dla siebie wybrała, to wie co robi.)  A matmę robimy przez zabawę, zresztą ona akurat podpatruje zadania sióstr i uczy się już dodawać i odejmować zupełnie sama.
Może szarpnę się i będę stopniowo dokupywać książeczki z systemu PUS, bo nieźle się nam sprawdza jako metoda samodzielnej pracy. (System pracy PUS, bardzo wygodny do samodzielnej pracy dziecka, popularny od wielu lat w poradniach PP, można na nim uczyć czytania, matematyki, wiedzy ogólnej i rozwijać aspekty percepcji wzrokowej - polecam. Zestaw kontrolny oraz zeszyty z ćwiczeniami dostępne w sklepie internetowym wydawnictwa EPIDEIXIS - www.pus.pl)

W takim razie kupować te podręczniki do klas 1 - 3 czy nie? Można.  Jako pomoc, przykładowy rozkład materiału. Ale wtedy używane, bo taniej. I może niekoniecznie dawać je dziecku, które samo nie czyta, czyli w pierwszej klasie. W drugiej i trzeciej to już oczywiście dziecko sobie samo z tego podręcznika wiedzę interesującą je wyciągnie. To czego należy unikać to monotonnego wypełniania schematycznych kart pracy. Najmniej przydatne będą w tej sytuacji karty matematyczne, chyba, że trafimy na sensowne zadania z treścią. Najbardziej przydatne mogą się okazać podręczniki do "Wiedzy ogólnej". Na mojej półce stoją używane podręczniki, o których pisałam już, oraz stary i nieobecny na rynku "Mój świat" PWN (po młodszym rodzeństwie) - bardzo dobry, chlip, chlip, szkoda, że przestał istnieć, nawet matematykę ma dobrą. 


Omijać wielkim łukiem gotowe karty pracy. Robić własne, razem z dzieckiem. Z młodszym dzieckiem (zerówka, pierwsza klasa) poświęcać sporo czasu na opowiadanie obrazków, historyjek, tworzenie opisu wydarzenia. Ze starszymi dziećmi czytać tekst i układać do niego test sprawdzający czytanie ze zrozumieniem. Codziennie pisać choć kilka zdań ale tematy wymyślać samemu. Zadania z matematyki też samemu, lub z sensownych zbiorów z zadaniami, albo konkursowe z "Kangurka", te szczególnie cieszą się dobrą opinią wśród nauczycieli i sympatią wśród dzieci.  Nie dać się upupić. Nie potrzebujemy boxów aby żyć i uczyć się w domu. Naprawdę. Jest tyle lepszych pomocy edukacyjnych dla dzieci. Leksykony, encyklopedie, książki z pomysłami doświadczeń, atlasy, albumy, Internet, filmy, muzea... Puśćmy wodze fantazji. Machnijmy ręką na schematyczne wypociny metodyków. Pozwólmy dzieciom myśleć!

Jeśli jednak wolicie mieć box to NIE kupować: "Wesołej szkoły" WSiP, "Nasze razem w szkole" WSiP. O tych pozycjach wiem, że szkoda na nie pieniędzy.

Wszystko co powyżej napisałam to tak naprawdę tylko garść moich refleksji, wykombinowane i przetestowane przeze mnie rozwiązania alternatywne. Wskazówki dla początkujących w ed rodziców. 
Zawsze najtrudniej jest zacząć, wyruszyć, rozpędzić się a potem złapać luz. Z doświadczenia wiem, że szybciej luz łapią dzieciaki. I wiem, że szybciej uczą się gdy robią coś według własnego pomysłu. Dlatego warto podążać za dziećmi. Zaproponować im samodzielne układanie zadań, wybieranie tekstu do czytania, książki, tematu do pracy pisemnej (gdy poprosiłam córkę, żeby napisała tekst: "Moje wakacje", lub "Wakacyjna przygoda" to napisała tak: "Straszna baba każe mi pisać! Nie będę tego robić!" a potem spisała z Globusa wszystkie kontynenty, Oceany, dzień później pasma górskie dopasowując je do kontynentów, jutro może spisze pustynie i rzeki...). Wiecie co mam na myśli? 

Czasem warto wyluzować. My tu robimy ed, a nie SZKOŁĘ. 







środa, 19 lutego 2014

Klocki matematyczne. Domino - odsłona pierwsza

Jeden ze sposobów kształtowania pojęcia liczby to zabawa klockami.

[W ogóle zabawa i metody opierające się na manipulacji konkretnymi przedmiotami wygrywają, gdy przychodzi do nauki matmy u małych dzieci -wie to każdy kto poczytał Edytę Gruszczyk - Kolczyńską, Mirosława Dąbrowskiego a również moja mama, która nie czytała żadnego z nich za to wychowała szóstkę dzieci.]

Klocków jest wiele rodzajów i można je wykorzystywać na różne sposoby. Oto jeden z naszych.

Zabawa jest banalnie prosta a polega na tym by do każdej z rosnąco ustawionych liczb ułożyć odpowiednią liczbę klocków. Wariantów zabawy mnogość przeogromna a kto co lubi to wybiera. W naszym domu to ćwiczenie wykonujemy przy użyciu co najmniej czterech rodzajów zapisów liczbowych (na kartonikach zapisanych markerem, wyciętych z filcu, plastikowych, drewnianych klocków) a w tym przypadku moja trzecia córcia wykorzystała układankę - liczbowy pociąg - dostaną od babuni.  Córcia dziarsko liczy do... nie wiem ilu. Na pewno do 20, może i 30. [A jeśli tak to i do 100 by mogła. Ale nie sprawdzałam. Córcia też się nie chwaliła. Zabawy z liczbami nie są zbyt popularne u nas w domu. Zdecydowanie rządzi Czajkowski i baletki.] Dość, że liczy i rozpoznaje cyfry. Najpierw układa więc ciąg liczb a potem zabieramy się za ustawianie wież. Do każdej liczby odpowiednio duża wieża.



Każda kolejna o jeden klocek, o jeden schodek, wyższa. Klocków również używamy różnych, czasem wcale nie są to klocki lecz pchełki, lub kartoniki z obrazkami, lub ziarna białej fasoli. Jednak te konkretne klocki najlepiej spełniają swoje zadanie pierwszej wizualizacji liczby, stopniowego przejścia od konkretu do abstraktu (dzięki temu, że są to klocki, nie mające żadnego zastosowania w życiu, więc nie są to już obiekty z życia lecz takie sobie kolorowe kawałki drewna), a co równie ważne stojące obok siebie wieże wyraźnie dają się porównywać (o jeden klocek więcej, o jeden klocek mniej).




Jeszcze jedna zaleta tychże klocków jest taka, że kupuje się je w opakowaniu nie mniejszym niż 400 sztuk. Można też więcej oczywiście. Dużo klocków - dużo wież. Dużo dużych wież. Można porównywać wieżę z 5 klocków z wieżą z 25 :) Jest to też zabawa ćwicząca małą motorykę, koncentrację, wytrwałość, biegłość w liczeniu i oczywiście zaczynać można już z 3 latkiem. Same zalety mają te klocki nasze.



Cóż to za klocki niezwykłe przewspaniałe?
Domino.
Że co? Że nie wyglądają? A struś wygląda jak ptak? A jest. I to jest domino właśnie.


To jest takie domino, z którego układa się takie skomplikowane układy, które po przewróceniu jednego klocka kładą się całe przewracając kolejno wzajemnie i wygląda to fantastycznie. I takie klocki domino można nabyć na allegro za niecałe 60zł. I ja je byłam nabyłam i teraz nacieszyć się nie mogę jaki to był dobry pomysł. Te niepozorne klocki mają wiele ciekawych zastosowań i są u nas w nieustannym użyciu. Córki za nimi przepadają. 
Sprawdzają się świetnie przy wizualizacji systemu dziesiętnego, przy nauce dodawania, odejmowania, dzielenie i mnożenia, porównywania wielkości liczb. Oczywiście ich klasyczne zastosowanie - ustawianie długiego węża, który się przewraca po popchnięciu pierwszego klocka  - jest również fantastyczną zabawą i wcale nie za trudną dla dzieci w wieku 6 - 8 lat.
Ha, przy okazji zareklamowałam dobrą zabawkę. Ale warta reklamowania, więc sumienie mam czyste :).

Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich czytelników.






sobota, 25 stycznia 2014

Matematycznie. Wyścig na centymetrze.

Nijak czasu nie mam, żeby jakiś długi, cięty, błyskotliwy elaborat pisać.
Ale nie jest tak, że nic nie robię. Dużo robię.
Sprzątam.
W garach mieszam.
Piorę i prasuję.
Zmywam.
Odpowiadam dziennie na setki pytań (a są coraz trudniejsze!).
Karmię.
Normalnie, jak to niepracująca matka, która pasożytniczo siedzi w domu, na utrzymaniu męża i ciężko pracujących bezdzietnych singli bezczelnie wykorzystująca ich PKB.
He, he, he.

Ale najważniejsze co robię to się uczę.
Tfu! miało być uczę! Uczę. Taka mądra jestem.
Ależ mnie nastrój naszedł, wredny jakiś.

Mając nieustanną świadomość własnej niewiedzy - iście sokratejskiej - twierdzić, że się jest dość mądrym by uczyć innych to arogancja niemal równa tej, którą przejawia miłościwie panująca nam władza.

Skąd tyle złośliwości? Ano, o matematyce pisać będę. Albo raczej postaram się nie. Wrzucę tylko kilka zdjęć i podpiszę je.  Komuś się może przyda.


Zdjęcie przedstawia końcówkę gry "Wyścig na centymetrze". Nie jest to oczywiście normalny centymetr (z odległościami równymi jednemu centymetrowi), ale z powodu podobieństwa w wyglądzie tak go nazywamy. Gra banalnie prosta. Jeden rzut kostką, przestawienie pionka (którym może być cokolwiek). Start na polu "zero", meta na polu 100, kto pierwszy ten wygrywa. Albo kto ostatni ten wygrywa. Jak tam uczestnicy gry wolą. Można się też pobawić w wyścig do mety i z powrotem do startu. Do mety wygrywa pierwszy, wracając - do pola start, wygrywa ostatni. Też jest śmiesznie. Najprostsza wersja gry, dla maluchów (3, 4 letnich) zakłada rzucanie kostką z oczkami, liczenie oczek i przesuwanie się o tyle oczek ile kostka wyrzuci. I tu kształtuje się takie banały jak przeliczanie do 6, umiejętność przesuwania pionka po kolejnych polach, znajomość kolejności liczb (pierwsza oś liczbowa), czekanie na swój ruch, szanowanie zasad gry, akceptowanie porażki itd. 

W naszej wersji gry udział biorą już 8 letnia najstarsza, 7 letnia druga i 5 letnia trzecia. Oraz mama, która zwykle przegrywa. Nie, nie. Nikomu nigdy nie daje for. Farta nie mam zwyczajnie i tyle.  Tym razem mama wygrała (srebrna temperówka na mecie, tak, tak, to mój pionek, hurra!) i temu zawdzięczacie państwo zdjęcia i wpis. Córki zaś w formie żartu jako pionków użyły kostek z kropkami. Bowiem my tu gramy już w bardziej zaawansowaną wersję gry. Trenujemy dodawanie. Dodawanie do 20 na pamięć rządzi. Jest nieodzowne, konieczne i właściwie jeśli się je umie to już czy do 100 czy do 1000 niewielka jest różnica co się dodaje.



 My tu sobie gadu, gadu a tymczasem zdjęcia czekają. Tym razem grałyśmy takimi kostkami. Kostki liczbowe, jedna od 0 do 9, druga od 1 do 6. Rzucamy dwie kostki i dodajemy, suma wyrzuconych liczb to liczba pól do przesunięcia pionka. Coby było nieco trudniej niektórzy z nas wykonują dodatkowe dodawanie: suma liczb wyrzuconych na kostkach, dodać liczbę na której się stoi i tam właśnie należy postawić swój pionek. A następnie sprawdzić czy jest dobrze przeliczając pola. Łatwizna.




 Nadziejka liczy  na palcach. Swoich i pożyczonych. Hela zasuwa w pamięci.  Nadzeja wolniej, ale rzadziej popełnia błędy. Hela liczy szybciej ale często coś zgubi, czasem zamiast liczyć szacuje lub zgaduje. Ale nie robimy tego na czas, każdy może dodawać wybraną przez siebie metodą, tylko podpowiadać nie wolno :).




 A oto zbiór naszych kostek,który umożliwia nam modyfikowanie gry.
Na początku rzucałyśmy kostki z oczkami. Najpierw jedną,potem dwie i sumowałyśmy liczby oczek. Potem jedną z oczkami a jedną 1-6 liczbową. Później dwa razy 1-6 liczbową i sumę dwóch kolejno wyrzuconych liczb - ale to nudne było i liczby małe - szybko przeszłyśmy na rzucanie dwóch kostek liczbowych 0-9 oraz 1-6 lub dwa razy kostkę 0-9. Oczywiście zdarza się nam rzucać kostkę 1-20 oraz kostkę 0-9 i bawić się w odejmowanie.



Na zdjęciu widać też kostkę z dziesiątkami od 0 do 90. Ta akurat na centymetrze się nie sprawdza ale bawiłyśmy się nią podczas nauki liczb powyżej 20. Rzucały wtedy panny dwie kostki: dziesiątkową i 0-9 a następnie zapisywały sumę liczb pod postacią jednej liczby. Tak, tak, dla nas to banalne, ale dla malucha nauczyć się, że 60 + 8 = 68 to też konkretne zadanie i osiągnięcie. A zabawą zawsze łatwiej. Przy tej zabawie zwykle korzystamy z dziesiętnego układu pchełkowego obrazując sobie naszą liczbę przy użyciu pchełek. Zresztą Hela z zabawy wypadła szybko, bo szybko załapała system dziesiętny. Teraz ta zabawa służy raczej terapeutycznie Nadziejce. Z powodzeniem.
Ale to już inna bajka. :)

Pozdrawiam czytelników i namawiam do sporządzenia sobie takiej małej zabaweczki. Sam Mirosław Dąbrowski  ("Pozwólmy dzieciom myśleć") o niej wspominał a to już rekomendacja nie lada :).

Poniżej link do fantastycznego wywiadu z Mirosławem Dąbrowskim. Lektura obowiązkowa.


Zmotywowana przez MAMAtykę załączam link do publikacji M.Dąbrowskiego "Pozwólmy dzieciom myśleć". Jest to lektura obowiązkowa dla wszystkich rodziców. W szczególności szykujących się do ed na etapie klas 0-3. Poniższy link zawiera odesłanie do dokumentu w formacie pdf legalnie wystawionego do pobrania. Miłej lektury! :) 



piątek, 30 listopada 2012

Matematyka - zadania z treścią

Wstyd trochę bo listopad się kończy a tu żadnego nowego wpisu. Kilka jest w edycji, ale wymagają tak dużej pracy, że codziennie odkładam na "jutro". Jak to kiedyś obrazowo wyjaśniła moja przyjaciółka "ciąża mnie przygniata".
Tym razem jednak udało się złapać coś ciekawego, co pracy wymaga mało, więc czym prędzej wrzucam. Otóż zrobiłyśmy milowy krok naprzód w matematyce. Krok tylko mentalny, ale zawsze. Zresztą i tak jestem przekonana, że takie "otwieranie drzwi" w głowie jest najważniejsze, reszta robi się sama.

Zanim przejdę do konkretów wyjaśniam: z matmy jestem noga. Zerowy poziom umiejętności wspomagany brakiem wyobraźni matematycznej podpierany typowo kobiecym stylem myślenia, który z myśleniem matematycznym nie ma nic wspólnego ponoć - jak twierdzą fachowcy w dziedzinie. Żaden ze mnie autorytet. Nauczono mnie na studiach, owszem, jak uczyć matematyki w pierwszych klasach podstawówki i wiem jak to robić, bo to żadna sztuka postępować zgodnie z programem. Cała masa nauczycielek sobie radzi, połowa z nich nie zdawała matmy na maturze. Tyle, że matematyka uczona w szkole ma niewiele wspólnego z matematyką prawdziwą, z rozwijaniem myślenia matematycznego. Uczy się rachunków, działania schematami, pojęć, ot i już. I potem młodzież nie umie myśleć - jak raporty sporządzane przez specjalistów wskazują. Ale czemu tu się dziwić, skoro matematyki uczą w szkołach osoby, które - jak ja - nie mają o niej pojęcia? Możliwe, że brzmi to ciut przerażająco dla czytelnika, ale taka prawda. Najbardziej przeraża myśl: "Boże, Boże, ta kobieta publicznie przyznaje się do braku kwalifikacji a jednak uczy sama dzieci w domu!" Ha! i tu cię mam drogi czytelniku! Dzieci uczą mnie! I dzięki temu jest szansa, że ja też pojmę w końcu o co chodzi z matmą!

Do rzeczy.
Program szkolny, przewidujący w pierwszej klasie utrwalanie figur, rytmów, pojęć związanych z wielkością, z następstwem czasowym oraz tzw. "rośnięciem" (uszereguj od najmniejszego do największego), porównywanie liczebności a wreszcie pojęcie liczby, cyfry i tzw. monografia liczby, wreszcie podstawy arytmetyki to materiał, który bystre dziecko łapie w trzy miesiące. Monografia liczby (od 1 - 9) jest rozłożona stopniowo na pierwsze półrocze dlatego inteligentne dziecko, które swobodnie liczy już samo z siebie do stu zgodnie z programem zmuszane jest do operowania w granicach liczby 7 - a jesteśmy w listopadzie! "Panowie,masakra!" i nie ma co ukrywać, ten system ogłupia. Ja mam dyslektyczkę w domu więc się nie spieszę i wolny czas poświęcam na zabawy matematyczne, zabawy z klockami w kształtach figur, z mozaikami, puzzlami, grami planszowymi, sama też - na użytek mojej zerówki, przedszkola i pierwszej klasy stworzyłam karty do lotto zawierające liczby do 20, oraz zabawy z liczbami porządkowymi... dużo zabaw. I szukanie własnej techniki przeliczania dla zadań arytmetycznych. Kieruję się oczywiście wskazaniami mądrzejszych niż ja, czyli intuicją moich córek, publikacją pana Dąbrowskiego "Pozwólmy dzieciom myśleć", oraz pozycjami Edyty Gruszczyk - Kolczyńskiej. Podręczniki, które kupiłam w tym roku, wykorzystuję jedynie jako gotowe karty pracy do treningu pisania i liczenia a i tak nie spełniają całkowicie swojej roli.
Mirosław Dąbrowski w swoim raporcie napisał o tym jak ważne jest by dzieciaki rozwiązywały zadania z treścią. Jest to świetna metoda samodzielnej nauki myślenia. Rzecz w tym, by umożliwić samodzielne dochodzenie do rozwiązania - nie narzucać gotowych schematów rozwiązywania zadań. Bardzo proste wskazanie. I zabiło mi ćwieka. Nigdy nie lubiłam zadań z treścią. Nienawidziłam ich i nie rozumiałam czemu każe mi się je rozwiązywać. Dziś wiem dlaczego (dlaczego nie lubiłam, naturalnie). Każde zadanie wymagało ode mnie zastosowania konkretnej, wymaganej przez nauczyciela metody, techniki rozwiązania. Bywało, że już, już wpadałam na trop! Czułam to olśnienie pod krawędzią powiek! A tu kubeł zimnej wody: najpierw trzeba wypisać dane, potem te dane odjąć/dodać/dzielić/mnożyć w taki to a taki sposób i masz rozwiązanie... zero samodzielności myślenia. A nauka schematów nigdy nie była moją mocną stroną.
Teraz do zadań z dziewczynkami zainspirował mnie podręcznik: była sobie taka pierwsza próba zadania: obrazek - trzy sowy na gałęzi, jedna śpi. Ułóż do niego zdanie i rozwiąż działanie. Głupi obrazek i głupawe zadanie wyszło: na gałęzi siadły trzy sowy, jedna zasnęła, ile sów nie śpi? Infantylne jakieś takie... ale uchyliło drzwi. Druga próba zadania z treścią była fajniejsza, znów obrazek: tym razem cztery koty (obrazek do pokolorowania), trzy stoją na ziemi, jeden siedzi na płocie. Ułóż zdanie, rozwiąż działanie. Moje panny, działając niezależnie od siebie (bo u mnie prawie nie ma wspólnych zajęć - choć obie panny w pierwszej klasie! - tylko każda ma indywidualne, grrr, szlag na ten uschooling, naprawdę, bo przecież mieć mamę na wyłączność każdej pannie cały dzień oznacza nie mieć mamie wypucowanego mieszkania), w trakcie kolorowania ułożyły "opowieści" i wyszły im dwa zupełnie różne zadania! Helena: do ogrodu przyszły cztery koty, jeden wskoczył na płot, ile kotów stoi na ziemi? Nadziejka: do ogrodu weszły koty, jeden usiadł na płocie, trzy stoją na ziemi. Ile kotów jest w ogrodzie?

Właśnie to wydarzenie było przełomem w kwestii zadań z treścią. Otworzyły mi się drzwi, za nimi kolejne, za nimi kolejne; poczułam się jak pomysłowy Dobromir z żarówką nad głową. Kolejne części podręcznika zawierają wprawdzie coraz więcej zadań z treścią, ale teraz już je olewamy, bo zrobiły się głupsze niż były na początku. Kierują w stronę myślenia schematycznego, nie pozostawiają cienia szansy na wymyślenie rozwiązania. Celowo omijam je wielkim łukiem, czasem coś tam rozwiążemy, żeby dzieci kojarzyły potem na egzaminie w czym rzecz.
Tymczasem nasze zadania z treścią to inna bajka. Pod spodem malutki przykład. Ja opowiadam, dziewczyny rysują (to sprawia,że dla moich panienek te zajęcia są "fajne"), a potem one rozwiązują i zapisują, a ja pomagam zapisać ich myśli (zapis jest elementem treningu pisania i liczenia, dlatego - choć zapisują swoje własne pomysły na rozwiązanie, a czasem i swoje własny pomysły na całe zadania to - jednak wymagam by ten zapis powstał, jestem dość wredną matką, pozwolę rozwiązywać tylko w głowie, jak już będę miała pewność, że wiedzą jak to zrobić).

[Przepraszam za niską jakość zdjęć, lepiej się nie dało, nie mówiąc już o negocjacjach jakich wymagało uzyskanie pozwolenia od autorek na opublikowanie tych bazgrołów.]

Zadanie dla Heli: Mama kupiła osiem jabłek. Helenka zjadła jedno, Nadziejka zjadła jedno i Łusia zjadła jedno. A Natalka chwyciła po jednym jabłuszku w każdą rączkę i pożarła oba. Ile jabłek zostało mamie na mus? [Za mało oczywiście, ale to nic, jabłek można dokupić ;)]


Poniżej zadanie Nadziejki (stworzone z myślą o niej, ostatnio córcia ciągle rysuje niebieskie stokrotki): Na łące wyrosły stokrotki, pięć niebieskich z zielonymi listkami, dwie niebieskie z niebieskimi listami i jedna fioletowa (liczba stokrotek ewoluowała w miarę rysowania). Na łąkę przyszła dziewczynka Nadziejka i zerwała jedną stokrotkę z zielonym listkiem, jedną z niebieskim i jedną fioletową. Ile stokrotek zostało na łące?


Na koniec zadanie Łusi - ma cztery lata, łatwo się domyślić, że zapis wykonałam ja pod jej dyktando, a poza tym w przypadku zadania Łusi w trakcie jego tworzenia ewoluowało wszystko: Na łąkę przyleciała mucha, potem druga, trzecia i czwarta (muchy trzeba było policzyć po ich narysowaniu tak by ilość narysowanych zgadzała się z ilością much, które mama wymieniła), na łące wyrosły kwiatki: różowy, niebieski i żółty - ile kwiatków wyrosło? Na łąkę przyszła Łusia z mamą (kwestia osoby towarzyszącej była sporna, dopiero długość włosów zdecydowała, że to mama nie tata). Ile osób przyszło na łąkę? [Oczywiście dwie osoby - nie dwa osoby!]


Cóż w tym takiego "och!"? Nic. Ale moje dziewczynki naprawdę lubią bawić się ze mną w zadania z treścią. Hela zaś samodzielnie je tworzy, rysuje i rozwiązuje gdy ją najdzie ochota. Ot, matematyczna samoedukacja domowa.
A i tak największy sukces w tym, że zadania z treścią polubiłam i ja.

sobota, 5 listopada 2011

Dzień z życia. Odsłona pierwsza

Podpytywała mnie jedna osoba jak wygląda taki dzień. Ale cały calutki od rana do nocy. Ależ proszę służę opisem. (Dla dobra nauki pozbawiam ten modelowy dzień ozdobników jaki są kłótnie, awantury, szarpaniny, wojny, bijatyki itp.)

Budzi mnie najmłodsza. Nie jest tragicznie, między 7 a 8 rano. Już za czasów sielskiego dzieciństwa poranne wstawanie było traumą. Także jest nieźle. Byle nie przed 7. Ekipa babska powstaje do życia około 8 rano. Do dziewiątej trenujemy nawyki porannej higieny osobistej i... czyli mycie, ubranie, ścielenie łóżek. Jak to komu wychodzi. Marnie. Ale się nie poddaję, trening czyni mistrza. Godzina 9 to pora śniadania (orientacyjnie oczywiście, zegar jest tu pomocą a nie żandarmem). I założenie mam takie, że o 10 zaczynamy zajęcia. To oczywiście tylko założenie, bo panienki lubią się rano pobawić, a ja im na to pozwalam. Bawią się przepięknie, wyspane, w dobrych humorach (zazwyczaj). Zabawy są tematyczne: starsze tworzą opowieść, młodsza się wpasowuje i po domu zaczynają spacerować królewny, biegają potwory, czasem smok ma czkawkę, czasem ciocia Bogusia szuka cioci Marysi, bardzo często odtwarzane są postacie z bajek animowanych i fabularnych, ale żyją własnym życiem. Eh, może kiedyś napiszę o tym tekst. Nie przerywam nigdy takiej zabawy jeśli jest zgodna. A czasem taka zabawa trwa godzinę! i wtedy zajęcia mają opóźnienie. Czasem mają opóźnienie bo mama musi zająć się Nati... ale to rzadko. Nati bierze udział.

Zajęcia trwają różnie, zależy co i jak robimy. Ale zazwyczaj zaczynam od rzeczy trudnych. Nowych. I są to organizowane przeze mnie doświadczenia i obserwacje (para wodna, objętość, wysokość - mierzenie i porównywanie, kula ziemska we wszechświecie i układ słoneczny). Lub też rzeczy oczywiste, nudne ale bardzo trudne dla moich córek. Głoski i litery. Czytanie sylab. To zakres "edukacji językowej"! Taka prosta rzecz a tak się mądrze nazywa.

Ten bałagan na stole to pozostałości po zajęciach, a jaki głoski i sylaby utrwalamy to każdy widzi :)

Ale czasem wybieramy liczenie. Ostatnio gdy zaglądałam do programu to figuruje to pod nazwą "poznanie graficznego zapisu liczby, cyfra..." i wybrana cyfra. To troszkę śmieszne, bo teraz powinnyśmy "przerabiać" cyfrę 5, czy 6... chyba dwie na miesiąc są przewidziane. Tymczasem my zaczęłyśmy od liczenia do 6 w pierwszych tygodniach września, korzystałyśmy wtedy głownie z kostek do gry kropkowych i domino. Później było liczenie do 10, teraz trenujemy liczenie do 20. A co zabawne, Hela do 10 potrafi większość cyfr połączyć z ilością, tymczasem Nadziejka nie. Nadziejka żadnej. Ale liczy do 12 samodzielnie. Ot, po prostu wolniej wchodzi w myślenie abstraktami. Pamiętam piękne czasy, gdy Hela mówiła "to jest żółte" a Nadziejka "to jest słoneczko". A moja mama martwiła się czy ona nie jest daltonistką. :)

Jeśli się przyjrzeć to można zobaczyć na stole nasz materiał matematyczny. Kamyczki z cyframi od 1 do 9 i 10, pod nimi leżą kamyczki z odpowiednią ilością kropek, od tego dopasowania zaczynamy zajęcia, ja układam "oś liczbową", panny dopasowują kropki. Widać też kartoniki z liczbami, których dziewczynki używają do oznaczeni ilości elementów w zbiorze. A co liczą? koraliki, obok leży stosik guzików, pudełka z liczmanami... tu akurat bawiłyśmy się w dodawanie. Na razie bez znaków + - =. Właściwie to liczymy zazwyczaj co popadnie i gdzie popadnie, ale mamy też swój "materiał matematyczny" stały. Na stole leży właśnie on. Wszystko z recyclingu.

Dbam też o zabawy z rytmem. Tu akurat dziewczynki uzupełniają rytm z koralików, na zakończenie zajęć. Ale rytmy robimy też czasem ot tak, dla zabawy, na podłodze, z klocków, kasztanów i żołędzi, figur z drewnianej mozaiki.



Nie wszystko na raz oczywiście, i nie za długo, żeby się panny nie zniechęciły. I nie codziennie, w końcu tyle jest rzeczy do zrobienia i świata do obejrzenia. Łusia bierze udział, towarzyszy, albo ucieka do drugiego pokoju gdzie w ciszy bawi się po swojemu.

W tym czasie najmłodsza panna nie próżnuje również. Uczy się z nami dzielnie. Liczy już do 63!

Zdjęcie mocno nieostre, ale i tak kto bystry to się domyśli, że to po prostu rozbebeszona paczka mokrych husteczek...


Kolejne elementy są już różne. Zwykle przerwa na zabawę, odpoczynek, pracę plastyczną (ciastolina! ciastolina! wyklejanki, malowanki!) lub czytanie książek o zwierzętach (książeczki opisujące świat zwierząt są niezmiennym hitem). Przed obiadem (który ja jeszcze muszę ugotować! co drugi dzień..) idziemy na spacer. Obserwujemy świat. Oj, nie mają ze mną życia dziewczyny. Całą jesień zadręczamy się niemal oglądając drzewa, krzaki, zwierzątka, owady, niebo i zjawiska atmosferyczne. Efekty są niesamowite "mamo, to dwie śnieguliczki! duża i mała" - to dzisiejsza obserwacja mojej trzylatki. "Mamo, jakie piękne niebo! nie ma chmur!" to Nadziejka. "To jest niebo niechmurowe" oświadzczyła Helcia.
Zapamiętujemy ile się da z pytań, na które nie znamy odpowiedzi a po powrocie do domu przeglądamy encyklopedie i internet.

Spacer jest też okazją do długich zabaw na różnych placach zabaw, karmienia kaczek, łabędzi i mew. I oczywiście obserwowania ich wyglądu i zachowania, słuchania ich głosu.

Czasem wizytujemy bibliotekę (często), wymieniamy książki, filmy, bawimy się i gramy w czytelni dla dzieci.
A potem wracamy na obiad. Głodne i zmęczone, z wózkiem obładowanym skarbami, liśćmi.

Jemy obiad. Mama (czyli ja!) miota się między dopilnowaniem mycia rąk i sprzątnięcia ubrań a odgrzaniem, nałożeniem nakarmieniem malutkiej. I jeszcze siebie. A potem przychodzi czas na zajęcia popołudniowe.

Skarby trzeba obejrzeć, zaklasyfikować, przeczytać nowe książki, zrobić jakąś paracę plastyczną, zatańczyć, zaśpiewać, zagrać... Wypatroszyć jakieś warzywko ;) - przeprowadziłam całą serię takich zajęć: kroiłyśmy warzywka lub owoce, zaglądałyśmy do ich wnętrza, porównywałyśmy, próbowałyśmy smaku i co się tylko dało (były warzywa sezonowe, owoce sezonowe, owoce cytrusowe, Dyniek u Kasi i dzisiaj spotkanie z Pigwą, u mnie, tekst następnym razem). Jedne z takich zajęć udokumentowała Kasia, bo robiłyśmy je wspólnie, u niej. Znajdziesz je tutaj

Czasami też podróżujemy po świecie. Startujemy z Polski, która jest pod "o" W Europie, na globusie i lecimy na inny kontynent. Zwiedzamy go za pomocą atlasu, mapy, książek o zwierzętach i internetu.

Często urozmaicamy dzień (prawie codziennie) treningiem grafomotorycznym. Zawsze znajdzie się kilkanaście minut na pisanie w kaszy mannej, przy tablicy, lub flamastrami w książeczkach ze ścieralnymi kartkami.



Jeśli pisanie i rysowanie jest "nudne" a zabawa swobodna dziewczynom nie idzie to wyciągamy grę i gramy. Karty, domino, gry Granny - zamawiane dla dziewczyn na urodziny jako prezenty. Moje córki nawet nie wiedzą, że cały czas się uczą.

I cóż dalej? Powoli zakrada się wieczór, pora dobranocki, wieczornych rytuałów: zabaw z
tatusiem, mycia, modlitwy, dłuuugiego czytania książek. Dominuje u nas Włodzimierz Dulemba "Cztery pory baśni. Jesień", ale są to opowiadania króciutkie, po nich rozmowa też zajmuje niewiele czasu. Dziewczyny szykują własne książeczki i kołysanki, i tak czytamy bez końca. Czasami nawet do 10.

Później panny zasypiają a ja... ja idę sprzątnąć i posegregować materiały, ogarnąć kuchnię, uśpić malutką, powiesić pranie, zapisać w dzienniczku co zostało zrobione, zaplanować zajęcia na następny dzień, przywitać się z komputerem a potem... kładę się spać, z ukochaną książką w ręku i zasypiam po przeczytaniu dwóch zdań. I choć wieczorem czuję się jak po jeździe na karuzeli to zazwyczaj czuję, że to był naprawdę dobry dzień.