Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia z wakacji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia z wakacji. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 czerwca 2017

Poszukiwanie skarbu czyli co zrobić gdy dzieci nudzą się w wakacje


Tak naprawdę kiedy dzieci oświadczają "nudzę się", jedyne na co mam ochotę, to opowiedzieć im o swoich wakacjach, dawno temu... A były fantastyczne. Rodzice wywozili mnie tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, na wieś totalną. Do lasu kilometr, do najbliższego sklepu ze dwa, dużo drzew, trawy, pokrzywy i młodsze rodzeństwo. Żadnych placów zabaw, parków zabaw, hal zabaw, w ogóle jedyna zabawa to ta, którą wymyśliliśmy w naszych głowach, a potem wcieliliśmy w życie. Pamiętam, że najwspanialsze elementy to bujanie się na "małpiej lince" (deska zwieszona na przepotwornie długim sznurku),  łażenie po drzewach (naprawdę wysokich drzewach), jazda na za dużych rowerach po babci, oraz generalnie zaszywanie się w chaszczach, w celu zniknięcia z oczu młodszemu rodzeństwu. Gdybym oświadczyła mamie, że się nudzę, zapewne kazałaby mi przynieść wody ze studni (co było rozrywką dla miejskiej dziewczynki, jak ja - ale tylko przez dwa dni), albo pobawić się z młodszym rodzeństwem, (co było rozrywką - ale gdy młodsze rodzeństwo miało roczek, a nie cztery lata i nieustane pretensje, że biegamy za szybko).
Teraz nastały okropne czasy kleszczy zakażonych boreliozą - więc chaszcze są zakazane, strachu przed połamanymi rękami i nogami - więc łażenie po drzewach jest zakazane (albo po prostu drzewa pozbawione są wszystkich niższych gałęzi), a młodsze rodzeństwo spotyka się coraz rzadziej, zwłaszcza jako ciężki obowiązek starszaków. Natomiast place zabaw z wymyślnymi drabinkami i superbezpiecznemi-spełniającymi-wszystkie-normy-bezpieczeństwa-instalacjami oraz hale zabaw są powszechne. Takie czasy.
Więc gdy moje córki zaczynają jęczeć, że się nudzą, trafia mnie szlag, gdzieś tam, w głębi mnie i rosną mi kły, długie, ostre i aż do ziemi.
A gdy już moje córki przestaną jęczeć i znajda sobie jakieś twórcze zajęcie, zabawę, sport, cokolwiek co same wymyślą, kły maleją, a szlag się ulatnia. I wtedy wymyślam Poszukiwanie Skarbu.

Poszukiwanie skarbu

Już dwa lata z rzędu bawimy się w tą grę. Kilka żelaznych warunków spełnionych być musi: prawdziwy skarb, teren, wskazówki w zagadkowej postaci. Dwa lata temu przygotowałam dla dziewczynek mapę. Plan był taki, że idąc z mapą będą kolejno rozkminiać punkty orientacyjne... niestety, okazało się, że dziewczyny wolą przestudiować mapę w domu, zestawić ją sobie w główkach z obrazem znanego terenu, a następnie zwyczajnie pójść do punktu wskazanego jako miejsce ukrycia skarbu. Oczywiście zabawa była przednia, choć krótka, a kardynalny błąd popełniłam ja. Mapa przyda się, jeśli skarb ukryty jest na terenie nieznanym, a nie we własnym ogrodzie, nawet jeśli ten ogród ma ponad hektar powierzchni.

W zeszłym roku zastosowałam więc metodę listów ze wskazówkami, ukrytych w różnych miejscach ogrodu, a każdy list zawierał inną zagadkę lub trudność.
Postaraj się, drogi czytelniku, o wyrozumiałość dla błędów i kiepskiej jakości zdjęć. By pomóc odczuć ducha wakacji i poszukiwań, całą przygodę przedstawię w zdjęciach. Miłej zabawy!

Pierwszy list dziewczynki znalazły na kuchennym stole...




Dziewczynki po chwili namysłu, doszły do wniosku, że zapewne chodzi o werandę...



W poszukiwaniu właściwego drzewa...


A gdy już znalazły...



List został odnaleziony w stercie siana...



List został odnaleziony na dużym, starym dębie...




Po dłuższej chwili namysłu dziewczynki pognały niemal na wyścigi, aby odszukać skarb...








Skarbem były zupełnie zwyczajne, kupione w Biedronce, wielka kolorowanka - domek, oraz drewniana zabawka.



Nie chcę być moralizatorsko - patetyczna, powiem więc tylko, że skarb został wybrany tak właśnie celowo, by żadna z dziewczyn nie mogła mieć go na własność, by był wspólny. Rok wcześniej były to pachnące flamastry - dla każdego osobna paczka - i sprawdziły się nieźle, ale nie obyło się bez scen zazdrości, czy kłótni. Tym razem skarb zmusił dziewczyny do wspólnej zabawy i sprawił im mnóstwo frajdy podczas obłędnych upałów, gdy żadnej z nich nie chciało się wychodzić z chłodnego domu. 

Koncepcja Poszukiwania Skarbu, Podchodów czy innych gier terenowych, które stawiają zadania i mają cel jest stara jak świat chyba. Nigdy nie traci na atrakcyjności. Każdy kolejny etap może być zagadką, krzyżówką, zadaniem matematycznym, rebusem, łamigłówką lub zadaniem na orientację w terenie. Czasami zwyczajnie idzie się po zostawionych śladach. Mam nadzieje, że zainspiruję was do takiej zabawy, wcale nie po to, by zabijać nudę. Po prostu jest to świetna zabawa teraz, a w przyszłości wspaniałe wspomnienia z dzieciństwa. A nas - dorosłych - zmusza do kreatywności i do odkrywania dziecka w sobie. Czy na takie wyzwanie może być lepszy czas niż wakacje?

niedziela, 8 września 2013

Reminiscencje z wakacji


 „Mamo, oderwij się na chwilę od tego komputera i posłuchaj bo to jest naprawdę niezwykła historia! Kiedy byłyśmy na wakacjach, no wiesz gdzie, miałyśmy taką niesamowitą przygodę! Ty nic o tym nie wiedziałaś, byłaś w kuchni i gotowałaś obiad, a my poszłyśmy daleko, daleko, to znaczy nie tak bardzo daleko, tylko na pole za stodołą. I tam spacerowałyśmy w zbożu. Aż tu nagle pojawił się kombajn! Jechał prosto na nas! Kierowca kombajnu wcale nas nie widział i nie słyszał (bo kombajn robi okropny hałas). My uciekałyśmy przed tym kombajnem najszybciej jak się dało, ale on był coraz bliżej i bliżej! I prawie nas doganiał i mógł nas złapać i zabić! Nagle Łucja się potknęła o korzeń i łups! Wywaliła się! A ten kombajn był tuż za nią! Wtedy ja ją złapałam i podniosłam, i zarzuciłam na ramię i pobiegłyśmy dalej. I, uff…, udało się. Kierowca kombajnu nas zauważył i przestał za nami jechać. Byłyśmy uratowane.”

„Nadzieja, patrz, jemy zboże!” „Jak to zboże? Gdzie?” „W zupie są kluski. A kluski robi się z mąki. A mąkę robi się ze zboża. Mieli się zboże w młynie i z tego powstaje mąka. Prawda mamo? No, i z tej mąki są zrobione kluski. Czyli my jemy w tej zupie zboże.”

Wakacyjny pobyt na wsi bije rekordy popularności w plebiscycie „co lubisz robić najbardziej” głównie z powodu niewielkiego zalewu kilkanaście kilometrów dalej, gdzie dziewczynki bawią się w wodzie. Ale są i inne atrakcje. Długie spacery, podczas których można zadawać niekończące się pytania i uczyć jak zbudowany jest świat i jak działają rządzące nim mechanizmy. Mrożące krew w żyłach przygody, które przeżywa się gdy mama nie patrzy. Nawet jeśli tylko w wyobraźni.
Jedna z najbardziej niezwykłych cech tego okresu, gdy dzieci są małe, niezwykłych i najbardziej fascynujących, to możliwość obserwowania jak dzieci się zmieniają. Uczą się myśleć. Wiązać ze sobą drobne wiadomości, efekty własnych doświadczeń oraz obserwacji w długie łańcuchu przyczynowo-skutkowego. Dlatego (prawie zawsze) cierpliwie odpowiadam na pytania. Ciągi pytań. A potem czekam. Pewnego dnia dziecko mnie zaskoczy. Z zachwytem będę słuchać wywodów małej dziewczynki wzruszając się, kiedy ten krasnoludek tak urósł? Kiedy tak zmądrzał, nabył tyle wiedzy i orientacji w świecie? I nawet mi przez myśl w tym momencie nie przyjdzie, że – cóż, nie ukrywajmy – spora zasługa to moje gadulstwo, coś pokazałam („A tu na polu rośnie zboże, to żyto”), coś wytłumaczyłam („Jak działa młyn? A tak…”), czemuś potwierdziłam, czemuś zaprzeczyłam. Znalazłam czas by słuchać i mówić. Wtedy mi nie przejdzie przez myśl, jak duża jest zasługa matki, która niepostrzeżenie i niezmordowanie towarzyszy małemu człowiekowi w jego drodze przez świat. Ale z pewnością uświadomię to sobie w wolnej chwili a ta świadomość nada sens kolejnym niekończącym się ciągom pytań i odpowiedzi.


A tak w ogóle to dzieci są gwarancją codziennej terapii śmiechem. Łucja potykająca się o korzeń na środku pola i Helena zarzucająca ją sobie na ramię powaliły mnie na kolana. Leżę i kwiczę. ;)

sobota, 1 września 2012

Co dziobią kury dziobiące, czym jest Dyląż garbarz i inne wspomnienia z wakacji.

Gdzieś za mną leży sterta ubrań i pościeli do prasowania. Może poczekać jeszcze jeden dzień ;). A ja powspominam troszkę.
Zacznę od kur. Choć właściwie wcale nie od kur, bo czym jest kura każdy wie, a opisy tego jak dzieci ganiają za kurami nikogo nie rajcują. Dość, że moje córki poznawały "na żywo" obyczaje kur, a ja ratując co jakiś czas którąś z nich (kur, nie córek) przed uduszeniem zajmowałam się oczywiście czym innym. Najważniejsze na świecie są dla mnie - gdy jestem na wsi - rozmowy z naszą sąsiadką, babcią Janką. Babcia Janka jest kopalnią wspomnień, uosobieniem skromności i łagodności, i w ogóle dobrą, pokorną życiowo osobą. A poza tym jedyną znaną mi osobiście osobą, która płynnie posługuje się językiem hahłackim. Czy raczej "tutejszym" dla ludzi stamtąd, bo nazwa "hahłacki" ma wydźwięk zdecydowanie pejoratywy, pogardliwy i obraźliwy. [Użyłam jej tylko aby zrozumialsze dla laika była o czym mówię.] Dość, że każda rozmowa, na dowolny temat, jest dla mnie potencjalną wyprawą w świat nieznany i zawsze tak było, odkąd pamiętam, a spędzam tam każde wakacje już od 20 lat. I w tym roku było podobnie, niemal co dzień chodziłyśmy po mleko - prosto od krowy, dziewczyny wniebowzięte biegały za kurami i bawiły się z córką gospodarzy, a ja leniwie rozmawiałam z panią Janką. Obserwując jednocześnie co się da. Wpadł mi w oko motyl razu pewnego, niezbyt ładny, włochaty, dość spory, zawisł tuż przed kwiatem, wysunął trąbkę i dawaj wciągać nektar. Jak koliber! "O rany!" zachwyciłam się, "udało mi się zobaczyć na żywo Fruczaka gołąbka!" Motyl wessał co miał wessać i poleciał, a ja odtąd nie rozstawałam się niemal z aparatem, byle go tylko złapać obiektywem, gdy przyleci następnym razem.
Nie udało mi się upolować miłego motylka, więc wrzucę tu, dla niezorientowanych zdjęcie z wikipedii:


A czemu się nie udało? Tu właśnie zaczyna się anegdotka o kurach. Może być, że Fruczak nie przepada za wietrzną pogodą, pewnie za deszczem, a może za ludźmi dość, że często się nie pokazywał. Widziałam go wszystkiego trzy razy i zwykle tylko przez chwilę, ale ten trzeci raz w pamięć mi zapadł. I mało o zawał serca nie przyprawił. Czatowałam z aparatem rozmawiając z panią Janką i zobaczyłam jak leci futrzak mały do surfinii, zachwyciłam się, zebrałam w sobie i poleciałam za nim przerywając rozmowę w połowie zdania. Niestety! Ku mojej rozpaczy kura była szybsza! Jedna z przeklętych "kur dziobiących", z wolnego wybiegu, o której jajka biją się miastowi, beztrosko dziobnęła mojego motyla! Żeby "dziobnęła" i zostawiła, to jeszcze byłby mój zysk! Wiadomo, sama bym nie uśmierciła a tak kura załatwiła sprawę za mnie, siła wyższa, czy raczej niższa jednak w tym przypadku, i bezmyślna, a ja bym Fruczaka zabrała i już. Ale gdzie tam! Rzuciłam się w pogoń za rudą, pierzastą zołzą, moje córki zwęszyły zabawę i rzuciły się za mną, za nami w pogoń rzuciła się pani Janka. Biegnę z nieszczęsną kurą i wrzeszczę: "Zostaw mojego motyla! Oddawaj!!", moje panny uradowane wrzeszczą dwa razy głośniej, pani Janka zgłupiała: "Jakiego motyla?" Zaczęło się polowanie i obława. Do głowy mi nie przyszło, że sytuacja jest absurdalna, chciałam tylko zobaczyć z bliska polskiego kolibra, na żywo a nie na jakimś zdjęciu! Nie odzyskałam owada. Kura nie w ciemię bita zdobycz z dzioba wypuściała dopiero w chaszczach tak głębokich, że się podejść nie dało. Wiecie już CZYM żywią się tak zwane "kury dziobiące"? Normalnie, kura - morderca. Ach, jeszcze mnie serce boli...

Teraz przejdę do innego wspomnienia, które napawa mnie dumą i satysfakcją. Ale zaczyna się smutno. Lat temu piętnaście, podczas jednej ciemnej nocy przestaszył mnie łażąc po firance potwór. No, spory chrząszcz. Duży, czarny i hałasował. Wymiotło mnie z pokoju - przecież nie zasnę w jednym pokoju z tym potworem! Ale zaraz wróciłam ze słoikiem bo zaciekawiło mnie czym jest taki duży chrząszcz! Złapałam go w słoik lekko tylko trzęsąc się z obrzydzenia i wyniosłam na dwór, w światło lampy przydomowej. Obejrzałam uważnie, zapamiętałam ile się dało a zaraz następnego dnia przeszukałam jeden z podręcznych przewodników o chrząszczach. Nie znalazłam niestety odpowiedzi, żaden nie pasował a internetu wtedy nie było. Sfrustrowana próbowałam wyrzucić paskudę z pamięci. I udawało mi się. Aż w te wakacje wspomnienia odżyły wraz ze znalezieniem dwóch takich potworów w balii na deszczówkę. Okazy wsadziłam do słoika (wyglądały na martwe) i zabrałam się za poszukiwania. Bo teraz na wsi mamy internet. Obiad się spóźnił oczywiście ale za to uzyskałam wreszcie odpowiedź. Znaleziony przeze mnie Dyląż garbarz (nie "grabarz" wcale!) jest nawiększym spotykanym w Polsce chrząszczem, uzyskuje podobno (za wikipedią) do 45mm długości. I tyle własnie miały te znalezione przeze mnie!



Udało mi się ustalić, że jeden z nich to samica (policzyłam segmenty czułek) a żeby szczęście moje było pełne samica odżyła i zaczęła się ruszać. Zanim wypuściłam ją do ogrodu pstryknęłam jej kilka zdjęć. Cały proces oglądania, łapania, szukania, rozpoznawania (po żeberkach na pancerzu i rogach na przedpleczu), liczenia segmentów itd. przebiegał w obecności moich córek naturalnie, ale i tak największą frajdę miałam ja! :)



Poniżej zdjęcie robione tuż po zachodzie słońca i już widać jak do zachodu szykuje się księżyc. Zachodził wtedy dwie godziny po zachodzie słońca.


Z tym zjawiskiem też jest związana mała anegdotka. Pokazywałam ten zachód córkom a potem podziwiałyśmy bezksiężycową, rozgwieżdżoną noc. Pokazałam tak samo zjawisko swoim siostrom. "Dziewczyny, patrzcie jaki piękny zachód księżyca!" "Chyba wschód?!" odpowiedziała jedna z nich. "Nie, no skąd, zachód! Mamy teraz przez kilka dni cudne bezksiężycowe noce". "Ale jak to...?" Niby wiadomo, że są, ale jednak, żeby tak zaraz jeden zachód po drugim, trochę niestosowne. Powinny świecić na zmianę. Przyzwoicie. ;)

I na zakończenie tych wspomnień kilka zdań o osach. Osy zbudowały sobie gniazdo między sufitem a podsufitką. Ciężko było się do nich dostać, żeby je usunąć a ponieważ nie były agresywne więc odpuściła sobie tropienie roju i tylko uważnie pasiaste obserwowałam. A ja bardzo nie lubię os. Może tylko jedna na całym polu siedzieć a ja i tak na pewno na niej stanę. Niefart mam do tych owadów od dziecka. A tu znienacka gniazdo nad moim pokojem. Koło moich dzieci!! Strach!
Osy zajęte były swoją pracą a ja pilnowałam noszenia kapci i nieszczęścia nie było. Raz jeden z osą spotkanie trzeciego stopnia zaliczyła Natalcia. Polazła w kąt, znalazłatam nieżywe prawie stworzonko i wzięła w rączkę. Ukłucie było i palec bolał ale wszystko szybko zeszło. Jedyne osy, które nam zagrażały to były te nieżywe. Żyjące i latające pchały się trochę przez okno do kuchni, ale moskitiera załatwiła ten problem, natomiast owady wchodzące do domu szparami między deskami sufitu nie zdradzały żadnego zainteresowania jedzeniem. Łaziły po suficie, ścianach i firanach szukając drogi powrotnej a gdy jej nie znalazły po kilku godzinach zdychały i leżały gdzieś w kącie. Aż mi się żal zrobiło owadów i gdy któregoś w szklankę złapałam wyuszczałam go na dwór, koło ściany nad którą było wejście do gniazda. Na osach się nie znam ale w mojej głowie powstało tyle pytań, że chyba sobie poczytam jakieś fachowe opracowanie. Tak to wygladało jakby zbieraczki usiłowały dotrzeć od zewnątrz domu, a te, które właziły szparami to zwiadowcy, zupełnie inna funkcja - zupełnie inne zachowanie. Podejrzewam, że jednak żaden zwiadowca szczęśliwie do gniazda nie wrócił, lub jeśli wrócił to bez gotowego modelu drogi powrotnej bo żadna z os, które prześlizgnęły się między deskami do środka nie zachowywała się jak zbieraczki. Nie ukrywam,że obserwowałam je z żywym zainteresowaniem. I chyba lepsze poznanie ich wpłynęło na większą tolerancję.

Ten post i tak zrobił się za długi. Na koniec wrzucę jeszcze jakieś klimatyczne zdjęcie a z pisaniem koniec.


Ta krowa tak namuczała na Nati, że odtąd każda dostrzeżona krowa była kwitowana okrzykiem: "mamo, MUU!, o nie!" ;)


Malwa. Ale nie jakaś zwykła! Samosiejka, nie wiedzieć skąd ale Malwa "full wypas"! Po raz, że nie jakieś tam pięć wygniecionych płatków wokół środka tylko przecudnie gęsty kwiat, a po dwa kolor! Wieczorem - prawie czarna, w słońcu - bordowa! Płatki kwiatu barwią na fioletowo. Będę się w przyszłym roku bawić w barwienie tkaniny naturalnym barwnikiem :).

Poniżej w mroku czai się potwór - w ścianie stodoły gniazdo pajęcze, sieć sięgająca trawy, szerokim wejściem zaprasza zagubionych podróżnych, mocna sieć, nie zerwała się nawet pod ciężarem dużej szyszki;a gospodarz nieśmiały był i w cieniu schowany. Przypomniał mi dlaczego nie lubię pająków. Za szybko się poruszają. Ale ciekawie się go obserwowało.


Chałupa, przeniesiona na teren miejscowego Stowarzyszenia - teren koło dawnej szkoły, obecnie Ośrodka Kultury i Tradycji w Żeszczynce. Ciekawa, bo w tej chwili zabytkowa oczywiście, ale poza tym można obejrzeć z bliska technikę budowania na tamtych terenach, chałupa ma połączoną część mieszkalną z częścią gosporadczą itd, sympatyczny początek małego skansenu. Może. Na razie wygląda trochę smutno a trochę śmiesznie bo folia zabezpieczająca dach czekający na pokrycie świeżą słomą spłynęła w upale i zwisa smętnie jak niebieskie sople lodu w środku lata. Albo element instalacji z muzeum sztuki współczesnej. Moim zdaniem większość artystycznych instalacji się do tego obrazka nie umywa. I z powodu wrażenia jakie robi, jak i z powodu symboliki i siły przekazu emocjonalnego. Stateczna, samotna, opuszczona, dumna, upokorzona jakimś niebieskim śmieciem z innej epoki, stara, ślepa i łysa ale wciąż wzbudza szacunek. Jakoś tak.


I na do widzenia płonący zachód słońca. Zachody słońca w Żeszczynce to jest coś niepowtarzalnego.




sobota, 18 sierpnia 2012

Do czego służy tara, po co nam chwasty w ogrodzie, czemu giez to nie GPS i inne, czyli Nina z córkami na wakacjach.

Wakacje na wsi, tam gdzie diabeł mówi "dobranoc". Wymarzony odpoczynek. Teraz jest już tylko wspomnieniem i jako taki zdecydowanie lepiej wypada w rankingu "mój miło spędzony czas" niż gdy był chwilą obecną. Wszystkiemu winne zapewne moje malkontenctwo (trudne słowo) ale pomogło również zapełniające się szambo, brak zmywarki i pralki, gniazdo os, brudzące się kałużach dzieci (brak pralki!) oraz tydzień deszczu i zimnica, że ząb na ząb nie trafiał. W sumie sama sobie krzywdę zrobiłam bo pralka stoi, zmywać można luzem a nie w miseczce biegając z ową miseczką w krzaki bo do szamba jest pompa. Tyle, że jaki jest sens jechać na wakacje na wieś i NIE NAUCZYĆ SIĘ czegoś? A okazja trafiła się dobra. Wszystko było! Segregacja śmieci, oszczędzanie wody, pranie ręczne i na tarze! A do tego niekończące się cuda przyrodnicze. Te ostatnie zachwycały mnie niezmiennie. I choć pojechałam odpocząć od "edukacji" i dzieci miały nareszcie "wolne od zajęć" (ja się cieszyłam najbardziej, bo nie musiałam się przy tych zajęciach uwijać) to nareszcie mogłyśmy chłonąć wiedzę i mądrość wszystkimi porami skóry, przy okazji, bez okazji, pomimo okazji! Moja ukochana szkoła życia w pełni. To był raj. Całodzienna bieganina by przez kilkanaście minut podpatrywać jak panny zdobywają nowy szczyt. Lub też rzucić wszystko by przez godzinę latać z aparatem za motylem. Czy też podlewając kwiaty przyglądać się polującemu pająkowi. Podpatrywać uwijające się osy, czatujące w swych pajęczych sieciach krzyżaki i tygrzyki. Ach, było naprawdę fajnie. Miesiąc na wsi to zdecydowanie za krótko.

Teraz mała galeria, która lepiej ode mnie zaprezentuje nasze wakacyjne zdobycze:

Na początek krótka informacja. Zanim udało mi sie namówić panny do prania musiałam uprzejmie je poinformować, że mamusia na loterii rąk nie wygrała, że są tylko dwie i te dwie piorą ubranka mamy, i Natalki oraz duże sztuki pozostałych panien, ale majtki i skarpetki piora same albo chodzą bez. Poskutkowało. Czy to jest motywacja negatywna? Czy przemoc w rodzinie? A może jednak dobra szkoła dbania o samego siebie...





Pranie na tarze dostarczyło jednak poro emocji, zwłaszcza, że poprzedzone było opowieścią o "dawnych czasach" a sama tara jest pamiątką po praprababci, a to już robi wrażenie!



Za tym ślicznym Paziem królowej uganiałam się ponad godzinę, nagrodził wytrwałość przysiadając na moim klapku czym mnie zachwycił i wzruszył. A poza tym był dość częstym gościem - i nic dziwnego - nie wypielony ogród porasta sporo dzikiej marchwi i innych chwastów, w których Paź gustuje.


Motyle, ach motyle! Niestety robota domowa wzywała, więc było mało czasu na polowanie z aparatem na te szybko latające ale rusałkowatych widziałam kilka bardzo pięknych, zaś na fotografii dały się uwiecznić te malutkie zapylacze :)





Prezentowane powyżej Przestrojnik trawnik i Przestrojnik jurtina przylatują do nas właściwie całymi stadami :), nic tylko usiąść wśród kwiatów babcinego skalniaka i podziwiać oraz obserwować.

Udało mi się również dość ładnie "złapać" migawką trzmiela, w powiekszeniu wyglada lepiej - i z pewnością ciekawiej - zwłasza, że niezłą rozdzielczość ma zdjęcie, ale i tu prezentuje sie nieźle.



A teraz nasz sąsiad. Czy raczej wielu, wielu sąsiadów ale fotografowałam tego jednego, bo był najlepiej oświetlony. To Tygrzyk paskowany. Czy raczej Tygrzysica bo z pewnością była to samica - patrząc po rozmiarze. Swego czasu podobno dość rzadko spotykany w Polsce, ostatnio liczebność wzrasta (jak wyczytałam w Wikipedii). Ha! U nas potykamy się o niego, wpadamy na niego, zatrzymujemy się nos w nos nim idąc przez pole i ogólnie już nam trochę obrzydł,choć rzeczywiście gdy dzieckiem będąc lat temu 20 jeździłam na wieś paskudy nie widywałam, pierwsze okazy odnotowaliśmy z 10 lat temu. Teraz jest zatrzęsienie. Kila z nich uparło się mieszkać przy samym domu, ba! przy samym wejściu do domu! Coś jakby na rogu Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich naszego gospodarstwa domowego. Z tym okazem zreszta wiąże się pewna anegdotka. Ale najpierw - fotka.




Ładnie widać na zdjęciu wzmocnienie sieci pajęczej - taki szew wyglądający jak zygzak po środku - właściwie niezrywalna była. Nawet jak pająk znikł, z dnia na dzień, to pajęczyna została i trwała nienaruszoana w sumie. O zniknięcie pająków ze skalniaka podejrzewam żaby. Ale kto wie, może niesłusznie. Może poprostu czatowała pajęczyca na środku sieci a jak upolowała coś sporego i zeżarła - a byłam tego świadkiem - to zeszła z pajęczyny i schowała się w cieniu szykując do składania jaj. Wikipedia podaje, że taki obiad wystarcza jej na tydzień, a pośrodku pajęczyny tkwi gdy poluje. A jaja składa pod koniec sierpnia. Hmm, miałam nadzieję podpatrzeć jeszcze pajęcze gody, ale jak widać nie w tym terminie.

A teraz anegdotka. Dnia pewnego słonecznego, gdy zalatana jakąś robotę wykonywałam - pewnie obiadową - podeszła do mnie Łusia i powiedziała: "Mamo, wyniosłam robaka". "To wspaniale córeczko! Ale nie wniosłaś go do domu?" Upewniłam się, bo Bóg jeden wie, jakiego to robaka moja córka do wiaderka złapała tym razem, ostatnio po całej chałupie szukałyśmy malutkich żabek. "Nie, wyniosłam go tam, na trawę, daleko." "To wspaniale moja córeczko" ucieszyłam się, "a jaki to był robak?" spytałam z roztargnieniem. "To był pająk. W siatce. On miał taką siatkę. Wyniosłam go w tej siatce." Uśmiechnęłam się do młodej, dziwując jaka to niezwykła historia i poleciałam do swojej roboty. Po obiedzie przysiadałm na schodkach i zaglądam do mojego tygrzyka, czy duży urósł a tu tygrzyka nie ma. Ani pajęczyny, ani pająka, normalnie szok! Zawsze był!! "Kasia spójrz!" mówię do bratowej "pająka nie ma! I nawet po pajęczynie ślad nie został!" dziwię się. "Przecież Łusia mówiła, że wyniosał na trawę pająka. W jego siatce" - uświadamia mi Kasia. I tu mnie zamurowało. Różne stworzonka Łusia łapie do wiaderka, ale takiego wielkiego tygrzyka?? Tygrzyk się obraził i nie wrócił.

Jeszcze oczywiście tytułowy giez mi został do opisania. Moje panny nie lubią komarów. Ale właściwie ich nie było, więc basen wodą został zapełniony a ja namawiałam panny do pluskania się. Tymczasem jest coś gorszego od komara, na kórego Orinoko w psiku wystarcza. Jest to oczywiście giez. Głupia ślepa mucha, która bardzo boleśnie gryzie. W plecy. Między łopatkami. Albo pod kolanem. Nie daje się odgonić i bardzo trudno ją zabić, chyba, że już sie przyssie - boleśniej niż mały komarek - a wtedy też trzeba ją tak mocno chlasnąć, że właściwie nie wiadomo co bardziej boli. A gzów w tym roku było istne zatrzęsienie. Jednak jeżdżenie autem z mamą, która jak się zgubi to się nie martwi bo ma GPS dało zabawny efekt. "Mamo, ja tam nie idę bo tam jest GPS!" "Na Boga! Jaki GPS? GPS został w samochodzie!" "Nieprawda bo tam jest! i lata!" "Córeczko, to giez, giez to owad, a GPS, to urządzenie...." "A jak ono działa? Czy ono też lata? A giez? Czy on też ma mapę i wie jak do nas lecieć, żeby nas ugryźć?" i posypały się pytania. Samoedukacja się nie nie kończy i nie ma od niej wakacji.

Sporo jeszcze ciekawych rzeczy robiłyśmy ale następnym razem o tym (co dziobią kury dziobiące na przykład? i jak radziłyśmy sobie z osami, oraz jaki ładny był zachód księżyca, kim jest 4,5cm potwór, który prawie utopił się w balii), a teraz na zakończenie zdjęcie autorstwa Helci, mojej prawie juz sześciolatki:

Zachód w zbożu