Edukacja seksualna to takie "mądre" pojęcie stworzone przez ludzi, którzy zajmują się edukacją. Nie oznacza to, że znają się na uczeniu innych. Ba! Może być i tak, że nie znają się nawet na uczeniu samych siebie! A jednak postanowili, że należy się zająć, na poważnie, edukowaniem w dziedzinie płci. Co rekomenduje człowieka do bycia takim specjalistą? Z mojego punktu widzenia, zdroworozsądkowo, sporo wiedzy ma do przekazania lekarz ginekolog - położnik, położna, babcia, mama, tata, starsza siostra - mężatka, wielodzietna matka z Neokatechumenatu... do wyboru, do koloru. Co kto lubi. Wszystko to ludzie, którzy mają doświadczenie związane z płcią, z seksualnością a wreszcie - co najważniejsze - mają doświadczenie z dziećmi. Bo jak rozmawiać o płci gdy się nie doświadczyło cudu poczęcia, narodzin, macierzyństwa, ojcostwa...? Świadomość własnej płci to sprawa stara jak świat, niedawno dopiero przykleja się jej nową etykietę "edukacji seksualnej".
Mądrzy ludzie zajmujący się edukacją rozumieją słowa: "Człowiek nie może niczego nauczyć drugiego człowieka, może mu tylko dopomóc w wyszukiwaniu prawdy we własnym sercu, jeżeli ją posiada." Św. Augustyn to mądry facet, bez dwóch zdań.
Pierwsze poważne pytanie, które zadały moje dzieci związane z tą nową-starą dziedziną brzmiało: "Skąd się biorą dzieci?" [Ominęły mnie pytania: "Dlaczego ja mam cipkę skoro on ma siusiaka?" - bo nie mam synów, brak porównania, a tatuś to tatuś, wiadomo, jest dorosły i jest tatusiem, i w ogóle się z nim nie porównujemy.] Drugie ważne pytanie dotyczy oczywiście miesiączki, ale rozmowa o tym nie była aż tak fascynująca jak ta o pochodzeniu dzieci, więc nie będę jej tu cytować.
Po raz pierwszy to pytanie pojawiło się już kilka lat temu. W domu, w którym co dwa lata pojawia się nowe dziecko temat ten jest wciąż aktualny, dzieci dorastając zadają to samo pytanie szukając nowej odpowiedzi. Przyjęłam założenie by odpowiadać stopniowo. Zaczynam od początku i przerywam w momencie gdy pytania ustają, w momencie, gdy córki są odpowiedzią usatysfakcjonowane.
[Przyznam się również bez bicia, że nie posiadam w domu "Wielkiej księgi siusiaków", ani "Wielkiej księgi cipek". Tak, to świadoma, przemyślana decyzja. Nie, nie czytałam tych książek. Dlaczego odrzucam je skoro nawet nie zajrzałam pod okładkę? Okładka mnie odrzuca. Obrazki cipek wyobrażonych jako ludzie? Serio? Czy to nie jest trochę niepoważne? Ja rozumiem nadawanie cech ludzkich przedmiotom ("Tańcowała igła z nitką"), zwierzętom ("O czym szumią wierzby"), ale genitaliom? Jaki głębszy sens miało by to mieć? Dla mnie - bez sensu. Potrafię oczywiście docenić absurd. W "Alicji w Krainie Czarów". Ale te Księgi sięgnęły poza granice absurdu. Tak więc jedyne pomoce naukowe jakie mamy to atlasy z budową człowieka.]
Pierwsze odpowiedzi na pytanie były proste. "Małego dzidziusia dostaliśmy w prezencie od Boga". "A czy każda dziewczyna może dostać dzidziusia? Czy ja mogę dostać dzidziusia i mieć go w brzuchu?" "Na razie nie. Jesteś za mała. Twoje ciało nie jest na to gotowe, a poza tym, musiałabyś mieć męża. Muszą być mama i tata. "(Tadam! to jest ten moment gdy ateista zamknie stronę z lekkim obrzydzeniem. Na wypadek gdyby nie wyjaśniam uprzejmie, że to nie jest żadna indoktrynacja lub fałszowanie rzeczywistości. To jest najgłębsza istota tego wydarzenia jakim jest poczęcie dziecka. I największa prawda. Bóg daje życie. Każde dziecko jest darem od Niego. Zapewne mocniej odczuwają to osoby, które o dziecko walczyły i na nie długo czekały. Ale ja też tak to właśnie widzę. Jeszcze przed ślubem lekarz mnie straszył, że mogą być kłopoty... a potem - cud za cudem, bogato i obficie.) Mama nie kłamie, dziecko jej wierzy i ufa. Ta pierwsza odpowiedź była dobra.
Jakiś czas później pytanie wróciło. "Jak dzidziuś wychodzi z brzucha mamy?" Moje córki najpierw poznawały szczegóły dotyczące porodu. Był bardziej realny ;). Rozmów było kilka, pytań szczegółowych sporo, wszystkie odpowiedzi szczere i uczciwe. Jedna z córek na koniec (czyli gdy wyczerpała już wszystkie pytania) oświadczyła, że chciałaby przy tym być i widzieć poród. Ufff... Udało się tego uniknąć ku mojej uldze i zawodzie córki.
Nieuniknione było pytanie: "Skąd się dzidziuś bierze w brzuchu mamy?" O dziwo, pytanie zostało zainspirowane obserwacją koleżanki, której rodzice nie są małżeństwem. Nie wiedziałam tego rozpoczynając opowieść o wielkiej miłości męża i żony, która sprawia, że gdy są razem w łóżku okazując sobie to uczucie, które ich łączy komórka mamy - jajeczko oraz komórka taty - nasionko spotykają się i łączą a z nich rozwija się malutka dzidzia. Opowieść się podobała i pewnie byłaby wystarczająca, gdyby nie fakt, że przyjaciółki mamusia nie ma męża i mieszka sama... To jak to się stało? Ha! Dzieci same ustawiają sobie znaczenie faktów. W opowieści zaistniały fakty niezaprzeczalne dwa: małżeństwo oraz "razem w łóżku". Dla córek, które tego "razem w łóżku" nie widziały większą wagę miał fakt bycia małżeństwem, wspólnego mieszkania, trwałego bycia razem. Jestem bezpośrednia. Wytłumaczyłam córkom, że aby dziecko się poczęło, by połączyły się nasionko z jajeczkiem właściwie bycie mężem i żoną na zawsze nie jest konieczne... z biologicznego punktu widzenia. Dla nas, w naszej rodzinie, jest, bo tak powiedział Bóg. Ale nie wszyscy słuchają się Boga... (z tego rozwinęła się długa bardzo rozmowa o Bogu, przykazaniach, grzechach itd. Była ciekawsza od technicznych spraw związanych z poczęciem i temat znów poszedł w niepamięć). W ciągu kolejnych dwóch lat dziewczynki wracały do tematu ale nie zadawały nowych pytań. Trudnych, szczegółowych pytań. Powoli budowały sobie własny świat wyobrażeń. Aż do dziś. Dziś przyszła do mnie jedna z córek (Trzecia ściśle mówiąc) i zadała mi bardzo konkretne pytanie. "Jak to się dzieje, że dzidzia się rozwija?" Próbowałam przez chwilę lawirować, łudząc się nadzieją i spytałam, czy chodzi jej o to jak rośnie w brzuchu mamy, czy jak powstaje? "Jak powstaje?" córka zdecydowanie określiła zakres zainteresowań. "W jaki sposób to się dzieje, że łączą się ta komórka mamy i nasionko taty?" "I na pewno chcesz to wiedzieć? Bo to są raczej sprawy dorosłych, czy jesteś na to gotowa?" Takie pytanie zamiast onieśmielić córkę tylko ją zachęciło (ale też nie mało takiego celu, było tylko sygnałem: uwaga to jest bardzo poważne)... zaraz też do chóru włączyła się Druga oświadczając: "Ja też chętnie posłucham" i przysiadła na worku sako obok nas. To był nienajlepszy moment. Akurat porządkowałam szufladę z ubraniami Czwartej. Ani kartki z ołówkiem, ani książki pod ręką, a rzucać wszystko, żeby omawiać z dziewczynami sprawy seksu nie chciało mi się wręcz nieludzko. Trudno, co robić. Tym razem chyba już trzeba iść na całość. "Bo wiesz mamo, ja wiem, że u mamy jest jedna duża komórka a u taty dużo małych, i że one się muszą połączyć... ale jak to się dzieje?" uściśliła Druga. "Właśnie, czy to nasionko tak leci w powietrzu przez cały dom, ziu... aż dolatuje do mamy?" dopytywała Trzecia obrazując gestami drogę plemnika. "Nie. Mama i tata muszą być bardzo blisko siebie" uśmiechnęłam się do młodej "bardzo, bardzo blisko" dodałam. "Kiedy się całują?" córka nieustępliwie dopytywała. "Sam pocałunek nie wystarczy." "To jak to się dzieje?"
Są takie sytuacje, gdy fakty trzeba wytłumaczyć od podstaw aby zrozumiałe było dlaczego dzieje się tak a nie inaczej? "Wiesz jak wygląda siusiak?" upewniłam się. Szlag, w domu bez syna to nigdy nie wiadomo. "No wiem, wiem." Uff, na razie nie muszę wstawać i lecieć po atlas, mam jeszcze kilka bluzek do poskładania. "A pod siusiakiem są jajka." Uzupełniła Druga córka. O proszę, jeszcze łatwiej. "Tak, możemy siusiaka nazwać penisem a te jajka to są jądra i w nich właśnie powstają plemniki, czyli te małe nasionka, które przekazuje mamie tatuś." zaczęłam. "O fuj!" Trzecia zmarszczyła nosek. "Naprawdę?" Potwierdziłam czekając na kolejne pytanie nieuchronnie prowadzące mnie do konieczności wstania i sięgnięcia po jakiś atlas. I odpowiadania na kolejne trudne pytania. "Dobra. To ja już idę na kolację" oświadczyła córka. "Ja też" dodała druga. I poszły. Normalnie wstały i poszły.
Kolejne pytania oczywiście padną, pewnie już niedługo. Ale to co mnie zastanawia to samoistne dawkowanie sobie wiedzy. Dorosły człowiek, gdyby miał sam o tym decydować, by wziął i wyłożył dziecku kawa na ławę całość od razu. Tymczasem dzieci przyswajają pewne informacje po kawałku. To co zupełnie nowe trzeba przemyśleć, wyobrazić sobie, przyswoić, poukładać. Wtedy przychodzi czas na zadanie konkretnego pytania. To jak szukanie kawałka układanki. Trzeba go dobrze dopasować zanim się sięgnie po kolejny, prawda? Dzieciaki mają wyczucie. To nie jest kwestia nieśmiałości czy niezdrowego wstydu. Pytanie jest stawiane otwarcie i konkretnie. A jaka odpowiedź jest właściwa i wystarczająca też samo dziecko potrafi pokazać.
Jak dla mnie - odroczka i ulga, bo lęk, że brakiem delikatności zranię dziecko nie jest bagatelny. Ale też takie stopniowe uświadamianie jest łatwiejsze dla mnie. Każde kolejne pytanie, po jakimś czasie zadane jest coraz mniej krępujące - gdy widzę jak córki oswajają się z tematem.
I jeszcze objaśnię tytuł. Nie chodzi o to by prowokować. Seks to płeć po prostu. Mój lekarz mawiał, że skoro seks oznacza płeć, to uprawiać seks oznacza robić dzieci a w takim razie antykoncepcja i uprawianie seksu się wzajemnie wykluczają. Gdy małe dziewczynki interesują się sprawami płci, powstawania dzieci to wychodzi nam z tego "mały seks". Nie dlatego, że nieważny, tylko dlatego, że wyjaśniany słowami dla małych i w czasie, o którym małe same decydują.
Należymy do grona szaleńców, którzy zdecydowali się realizować obowiązek szkolny poza szkołą. Ten blog to swoista forma dokumentacji naszych poczynań, osiągnięć moich panienek i moich refleksji. A tak naprawdę to zapis mojej samoedukacji jako kobiety, matki,nauczyciela domowego, człowieka. "Kochaj i rób co chcesz!" - św. Augustyn.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja seksualna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja seksualna. Pokaż wszystkie posty
środa, 21 maja 2014
wtorek, 4 czerwca 2013
Politycznie niepoprawne
Dziewczynki moje wypełniają czasem karty pracy w swoich podręcznikach...
Przyznaję się bez bicia, choć troszkę mi wstyd, że zamiast wszystko samodzielnie przez cały rok przygotowywać, drukować, śledząc podstawę stworzyć własny, mądry program kupiłam dwa zestawy zalecanych przez szkołę podręczników. Poszłam na łatwiznę, rumienię się troszkę z tej przyczyny, ale tylko w tym roku przysługiwało nam dofinansowanie pokrywające koszt zakupu tych podręczników - okazja jedna na tysiąc przetestowania książek. Poza tym akurat cały rok szkolny - równiutko 9 miesięcy od sierpnia - z dnia na dzień coraz większa rosła nasza piąta córeczka, bezpiecznie ukryta pod moim sercem. A kobieta w stanie błogosławionym senna bywa, zmęczona, w moim przypadku dochodzi też pewna ociężałość umysłowa. Nie żebym specjalnie głupiała... ale miewam kłopoty z koncentracją, "ogarnianiem", cierpliwością. I tu funkcja gotowego programu i podręczników miała być prosta. Pilnowanie sensownego rozkładu obowiązkowego do egzaminów materiału oraz podstawowy zasób kart pracy i ćwiczeń. Ewentualnie inspiracja do tworzenia własnych. Teraz, tak na marginesie tego tekstu, he he, muszę się uśmiechnąć - żartobliwie, ironicznie - do tej inspiracji. Były nią, a jakże, podręczniki! Ale jaką!? Powstaje powolutku taki post niewielki opisujący różne podręcznikowe zadania. Nie będzie miłosierdzia ni litości. Będzie ubaw. Będzie "teksańska masakra piłą tarczową" - w roli piły tarczowej wystąpię osobiście.
Podręczniki spełniają poniekąd swoją rolę, przynajmniej tę przypisaną im przeze mnie. I czasami do nich sięgamy. Zwłaszcza zaś wtedy gdy różne losowe sytuacje (na przykład poród) utrudniają samodzielne zaplanowanie zajęć. Wtedy sięgamy po podręczniki, przerzucamy kartki i robimy to co ciekawe, przydatne, konieczne, ignorując to co głupie i bez sensu. (Metoda doboru zadań jest prosta: to co ciekawi dzieci a poza tym trening czytania, pisania, liczenia, pojęć matematycznych).
Dziś sięgnęłyśmy po książeczki a tam temat dnia: Dzieci z różnych stron świata. Niespójne i niekonsekwentne, część zadań mało ambitna a część dość trudna. Wszystkie powierzchowne. Ale obrazki kolorowe a do nich prosty tekst - do wykorzystania jako trening czytania, oraz ćwiczenie w uzupełnianiu tekstu - element treningu pisania. Cała rozkładówka - dwie strony - zapełnione obrazkami dzieci z różnych stron świata. Każde dziecko podaje prostą informację dotyczącą swojej ojczyzny i jej stolicy, swoje imię, oraz prezentuje zdjęcie tego co najbardziej charakterystyczne dla jego kraju. Tylko chłopiec z Polski imienia nie ma a zadanie dla dziecka wypełniającego ćwiczenie to wymyślić imię polskiemu chłopcu i je wpisać.
Chłopczyk w czapeczce z daszkiem, z deskorolką, sympatyczny i uśmiechnięty spogląda na nas z obrazka. "Ja nie będę tego robić!" znienacka oświadczyła moja Helenka z naburmuszoną miną.
"Czemu?" zdziwiłam się.
"Bo ja bym chciała żeby to była dziewczyna a nie chłopak! Chcę napisać imię dla dziewczynki!" marudziła Hela. Zirytowałam się, wszak wpływu na obrazek nie mam.
"To napisz: Anna Grodzka i nie zawracaj mi gitary!" wymruczałam pod nosem. Za głośno. Teraz zdziwiły się moje starsze córki obie.
"Dlaczego: Anna Grodzka??"
No i co ja narobiłam najlepszego... niewyparzona gęba moja.
"Jest taka.. taki... polityk, poseł. Był mężczyzną, ale postanowił zmienić płeć i zostać kobietą. Przeszedł odpowiednie zabiegi, brał specjalne leki i urosły mu piersi, ubiera się jak kobieta" córeczki zatkało.
"To tak się da???"
"No właśnie nie bardzo. Nie jest kobietą tak naprawdę, bo nigdy nie mógłby urodzić dziecka, nie ma takiej możliwości, bo nie ma właściwych organów wewnętrznych, jajników, macicy. A tymi piersiami, choć większe niż u mężczyzny, też dziecka nie mógłby nakarmić" cierpliwie i łopatologicznie tłumaczę. "Ale ubiera się jak kobieta i twierdzi, że jest kobietą. I nazywa się Anna Grodzka." Szczęśliwie dobiłam do portu i zakończyłam tłumaczenie. Córki, już trzy starsze, zgromadzone wokół mnie, patrzyły z oczami jak spodki.
"Mamo, to jakieś bzdury!" oświadczyła Nadziejka.
"I maluje paznokcie?" dopytywała Hela.
"Tak."
"I nosi kolczyki?" spytała uśmiechając się z niedowierzaniem Łusia.
"Tak."
"I maluje oczy i usta?" drążyła Hela również z podejrzanym uśmiechem na twarzy.
"Tak"
"I nosi bransoletki i wisiorki?" upewniła się z roześmianą buzią i błyskiem łobuziaka w oczach Łusia.
W tle, za nami, Nadziejka chichotała już na całego.
"Tak."
"I chodzi w butach na obcasach?" teraz już rechotały wszystkie trzy.
"....pewnie tak...."
"I przebiera się w sukienki dla dziewczyn??" zaśmiewały się w głos.
"Tak" westchnęłam.
"Mamo! Przecież to jest strasznie głupie!"
"Prawda?"
"Patrzcie, cesarz jest nagi!" zawołało dziecko.
Przyznaję się bez bicia, choć troszkę mi wstyd, że zamiast wszystko samodzielnie przez cały rok przygotowywać, drukować, śledząc podstawę stworzyć własny, mądry program kupiłam dwa zestawy zalecanych przez szkołę podręczników. Poszłam na łatwiznę, rumienię się troszkę z tej przyczyny, ale tylko w tym roku przysługiwało nam dofinansowanie pokrywające koszt zakupu tych podręczników - okazja jedna na tysiąc przetestowania książek. Poza tym akurat cały rok szkolny - równiutko 9 miesięcy od sierpnia - z dnia na dzień coraz większa rosła nasza piąta córeczka, bezpiecznie ukryta pod moim sercem. A kobieta w stanie błogosławionym senna bywa, zmęczona, w moim przypadku dochodzi też pewna ociężałość umysłowa. Nie żebym specjalnie głupiała... ale miewam kłopoty z koncentracją, "ogarnianiem", cierpliwością. I tu funkcja gotowego programu i podręczników miała być prosta. Pilnowanie sensownego rozkładu obowiązkowego do egzaminów materiału oraz podstawowy zasób kart pracy i ćwiczeń. Ewentualnie inspiracja do tworzenia własnych. Teraz, tak na marginesie tego tekstu, he he, muszę się uśmiechnąć - żartobliwie, ironicznie - do tej inspiracji. Były nią, a jakże, podręczniki! Ale jaką!? Powstaje powolutku taki post niewielki opisujący różne podręcznikowe zadania. Nie będzie miłosierdzia ni litości. Będzie ubaw. Będzie "teksańska masakra piłą tarczową" - w roli piły tarczowej wystąpię osobiście.
Podręczniki spełniają poniekąd swoją rolę, przynajmniej tę przypisaną im przeze mnie. I czasami do nich sięgamy. Zwłaszcza zaś wtedy gdy różne losowe sytuacje (na przykład poród) utrudniają samodzielne zaplanowanie zajęć. Wtedy sięgamy po podręczniki, przerzucamy kartki i robimy to co ciekawe, przydatne, konieczne, ignorując to co głupie i bez sensu. (Metoda doboru zadań jest prosta: to co ciekawi dzieci a poza tym trening czytania, pisania, liczenia, pojęć matematycznych).
Dziś sięgnęłyśmy po książeczki a tam temat dnia: Dzieci z różnych stron świata. Niespójne i niekonsekwentne, część zadań mało ambitna a część dość trudna. Wszystkie powierzchowne. Ale obrazki kolorowe a do nich prosty tekst - do wykorzystania jako trening czytania, oraz ćwiczenie w uzupełnianiu tekstu - element treningu pisania. Cała rozkładówka - dwie strony - zapełnione obrazkami dzieci z różnych stron świata. Każde dziecko podaje prostą informację dotyczącą swojej ojczyzny i jej stolicy, swoje imię, oraz prezentuje zdjęcie tego co najbardziej charakterystyczne dla jego kraju. Tylko chłopiec z Polski imienia nie ma a zadanie dla dziecka wypełniającego ćwiczenie to wymyślić imię polskiemu chłopcu i je wpisać.
Chłopczyk w czapeczce z daszkiem, z deskorolką, sympatyczny i uśmiechnięty spogląda na nas z obrazka. "Ja nie będę tego robić!" znienacka oświadczyła moja Helenka z naburmuszoną miną.
"Czemu?" zdziwiłam się.
"Bo ja bym chciała żeby to była dziewczyna a nie chłopak! Chcę napisać imię dla dziewczynki!" marudziła Hela. Zirytowałam się, wszak wpływu na obrazek nie mam.
"To napisz: Anna Grodzka i nie zawracaj mi gitary!" wymruczałam pod nosem. Za głośno. Teraz zdziwiły się moje starsze córki obie.
"Dlaczego: Anna Grodzka??"
No i co ja narobiłam najlepszego... niewyparzona gęba moja.
"Jest taka.. taki... polityk, poseł. Był mężczyzną, ale postanowił zmienić płeć i zostać kobietą. Przeszedł odpowiednie zabiegi, brał specjalne leki i urosły mu piersi, ubiera się jak kobieta" córeczki zatkało.
"To tak się da???"
"No właśnie nie bardzo. Nie jest kobietą tak naprawdę, bo nigdy nie mógłby urodzić dziecka, nie ma takiej możliwości, bo nie ma właściwych organów wewnętrznych, jajników, macicy. A tymi piersiami, choć większe niż u mężczyzny, też dziecka nie mógłby nakarmić" cierpliwie i łopatologicznie tłumaczę. "Ale ubiera się jak kobieta i twierdzi, że jest kobietą. I nazywa się Anna Grodzka." Szczęśliwie dobiłam do portu i zakończyłam tłumaczenie. Córki, już trzy starsze, zgromadzone wokół mnie, patrzyły z oczami jak spodki.
"Mamo, to jakieś bzdury!" oświadczyła Nadziejka.
"I maluje paznokcie?" dopytywała Hela.
"Tak."
"I nosi kolczyki?" spytała uśmiechając się z niedowierzaniem Łusia.
"Tak."
"I maluje oczy i usta?" drążyła Hela również z podejrzanym uśmiechem na twarzy.
"Tak"
"I nosi bransoletki i wisiorki?" upewniła się z roześmianą buzią i błyskiem łobuziaka w oczach Łusia.
W tle, za nami, Nadziejka chichotała już na całego.
"Tak."
"I chodzi w butach na obcasach?" teraz już rechotały wszystkie trzy.
"....pewnie tak...."
"I przebiera się w sukienki dla dziewczyn??" zaśmiewały się w głos.
"Tak" westchnęłam.
"Mamo! Przecież to jest strasznie głupie!"
"Prawda?"
"Patrzcie, cesarz jest nagi!" zawołało dziecko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)