Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poznawanie świata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poznawanie świata. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 sierpnia 2016

Skrzynka ze skarbami dla malucha

Już dwa lata temu planowałam napisać o naszej ulubionej zabawce dla malucha, ale maluch szybko rósł i wyrósł z niej zanim to zrobiłam. Na szczęście maluchy pojawiają się u nas regularnie, co jakiś czas, więc co się odwlekło - to nie uciekło. Obecnie studium przypadku stanowi Szósta a materiał opisywany to pudełko ze skarbami dla malucha. Liczę tutaj wiek od około 7 - 8 miesięcy do 1,5 roku. A tak bardziej po ludzku zabawka zaczyna mieć sens, gdy maluch samodzielnie siedzi i chwyta, a kończy mieć sens, gdy maluch samodzielnie chodzi. W przybliżeniu. Wtedy jest już tyle ciekawych rzeczy do robienia, że pudełko idzie w kąt.

Uwaga! Oto bardzo niebezpieczna zabawka, nie podlega żadnym normom unijnym, a wszystkie jej elementy stanowią poważne zagrożenie dla zdrowia i życia małego dziecka!

Teraz zaś, gdy wszyscy lubiący bezpieczeństwo rodzice zostali ostrzeżeni, bierzemy się do roboty.

Skrzynka ze skarbami to zwyczajne pudełko po butach wypełnione różnymi przedmiotami powyciąganymi z kuchennych zakamarków. Oczywiście mogą to być zakamarki w całym domu, ale ponieważ nasze pudełko skarbów stoi w kuchni i służy jako zabawka dla malucha gdy mama gotuje (a mama nie lubi porozwalanych po kuchni klocków i grzechotek), więc do pudełka wędrują skarby powyciągane z kuchennych szuflad i szafek. Niezmiennie cieszą się zachwytem małego dziecka.

Główna cecha, która je łączy to: można wziąć do buzi.


Obecnie w naszym pudełku znajduje się: lejek (niebezpieczna ostra końcówka, którą dziecko biorąc do buzi niechybnie pokaleczy sobie podniebienie!), plastikowa miseczka, plastikowy kubeczek po lodach - w obydwu znajdują się różnej wielkości metalowe pokrywki od słoików do przekładania, wkładania, wyjmowania, rozrzucania po kuchni oraz nauki wkładania z powrotem; drewniana łopatka do przekładania kotletów na patelni oraz drewniana szpatułka do masła (uwaga drzazgi!!), zestaw miarek z IKEA, plastikowa łyżka do spaghetti, małe pudełeczko z przykrywką z kompletu pudełek z IKEA (włożyć do niego ze dwie pokrywki i fantastyczna grzechotka gotowa, a do tego niezła zagwozdka - jak wydobyć te pokrywki?) oraz plastikowa łyżka, której ostro zakończoną rączkę tak fajnie się gryzie i wsadza sobie do gardła wywołując odruch wymiotny.  


Wspomniałam wcześniej, że wspólna cecha tych przedmiotów, to że można je włożyć do buzi. Jest to również ich największa zaleta i tak są wybierane. 
Poza tym maja również zalety indywidualne. Na lejku się rewelacyjnie trąbi (robi to nawet nasza pięciolatka). Drewniane łopatki fantastycznie stukają we wszystko, w tym w odwrócone do góry nogami pudełko, które działa jak bębenek. Samo pudełko zaś jest lekkie i nawet z zawartością daje się odwrócić sparwnie i szybko, jednym ruchem, robiąc fantastyczny bałagan na całej podłodze!

Oczywiście, nie zapominajmy o sitku! Sitko jest genialne! Ma rączkę, która można zjeść i sadzić sobie naprawdę głęboko do gardła a z drugiej strony tak fantastycznie ugina się pod palcami, że można je macać bez końca, przez 3 minuty.

Jest również plastikowa butelka. Bez nakrętki.



Nakrętka jest zbyt niebezpieczna, dlatego wędruje od razu do torby, gdzie zbieramy nakrętki dla Stasia (naszego znajomego chłopca, który urodził się bez rąk, a dla którego zbierane nakrętki wciąż są podstawą finansowania wielu rehabilitacji, info tutaj ), ale sama butelka? Istny cud! Można ją wsadzić do buzi, trąbić w nią, walić nią w co popadnie, ale i tak najlepsze jest, że można ją uginać paluszkami, a ona przy tym wydaje fascynujące dźwięki.

Skrzynka skarbów ma, oczywiście, skład wymienialny. Ponieważ więcej na raz się w niej nie mieści, (co też jest zaletą, gdyż zalewanie malucha nadmiarem bodźców nie jest wcale dobre), w kolejce do wymiany czekają: mała metalowa pokrywka, która robi niezły huk a przy tym można ją obślinić i złapać za uchwyt, a w przeciwieństwie do przedmiotów z plastiku zazwyczaj jest zimna, duży czerwony lejek, w który trąbi się jeszcze fajniej, kubeczek do wody od żelazka, "popychacz" od sokownika, wyciskacz do czosnku, następne pudełeczka z zestawów IKEA itp. Coś tam na pewno wymyślimy. Tubka po paście do zębów? (wymyta i bez nakrętki) Pudełeczko po kremie? Niemowlęca szczoteczka do zębów?

Może i wam się taka inspiracja przyda, kto wie? Jedno co pewne, to że nasze maluchy spędzają z pudełkiem więcej czasu niż przy interaktywnej tablicy zabawkowej Fisher Price'a (której nie mają, ale obserwowałam kiedyś jak bawią się tym u znajomych, gdzie akurat była). 


UWAGA! Program zawiera niecelowe lokowanie produktu! W tym: butów Lasocki, których nie kupujemy, bo są za drogie; lodów Grycan, których nie jadamy, bo są niezdrowe; oliwek jakichśtam, Mosso majonezu oraz Gerbera, których nie reklamujemy, nie polecamy i które nie zapłaciły nam ani złotówki za umieszczenie ich w powyższym poście. Również produktów IKEA, których nie polecalibyśmy i nie kupowalibyśmy, gdyż nie zawsze zgadzamy się z polityką sklepu, ale kupujemy i czasem polecamy, bo są wygodne, przydatne, tanie i mają różne fajne zniżki na kartę FAMILY. IKEA również nam nie płaci. Na razie. ;)




środa, 30 kwietnia 2014

Wizyta u dziadków. Rzecz o opiłkach, metalu i magnesach oraz dlaczego świeczka gaśnie?

Dziadek fajny jest o tym każdy wie.
Ostatnio dziadek ostrzył noże. Nie żeby jakąś tam ostrzałką sklepową - takie zabawki się dla kobiet kupuje - dziadek, prawdziwy facet, ostrzy na szlifierce. Iskry lecą oraz wióry, zgrzyta i świszcze - jest szał. Czasem mam wrażenie, że dziadek się tak przed kobietami popisuje. Tak czy inaczej dobrze mu to wychodzi, noże są ostre, kobiety zadowolone z noży oraz zachwycone męskością głowy rodziny.
A czasem się trafi skutek uboczny.

Ostatnio skutkiem ubocznym były opiłki żelaza. Oczywiście, zawsze są, ale tym razem zostały wykorzystane.
Hunowie i tatarzy  (czytaj: Nina i jej córeczki) dnia pewnego najechali rodzinny dom (czytaj: wpadli na chwilę w odwiedziny do dziadków). Ujrzawszy komplet naostrzonych noży przywódca najeźdźców zazgrzytał zębami z bezsilnej złości i jęknął "a moje takie tępe!", zaś dziewczynki z zainteresowaniem obległy mistrza - ostrzyciela. Posypały się pytania, niczym te iskry ze szlifierki. Dziadek pytania lubi. Lubi odpowiadać. Czasami również sam pyta.
"Drogie dziewczynki, a co to jest?" spytał dziadek pokazując kupkę opiłków. "Czy to jest brud?" Wiadomo, wygląda jak brud, ale skoro dziadek o to pyta to pewnie brudem nie jest... Czym jest w takim razie? I jak się zachowa gdy przysuniemy do tego "czegoś" magnes. Drobniuteńkie kawałki metalu, okruszki, opiłki, w pobliżu magnesu zaczęły zachowywać się arcyinteresująco. Wędrowały za magnesem po stole. Przyklejały się do kartki w miejscu, w którym do tej kartki po jej drugiej stronie, przylegał magnes. Zupełnie niezwykłe było też sprawdzanie jakie materiały "przepuszczają" pole magnetyczne. Talerzyk przepuszczał: opiłki tańczyły na powierzchni talerzyka jak im magnes przytknięty do spodu talerzyka zagrał. A jeszcze łączyły się ze sobą tworząc "jeża" i prezentując jak układają się linie pola magnetycznego. Istne cuda.
Magnesem udało się też namagnesować monetę, która później przyciągała opiłki, choć sama magnesem nie była. Nóż zaś choć przepuszczał pole magnetyczne to namagnesować się nie dał.
Dużo się działo i doświadczało. Zadawało się dużo pytań i otrzymało dużo odpowiedzi. Znakomicie się zapamiętało.

Kilka dni później przykręcałam malutkie śrubeczki malutkim śrubokręcikiem z wymienianymi malutkimi końcówkami. Śrubokręcik przyciąga śrubki, choć końcówki nie są z magnesu. Córka sprawdziła. "Już wiem! Tam w środku na pewno jest magnes, i ten magnes namagnesowuje te końcówki i dlatego one przyciągają śrubki!" triumfalnie oświadczyła córka.

Innym razem u dziadków córka wypatrzyła dziwne urządzenie. Ot, wyglądało jak złota czapeczka krasnoludka dyndająca na długim złotym patyczku. Zastanawiające. "Babciu, do czego to służy?" Babcia jest fajna i o tym też wie każdy. Ponadto babcia jest czasem jak dziadek. Czasem zamiast wszystko wyjaśnić zadaje pytania. Wyciągnęła świecę, odpaliła, odczekała, chwyciła za złoty pręcik, uniosła nim złoty kapturek nad płomień, powoli opuściła... "swąd, iskiereczka, dymu wstążeczka i - zgasła świeczka". Potem trzeba było to zrobić jeszcze ze dwa razy nim emocje opadły. "Dlaczego świeczka gaśnie, choć nikt jej nie zdmuchnął?" spytała babcia. Stałam z boku, ściskałam kciuki - totalnie na wdechu! Napięcie rosło z każdą sekundą! Pamięta - nie pamięta - pamięta - nie pamięta? [Bawiłyśmy się świeczkami i ich gaszeniem z rok wcześniej omawiając sposoby gaszenia pożaru ;)]
"No tak! Ona tam nie ma powietrza i się dusi! Dlatego ogień gaśnie!" zawołała córeczka.
Naturalnie córka nie pamięta naszych zabaw sprzed roku (sprawdziłam). Ale to co ważne - jest tam gdzie powinno być.

Są takie chwile, trafiają się znienacka, gdy człowiek czuje, że żyje, gdy raduje go to; gdy napawa go dumą, że jest tym kim jest i robi to co robi. I ja tak mam czasem. Mała rzecz a cieszy.

:)

niedziela, 10 listopada 2013

Z życia jeży. O tym jak bawimy się dramą.

Był taki dzień, gdy uczyłyśmy się o jeżach. Zaczęłyśmy od sympatycznego tekstu, zadawałyśmy  dużo pytań, oglądałyśmy przepiękne zdjęcia (między innymi z blogu Roberta Dejtrowskiego). Niestety, w tym roku zaobserwować jeża się nam nie udało, a tego, który mieszkał po sąsiedzku kilka lat temu, jeszcze na Sadybie, dziewczynki już nie pamiętają. Niestety, jeż tylko z obrazka i zdjęcia.
Ale zadanie po tych dwóch dniach czytania i oglądania jeży miało być dość proste. "Wyobraź sobie, że jesteś jeżem, napisz o sobie kilka zdań." Od  razu zaznaczam, że nie ja wymyśliłam to ćwiczenie. To informacja na wypadek, gdyby ktoś uznał, że ćwiczenie jest durne (więc i autor pomysłu durny), bo jeże nie umieją pisać. A poza tym nie myślą jak ludzie więc gdybym była jeżem to pewnie ograniczyłabym się do czegoś takiego: "jeść, jeść, owad, jeść, ślimak, jeść, uwaga niebezpieczeństwo - stać, bezruch, zwinąć się, przeczekać, cisza, bezpiecznie, iść,  jeść, jeść, owad, iść, woda, przepłynąć, iść, jeść, jeść, owad, jesień, zima liście liście,liście, spać." czy coś w tym stylu. W związku z tym wymagać od dziecka wyobrażania sobie, że jest jeżem i jeszcze na dodatek pisania o tym to irracjonalny pomysł. I nic dziwnego w sumie, że moja córka oświadczyła, że nie umie. Ale ponieważ na każde polecenie zaczynające się od słowa "napisz", na przykład: napisz kilka zdań o sobie lub inne: napisz kilka zdań o swoich wakacjach, mówi dokładnie to samo więc zamiast zaakceptować nieumiejętność komponowania krótkich wypowiedzi pisemnych na temat życia jeży postanowiłam moją 7 letnią córkę zmusić do napisania tekstu. A zacząć od tegoż właśnie jeża, bo temat dobry jak każdy inny, niewykluczone, że właśnie z racji fantastycznego pomysłu personifikacji małego ssaka ciekawy i nietuzinkowy. Postanowiłam więc pomóc jeża zrozumieć. Doprawdy, teraz jak sama siebie czytam to mam wrażenie, że na mózg mi padło ze szczętem. Zrozumieć jeża. Empatyczna się taka zrobiłam.

Dziwne to czy nie ale siadło mi na ambicję. Wszak takie "wczucie się w jeża" powinno być swego rodzaju wyzwaniem. Zaś stworzenie krótkiej notki to doskonałe ćwiczenie literackie. I w tym kontekście postanowiłam chwycić byka za rogi, czy raczej jeża za kolce i zainspirować. (Podejrzewam również,że na jeżu nie poprzestanę, od dziś będziemy się tak wczuwać w co popadnie, na przykład w krzesło, oto potęga wyobraźni!) Dość, że aby celu dopiąć sięgnęłam per aspera ad astra poniekąd i postanowiłam pobawić się z córkami w jeże. Taka mała dramowa wprawka. Dlaczego per aspera zapytasz czytelniku? Bo ja zwyczajnie za stara na to jestem i nieswojo, żeby nie rzec - głupio - się czuję w takich sytuacjach. Ale czego się robi dla sprawy?

Dziewczynki wzięłam z zaskoczenia. Przysiadłam na czworaka na podłodze, dookoła rozsypane kasztany i liście (zadbałam o atmosferę) i oświadczyłam marszcząc nos i robiąc "ryjek"- Drogie moje dzieci jeżyki. Teraz ja, mamusia jeżyca, muszę wam objaśnić kilka nader ważnych spraw. Nadeszła jesień. A jesień to pora dla nas jeży szczególna. Szykujemy się do zimy. Zima zaś to taki czas, gdy.... -  zawiesiłam głos - Pada śnieg! Jest zimno! A my, jeże, zasypiamy! - zawołały dziewczynki. - Słusznie, drogie dzieci jeżyki!

Zabawa w jeże trwała jakiś czas, a ponieważ najmłodszy jeżyk zbuntował się ociupinkę więc mama jeżyca wzięła go do piersi, żeby nakarmić - przy okazji wywołując lekkie zdumienie informacją, że owszem, skoro jeże są ssakami to karmią małe własnym mlekiem. Wkrótce małe jeżyki przynosiły mamie jedzenie a mama komentowała co jadalne a co nie, przeszły również szkolenie obronne czyli naukę zwijania się w kulkę i unikania niebezpiecznych zwierząt oraz bardzo rzetelnie usypały z suchych liści kopczyk aby się w nim schować na okres zimowych chłodów.
Szczerze mówiąc z ulgą odetchnęłam gdy wreszcie powróciłam do własnego ciała. Być jeżem to zadanie dość skomplikowane i niewygodne dla człowieka. Ale moim córkom się podobało. I nie przeszkodziło wcale, że najstarsza ma już 8 lat. Bawiła się w jeża z ogromnym zaangażowaniem. A następnego dnia podczas spaceru moje córki nazbierały całe naręcza liści jesiennych. Dla jeży. Aby było im wygodniej i cieplej.
Trudno orzec na ile taka zabawa jest skuteczna, rzecz wyjdzie w praniu, że tak powiem. Dość, że tuż po zabawie córeczka z entuzjazmem siadła do pisania wspomnień z okresu bycia jeżem. Tekst zaczął się zdaniem: "Bardzo fajnie jest być jeżem". I wcale nie przeraziło jej, że aż 5 wyrazów w jednym zdaniu! Siadła i napisał. Ja zaś odetchnęłam z ulgą.
Jeże zaliczone. ;)








poniedziałek, 13 lutego 2012

Pomelo czy cytryna? Pycha czy blee? I skąd wiesz, że jesteśmy w łazience? Czyli zmysłowe zabawy

Tak, tak, właśnie zmysłowe zabawy, żadnej pomyłki w tytule nie ma. I choć to nie zaplanowany tekst o edukacji seksualnej to rzecz pisana jest o zmysłach. Dotyk, smak, zapach, słuch, wzrok. Dla nas, dorosłych oczywiste jest ich znaczenie, ale małe dzieci zupełnie nie potrafią ich wyróżnić i zdefiniować. Dlatego pomagamy.

Program przewiduje, że dziecko potrafi wyróżnić, nazwać i określić funkcje części ciała, oraz szczegółowiej - "wyposażenie" głowy. [Zabawne określenie? Jakoś najlepiej mi tu pasuje] Ciało człowieka to wdzięczny temat i choć zdjęć mi brakuje opiszę w kilku zdaniach realizację projektu. Zaczęło się oczywiście w wannie, nauka mycia to fantastyczny moment by nawet niemówiące jeszcze maluchy uczyć... "myjemy nóżkę, i drugą nóżkę, a teraz stópki... o masz łaskotki?" i koszmar mycia jest wspaniałą przygodą! Ale do rzeczy. Moje panny już weszły w etap samodzielności pełnej, każda ma swoją myjkę, mydlimy je a następnie myjemy... prawe kolano, lewą łydkę, ramię, przedramię, pośladki i całą resztę oczywiście szczegółowo nazywając. No oczywiście nie każda kąpiel tak wygląda, ale czasem naprawdę szalejemy.

Pewnego dnia, w porze zajęć, wyciągnęłam trzy wielkie kartony, każda panienka została na swoim kartonie odrysowana (co nie było łatwe na przykład w przypadku Nadziejki, która ma łaskotki wszędzie) i panienki uzupełniały plakaty, nazywałyśmy części ciała itd. Przejrzałam też zasoby znajomych bibliotek, wypożyczyłam kilka ciekawych publikacji przygotowanych dla przedszkolaków i w ciągu trzech miesięcy (książki wymieniane na inne i przedłużane) dziewczynki wraz ze mną czytały, oglądały obrazki, przesuwały elementy ruchome np poznając drogę jedzenie od "wejścia" do "wyjścia" czy też śledziły rozwój dzieciątka w łonie matki (tu rozmowa dotyczyła wspomnień sprzed ponad roku, gdy ja sama nosiłam taki wielki brzuch) a na kolejnych kartach książek śledziłyśmy też kolejne etapy życia człowieka. Od tej pory niestety stałe już tematy rozmów to pochodzenie kupy (niestety bo kupa przypomina się przy jedzeniu), bicie serca i czy u każdego je słychać, niekończące się pytania "a do czego tak właściwie służy wątroba albo nerki?" i "czy naprawdę każdy musi umrzeć? mamo a kiedy ty też będziesz stara i umrzesz? kiedy ja będę dorosła?" itd, temat rzeka oczywiście.

"Wyposażenie" głowy zostało już dawno umiejscowione i zapamiętane, ale wiedzieć, że się ma uszy a rozumieć czym one są, jaką mają funkcję i uświadomić sobie jak bardzo są ważne! O, to już inna sprawa. Wiadomo, że nie można przewidzieć, kiedy dokładnie nastąpi moment "olśnienia" u dziecka [dorosłym, którzy nie wiedzą o czym mówię objaśniam: to jest ten moment, w którym czujemy i rozumiemy w pełni i głęboko istotę rzeczy, jest to moment odkrycie i właściwego zrozumienia, bezcenny i niezastąpiony przez żadne wyuczone lekcje], a żeby dziecko naprawę załapało o co chodzi z tymi zmysłami musi nastąpić olśnienie własnie. Ja, ze swojego dzieciństwa pamiętam to tak: lekki bezdech, jasność w głowie "ach, więc to tak!" wykrzyknik pełen zachwytu i głęboka radość oraz satysfakcja, że się zrozumiało. Niezwykłe, niezapomniane przeżycie. Nawet lekcję z rachunku prawdopodobieństwa zamieniło w jedną z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Osobiście polecam.
Wracając do meritum, nie można przewidzieć momentu tego "olśnienia" u dziecka. Zresztą dla większości sześciolatków za wcześnie jest na olśnienie w kwestii zmysłów, za bardzo abstrakcyjne pojęcia. Ale zabawę miałyśmy i tak przednią organizując zajęcia z wąchania, smakowania, słuchania i dotykania.

Na początek ekipa (Nadziejka 6,5l, Hela 5,5l, moja Łucja i Różyczka, córka Kasi 3,5l)dostała polecenie wybrania sobie wygodnych chustek i szalików do zasłonięcia oczu. Natsępnie wybrałyśmy się na wycieczkę po domu. Na początek - do łazienki. Dziewczyki zaprowadzone po omacku i wśród chichotów musiały rozpoznać pomieszczenie słuchając odgłosów. Szum wody, wiatrak wentylatora i pogłos zdradziły, że jesteśmy w łazience. Zaprowadzone na klatkę schodową dziewczynki również słuchając echa i odczuwając chłód rozpoznały miejsce. Następnie wróciłyśmy do kuchni.

Na stole ustawione zostały kubeczki z substancjami: obojętna w smaku mąka, słodki cukier, słona sól, gorzkie kakao (he he, a tak ładnie pachnie, no nie?) oraz począstkowana cytryna, która od razu zmyliła dzieci wyglądem, bo w tej formie zupełnie z innym cytrusem się pannom skojarzyła. Kosztowanie smaku było zabawne, dziewczynki oczywiście podglądały więc trzeba było podmieniać zawartość łyżeczki, dzięki temu wprowadziłyśmy trochę zamieszania. Gdy dziewczynki były przekonane, że w filiżance jest cukier, dostały sól, gdy zapach zdradził im, że kakao (bo przed smakowaniem prosiłyśmy o wąchanie) to smak okazał się paskudny. Cytryna - niechętnie macana i ugniatana (chodziło nam oczywiście o poznanie dotykowe, ale dzieci wcale nie miały ochoty brudzić sobie rączek) zapachem i wyglądam oszukała, że jest Pomelo, owocem, którym w kawałkach zawsze dziewczynki częstuje dziadek, tymczasem w smaku okazała się być niedobra, kwaśna. Tylko niewinna, niepozorna, bezzapachowa mąka była "normalna". Ciekawe poniekąd spostrzeżenie... i jakże trafione! Dla mnie smak obojętny, dla mojej córki, która tego słowa nie zna jeszcze - normalny.

Zdjęcie autorstwa nieocenionej Kasi, przyjaciółki, wspólniczki i bratowej - mamy Róży, a pani z mikrofonem to Joanna Bogusławska nagrywająca materiał do reportażu dla Trójki.

Kolejna zabawa polegała na rozpoznawaniu przedmiotu dotykiem, w pudełku zgromadzone były proste przedmioty codziennego użytku i zabawki: miś, torebka, kubek itp... Dziewczynki z zasłoniętymi oczami rozpoznawały co to jest ale prosiłam też, żeby wyjaśniły to skąd wiedzą! Oraz co czują gdy przedmiotu dotykają. I te dodatkowe zadania okazały się być trudniejsze, uczyłyśmy się więc nowych słów, czy utrwalałyśmy je raczej bo przecież panienki poznały je już dawniej: szorstki, twardy, miękkie, gładki, włochaty, zimny, śliski, suchy, mokry itd.

Przyszła również pora na rozpoznanie słuchem. Dziewczynki miały już dość zasłaniania oczu, więc po prostu zaszeleściłam torebką za ich plecami... Szybciutko udało się dźwięk rozszyfrować, zresztą jednej z najmłodszych uczestniczek zabawy czyli mądrej Różyczce :). Było jeszcze stukanie, dzwonienie, szelest papieru.

Na koniec sięgnęłyśmy po książkę pokazującą i opisującą ciało człowieka i przeglądając ją zebrałyśmy "do kupy", usystematyzowałyśmy zdobytą podczas doświadczeń i zabawy wiedzę, policzyłyśmy zmysły, powtórzyłyśmy poznane i przypomniane nowe słowa opisujące smaki, zapachy, dźwięki i wrażenia dotykowe, oraz rozmawiałyśmy chwilkę o tym co możemy dzięki oczom dostrzec, czego inne zmysły nam nie powiedzą.

Opis zdjęcia jak wyżej.

A co było najtrudniejsze? Skończenie zajęć."Mamo, już? Nie!" "A nie możemy jeszcze trochę?"

Poniżej wrzucam link link do reportażu o ed, w którego środku kilka cytatów z zajęć można usłyszeć. Można też usłyszeć mądre wypowiedzi Kasi i Jerzego. I niemożebnie irytującą wypowiedź pani psycholog Piotrowskiej dotyczącą jakże istotnej w naszym życiu socjalizacji "chamstwem". [Druga część ostatniego zdania ocieka sarkazmem, oczywiście celowym i zamierzonym]

http://www.polskieradio.pl/80/1007/Artykul/527388,Mama-mnie-uczy-Joanna-Boguslawska

sobota, 21 stycznia 2012

Piety Achillesa, korzonki, Natalia i sól

Zastanawiacie się czasem nad tym co w całej cudownej wizji edu domowej, jaką udało mi się odmalować w moich wpisach jest nieprawdą? Rozsądny człowiek zada sobie pytanie "Gdzie jest minus? Jaki tkwi w tym wszystkim haczyk?"
Oczywiście, zrozumiałe jest, że o smutnych sprawach, wychowawczych porażkach i wojnach dzieci pisać nie chcę. W końcu tu mają się znajdować budujące doświadczenia. Budujące pozytywnie. Nie takie z kategorii "Ach, ona też ma w domu meksyk, jakie to pocieszające, że nie tylko ja sobie nie radzę czasem..." Pewnie, naturalnie, czasem rzeczywistość mnie przerasta. Czasem wpadam w panikę. Czasem ogarnia mnie bezradność zupełna. Ale nadal nie mam zamiaru ze szczegółami o tym pisać. Gadam o tym prywatnie z przyjaciółkami ;) To nie jest w końcu scenariusz do kolejnego odcinka "Super niani". Uchylę jednak rąbka tajemnicy.

Mam swoją piętę Achillesa. Dwie pięty nawet, w końcu, cóż, nie jestem Achillesem. Pierwsza pięta to trzy i pół letnia Łusia. "Panowie, normalnie, masakra", nigdy w życiu nie spotkałam tak niezależnego dziecka! Zgroza dla rodziców. W chwili obecnej przyjmuję prosta postawę "Dobra, córcia, zrób jak uważasz, skoro nie chcesz słuchać mojej rady, ale ty ponosisz konsekwencje" i moja córka zakłada różową spódniczkę do czerwonej bluzeczki i niebieskich getrów z fioletowymi skarpetkami. Ale widzicie to oczami wyobraźni? No, a ja i tak się cieszę, bo miesiące negocjacji ("Ale jak założysz bluzeczkę z krótkim rękawkiem to się przeziębisz, jest zima! A wtedy katar... i nie pójdziesz na spacer!") dały ten efekt, że dziecko ubiera się stosownie do pory roku. To taki jeden z wielu przykładów. Zawsze jednak staram się widzieć jakiś plus (Pollyanna ze mnie wyłazi na starość). Jest upierdliwie niezależna, może pół godziny zapłakiwać się przy zakładaniu rajstopek, ale nie pozwoli sobie pomóc. Jednocześnie jest jednak bardzo samodzielna (hura, hura!), codziennie zupełnie sama się ubiera i samodzielnie ogranicza moją nadmierną troskliwość.
Udało mi się wreszcie Łucysię zrozumieć, a to ułatwia współpracę. Współpracę... moi mentorzy rodzinni patrzą i płaczą: "Przecież z trzylatkiem się NIE NEGOCJUJE!" a nie, przepraszam, tylko ja używam tego określenia. "Z dzieckiem się nie dyskutuje! Matka mówi - dziecko wykonuje!" Taaa, jasne... Spróbujcie tego z Łusią będziecie mieć wojnę 24h. A ja wolę inaczej, nie jestem wojownikiem w relacjach z dziećmi. I dlatego pytam, słucham, negocjuję a czasem przeczekuję dwugodzinny płacz i wrzaski (Łusia potrafi płakać ze wściekłości bardzo długo a są granice i zasady, których nie łamiemy).

Mam i drugą piętę Achillesa. Ciut trudniejszą, bo niezrozumianą. Ach Natalka. Złota Natalka, niemal łysy, słodki bobas z błękitnymi oczętami i kilometrowymi rzęsami. Jak to się mówi, dzidzi sama słodycz. I w czym problem? Dzidzi sama słodycz skończyła 16 miesięcy. Niepostrzeżenie przeszła z trybu poznawania świata przez obserwację w tryb eksploracji. Kilka tygodni temu ze łzami szczęścia w oczach patrzyłam na jej pierwsze nieporadne próby tuptania, a ona wciąż była w fazie, gdzie rozwój dziecka wyznacza cel jakim jest zdobycie nowej umiejętności. A teraz, kiedy już śmiało przemierza dom czasem chwiejnym kaczym chodem, priorytetowy cel to "doświadczyć czegoś nowego". Mnie, mamie, która wciąż karmi piersią, trudniej jest jednak wychwycić tę zmianę. W końcu to ten sam bobas (nawet rozmiar ubranek prawie się nie zmienił), który spędza noce zwinięty w kłębek przy moim boku. Nagle (!, jakie nagle?? przecież ona ma już prawie półtora roku?) przestała się prawie interesować swoimi zabawkami i albo tkwi nieznośnie bałaganiąc w grach, książkach i lalkach starszych dziewczynek, albo tkwi nieznośnie bałaganiąc w kuchni!
Nieznośna Nati. Czasem drepcze do łazienki, wdrapuje się na ikeowskie dziecięce krzesełko (mamut) i bawi się w umywalce, do której ledwo sięga, lub wspina się na wannę. I bardzo, bardzo głośno krzyczy.
Pomyślałam sobie, jakiś czas temu, że jeszcze jeden opętany wrzask i ucieknę. Muszę znaleźć przyczynę i rozwiązać problem. Trudno, trzeba z Natalką porozmawiać.
- Natalko - przemawiam spokojnie - nie wrzeszcz bo uszy puchną. Powiedz mamie co się stało?
- [wrzask]
- Tak rozumiem, że ktoś cię skrzywdził i jesteś bardzo niezadowolona, ale co się stało? Jak ci pomóc?
- [wrzask]
- Tak, tak, rozumiem, jesteś wściekła, ale nadal nie wiem jak ci pomóc?
- ... Adibididiwibobleplutideputabedutapumhunpd!
- Hmm (chwila namysłu), rozumiem, Nadziejka zabrała ci kostkę do gry?
- Dibudateblupetudetybledebtudetebltmhyndyptmn.
- No, tak ja rozumiem, że bardzo ci się to nie podoba, ale ta kostka nie jest twoją zabawką, może zamiast wrzeszczeć jak opętaniec pójdziesz ze mną poszukać innej zabawki, równie ciekawej?
- ....
- To co idziemy?
- Abedupt bledept?
- Tak, tak, do pokoju, poszukamy czegoś fajnego, pobawimy się razem. Może być? Idziesz ze mną?
- Taa...
- To to super, chodźmy.

Oczywiście nie łudźcie się, takie negocjacje trwają dużo dłużej. Czasem jest więcej wrzasków. Wypowiedzi Nati zawsze są dłuższe i podparte gestykulacją, ale szkoda moich palców, i tak ich nie rozumiecie. Nikt ich nie rozumie. Nie, nie, ja też ich nie rozumiem. Choć właściwie?
Zorientowałam się, że Natalka razem ze zmianą trybu obserwacji na tryb eksploracji zaczęła mówić. Tak, Nati mówi, pełnymi zdaniami... czy raczej sylabowymi ciągami. Przekazuje emocjonalną treść. wystarczy orientować się, co wydarzyło się zanim zaczęła wrzeszczeć, lub uważnie się przyjrzeć czego może potrzebować (czasem to tylko zmiana pieluchy albo kubek z piciem). Dość, że moja najmłodsza latorośl porozumiewa się za pomocą języka. Ha! Nareszcie można zacząć negocjować :). Strategia jak w tym skeczu Ani Mru Mru "Chińczyk": "pan wolno mówić ja się dużo domyślać".

Oczywiście istnieją kwestie nienegocjowalne. Wtedy płacz, krzyk i łzy. I zła, niestety niezłomna mama.

A czasem jest jak z solą.
Szuflady kuchenne to nie lada wyzwanie, dla każdego chyba dziecka. Drewniane łopatki, plastikowe miski, jakiś srebrny garnek, torebka z makaronem, oto sposoby poznawania świata wszystkimi zmysłami. Polisensoryczne (trudne słowo) nauczanie to modne pojęcie, w tym przypadku raczej polisensoryczne poznawanie świata. Dzieci to uwielbiają. Sytuacja komplikuje się gdy małolat w warunkach niekontrolowanych dopadnie pojemnika z cukrem, solą, lub mąką. Nie są niebezpieczne, może poza solą w oczach, która może być smutnym doświadczeniem. Po prostu robi się niezły bałagan, zazwyczaj na środku kuchni. Zawsze ciekawi mnie w ilu matkach zirytowana bałaganem do sprzątnięcia gospodyni domowa zwycięży facylitatorkę samoedukacji i naturalnego procesu poznawczego własnego dziecka.
U mnie zwyciężyły korzonki.

Natalka dopadła szuflady co przyjęłam z ulgą, bóle korzonków dopadły mnie następnego dnia po intensywnym saneczkowaniu z dziewczynkami i obolała, zgięta w pół niepewnie przemieszczałam się po domu. Każdą samoistną działalność dzieci przyjmowałam z radością, zgadzałam się na wszystko byleby nie dźwigać i się nie prostować ;). Gdy córcia wywlokła puszkę z solą mieszałam w garnku, w sytuacji zorientowałam się o kilka sekund za późno. Nati siedząc na podłodze kuchni garściami wyrzucała sól z pojemnika. Normalna reakcja to natychmiastowe odebranie puszki, dziecko pod pachę, sprintem do łazienki, wymycie rączek (byleby się ta sól do oczy nie dostała!) i wysprzątanie z soli miejsca przestępstwa oraz przestępcy.
Cóż, skoro ma się korzonki...
Z ciężkim westchnieniem usiadłam obok Nati na podłodze. Moje plecy przyjęły to z ulgą.
- Jak tam córcia, smaczna sól? - spytałam skupiając się na obserwacji małych zasolonych łapek, w końcu zawsze zdążę pochwycić je zanim dotrą do oczu.
- Taa... - oświadczyła Nati oblizując małą łapkę. Przełknęła, rozkaszlała się aż poczerwieniała jej buzia, starannie obejrzała drugą łapkę i również ją oblizała.
- Smakuje ci? Nie masz dosyć?
- Taa...
- Może pójdziemy do łazienki umyć rączki?
- Taa... - jeszcze przez chwilę Nati macała, rozmazywała po podłodze i lizała sól. W końcu chwyciła moją dłoń i wstała.

Poszłyśmy. Kroczek za kroczkiem, obolała mam i ciekawska panieneczka rozmiarów krasnoludka. Natalcia sama weszła na krzesełko, wypluskała łapeczki w wypełnioną wodą umywalce, wytarła ręcznikiem buzię. Podczas gdy ona powoli złaziła z krzesła ja powoli, na czworakach (korzonki to lubią) zamiatałam podłogę rozmyślając nad ironią losu. Zapewne gdyby nie te korzonki rozwój i polisensoryczne poznanie świata byłyby dla mojego dziecka ograniczone przez mój pedantyzm i strach przed cierpieniem dziecka. Dziecko skorzystało, korzonki skorzystały, mama skorzystała. A i garnki z kuchni w tym czasie nie uciekły.