poniedziałek, 18 listopada 2013

Świat według Heleny

Helena, świeżo ukończone 7 lat.

- Mamo, lubisz być taka bardzo wysoka?
Bardzo wysoka?? 160 cm wzrostu i bardzo wysoka?? Oddech straciłam tylko na chwilę. Spojrzałam wymownie na córkę.
- No dobra. Nie „bardzo wysoka” ale taka wysoka jak jesteś. Bo mnie ciekawi jak wygląda świat z takiej dużej wysokości. Takiej jak twoja wysokość. To jak wygląda? Podoba ci się? Lubisz ten świat jak tak na niego patrzysz?
- Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Od kiedy pamiętam, zawsze tak go widzę. Nie narzekam. Ale nie mam porównania, bo nie pamiętam obrazu świata, który widziałam, gdy byłam niższa. Swój obecny wzrost osiągnęłam gdy miałam 14 lat. Minęło sporo czasu od tamtej chwili.
Uśmiechnęłam się ze zrozumieniem widząc zawiedzioną minę córki.
-Córeczko, wejdź na krzesło i rozejrzyj się. Zobaczysz jak wygląda świat, który ja widzę. Będziesz mogła go porównać z tym, który widzisz ty i od razu powiesz mi, czy ci się podoba, świat, który ja widzę.
Hela się rozjaśniła, zaraz poszła po krzesło, starannie wybrała takie nie za duże, porównała swoją wysokość z krzesłem i bez krzesła, usatysfakcjonowana rozpoczęła eksperyment.
- Zanim wejdziesz na krzesło, uważnie obejrzyj świat tak jak go widzisz – przypomniałam.
Hela stanęła obok krzesła, uważnie i pełną powagi miną rozejrzała się dookoła przyglądając światu zamkniętemu w naszym salonie. Zamknęła oczy mocno zaciskając powieki. Ostrożnie weszła na krzesło, stanęła prosto, szeroko otworzyła oczy. I rozejrzała się dookoła.
-Łał! Mamo! To niesamowite! – zawołała z przejęciem i zachwyconą miną. – Świat wygląda naprawdę super!
Hela przez dłuższą chwilę oglądała mój świat podziwiając go.

Jedna z najbardziej niezwykłych cech dzieci, choć taka oczywista, to ich prostota. Proste pytania dotyczące samoistnie nasuwających się refleksji. Zawsze mnie to zachwycało, zachwyca mnie do dziś. Jedna taka rozmowa i mój świat na chwilę obraca się do góry nogami. Przez chwilę patrzę na świat oczami dziecka. I wiecie co? Jest naprawdę niezwykle.

Dlaczego dorośli tak rzadko zastanawiają się „jak wygląda świat oczami małego dziecka?” Pewnie, że trudno nam to sobie wyobrazić – jest to wręcz niemożliwe – bo mając w pełni rozwinięte myślenie abstrakcyjne nasz mózg interpretuje obrazy w sposób, który dziecku, szczególnie małemu jest niedostępny. Pomimo naszej niedoskonałości myślenia pewne podstawowe rzeczy możemy osiągnąć. Zawsze można usiąść na podłodze i obejrzeć świat dziecka. Ha! Można też spróbować wyobrazić sobie jak dziecko ten świat postrzega. Zapewne łatwiej byłoby wejść na chwilę do olbrzymiego pokoju zbudowanego kilka lat temu przez firmę Pampers specjalnie dla dorosłych, by mogli przekonać się jak trudny i wymagający jest świat dziecka. Niestety, tamten pokój jest dość trudno dostępny. Dorośli, apeluję do was, do nas! Nie poddawajmy się! Usiądźmy na podłodze. Połóżmy się na plecach i postarajmy się wytrzymać w tej pozycji, bez zmian… ile wytrzymasz?
Kiedy zapragniesz usiąść na krześle zamiast pod krzesłem? Stanąć na parapecie żeby obejrzeć co się dzieje na ulicy zamiast podciągając się na rękach oglądać skrawek nieba?

Niewiele trzeba, żeby zrozumieć dziecko. :)

niedziela, 10 listopada 2013

Z życia jeży. O tym jak bawimy się dramą.

Był taki dzień, gdy uczyłyśmy się o jeżach. Zaczęłyśmy od sympatycznego tekstu, zadawałyśmy  dużo pytań, oglądałyśmy przepiękne zdjęcia (między innymi z blogu Roberta Dejtrowskiego). Niestety, w tym roku zaobserwować jeża się nam nie udało, a tego, który mieszkał po sąsiedzku kilka lat temu, jeszcze na Sadybie, dziewczynki już nie pamiętają. Niestety, jeż tylko z obrazka i zdjęcia.
Ale zadanie po tych dwóch dniach czytania i oglądania jeży miało być dość proste. "Wyobraź sobie, że jesteś jeżem, napisz o sobie kilka zdań." Od  razu zaznaczam, że nie ja wymyśliłam to ćwiczenie. To informacja na wypadek, gdyby ktoś uznał, że ćwiczenie jest durne (więc i autor pomysłu durny), bo jeże nie umieją pisać. A poza tym nie myślą jak ludzie więc gdybym była jeżem to pewnie ograniczyłabym się do czegoś takiego: "jeść, jeść, owad, jeść, ślimak, jeść, uwaga niebezpieczeństwo - stać, bezruch, zwinąć się, przeczekać, cisza, bezpiecznie, iść,  jeść, jeść, owad, iść, woda, przepłynąć, iść, jeść, jeść, owad, jesień, zima liście liście,liście, spać." czy coś w tym stylu. W związku z tym wymagać od dziecka wyobrażania sobie, że jest jeżem i jeszcze na dodatek pisania o tym to irracjonalny pomysł. I nic dziwnego w sumie, że moja córka oświadczyła, że nie umie. Ale ponieważ na każde polecenie zaczynające się od słowa "napisz", na przykład: napisz kilka zdań o sobie lub inne: napisz kilka zdań o swoich wakacjach, mówi dokładnie to samo więc zamiast zaakceptować nieumiejętność komponowania krótkich wypowiedzi pisemnych na temat życia jeży postanowiłam moją 7 letnią córkę zmusić do napisania tekstu. A zacząć od tegoż właśnie jeża, bo temat dobry jak każdy inny, niewykluczone, że właśnie z racji fantastycznego pomysłu personifikacji małego ssaka ciekawy i nietuzinkowy. Postanowiłam więc pomóc jeża zrozumieć. Doprawdy, teraz jak sama siebie czytam to mam wrażenie, że na mózg mi padło ze szczętem. Zrozumieć jeża. Empatyczna się taka zrobiłam.

Dziwne to czy nie ale siadło mi na ambicję. Wszak takie "wczucie się w jeża" powinno być swego rodzaju wyzwaniem. Zaś stworzenie krótkiej notki to doskonałe ćwiczenie literackie. I w tym kontekście postanowiłam chwycić byka za rogi, czy raczej jeża za kolce i zainspirować. (Podejrzewam również,że na jeżu nie poprzestanę, od dziś będziemy się tak wczuwać w co popadnie, na przykład w krzesło, oto potęga wyobraźni!) Dość, że aby celu dopiąć sięgnęłam per aspera ad astra poniekąd i postanowiłam pobawić się z córkami w jeże. Taka mała dramowa wprawka. Dlaczego per aspera zapytasz czytelniku? Bo ja zwyczajnie za stara na to jestem i nieswojo, żeby nie rzec - głupio - się czuję w takich sytuacjach. Ale czego się robi dla sprawy?

Dziewczynki wzięłam z zaskoczenia. Przysiadłam na czworaka na podłodze, dookoła rozsypane kasztany i liście (zadbałam o atmosferę) i oświadczyłam marszcząc nos i robiąc "ryjek"- Drogie moje dzieci jeżyki. Teraz ja, mamusia jeżyca, muszę wam objaśnić kilka nader ważnych spraw. Nadeszła jesień. A jesień to pora dla nas jeży szczególna. Szykujemy się do zimy. Zima zaś to taki czas, gdy.... -  zawiesiłam głos - Pada śnieg! Jest zimno! A my, jeże, zasypiamy! - zawołały dziewczynki. - Słusznie, drogie dzieci jeżyki!

Zabawa w jeże trwała jakiś czas, a ponieważ najmłodszy jeżyk zbuntował się ociupinkę więc mama jeżyca wzięła go do piersi, żeby nakarmić - przy okazji wywołując lekkie zdumienie informacją, że owszem, skoro jeże są ssakami to karmią małe własnym mlekiem. Wkrótce małe jeżyki przynosiły mamie jedzenie a mama komentowała co jadalne a co nie, przeszły również szkolenie obronne czyli naukę zwijania się w kulkę i unikania niebezpiecznych zwierząt oraz bardzo rzetelnie usypały z suchych liści kopczyk aby się w nim schować na okres zimowych chłodów.
Szczerze mówiąc z ulgą odetchnęłam gdy wreszcie powróciłam do własnego ciała. Być jeżem to zadanie dość skomplikowane i niewygodne dla człowieka. Ale moim córkom się podobało. I nie przeszkodziło wcale, że najstarsza ma już 8 lat. Bawiła się w jeża z ogromnym zaangażowaniem. A następnego dnia podczas spaceru moje córki nazbierały całe naręcza liści jesiennych. Dla jeży. Aby było im wygodniej i cieplej.
Trudno orzec na ile taka zabawa jest skuteczna, rzecz wyjdzie w praniu, że tak powiem. Dość, że tuż po zabawie córeczka z entuzjazmem siadła do pisania wspomnień z okresu bycia jeżem. Tekst zaczął się zdaniem: "Bardzo fajnie jest być jeżem". I wcale nie przeraziło jej, że aż 5 wyrazów w jednym zdaniu! Siadła i napisał. Ja zaś odetchnęłam z ulgą.
Jeże zaliczone. ;)








środa, 23 października 2013

Rzeczowniki, czasowniki

Najwyższa pora coś opublikować. Choćby najmniejszy, najdrobniejszy pościk, ot tylko po to by pokazać,że się tą edukację domową robi. Cóż, robi się. Robi się ją codziennie i różnymi metodami oraz sposobami. Elastycznie oraz indywidualnie. To są najlepiej pasujące do sytuacji określenia.

Nie żebym była jakoś niesamowicie zachwycona, bo oczywiście wszystko jest inaczej niż planowałam, ale gdy patrzę na mój bałagan z dystansem to czasem dostrzegam metodę w tym szaleństwie.
Bałagan i szaleństwo gnieżdżą się w każdej niemal chwili mojego życia. Podstawowym czynnikiem wywołującym je jest pogoda, która we wrześniu miała być piękna - i dać nam dodatkowy miesiąc wakacji (a nie była!) za to teraz bywa co niezmiennie powoduje zamieszanie bo miast pracować nad doświadczeniami, eksperymentować itp my pakujemy się w auto lub wózek i mkniemy jak na skrzydłach między drzewa, nad stawy, na place zabaw, gdziekolwiek byleby na długo. Zajęcia na tym cierpią. Gotowanie obiadów takoż, że nie wspomnę o myciu okien. Trudno.
Pozostałe dni wykorzystujemy więc na pracę nad programem drugiej klasy.
[Postanowiłam w tym roku kupić jeden tylko komplet podręczników i skorzystałam z oferty wydawnictwa Didasko, i chwalę ją sobie. Jest zdecydowanie lepsza od propozycji WSiP'u, przede wszystkim z tego powodu, że podręczniki można wykorzystywać wg. własnych potrzeb, są bardziej "elastyczne". Woźna lekcji z nich nie poprowadzi - jak jest to możliwe w przypadku książek programów WSiPowskich - ale ogarnięta mama już tak :)].
Pomimo posiadania kompletu podręczników praca jest bardzo indywidualna, a materiał "przerabiamy" jak nam wypadnie.

Razu pewnego wypadły nam części mowy. Czasowniki i rzeczowniki. Nie było szans na przerobienie tego zagadnienia siedząc przy stole, gdyż za dużo się działo i do stołu zaganiałam dziewczynki tylko na obowiązkowy trening pisania, czytania oraz rachunki. Niechętnie się panny dają zaganiać ale jestem nieugięta. Grunt to konsekwencja i w tym konkretnym przypadku regularny trening być musi. Szlus. Jak się młode wdrożą to głośno jęczeć przestaną, za to przywykną do myśli, że są takie obowiązki co to "nie chcem, ale muszem".
Dość, że na żmudne i nudne tłumaczenie tychże części mowy w pozycji siedzącej przy stole już sił nie starczyło. Za to jazda autobusem na zajęcia w pracowni ceramiki będąc dość nudną do różnych gier słownych zachęca. Najpierw więc nauczyłyśmy się na pamięć wierszyka o dniach tygodnia, powtórzyłyśmy miesiące a następnie zarządziłam zabawę w rzeczowniki i czasowniki. Zabawa, wymyślona na prędce, nie jest ani ambitna, ani skomplikowana ale jest. Na początek wystarcza. Najpierw ja wymyślałam rzeczownik a one musiały do niego wymyślić czasownik. Potem na odwrót - one rzeczownik a ja czasownik. Powstawały nam takie banalne zdania: Mama sprząta. Dziadek je. Wujek gra. Hania płacze. Nati wrzeszczy. Łusia ryczy. Tata śpi. Ot, takie tam, zabawne przykłady z życia wzięte. Choć jak się je poczyta to co to za życie? ;)
Potem było trudniej, bo rzucałam hasło: rzeczownik/czasownik i należało właściwie zareagować mówiąc głośno pasujący wyraz. Trochę wychodziło, a trochę nie, ale zabawa była. A ludzie się dziwnie przyglądali. Z ukosa.
Potem, już następnego dnia i podczas kolejnej wyprawy, rozważałyśmy kwestie CO może być rzeczownikiem? [na przykład "światło" - ani to rzecz, ani osoba, ani zwierzę a moje dziewczyny to bardzo konkretne osóbki i nawet jeśli odpowiada na pytania "kto?co?" to rzeczą ni osobą nie jest, ani światło, ani myśl, ani sen...] i wspólnie tworzyłyśmy trudniejsze już zdania z "niematerialnymi" rzeczownikami.
A później zrobiłyśmy sobie zabawę.
W domu wyciągnęłam wszystkie obrazki z gier "Opowiem ci mamo"oraz "Literka do literki" i szukałyśmy rzeczowników oraz czasowników, segregowałyśmy je, odróżniałyśmy, zrobiłyśmy też quiz: ja pokazywałam obrazek a dziewczynki musiały jak najszybciej wypowiedzieć wyraz i zaklasyfikować go do rzeczowników lub czasowników.
Na koniec tworzyłyśmy zdania. Panny wyszukiwały obrazki z rzeczownikami i wymyślały do nich czasowniki zapisując je na kartkach. Właściwie zapisywać miałam ja, ale mi pozazdrościły takiego fajnego pisania flamastrami na podłodze i wzięły się do pisania zupełnie same. [Uff, co za ulga - podstęp się udał. ;), trochę wzdycham, bo tych moich panien wcale do pisania nie ciągnie i niechętnie to robią.]


W tym samym czasie pięcioletnia Łusia pracowała z głoską iliterą S wyszukując obrazki na "s", karteczki z literką drukowaną i pisząc flamastrem po śladzie. Sama chciała, przyszła, poprosiła... I w ten sposób całkiem ładnie udało nam się wprowadzić pierwsze "części mowy" oraz na serio zacząć naukę rozpoznawania liter u młodszej, która zaczęła w tym roku zerówkę w ed. 



niedziela, 8 września 2013

Reminiscencje z wakacji


 „Mamo, oderwij się na chwilę od tego komputera i posłuchaj bo to jest naprawdę niezwykła historia! Kiedy byłyśmy na wakacjach, no wiesz gdzie, miałyśmy taką niesamowitą przygodę! Ty nic o tym nie wiedziałaś, byłaś w kuchni i gotowałaś obiad, a my poszłyśmy daleko, daleko, to znaczy nie tak bardzo daleko, tylko na pole za stodołą. I tam spacerowałyśmy w zbożu. Aż tu nagle pojawił się kombajn! Jechał prosto na nas! Kierowca kombajnu wcale nas nie widział i nie słyszał (bo kombajn robi okropny hałas). My uciekałyśmy przed tym kombajnem najszybciej jak się dało, ale on był coraz bliżej i bliżej! I prawie nas doganiał i mógł nas złapać i zabić! Nagle Łucja się potknęła o korzeń i łups! Wywaliła się! A ten kombajn był tuż za nią! Wtedy ja ją złapałam i podniosłam, i zarzuciłam na ramię i pobiegłyśmy dalej. I, uff…, udało się. Kierowca kombajnu nas zauważył i przestał za nami jechać. Byłyśmy uratowane.”

„Nadzieja, patrz, jemy zboże!” „Jak to zboże? Gdzie?” „W zupie są kluski. A kluski robi się z mąki. A mąkę robi się ze zboża. Mieli się zboże w młynie i z tego powstaje mąka. Prawda mamo? No, i z tej mąki są zrobione kluski. Czyli my jemy w tej zupie zboże.”

Wakacyjny pobyt na wsi bije rekordy popularności w plebiscycie „co lubisz robić najbardziej” głównie z powodu niewielkiego zalewu kilkanaście kilometrów dalej, gdzie dziewczynki bawią się w wodzie. Ale są i inne atrakcje. Długie spacery, podczas których można zadawać niekończące się pytania i uczyć jak zbudowany jest świat i jak działają rządzące nim mechanizmy. Mrożące krew w żyłach przygody, które przeżywa się gdy mama nie patrzy. Nawet jeśli tylko w wyobraźni.
Jedna z najbardziej niezwykłych cech tego okresu, gdy dzieci są małe, niezwykłych i najbardziej fascynujących, to możliwość obserwowania jak dzieci się zmieniają. Uczą się myśleć. Wiązać ze sobą drobne wiadomości, efekty własnych doświadczeń oraz obserwacji w długie łańcuchu przyczynowo-skutkowego. Dlatego (prawie zawsze) cierpliwie odpowiadam na pytania. Ciągi pytań. A potem czekam. Pewnego dnia dziecko mnie zaskoczy. Z zachwytem będę słuchać wywodów małej dziewczynki wzruszając się, kiedy ten krasnoludek tak urósł? Kiedy tak zmądrzał, nabył tyle wiedzy i orientacji w świecie? I nawet mi przez myśl w tym momencie nie przyjdzie, że – cóż, nie ukrywajmy – spora zasługa to moje gadulstwo, coś pokazałam („A tu na polu rośnie zboże, to żyto”), coś wytłumaczyłam („Jak działa młyn? A tak…”), czemuś potwierdziłam, czemuś zaprzeczyłam. Znalazłam czas by słuchać i mówić. Wtedy mi nie przejdzie przez myśl, jak duża jest zasługa matki, która niepostrzeżenie i niezmordowanie towarzyszy małemu człowiekowi w jego drodze przez świat. Ale z pewnością uświadomię to sobie w wolnej chwili a ta świadomość nada sens kolejnym niekończącym się ciągom pytań i odpowiedzi.


A tak w ogóle to dzieci są gwarancją codziennej terapii śmiechem. Łucja potykająca się o korzeń na środku pola i Helena zarzucająca ją sobie na ramię powaliły mnie na kolana. Leżę i kwiczę. ;)

sobota, 31 sierpnia 2013

O różnych rzeczach ale dominuje indukcja

Właściwie spotykają mnie ostatnimi czasy same katastrofy i trzęsienia ziemi. Może trochę przesadziłam... Utrudnienia, jak to w życiu. Moje córki w trybie totalnego unschoolingu spędziły wakacje i z satysfakcją stwierdzam, że są coraz mądrzejsze, coraz bardziej samodzielne, coraz lepsze. Życie im służy. Więc przynajmniej - poza kłopotami z NFZ, nieuniknionymi gdy ma się w ogóle jakieś dzieci - córki nie stanowią przyczyny moich trosk.
Przybyło sporo siwych włosów i mój największy dylemat życiowy w tej chwili to: farbować, bo zaczynam wyglądać nie teges, czy nie farbować bo siwe włosy to włosy piękne, świadectwo wieku i doświadczenia. Skłaniam się ku banalnemu - farbować, bo siwe są brzydkie, ale dam sobie jeszcze trochę czasu nim podejmę ostateczną decyzję.
Wbrew pozorom nie jestem w sytuacji królowej - małżonki Króla Bóla - której największym zmartwieniem było: "czy mam założyć korale, czy te kolczyki mam zdjąć, czy nic nie wkładać wcale". Skupianie się na siwych włosach to taka przewrotna metoda uciekania od przytłaczającej mnie przymusowej samoedukacji. A tak, tak, właśnie samoedukacji. Dużo lepiej brzmi "samoedukacja" od "samoudręczenie". Główną przyczyną tej przymusowej nauki jest mieszkanie. I jego remont. Oraz jego wyposażenie. Nie ukrywam, że pierwsze zderzenie z ogromem spraw do załatwienia przy tej okazji wpędziło mnie w ciężki stan lękowy, wręcz panikę. Dopiero łapiąc drugi oddech uświadomiłam sobie, że jeśli tylko podejdę do zagadnienia z naukowego punktu widzenia to w miejscu koszmarnych trudności znajdę okazje edukacyjne. Nauczę się wszystkiego tego, czego nie nauczyły mnie lata szkoły. Porównać koszt pomalowania łazienki lateksową farbą i wyłożenia jej całej kafelkami. Obliczyć ile opakowań paneli należy kupić aby starczyło na podłogi. (Choć oczywiście trud był zbędny bo wystarczyło miłemu panu w Castoramie powiedzieć ile metrów i resztę on załatwił ;)). Zapoznać się z metodami instalowania sedesów, umywalek, brodzików (kto by się spodziewał?). Takoż wybór kabiny prysznicowej poprzez porównywanie parametrów (podwójne łożyskowane czy pojedyncze kółka na górze i na dole; szkło 4mm, 5mm, czy 6mm) i cen. Kilka nocy zarwanych w celu zapoznania się ze sprzętem AGD, godziny studiowania forum, zasięganie informacji w hurtowni z częściami, wielogodzinne porównywanie parametrów wytypowanych sprzętów. Niezwykłe, choć wykańczające, przeżycie. Kilka długich godzin spędzonych przy projektowaniu kuchni.
Gdyby ktoś mi kazał wykonać taką pracę jako zwykłe ćwiczenie w celu nabycia umiejętności wyszukiwania informacji i typowania nawet grubą lagą dębową by mnie do tego nie zagonił.

W plebiscycie na najbardziej niezwykłe doświadczenie wygrałoby wybieranie płyty grzejnej do kuchni. Zaczęło się od zapoznania z koncepcją, czy raczej zjawiskiem płyty indukcyjnej, gdyż taka właśnie znalazła się w projekcie (jako bezpieczniejsza i wygodniejsza) wykonanym na moją prośbę, przez nadwornego architekta, mojego nieocenionego starszego brata. Nie wiedząc od czego zacząć, jak ugryźć zagadnienie poczytałam ogólnie o płytach, porównałam parametry kilku z nich i zaczął się wyłaniać obraz kosmicznego zupełnie sprzętu, który poza tym, że różni się dizajnem, stylistyką, kolorem i wykończeniem samej płyty, jak również gadżetami w jakie wyposażone są różne płyty (gadżety mają swoje nazwy więc całą jedną noc spędziłam na studiowaniu znaczenia tychże nazw), przede wszystkim różni się między sobą mocą. A z czytanych przeze mnie rozmów na forach a następnie przestudiowanych kilku instrukcjach obsługi wynikało, że również sposobem podłączenia do instalacji - co wcale nie jest obojętne dla działania danej płyty. Od razu zaniepokoiłam się jakże jest to podłączenie przygotowane w mieszkaniu i zaczęłam zbierać informacje. Zaczęłam od tego, że zadzwoniłam do taty. Nie da rady inaczej, tutaj wchodzi fizyka, ktoś mi musi przypomnieć właściwy wzór. Tata wysłuchał moich dylematów, przyklasnął moim planom rzetelnego przebadania rynku (też ma w planach remont kuchni i ucieszył się, że ktoś przetrze szlaki w tych indukcjach) a następnie spokojnie pomógł policzyć. "Ile ma mocy ta twoja płyta?" "Taka przykładowa, niedroga, powiedzmy 6000 - 7000 W" "Hmm... A pewna jesteś, że masz w mieszkaniu taki prąd?" "Eee... no, nie wiem. A nie mam?" Spytałam zupełnie zdezorientowana. "W końcu ludzie montują to w mieszkaniach to jak mogę nie mieć?" raczyłam się zdziwić. "Wiesz, córko, jak masz starą kamienicę, to w starszym budownictwie do poszczególnych mieszkań doprowadzano jedną fazę. U nas jest jedna faza. Sprzętu, który ma taką moc pod jedną fazę nie podłączysz. A jak podłączysz to i tak nie będzie w stanie działać tak jak go zaprojektowano, albo będzie wysadzał ci korki, albo -jeśli ma własne zabezpieczenie - będzie przestawał działać." "Eee, dlaczego..?" Trochę bałam się spytać, ale już poszło, ciekawość wygrała. "Oj, po co ja cię do szkoły posyłałem..?" retorycznie spytał ojciec wzdychając ciężko. No pewnie, że retorycznie, przecież każdy głupi wie, że nie po to, żeby później wiedzieć co robi w mieszkaniu prąd i co to są fazy. "A masz trochę czasu? Ale dużo czasu?" spytał. Akurat, szczęśliwie dla mnie, była 1 w nocy więc czasu miałam całą masę. "Z tymi fazami to jest tak..." rozpoczął gawędę mój ojciec. I gawędził długo w noc, o prądzie zmiennym, o fazach, natężeniu, bezpiecznikach, mocy, sprzętach kuchennych i poborze mocy przypominając jak to wysiadały nam korki w całym mieszkaniu zawsze przed wigilią i Wielkanocą gdy równolegle chodził piekarnik, mikser i odkurzacz na jednej fazie. Policzyliśmy spokojnie jakie to bezpieczniki powinny być  w moim mieszkaniu abym mogła bezpiecznie indukcję zainstalować. Przy okazji tata zorientował się, że pełnej płyty indukcyjnej instalować w swoim mieszkaniu sensu nie ma. A ja dostałam za zadanie sprawdzić fazy i bezpieczniki w swoim mieszkaniu. Pojechałam sprawdzić i uparłam się zaglądać do skrzynki na klatce schodowej (akurat pod bezpiecznikami w mieszkaniu schła wylewka). Zirytowałam tym jednych i rozbawiłam drugich mężczyzn, przekonanych, że "spokojnie, wszystko się uda, płytkę zainstalujemy i wszystko będzie działało!" ale gdy jeden z panów zobaczył, że sama za drabinę chwytam  wykazał się rycerskością i do skrzynki zaglądnął osobiście. Cóż się okazało... Jedna faza do jednego mieszkania. Bezpiecznik 24 amperowy. Maksymalna moc urządzenia wyszła mi nieco ponad 5000W. A oni mi wmawiają, że płytkę 7400W mi podłączą i będzie działać. Pewno będzie. Jedno pole indukcyjne. Albo dwa, ale pulsacyjnie. I wykluczone będzie uruchomienie w tym samym czasie piekarnika. To jak tu naszykować dwudaniowy obiad na 7 osób? Po co instalować taki sprzęt, skoro gotować się będzie na nim jak na zwykłej kuchni żeby przypadkiem nie pociągnąć zbyt dużo prądu?
Zrezygnowałam z indukcji. Cóż, nie każdy ma wypasione mieszkanie w nowym budownictwie z trzema fazami. Niektórzy mają fantastyczne mieszkania z okresu międzywojennego. Wielkie okna. Zabytkowe drzwi. Starą, jednofazową instalację.
Zrezygnowałam również z przekonywania upartych i jakże sympatycznych panów. Ot, po prostu zmieniłam zdanie, będę gotować na gazie. Znalazłam wspaniałą, pięciopalnikową, emaliowaną płytę gazową grzejną w stylu retro. Mój przywilej - kobieta zmienną jest.
Zastanowiło mnie tylko dlaczego prawa fizyki okazały się nie mieć dla mężczyzn znaczenia tylko z tego powodu, że wygłasza je kobieta, która do tej pory nie miała o nich pojęcia. Wszak, na logikę rzecz biorąc, łatwiej chyba zaakceptować fakt, że kobieta nauczyła się fizyki niż zjawisko, że prawa fizyki przestały obowiązywać, bo kobieta ośmiela się być w nich lepiej zorientowana niż mężczyzna... A może nie?

Może jednak to jest tak jak z parkowaniem? M:"Obtarł cię na parkingu?? Co, za blisko zaparkowałaś?" K:"Ale to on parkował później" M:"Zostawiłaś mu za mało miejsca?" K:"Zaparkowałam dwa metry od niego." M:"Pewnie był kobietą..."
[Mam nadzieję, że mój blog czytają tylko kobiety i nie uraziłam żadnego męskiego ego. Jeśli zaś tak to panowie wybaczcie. Jestem trochę nietypowym okazem feministki. Siedzę w domu jak kura na grzędzie, zamiast robić karierę - rodzę i karmię dzieci, sprzątam, gotuję, zmywam, piorę a i tak posłuszeństwa, pokory ni łagodności u mnie nie uświadczysz. Na domiar złego uważam, że my - kobiety - jesteśmy fajniejsze. Co nie przeszkadza mi bardzo lubić i szanować mężczyzn. Mimo wszystko.]

Na koniec, wracając do utrudnień od których zaczęłam post, pożalić się muszę. I wytłumaczyć przy okazji. W moim ukochanym laptopie, na którym zgromadzony mam materiał zdjęciowy do trzech co najmniej postów, w tym do obiecanego tekstu o podręcznikach szkolnych moich córek, w onym laptopie padł wiatrak. Nowy leci do mnie z Hongkongu. Wychodzi na to, że chiński. Troszkę potrwa zanim doleci. Troszkę potrwa zanim wróci do mnie z naprawy ukochany sprzęt. W tym konkretnym przypadku naprawiany przez jakiegoś super fajnego mężczyznę znającego się na naprawianiu komputerów.

Ten post napisany na kolanie i popsutej klawiaturze a choć troszkę niedopieszczony  publikowany jest z dwóch przyczyn. Po pierwsze, żeby stali czytelnicy nie pomyśleli, że o nich zapomniałam. A po drugie, ponieważ wszystkie te doświadczenia związane z remontem są dla mnie kolejnym dowodem, że najlepszym nauczycielem jest życie. A o tym właśnie chcę pisać na moim blogu.

niedziela, 14 lipca 2013

Historia o sześciu damach, dymiącym drzewie i przystojnych kawalerach przybywających na ratunek wspaniałym wozem.


 Wieczór się zbliżał, psy wprawdzie wcale spać nie chciały jeno biegały po parku okalającym stawy z ozorami wywieszonymi od nadmiernego upału. Kląskało niecierpliwie między drzewami, w szuwarach i trawach ptactwo. Kaczki wrzaskliwie zaganiały kaczęta do snu, kaczory dumnie sunęły po stawie marszcząc taflę wody. Słońce chyląc się ku zachodowi wysyłało ostatnie błyski po różowiejącym niebie. Było parno i bezwietrznie.
W niedzielny wieczór tłumnie wyroili się ludzie pooddychać chłodnym, od wody idącym powietrzem. W parkowych alejkach mijali się staruszkowie spacerujący pod rękę, rozgadana młodzież, zakochane pary zapatrzone w siebie, młodzi rodzice zapatrzeni w swoje, brykające swawolnie pociechy rodzice, od czasu do czasu śmignął między nimi jakiś rower lub jeździec na rolkach pomykający banalnie w stronę zachodzącego słońca. Sielsko było.
W ten obrazek wpasowały się też śliczne panny, sześć uroczych dam zmierzających ku domowi. Najstarsza, mama pozostałych pięciu dam, kołysząca w stylowym wózeczku najmłodszą damę nuciła senną kołysankę.  Pierwsza córka, ciemnowłosa dama w kapeluszu, spokojnym krokiem przemierzając alejkę szczebiotała o wróżkach, ślimakach, kaczętach i biedronkach. Druga córka, blond włosa z loczkami jak na obrazie Rafaela, odziana w ponadczasowy róż, z poobdzieranymi kolanami, śmigała na rolkach dookoła nich. Trzecia córka, figlarna i przekorna szatyneczka kilkanaście metrów za nimi brodziła wśród traw zbierając stokrotki i kwiaty koniczyny twardo udając, że nie słyszy niecierpliwego nawoływania mamy i opowiadając sobie pod nosem bajkę o księżniczkach i złych macochach. Czwarta córeczka, pyzata, jasnowłosa panienka z roześmianymi oczami okolonymi kilometrowymi firanami rzęs dzielnie tuptała kilka metrów przed pozostałymi damami co jakiś czas podbiegając do kępy wysokich traw by ją przytulić i pogłaskać. Pierwsza dama była znużona nawoływaniem. Upałem. Dzieleniem uwagi na pięć. Pilnowaniem. Tęskniła za ciszą nocy, śpiewem słowika, orzeźwieniem, filiżanką herbaty… jęcząc w duchu posuwała się krok za krokiem w kierunku upragnionego spoczynku w domowych pieleszach. Już niedaleko.

Kierowały się ku wyjściu z parku dzielnie unikając kolizji z jeźdźcami, psami, staruszkami i wózkami zatrzymując się przy każdym mijanym psie i każdej mijanej kępie traw. Dotarły do wyjścia z parku. U szczytu alejki prowadzącej między murami willi do najbliższej uliczki rosło rozłożyste drzewo. Wysokie i szerokie, z rozłożysta koroną, rzucające błogi cień ludziom i ptakom, dające schronienie pająkom, biedronkom i mrówkom. Stare, z szeroką dziuplą, próchniejącym pniem. Dumne. Niezłomne.
Dymiło.

Wchodzący do parku ludzie mijając drzewo dłonią przepędzali kłęby dymu przyspieszając kroku. Ktoś obejrzał się z niechęcią na tak niestosowne zachowanie drzewa zakłócające spokój i sielankowy nastrój niedzielnego wieczoru. W końcu kto to widział tak dymić w niedzielę!
Drzewo dymiło.
Wyrzucało kłęby dymu z szerokiej dziupli, śmierdziało spalenizną, niemile kojarzyło się z płonącym na przystanku śmietnikiem.
Ludzie, dlaczego obojętnie mijacie drzewo w nieszczęściu?

Sześć dam powoli zbliżało się do drzewa. Chmura dymu przyciągnęła w końcu uwagę nawet tych najbardziej niesfornych. Niepokój pierwszej damy udzielił się pozostałym. Troskliwie zaglądając we wnętrze dziupli otoczyły drzewo. Młodsze damy zasypały swą mamę pytaniami spoglądając z niepokojem na dym, szukając śladów ognia.
„Mamo, czy to drzewo się pali?” „Mamo, czy tam jest ogień?” „O nie! Czy ono umrze?!” „Mamo, skąd tyle dymu?” „Mamo, co robić? Co zrobimy?”

Z trudem panując nad rosnącą irytacją na mijających obojętnie ginące drzewo ludzi mama odpowiedziała na wszystkie pytania. Uważnie i ostrożnie zbadała wnętrze dziupli szukając źródła ulatujących kłębów dymu. Smakując dym sprawdzała czy palą się zgromadzone w pniu śmieci czy wysuszone upałami próchno.
Ognia nie było widać. Było czuć gorąco żaru wewnątrz pnia. Trudna sytuacja. Staw niedaleko ale jak zagasić tlący się w głębi spróchniały pień?
Sześć dam zgromadzonych wokół drzewa, w tym jedna z nich popłakująca nieśmiało w stylowym wózku jak z innej epoki to już całkiem spore zgromadzenie gapiów. Zgromadzenie gapiów ma zaś tendencję do naturalnego i samoistnego rozrastania się. Po chwili dołączyli jeszcze dwaj dżentelmeni spacerujący po alejce ze swoimi synami w wózkach. „Mamo, co robić?” Rozpaczliwie dopytywały się małe damy z niepokojem spoglądające na drzewo. „To jest właśnie taka sytuacja gady należy zadzwonić po strażaków. Albowiem nie ma dymu bez ognia, drogie córki. A gdzie ogień, tam można się sparzyć.” dodała mentorskim tonem, wychodząc z założenia, że nigdy nie należy tracić okazji do przekazania mądrości ludowej. „Dzwonimy po pomoc.” Wyciągnęła telefon a jej córki zafascynowane patrzyły i słuchały jak wykręca numer 998 (pod 112 zawsze się tak długo czeka na operatora, że masakra!) i już po kilkudziesięciu sekundach wyjaśniała sytuację i podawała adres operatorowi numeru alarmowego. „Czy może pani kilka minut zaczekać, żeby pokazać nam miejsce?” „Poczekam” obiecała pierwsza dama.

„Mamo, a jaki adres podałaś?” Dopytywała się dociekliwa blondyneczka w różach. „Przecież tu nie ma domu.” „I dlatego podałam nazwy krzyżujących się w tym miejscu uliczek oraz numer jednej z posesji znajdującej się tuz obok wejścia do parku. Przeczytałam nazwy uliczek z tych tabliczek, a o tu, na domu jest liczba, widzisz? to numer posesji” mama postanowiła nie tracić okazji i przekazać maksimum życiowej wiedzy. Kto wie, kiedy taka umiejętność się przyda…

W tym samym czasie młodzi dżentelmeni z synami w wózeczkach zaczęli kursować z plastikową butelką między stawem a drzewem. Kłęby dymu przycichły, zmalały, jednak w dziupli wciąż wyczuwalne było ciepło żarzącego się w głębi drewna a cienka smużka dymu niestrudzenie snuła się po pniu drzewa, niemal niezauważalna wyciekała na zewnątrz pnia z drugiej jego strony poniżej dziupli wyraźnie wskazując, że choć z wierzchu zagaszony żar pożera drewno od wewnątrz.
„Tatusiu, co robisz?” dopytywał synek. „Zalewam drzewo wodą, żeby ugasić ogień, który w każdej chwili może się rozpalić. Widziałeś ten dym? Gdzieś w środku tego drzewa rozwija się pożar. Próbujemy z wujkiem go zagasić” tłumaczył tata. „Tato, ratujesz drzewo!” „Twój tata jest bohaterem” uśmiechnęła się do malucha pierwsza dama. Dziewczynki podniecone skakały dookoła drzewa przyglądając się uważnie dziupli i smużce dymu oraz wlewającemu kolejne litry wody w dziuplę mężczyźnie. „Mamo, czy ten pan naprawdę jest bohaterem?” dopytywały. „Naprawdę. I my też. Ratujemy drzewo. Bo nigdy nie wolno stać obojętnie. Każdy może być bohaterem.” Wyjaśniła spokojnie pierwsza dama w duszy zgrzytając ze złości na obojętność ludzi mijających drzewo. Na idiotę, który do tego drzewa wrzucił peta. Lub na łajdaka, który celowo wetknął w nie płonąca zapałkę.
„Mamo, a dlaczego to drzewo się pali?” Kilka kolejnych minut upłynęło na rozważaniu kto i w jaki sposób głupotą lub złą wolą zawinił i spowodował niebezpieczną sytuację.
Smużka dymu wijąca się po pniu nie malała ani przez chwilę. Drzewo wciąż paliło się od środka.
„Jak ten żar wewnątrz drzewa wysuszy zwilgotniałe pruchno to drzewo buchnie za kilka godzin żywym ogniem i będzie katafalk” mruknęła pierwsza dama do lejącego wodę dżentelmena. „Racja. My głębiej wody nie wlejemy, a ono gdzieś żarzy się w środku. Trzeba czekać na Straż” Odpowiedział zafrasowany mężczyzna. Z niepokojem wszyscy obserwowali smużkę dymu sunącą po pniu, wyciekającą z małej szparki po drugiej pnia stronie.

W oddali rozległ się głośny sygnał. Strażacy przybyli na ratunek.

„Już jadą”.
Pierwsza dama otoczona gromadką dziewczynek, niosąc na rekach popłakującą kruszynkę przystanęła u wejścia do wąskiej alejki między posesjami. Po chwili koło niej przystanął wspaniały, wielki czerwony wóz, migający lampkami, głośno sygnalizujący przybycie na ratunek. Pomoc przybyła.
Przystojny mężczyzna w szałowym kasku wychylił się z szoferki. Co się dzieje?
W sumie głupia sytuacja. Żadnego pożaru nie widać tylko gromadka dzieci otaczająca niewysoką i szczuplutka dziewczynę. Głupi kawał?
„Kto nas wzywał?” Zaraz podniosły się bohaterskie ręce: „Ta pani!” Pierwszej damie ścierpła skóra. Dzieci otoczyły wóz strażacki. „Wow! Prawdziwy wóz strażacki! Prawdziwi strażacy!” Szeptały do siebie podekscytowane małe damy. Skóra ścierpła i zaraz zrobiło się ciut łyso. Odwagi. Kończ waść, wstydu oszczędź.

„Na końcu tej alejki”, pierwsza dama wskazała ręką „widzi pan to drzewo? ono ma spróchniały pień, jeszcze kilka minut temu buchały z niego całe kłęby dymu, panowie zlali je kilka razy wodą, ale ten dym nadal się sączy z głębi pnia… jeśli gdzieś głęboko jest żar i miałby za kilka godzin rozpalić się ogniem, w nocy… pomiędzy posesjami…” Strażacy wyskoczyli z wozu. W czarnych kombinezonach, hełmach, w ten 30 stopniowy upał…
Rośli mężczyźni, szerocy w barach, z poważnymi twarzami. Jeden z nich spokojnie podszedł do drzewa z pierwszą damą. Obejrzał pień, wysłuchał wyjaśnień damy i stojących z boku mężczyzn. Przyjrzał się smużce dymu. „O rany, pomyślała sobie dama w duchu, ale będzie cyrk, jak mnie teraz wyśmieją. Przecież tu nie ma żadnego pożaru…” struchlała w duchu pierwsza dama. „Ciekawe jakie są konsekwencje wzywania strażaków na daremno…” Pozostałe małe damy plątały się dokuczliwie między nogami starając się oglądać wszystko jednocześnie.
„Bardzo dobrze, że pani po nas zadzwoniła.” spokojnie powiedział najpiękniejszy na świecie mężczyzna w czarnym kombinezonie. „Chłopaki!” dał sygnał ręką. Chwile później rozwinięto dłuuuugi wąż, pompa ukryta w wielkim czerwonym wozie zaczęła pompować wodę, strumień chlusnął wprost w otwartą paszczę dziupli skrzywdzonego drzewa. Buchnął dym i kłęby pary zasłaniając drzewo, strażaka, alejkę, zgromadzonych ludzi. „I kto by pomyślał…” zdziwiła się niepomiernie pierwsza dama. „Niby wiedziałam, że tam gdzieś wewnątrz się pali, a jednak nie spodziewałam się aż takich fajerwerków” pomyślała. „Jejku!” Zawołały małe damy „ale dym! mamo popatrz!! Prawdziwi strażacy naprawdę gaszą drzewo!”

Prawdziwi strażacy naprawdę gasili drzewo zlewając je hektolitrami wody przez kilkanaście minut. Otoczyli je taśmami zagradzając dostęp. Dopilnowali, zadbali, uratowali. Przystojni, niezłomni, szybcy i dzielni. Wspaniali.

Dziewczynki podziwiały prawdziwy wóz, prawdziwych strażaków, prawdziwą akcję ratunkową.


Pierwsza dama tuląca na rekach marudzącą coraz głośniej kruszynkę i zaganiająca pozostałe panny, jak kwoka kurczęta, marzyła… „A jak dorosnę - zostanę strażakiem!"


Uratowane drzewo

wtorek, 4 czerwca 2013

Politycznie niepoprawne

Dziewczynki moje wypełniają czasem karty pracy w swoich podręcznikach...
Przyznaję się bez bicia, choć troszkę mi wstyd, że zamiast wszystko samodzielnie przez cały rok przygotowywać, drukować, śledząc podstawę  stworzyć własny, mądry program kupiłam dwa zestawy zalecanych przez szkołę podręczników. Poszłam na łatwiznę, rumienię się troszkę z tej przyczyny, ale tylko w tym roku przysługiwało nam dofinansowanie pokrywające koszt zakupu tych podręczników - okazja jedna na tysiąc przetestowania książek. Poza tym akurat cały rok szkolny - równiutko 9 miesięcy od sierpnia - z dnia na dzień coraz większa rosła nasza piąta córeczka, bezpiecznie ukryta pod moim sercem. A kobieta w stanie błogosławionym senna bywa, zmęczona, w moim przypadku dochodzi też pewna ociężałość umysłowa. Nie żebym specjalnie głupiała... ale miewam kłopoty z koncentracją, "ogarnianiem", cierpliwością. I tu funkcja gotowego programu i podręczników miała być prosta. Pilnowanie sensownego rozkładu obowiązkowego do egzaminów materiału oraz podstawowy zasób kart pracy i ćwiczeń. Ewentualnie inspiracja do tworzenia własnych. Teraz, tak na marginesie tego tekstu, he he, muszę się uśmiechnąć - żartobliwie, ironicznie - do tej inspiracji. Były nią, a jakże, podręczniki! Ale jaką!? Powstaje powolutku taki post niewielki opisujący różne podręcznikowe zadania. Nie będzie miłosierdzia ni litości. Będzie ubaw. Będzie "teksańska masakra piłą tarczową" - w roli piły tarczowej wystąpię osobiście.

Podręczniki spełniają poniekąd swoją rolę, przynajmniej tę przypisaną im przeze mnie. I czasami do nich sięgamy. Zwłaszcza zaś wtedy gdy różne losowe sytuacje (na przykład poród) utrudniają samodzielne zaplanowanie zajęć. Wtedy sięgamy po podręczniki, przerzucamy kartki i robimy to co ciekawe, przydatne, konieczne, ignorując to co głupie i bez sensu. (Metoda doboru zadań jest prosta: to co ciekawi dzieci a poza tym trening czytania, pisania, liczenia, pojęć matematycznych).
Dziś sięgnęłyśmy po książeczki a tam temat dnia: Dzieci z różnych stron świata. Niespójne i niekonsekwentne, część zadań mało ambitna a część dość trudna. Wszystkie powierzchowne. Ale obrazki kolorowe a do nich prosty tekst - do wykorzystania jako trening czytania, oraz ćwiczenie w uzupełnianiu tekstu - element treningu pisania. Cała rozkładówka - dwie strony - zapełnione obrazkami dzieci z różnych stron świata. Każde dziecko podaje prostą informację dotyczącą swojej ojczyzny i jej stolicy, swoje imię,  oraz prezentuje zdjęcie tego co najbardziej charakterystyczne dla jego kraju. Tylko chłopiec z Polski imienia nie ma a zadanie dla dziecka wypełniającego ćwiczenie to wymyślić imię polskiemu chłopcu i je wpisać.
Chłopczyk w czapeczce z daszkiem, z deskorolką, sympatyczny i uśmiechnięty spogląda na nas z obrazka. "Ja nie będę tego robić!" znienacka oświadczyła  moja Helenka z naburmuszoną miną.
"Czemu?" zdziwiłam się.
 "Bo ja bym chciała żeby to była dziewczyna a nie chłopak! Chcę napisać imię dla dziewczynki!" marudziła Hela. Zirytowałam się, wszak wpływu  na obrazek nie mam.
"To napisz: Anna Grodzka i nie zawracaj mi gitary!" wymruczałam pod nosem. Za głośno. Teraz zdziwiły się moje starsze córki obie.
"Dlaczego: Anna Grodzka??"
No i co ja narobiłam najlepszego... niewyparzona gęba moja.
"Jest taka.. taki... polityk, poseł. Był mężczyzną, ale postanowił zmienić płeć i zostać kobietą. Przeszedł odpowiednie zabiegi, brał specjalne leki i urosły mu piersi, ubiera się jak kobieta" córeczki zatkało.
"To tak się da???"
"No właśnie nie bardzo. Nie jest kobietą tak naprawdę, bo nigdy nie mógłby urodzić dziecka, nie ma takiej możliwości, bo nie ma właściwych organów wewnętrznych, jajników, macicy. A tymi piersiami, choć większe niż u mężczyzny, też dziecka nie mógłby nakarmić"  cierpliwie i łopatologicznie tłumaczę. "Ale ubiera się jak kobieta i twierdzi, że jest kobietą. I nazywa się Anna Grodzka." Szczęśliwie dobiłam do portu i zakończyłam tłumaczenie. Córki, już trzy starsze, zgromadzone wokół mnie, patrzyły z oczami jak spodki.
"Mamo, to jakieś bzdury!" oświadczyła Nadziejka.
"I maluje paznokcie?" dopytywała Hela.
"Tak."
"I nosi kolczyki?" spytała uśmiechając się z niedowierzaniem Łusia.
"Tak."
"I maluje oczy i usta?" drążyła Hela również z podejrzanym uśmiechem na twarzy.
"Tak"
"I nosi bransoletki i wisiorki?" upewniła się z roześmianą buzią i błyskiem łobuziaka w oczach Łusia.
W tle, za nami, Nadziejka chichotała już na całego.
"Tak."
"I chodzi w butach na obcasach?" teraz już rechotały wszystkie trzy.
"....pewnie tak...."
"I przebiera się w sukienki dla dziewczyn??" zaśmiewały się w głos.
"Tak" westchnęłam.
"Mamo! Przecież to jest strasznie głupie!"
"Prawda?"

"Patrzcie, cesarz jest nagi!" zawołało dziecko.