Wstyd jak beret, obciach na maksa itd. Dwa miesiące blog odłogiem leży, czytelnicy czekają, oglądacze wypatrują a ja z lenistwa nocami do poduszki czytam książki zamiast pracować. Cztery napoczęte teksty kurzą się wirtualnie w dziale nieopublikowanych postów a ja cóż... zawsze mam coś ważniejszego do zrobienia.
Dzisiaj zresztą też żaden z oczekujących tekstów nie doczeka się publikacji. Aby pisać potrzebna jest wolna noc. A ja mam tylko bardzo zajęty dzień. Spacer. Wizytę w bibliotece. Cztery nowe gry. Pudełko nienaruszonych pasteli, kilka nowych bloków do rysowania i malowania, wytłoczki po jajkach naszykowane do zrobienia wiosennych kwiatów, szufladę kolorowych krepin czekającą na wykorzystanie do papierowych krokusów, narcyzów, tulipanów i róż... A na koniec kosz kolorowych włóczek i kordonków i niezliczoną ilość planów i pomysłów. Że nie wspomnę już o wełnie i igłach do filcowania, które płaczą za mną po nocach.
Wrzucam dla ciekawych małą Galerię wiosennych prac. Dominują wykonane techniką origami płaskie z koła i kiriorigami. Wybieram te techniki bo można z nich wykonywać samodzielnie całe obrazki nawet gdy jest się krasnoludkiem trzy i czteroletnim. Lub zerówkowiczem z pewnymi ograniczeniami w zakresie małej motoryki. Albo pięciolatką, która szybko się poddaje. A każdemu, kto spróbuje dają błogie poczucie sukcesu. "Zrobiłem zupełnie sam."
Polecam książeczki dla początkujących pani Doroty Dziamskiej, pełny opis dla laika oraz ignoranta, dużo ciekawych pomysłów, zdjęcia gotowych prac w skali 1:1, dla mnie - bomba!
A teraz wykonywane przez nas: gąsiennice, wiewiórka mojej 3,5 letniej trzeciej, oraz kompozycje na Wielkanoc.
A taki baranek ozdabia ścianę pokoju dziennego :) i przypomina nieustanną radość Zmartwychwstania! Baranek banalnie prosty, brystol oklejony watą, nogi z krepiny, kopytka i uszy z filcu. Sama frajda, pełna kooperacja.
Wielkanocne koszyczki z wytłoczek od jajek, w środku pisanki oraz megakurczaki, które bawią mnie do łez swoją dysproporcją względem kogucików... ;)
Ciepło i wiosennie pozdrawiam wszystkich czytelników :)
Należymy do grona szaleńców, którzy zdecydowali się realizować obowiązek szkolny poza szkołą. Ten blog to swoista forma dokumentacji naszych poczynań, osiągnięć moich panienek i moich refleksji. A tak naprawdę to zapis mojej samoedukacji jako kobiety, matki,nauczyciela domowego, człowieka. "Kochaj i rób co chcesz!" - św. Augustyn.
piątek, 13 kwietnia 2012
poniedziałek, 13 lutego 2012
Pomelo czy cytryna? Pycha czy blee? I skąd wiesz, że jesteśmy w łazience? Czyli zmysłowe zabawy
Tak, tak, właśnie zmysłowe zabawy, żadnej pomyłki w tytule nie ma. I choć to nie zaplanowany tekst o edukacji seksualnej to rzecz pisana jest o zmysłach. Dotyk, smak, zapach, słuch, wzrok. Dla nas, dorosłych oczywiste jest ich znaczenie, ale małe dzieci zupełnie nie potrafią ich wyróżnić i zdefiniować. Dlatego pomagamy.
Program przewiduje, że dziecko potrafi wyróżnić, nazwać i określić funkcje części ciała, oraz szczegółowiej - "wyposażenie" głowy. [Zabawne określenie? Jakoś najlepiej mi tu pasuje] Ciało człowieka to wdzięczny temat i choć zdjęć mi brakuje opiszę w kilku zdaniach realizację projektu. Zaczęło się oczywiście w wannie, nauka mycia to fantastyczny moment by nawet niemówiące jeszcze maluchy uczyć... "myjemy nóżkę, i drugą nóżkę, a teraz stópki... o masz łaskotki?" i koszmar mycia jest wspaniałą przygodą! Ale do rzeczy. Moje panny już weszły w etap samodzielności pełnej, każda ma swoją myjkę, mydlimy je a następnie myjemy... prawe kolano, lewą łydkę, ramię, przedramię, pośladki i całą resztę oczywiście szczegółowo nazywając. No oczywiście nie każda kąpiel tak wygląda, ale czasem naprawdę szalejemy.
Pewnego dnia, w porze zajęć, wyciągnęłam trzy wielkie kartony, każda panienka została na swoim kartonie odrysowana (co nie było łatwe na przykład w przypadku Nadziejki, która ma łaskotki wszędzie) i panienki uzupełniały plakaty, nazywałyśmy części ciała itd. Przejrzałam też zasoby znajomych bibliotek, wypożyczyłam kilka ciekawych publikacji przygotowanych dla przedszkolaków i w ciągu trzech miesięcy (książki wymieniane na inne i przedłużane) dziewczynki wraz ze mną czytały, oglądały obrazki, przesuwały elementy ruchome np poznając drogę jedzenie od "wejścia" do "wyjścia" czy też śledziły rozwój dzieciątka w łonie matki (tu rozmowa dotyczyła wspomnień sprzed ponad roku, gdy ja sama nosiłam taki wielki brzuch) a na kolejnych kartach książek śledziłyśmy też kolejne etapy życia człowieka. Od tej pory niestety stałe już tematy rozmów to pochodzenie kupy (niestety bo kupa przypomina się przy jedzeniu), bicie serca i czy u każdego je słychać, niekończące się pytania "a do czego tak właściwie służy wątroba albo nerki?" i "czy naprawdę każdy musi umrzeć? mamo a kiedy ty też będziesz stara i umrzesz? kiedy ja będę dorosła?" itd, temat rzeka oczywiście.
"Wyposażenie" głowy zostało już dawno umiejscowione i zapamiętane, ale wiedzieć, że się ma uszy a rozumieć czym one są, jaką mają funkcję i uświadomić sobie jak bardzo są ważne! O, to już inna sprawa. Wiadomo, że nie można przewidzieć, kiedy dokładnie nastąpi moment "olśnienia" u dziecka [dorosłym, którzy nie wiedzą o czym mówię objaśniam: to jest ten moment, w którym czujemy i rozumiemy w pełni i głęboko istotę rzeczy, jest to moment odkrycie i właściwego zrozumienia, bezcenny i niezastąpiony przez żadne wyuczone lekcje], a żeby dziecko naprawę załapało o co chodzi z tymi zmysłami musi nastąpić olśnienie własnie. Ja, ze swojego dzieciństwa pamiętam to tak: lekki bezdech, jasność w głowie "ach, więc to tak!" wykrzyknik pełen zachwytu i głęboka radość oraz satysfakcja, że się zrozumiało. Niezwykłe, niezapomniane przeżycie. Nawet lekcję z rachunku prawdopodobieństwa zamieniło w jedną z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Osobiście polecam.
Wracając do meritum, nie można przewidzieć momentu tego "olśnienia" u dziecka. Zresztą dla większości sześciolatków za wcześnie jest na olśnienie w kwestii zmysłów, za bardzo abstrakcyjne pojęcia. Ale zabawę miałyśmy i tak przednią organizując zajęcia z wąchania, smakowania, słuchania i dotykania.
Na początek ekipa (Nadziejka 6,5l, Hela 5,5l, moja Łucja i Różyczka, córka Kasi 3,5l)dostała polecenie wybrania sobie wygodnych chustek i szalików do zasłonięcia oczu. Natsępnie wybrałyśmy się na wycieczkę po domu. Na początek - do łazienki. Dziewczyki zaprowadzone po omacku i wśród chichotów musiały rozpoznać pomieszczenie słuchając odgłosów. Szum wody, wiatrak wentylatora i pogłos zdradziły, że jesteśmy w łazience. Zaprowadzone na klatkę schodową dziewczynki również słuchając echa i odczuwając chłód rozpoznały miejsce. Następnie wróciłyśmy do kuchni.
Na stole ustawione zostały kubeczki z substancjami: obojętna w smaku mąka, słodki cukier, słona sól, gorzkie kakao (he he, a tak ładnie pachnie, no nie?) oraz począstkowana cytryna, która od razu zmyliła dzieci wyglądem, bo w tej formie zupełnie z innym cytrusem się pannom skojarzyła. Kosztowanie smaku było zabawne, dziewczynki oczywiście podglądały więc trzeba było podmieniać zawartość łyżeczki, dzięki temu wprowadziłyśmy trochę zamieszania. Gdy dziewczynki były przekonane, że w filiżance jest cukier, dostały sól, gdy zapach zdradził im, że kakao (bo przed smakowaniem prosiłyśmy o wąchanie) to smak okazał się paskudny. Cytryna - niechętnie macana i ugniatana (chodziło nam oczywiście o poznanie dotykowe, ale dzieci wcale nie miały ochoty brudzić sobie rączek) zapachem i wyglądam oszukała, że jest Pomelo, owocem, którym w kawałkach zawsze dziewczynki częstuje dziadek, tymczasem w smaku okazała się być niedobra, kwaśna. Tylko niewinna, niepozorna, bezzapachowa mąka była "normalna". Ciekawe poniekąd spostrzeżenie... i jakże trafione! Dla mnie smak obojętny, dla mojej córki, która tego słowa nie zna jeszcze - normalny.
Zdjęcie autorstwa nieocenionej Kasi, przyjaciółki, wspólniczki i bratowej - mamy Róży, a pani z mikrofonem to Joanna Bogusławska nagrywająca materiał do reportażu dla Trójki.
Kolejna zabawa polegała na rozpoznawaniu przedmiotu dotykiem, w pudełku zgromadzone były proste przedmioty codziennego użytku i zabawki: miś, torebka, kubek itp... Dziewczynki z zasłoniętymi oczami rozpoznawały co to jest ale prosiłam też, żeby wyjaśniły to skąd wiedzą! Oraz co czują gdy przedmiotu dotykają. I te dodatkowe zadania okazały się być trudniejsze, uczyłyśmy się więc nowych słów, czy utrwalałyśmy je raczej bo przecież panienki poznały je już dawniej: szorstki, twardy, miękkie, gładki, włochaty, zimny, śliski, suchy, mokry itd.
Przyszła również pora na rozpoznanie słuchem. Dziewczynki miały już dość zasłaniania oczu, więc po prostu zaszeleściłam torebką za ich plecami... Szybciutko udało się dźwięk rozszyfrować, zresztą jednej z najmłodszych uczestniczek zabawy czyli mądrej Różyczce :). Było jeszcze stukanie, dzwonienie, szelest papieru.
Na koniec sięgnęłyśmy po książkę pokazującą i opisującą ciało człowieka i przeglądając ją zebrałyśmy "do kupy", usystematyzowałyśmy zdobytą podczas doświadczeń i zabawy wiedzę, policzyłyśmy zmysły, powtórzyłyśmy poznane i przypomniane nowe słowa opisujące smaki, zapachy, dźwięki i wrażenia dotykowe, oraz rozmawiałyśmy chwilkę o tym co możemy dzięki oczom dostrzec, czego inne zmysły nam nie powiedzą.
Opis zdjęcia jak wyżej.
A co było najtrudniejsze? Skończenie zajęć."Mamo, już? Nie!" "A nie możemy jeszcze trochę?"
Poniżej wrzucam link link do reportażu o ed, w którego środku kilka cytatów z zajęć można usłyszeć. Można też usłyszeć mądre wypowiedzi Kasi i Jerzego. I niemożebnie irytującą wypowiedź pani psycholog Piotrowskiej dotyczącą jakże istotnej w naszym życiu socjalizacji "chamstwem". [Druga część ostatniego zdania ocieka sarkazmem, oczywiście celowym i zamierzonym]
http://www.polskieradio.pl/80/1007/Artykul/527388,Mama-mnie-uczy-Joanna-Boguslawska
Program przewiduje, że dziecko potrafi wyróżnić, nazwać i określić funkcje części ciała, oraz szczegółowiej - "wyposażenie" głowy. [Zabawne określenie? Jakoś najlepiej mi tu pasuje] Ciało człowieka to wdzięczny temat i choć zdjęć mi brakuje opiszę w kilku zdaniach realizację projektu. Zaczęło się oczywiście w wannie, nauka mycia to fantastyczny moment by nawet niemówiące jeszcze maluchy uczyć... "myjemy nóżkę, i drugą nóżkę, a teraz stópki... o masz łaskotki?" i koszmar mycia jest wspaniałą przygodą! Ale do rzeczy. Moje panny już weszły w etap samodzielności pełnej, każda ma swoją myjkę, mydlimy je a następnie myjemy... prawe kolano, lewą łydkę, ramię, przedramię, pośladki i całą resztę oczywiście szczegółowo nazywając. No oczywiście nie każda kąpiel tak wygląda, ale czasem naprawdę szalejemy.
Pewnego dnia, w porze zajęć, wyciągnęłam trzy wielkie kartony, każda panienka została na swoim kartonie odrysowana (co nie było łatwe na przykład w przypadku Nadziejki, która ma łaskotki wszędzie) i panienki uzupełniały plakaty, nazywałyśmy części ciała itd. Przejrzałam też zasoby znajomych bibliotek, wypożyczyłam kilka ciekawych publikacji przygotowanych dla przedszkolaków i w ciągu trzech miesięcy (książki wymieniane na inne i przedłużane) dziewczynki wraz ze mną czytały, oglądały obrazki, przesuwały elementy ruchome np poznając drogę jedzenie od "wejścia" do "wyjścia" czy też śledziły rozwój dzieciątka w łonie matki (tu rozmowa dotyczyła wspomnień sprzed ponad roku, gdy ja sama nosiłam taki wielki brzuch) a na kolejnych kartach książek śledziłyśmy też kolejne etapy życia człowieka. Od tej pory niestety stałe już tematy rozmów to pochodzenie kupy (niestety bo kupa przypomina się przy jedzeniu), bicie serca i czy u każdego je słychać, niekończące się pytania "a do czego tak właściwie służy wątroba albo nerki?" i "czy naprawdę każdy musi umrzeć? mamo a kiedy ty też będziesz stara i umrzesz? kiedy ja będę dorosła?" itd, temat rzeka oczywiście.
"Wyposażenie" głowy zostało już dawno umiejscowione i zapamiętane, ale wiedzieć, że się ma uszy a rozumieć czym one są, jaką mają funkcję i uświadomić sobie jak bardzo są ważne! O, to już inna sprawa. Wiadomo, że nie można przewidzieć, kiedy dokładnie nastąpi moment "olśnienia" u dziecka [dorosłym, którzy nie wiedzą o czym mówię objaśniam: to jest ten moment, w którym czujemy i rozumiemy w pełni i głęboko istotę rzeczy, jest to moment odkrycie i właściwego zrozumienia, bezcenny i niezastąpiony przez żadne wyuczone lekcje], a żeby dziecko naprawę załapało o co chodzi z tymi zmysłami musi nastąpić olśnienie własnie. Ja, ze swojego dzieciństwa pamiętam to tak: lekki bezdech, jasność w głowie "ach, więc to tak!" wykrzyknik pełen zachwytu i głęboka radość oraz satysfakcja, że się zrozumiało. Niezwykłe, niezapomniane przeżycie. Nawet lekcję z rachunku prawdopodobieństwa zamieniło w jedną z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Osobiście polecam.
Wracając do meritum, nie można przewidzieć momentu tego "olśnienia" u dziecka. Zresztą dla większości sześciolatków za wcześnie jest na olśnienie w kwestii zmysłów, za bardzo abstrakcyjne pojęcia. Ale zabawę miałyśmy i tak przednią organizując zajęcia z wąchania, smakowania, słuchania i dotykania.
Na początek ekipa (Nadziejka 6,5l, Hela 5,5l, moja Łucja i Różyczka, córka Kasi 3,5l)dostała polecenie wybrania sobie wygodnych chustek i szalików do zasłonięcia oczu. Natsępnie wybrałyśmy się na wycieczkę po domu. Na początek - do łazienki. Dziewczyki zaprowadzone po omacku i wśród chichotów musiały rozpoznać pomieszczenie słuchając odgłosów. Szum wody, wiatrak wentylatora i pogłos zdradziły, że jesteśmy w łazience. Zaprowadzone na klatkę schodową dziewczynki również słuchając echa i odczuwając chłód rozpoznały miejsce. Następnie wróciłyśmy do kuchni.
Na stole ustawione zostały kubeczki z substancjami: obojętna w smaku mąka, słodki cukier, słona sól, gorzkie kakao (he he, a tak ładnie pachnie, no nie?) oraz począstkowana cytryna, która od razu zmyliła dzieci wyglądem, bo w tej formie zupełnie z innym cytrusem się pannom skojarzyła. Kosztowanie smaku było zabawne, dziewczynki oczywiście podglądały więc trzeba było podmieniać zawartość łyżeczki, dzięki temu wprowadziłyśmy trochę zamieszania. Gdy dziewczynki były przekonane, że w filiżance jest cukier, dostały sól, gdy zapach zdradził im, że kakao (bo przed smakowaniem prosiłyśmy o wąchanie) to smak okazał się paskudny. Cytryna - niechętnie macana i ugniatana (chodziło nam oczywiście o poznanie dotykowe, ale dzieci wcale nie miały ochoty brudzić sobie rączek) zapachem i wyglądam oszukała, że jest Pomelo, owocem, którym w kawałkach zawsze dziewczynki częstuje dziadek, tymczasem w smaku okazała się być niedobra, kwaśna. Tylko niewinna, niepozorna, bezzapachowa mąka była "normalna". Ciekawe poniekąd spostrzeżenie... i jakże trafione! Dla mnie smak obojętny, dla mojej córki, która tego słowa nie zna jeszcze - normalny.
Zdjęcie autorstwa nieocenionej Kasi, przyjaciółki, wspólniczki i bratowej - mamy Róży, a pani z mikrofonem to Joanna Bogusławska nagrywająca materiał do reportażu dla Trójki.
Kolejna zabawa polegała na rozpoznawaniu przedmiotu dotykiem, w pudełku zgromadzone były proste przedmioty codziennego użytku i zabawki: miś, torebka, kubek itp... Dziewczynki z zasłoniętymi oczami rozpoznawały co to jest ale prosiłam też, żeby wyjaśniły to skąd wiedzą! Oraz co czują gdy przedmiotu dotykają. I te dodatkowe zadania okazały się być trudniejsze, uczyłyśmy się więc nowych słów, czy utrwalałyśmy je raczej bo przecież panienki poznały je już dawniej: szorstki, twardy, miękkie, gładki, włochaty, zimny, śliski, suchy, mokry itd.
Przyszła również pora na rozpoznanie słuchem. Dziewczynki miały już dość zasłaniania oczu, więc po prostu zaszeleściłam torebką za ich plecami... Szybciutko udało się dźwięk rozszyfrować, zresztą jednej z najmłodszych uczestniczek zabawy czyli mądrej Różyczce :). Było jeszcze stukanie, dzwonienie, szelest papieru.
Na koniec sięgnęłyśmy po książkę pokazującą i opisującą ciało człowieka i przeglądając ją zebrałyśmy "do kupy", usystematyzowałyśmy zdobytą podczas doświadczeń i zabawy wiedzę, policzyłyśmy zmysły, powtórzyłyśmy poznane i przypomniane nowe słowa opisujące smaki, zapachy, dźwięki i wrażenia dotykowe, oraz rozmawiałyśmy chwilkę o tym co możemy dzięki oczom dostrzec, czego inne zmysły nam nie powiedzą.
Opis zdjęcia jak wyżej.
A co było najtrudniejsze? Skończenie zajęć."Mamo, już? Nie!" "A nie możemy jeszcze trochę?"
Poniżej wrzucam link link do reportażu o ed, w którego środku kilka cytatów z zajęć można usłyszeć. Można też usłyszeć mądre wypowiedzi Kasi i Jerzego. I niemożebnie irytującą wypowiedź pani psycholog Piotrowskiej dotyczącą jakże istotnej w naszym życiu socjalizacji "chamstwem". [Druga część ostatniego zdania ocieka sarkazmem, oczywiście celowym i zamierzonym]
http://www.polskieradio.pl/80/1007/Artykul/527388,Mama-mnie-uczy-Joanna-Boguslawska
wtorek, 31 stycznia 2012
Galeria
Przedstawiam niewielką galerię prac. To taka malutka rekompensata za długie przegadane teksty o mnie. Tym razem coś tylko o moich pannach.
Dziewczynki nie mają niesamowitych talentów plastycznych. Rysowanie, malowanie na czystej kartce wg własnego uznania to zajęcie nieciekawe. Cóż zrobić, nie każdy Nikiforem. Ale ponieważ moje panny mają narwaną mamusię (również bez mega talentu) więc robią różne inne rzeczy, owszem plastyczno-techniczne. Dużo i często. Poniżej niewielki wybór.
Mały plastusiowy przegląd:
Choinka i Mikołaj, techniki łączone: origami płaskie koła ("Magiczne kółeczka" Dorota Dziamska - mój guru od origami) a następnie wydzieranka, wyklejanka, malowanie farbami wodnymi.
Witrażykowe gwiazdki zdobią szybę balkonowych drzwi. Podziwiać można je nawet z ulicy.
Aniołki: origami płaskie koła, ozdabiane czym popadło. Dziewczynki czasem nie wiedzą kiedy przestać. W końcu każdy z nas ma takiego Anioła Stóża jakiego najbardziej potrzebuje.
Jesienne drzewa: techniki łączone, wyklejanka ozdabiana stemplami z liści. Jak widać cofneliśmy się do listopada. A może października?
Ha! a tu, sztuka niepozorna, czyli co robią dzieci kiedy mama w garach miesza? Wycinają figury geometryczne, nazywają je, a następnie wyklejając tworzą z nich ludziki. W istocie były to zajęcia matematyczne. Zabawne, nie?
Krasnoludki z liści kasztanowca. U nas w domu już tradycyjnie jesienne. Czyli powrót do października. Wielooki to licentia poetica Łucysi. Cudeńko.
Wspomnienie z wakacji. Sam początek września i nasza letnia łąka, świat roślinek i owadów. Znajdzie się nawet jeden pająk. Szkic zrobiłam ja, panny obserwowały, omawiałyśmy przy tym każdy szczegół roślinek (przerysowywałyśmy je z książki), panny starannie pomalowały. Tylko osa ma zielone skrzydła.
Na deser ciastolinowa "Dziewczynka" Heli. Stoi na okapie kuchennym. Nikomu i nigdy jej nie oddam. (Ponieważ play-dough zsycha się i kurczy a elementy kupy nie trzymają została przyklejona do kartki, w ten sposób powstała jedyna w swoim rodzaju pocztówka.)
Dziewczynki nie mają niesamowitych talentów plastycznych. Rysowanie, malowanie na czystej kartce wg własnego uznania to zajęcie nieciekawe. Cóż zrobić, nie każdy Nikiforem. Ale ponieważ moje panny mają narwaną mamusię (również bez mega talentu) więc robią różne inne rzeczy, owszem plastyczno-techniczne. Dużo i często. Poniżej niewielki wybór.
Mały plastusiowy przegląd:
Choinka i Mikołaj, techniki łączone: origami płaskie koła ("Magiczne kółeczka" Dorota Dziamska - mój guru od origami) a następnie wydzieranka, wyklejanka, malowanie farbami wodnymi.
Witrażykowe gwiazdki zdobią szybę balkonowych drzwi. Podziwiać można je nawet z ulicy.
Aniołki: origami płaskie koła, ozdabiane czym popadło. Dziewczynki czasem nie wiedzą kiedy przestać. W końcu każdy z nas ma takiego Anioła Stóża jakiego najbardziej potrzebuje.
Jesienne drzewa: techniki łączone, wyklejanka ozdabiana stemplami z liści. Jak widać cofneliśmy się do listopada. A może października?
Ha! a tu, sztuka niepozorna, czyli co robią dzieci kiedy mama w garach miesza? Wycinają figury geometryczne, nazywają je, a następnie wyklejając tworzą z nich ludziki. W istocie były to zajęcia matematyczne. Zabawne, nie?
Krasnoludki z liści kasztanowca. U nas w domu już tradycyjnie jesienne. Czyli powrót do października. Wielooki to licentia poetica Łucysi. Cudeńko.
Wspomnienie z wakacji. Sam początek września i nasza letnia łąka, świat roślinek i owadów. Znajdzie się nawet jeden pająk. Szkic zrobiłam ja, panny obserwowały, omawiałyśmy przy tym każdy szczegół roślinek (przerysowywałyśmy je z książki), panny starannie pomalowały. Tylko osa ma zielone skrzydła.
Na deser ciastolinowa "Dziewczynka" Heli. Stoi na okapie kuchennym. Nikomu i nigdy jej nie oddam. (Ponieważ play-dough zsycha się i kurczy a elementy kupy nie trzymają została przyklejona do kartki, w ten sposób powstała jedyna w swoim rodzaju pocztówka.)
sobota, 21 stycznia 2012
Piety Achillesa, korzonki, Natalia i sól
Zastanawiacie się czasem nad tym co w całej cudownej wizji edu domowej, jaką udało mi się odmalować w moich wpisach jest nieprawdą? Rozsądny człowiek zada sobie pytanie "Gdzie jest minus? Jaki tkwi w tym wszystkim haczyk?"
Oczywiście, zrozumiałe jest, że o smutnych sprawach, wychowawczych porażkach i wojnach dzieci pisać nie chcę. W końcu tu mają się znajdować budujące doświadczenia. Budujące pozytywnie. Nie takie z kategorii "Ach, ona też ma w domu meksyk, jakie to pocieszające, że nie tylko ja sobie nie radzę czasem..." Pewnie, naturalnie, czasem rzeczywistość mnie przerasta. Czasem wpadam w panikę. Czasem ogarnia mnie bezradność zupełna. Ale nadal nie mam zamiaru ze szczegółami o tym pisać. Gadam o tym prywatnie z przyjaciółkami ;) To nie jest w końcu scenariusz do kolejnego odcinka "Super niani". Uchylę jednak rąbka tajemnicy.
Mam swoją piętę Achillesa. Dwie pięty nawet, w końcu, cóż, nie jestem Achillesem. Pierwsza pięta to trzy i pół letnia Łusia. "Panowie, normalnie, masakra", nigdy w życiu nie spotkałam tak niezależnego dziecka! Zgroza dla rodziców. W chwili obecnej przyjmuję prosta postawę "Dobra, córcia, zrób jak uważasz, skoro nie chcesz słuchać mojej rady, ale ty ponosisz konsekwencje" i moja córka zakłada różową spódniczkę do czerwonej bluzeczki i niebieskich getrów z fioletowymi skarpetkami. Ale widzicie to oczami wyobraźni? No, a ja i tak się cieszę, bo miesiące negocjacji ("Ale jak założysz bluzeczkę z krótkim rękawkiem to się przeziębisz, jest zima! A wtedy katar... i nie pójdziesz na spacer!") dały ten efekt, że dziecko ubiera się stosownie do pory roku. To taki jeden z wielu przykładów. Zawsze jednak staram się widzieć jakiś plus (Pollyanna ze mnie wyłazi na starość). Jest upierdliwie niezależna, może pół godziny zapłakiwać się przy zakładaniu rajstopek, ale nie pozwoli sobie pomóc. Jednocześnie jest jednak bardzo samodzielna (hura, hura!), codziennie zupełnie sama się ubiera i samodzielnie ogranicza moją nadmierną troskliwość.
Udało mi się wreszcie Łucysię zrozumieć, a to ułatwia współpracę. Współpracę... moi mentorzy rodzinni patrzą i płaczą: "Przecież z trzylatkiem się NIE NEGOCJUJE!" a nie, przepraszam, tylko ja używam tego określenia. "Z dzieckiem się nie dyskutuje! Matka mówi - dziecko wykonuje!" Taaa, jasne... Spróbujcie tego z Łusią będziecie mieć wojnę 24h. A ja wolę inaczej, nie jestem wojownikiem w relacjach z dziećmi. I dlatego pytam, słucham, negocjuję a czasem przeczekuję dwugodzinny płacz i wrzaski (Łusia potrafi płakać ze wściekłości bardzo długo a są granice i zasady, których nie łamiemy).
Mam i drugą piętę Achillesa. Ciut trudniejszą, bo niezrozumianą. Ach Natalka. Złota Natalka, niemal łysy, słodki bobas z błękitnymi oczętami i kilometrowymi rzęsami. Jak to się mówi, dzidzi sama słodycz. I w czym problem? Dzidzi sama słodycz skończyła 16 miesięcy. Niepostrzeżenie przeszła z trybu poznawania świata przez obserwację w tryb eksploracji. Kilka tygodni temu ze łzami szczęścia w oczach patrzyłam na jej pierwsze nieporadne próby tuptania, a ona wciąż była w fazie, gdzie rozwój dziecka wyznacza cel jakim jest zdobycie nowej umiejętności. A teraz, kiedy już śmiało przemierza dom czasem chwiejnym kaczym chodem, priorytetowy cel to "doświadczyć czegoś nowego". Mnie, mamie, która wciąż karmi piersią, trudniej jest jednak wychwycić tę zmianę. W końcu to ten sam bobas (nawet rozmiar ubranek prawie się nie zmienił), który spędza noce zwinięty w kłębek przy moim boku. Nagle (!, jakie nagle?? przecież ona ma już prawie półtora roku?) przestała się prawie interesować swoimi zabawkami i albo tkwi nieznośnie bałaganiąc w grach, książkach i lalkach starszych dziewczynek, albo tkwi nieznośnie bałaganiąc w kuchni!
Nieznośna Nati. Czasem drepcze do łazienki, wdrapuje się na ikeowskie dziecięce krzesełko (mamut) i bawi się w umywalce, do której ledwo sięga, lub wspina się na wannę. I bardzo, bardzo głośno krzyczy.
Pomyślałam sobie, jakiś czas temu, że jeszcze jeden opętany wrzask i ucieknę. Muszę znaleźć przyczynę i rozwiązać problem. Trudno, trzeba z Natalką porozmawiać.
- Natalko - przemawiam spokojnie - nie wrzeszcz bo uszy puchną. Powiedz mamie co się stało?
- [wrzask]
- Tak rozumiem, że ktoś cię skrzywdził i jesteś bardzo niezadowolona, ale co się stało? Jak ci pomóc?
- [wrzask]
- Tak, tak, rozumiem, jesteś wściekła, ale nadal nie wiem jak ci pomóc?
- ... Adibididiwibobleplutideputabedutapumhunpd!
- Hmm (chwila namysłu), rozumiem, Nadziejka zabrała ci kostkę do gry?
- Dibudateblupetudetybledebtudetebltmhyndyptmn.
- No, tak ja rozumiem, że bardzo ci się to nie podoba, ale ta kostka nie jest twoją zabawką, może zamiast wrzeszczeć jak opętaniec pójdziesz ze mną poszukać innej zabawki, równie ciekawej?
- ....
- To co idziemy?
- Abedupt bledept?
- Tak, tak, do pokoju, poszukamy czegoś fajnego, pobawimy się razem. Może być? Idziesz ze mną?
- Taa...
- To to super, chodźmy.
Oczywiście nie łudźcie się, takie negocjacje trwają dużo dłużej. Czasem jest więcej wrzasków. Wypowiedzi Nati zawsze są dłuższe i podparte gestykulacją, ale szkoda moich palców, i tak ich nie rozumiecie. Nikt ich nie rozumie. Nie, nie, ja też ich nie rozumiem. Choć właściwie?
Zorientowałam się, że Natalka razem ze zmianą trybu obserwacji na tryb eksploracji zaczęła mówić. Tak, Nati mówi, pełnymi zdaniami... czy raczej sylabowymi ciągami. Przekazuje emocjonalną treść. wystarczy orientować się, co wydarzyło się zanim zaczęła wrzeszczeć, lub uważnie się przyjrzeć czego może potrzebować (czasem to tylko zmiana pieluchy albo kubek z piciem). Dość, że moja najmłodsza latorośl porozumiewa się za pomocą języka. Ha! Nareszcie można zacząć negocjować :). Strategia jak w tym skeczu Ani Mru Mru "Chińczyk": "pan wolno mówić ja się dużo domyślać".
Oczywiście istnieją kwestie nienegocjowalne. Wtedy płacz, krzyk i łzy. I zła, niestety niezłomna mama.
A czasem jest jak z solą.
Szuflady kuchenne to nie lada wyzwanie, dla każdego chyba dziecka. Drewniane łopatki, plastikowe miski, jakiś srebrny garnek, torebka z makaronem, oto sposoby poznawania świata wszystkimi zmysłami. Polisensoryczne (trudne słowo) nauczanie to modne pojęcie, w tym przypadku raczej polisensoryczne poznawanie świata. Dzieci to uwielbiają. Sytuacja komplikuje się gdy małolat w warunkach niekontrolowanych dopadnie pojemnika z cukrem, solą, lub mąką. Nie są niebezpieczne, może poza solą w oczach, która może być smutnym doświadczeniem. Po prostu robi się niezły bałagan, zazwyczaj na środku kuchni. Zawsze ciekawi mnie w ilu matkach zirytowana bałaganem do sprzątnięcia gospodyni domowa zwycięży facylitatorkę samoedukacji i naturalnego procesu poznawczego własnego dziecka.
U mnie zwyciężyły korzonki.
Natalka dopadła szuflady co przyjęłam z ulgą, bóle korzonków dopadły mnie następnego dnia po intensywnym saneczkowaniu z dziewczynkami i obolała, zgięta w pół niepewnie przemieszczałam się po domu. Każdą samoistną działalność dzieci przyjmowałam z radością, zgadzałam się na wszystko byleby nie dźwigać i się nie prostować ;). Gdy córcia wywlokła puszkę z solą mieszałam w garnku, w sytuacji zorientowałam się o kilka sekund za późno. Nati siedząc na podłodze kuchni garściami wyrzucała sól z pojemnika. Normalna reakcja to natychmiastowe odebranie puszki, dziecko pod pachę, sprintem do łazienki, wymycie rączek (byleby się ta sól do oczy nie dostała!) i wysprzątanie z soli miejsca przestępstwa oraz przestępcy.
Cóż, skoro ma się korzonki...
Z ciężkim westchnieniem usiadłam obok Nati na podłodze. Moje plecy przyjęły to z ulgą.
- Jak tam córcia, smaczna sól? - spytałam skupiając się na obserwacji małych zasolonych łapek, w końcu zawsze zdążę pochwycić je zanim dotrą do oczu.
- Taa... - oświadczyła Nati oblizując małą łapkę. Przełknęła, rozkaszlała się aż poczerwieniała jej buzia, starannie obejrzała drugą łapkę i również ją oblizała.
- Smakuje ci? Nie masz dosyć?
- Taa...
- Może pójdziemy do łazienki umyć rączki?
- Taa... - jeszcze przez chwilę Nati macała, rozmazywała po podłodze i lizała sól. W końcu chwyciła moją dłoń i wstała.
Poszłyśmy. Kroczek za kroczkiem, obolała mam i ciekawska panieneczka rozmiarów krasnoludka. Natalcia sama weszła na krzesełko, wypluskała łapeczki w wypełnioną wodą umywalce, wytarła ręcznikiem buzię. Podczas gdy ona powoli złaziła z krzesła ja powoli, na czworakach (korzonki to lubią) zamiatałam podłogę rozmyślając nad ironią losu. Zapewne gdyby nie te korzonki rozwój i polisensoryczne poznanie świata byłyby dla mojego dziecka ograniczone przez mój pedantyzm i strach przed cierpieniem dziecka. Dziecko skorzystało, korzonki skorzystały, mama skorzystała. A i garnki z kuchni w tym czasie nie uciekły.
Oczywiście, zrozumiałe jest, że o smutnych sprawach, wychowawczych porażkach i wojnach dzieci pisać nie chcę. W końcu tu mają się znajdować budujące doświadczenia. Budujące pozytywnie. Nie takie z kategorii "Ach, ona też ma w domu meksyk, jakie to pocieszające, że nie tylko ja sobie nie radzę czasem..." Pewnie, naturalnie, czasem rzeczywistość mnie przerasta. Czasem wpadam w panikę. Czasem ogarnia mnie bezradność zupełna. Ale nadal nie mam zamiaru ze szczegółami o tym pisać. Gadam o tym prywatnie z przyjaciółkami ;) To nie jest w końcu scenariusz do kolejnego odcinka "Super niani". Uchylę jednak rąbka tajemnicy.
Mam swoją piętę Achillesa. Dwie pięty nawet, w końcu, cóż, nie jestem Achillesem. Pierwsza pięta to trzy i pół letnia Łusia. "Panowie, normalnie, masakra", nigdy w życiu nie spotkałam tak niezależnego dziecka! Zgroza dla rodziców. W chwili obecnej przyjmuję prosta postawę "Dobra, córcia, zrób jak uważasz, skoro nie chcesz słuchać mojej rady, ale ty ponosisz konsekwencje" i moja córka zakłada różową spódniczkę do czerwonej bluzeczki i niebieskich getrów z fioletowymi skarpetkami. Ale widzicie to oczami wyobraźni? No, a ja i tak się cieszę, bo miesiące negocjacji ("Ale jak założysz bluzeczkę z krótkim rękawkiem to się przeziębisz, jest zima! A wtedy katar... i nie pójdziesz na spacer!") dały ten efekt, że dziecko ubiera się stosownie do pory roku. To taki jeden z wielu przykładów. Zawsze jednak staram się widzieć jakiś plus (Pollyanna ze mnie wyłazi na starość). Jest upierdliwie niezależna, może pół godziny zapłakiwać się przy zakładaniu rajstopek, ale nie pozwoli sobie pomóc. Jednocześnie jest jednak bardzo samodzielna (hura, hura!), codziennie zupełnie sama się ubiera i samodzielnie ogranicza moją nadmierną troskliwość.
Udało mi się wreszcie Łucysię zrozumieć, a to ułatwia współpracę. Współpracę... moi mentorzy rodzinni patrzą i płaczą: "Przecież z trzylatkiem się NIE NEGOCJUJE!" a nie, przepraszam, tylko ja używam tego określenia. "Z dzieckiem się nie dyskutuje! Matka mówi - dziecko wykonuje!" Taaa, jasne... Spróbujcie tego z Łusią będziecie mieć wojnę 24h. A ja wolę inaczej, nie jestem wojownikiem w relacjach z dziećmi. I dlatego pytam, słucham, negocjuję a czasem przeczekuję dwugodzinny płacz i wrzaski (Łusia potrafi płakać ze wściekłości bardzo długo a są granice i zasady, których nie łamiemy).
Mam i drugą piętę Achillesa. Ciut trudniejszą, bo niezrozumianą. Ach Natalka. Złota Natalka, niemal łysy, słodki bobas z błękitnymi oczętami i kilometrowymi rzęsami. Jak to się mówi, dzidzi sama słodycz. I w czym problem? Dzidzi sama słodycz skończyła 16 miesięcy. Niepostrzeżenie przeszła z trybu poznawania świata przez obserwację w tryb eksploracji. Kilka tygodni temu ze łzami szczęścia w oczach patrzyłam na jej pierwsze nieporadne próby tuptania, a ona wciąż była w fazie, gdzie rozwój dziecka wyznacza cel jakim jest zdobycie nowej umiejętności. A teraz, kiedy już śmiało przemierza dom czasem chwiejnym kaczym chodem, priorytetowy cel to "doświadczyć czegoś nowego". Mnie, mamie, która wciąż karmi piersią, trudniej jest jednak wychwycić tę zmianę. W końcu to ten sam bobas (nawet rozmiar ubranek prawie się nie zmienił), który spędza noce zwinięty w kłębek przy moim boku. Nagle (!, jakie nagle?? przecież ona ma już prawie półtora roku?) przestała się prawie interesować swoimi zabawkami i albo tkwi nieznośnie bałaganiąc w grach, książkach i lalkach starszych dziewczynek, albo tkwi nieznośnie bałaganiąc w kuchni!
Nieznośna Nati. Czasem drepcze do łazienki, wdrapuje się na ikeowskie dziecięce krzesełko (mamut) i bawi się w umywalce, do której ledwo sięga, lub wspina się na wannę. I bardzo, bardzo głośno krzyczy.
Pomyślałam sobie, jakiś czas temu, że jeszcze jeden opętany wrzask i ucieknę. Muszę znaleźć przyczynę i rozwiązać problem. Trudno, trzeba z Natalką porozmawiać.
- Natalko - przemawiam spokojnie - nie wrzeszcz bo uszy puchną. Powiedz mamie co się stało?
- [wrzask]
- Tak rozumiem, że ktoś cię skrzywdził i jesteś bardzo niezadowolona, ale co się stało? Jak ci pomóc?
- [wrzask]
- Tak, tak, rozumiem, jesteś wściekła, ale nadal nie wiem jak ci pomóc?
- ... Adibididiwibobleplutideputabedutapumhunpd!
- Hmm (chwila namysłu), rozumiem, Nadziejka zabrała ci kostkę do gry?
- Dibudateblupetudetybledebtudetebltmhyndyptmn.
- No, tak ja rozumiem, że bardzo ci się to nie podoba, ale ta kostka nie jest twoją zabawką, może zamiast wrzeszczeć jak opętaniec pójdziesz ze mną poszukać innej zabawki, równie ciekawej?
- ....
- To co idziemy?
- Abedupt bledept?
- Tak, tak, do pokoju, poszukamy czegoś fajnego, pobawimy się razem. Może być? Idziesz ze mną?
- Taa...
- To to super, chodźmy.
Oczywiście nie łudźcie się, takie negocjacje trwają dużo dłużej. Czasem jest więcej wrzasków. Wypowiedzi Nati zawsze są dłuższe i podparte gestykulacją, ale szkoda moich palców, i tak ich nie rozumiecie. Nikt ich nie rozumie. Nie, nie, ja też ich nie rozumiem. Choć właściwie?
Zorientowałam się, że Natalka razem ze zmianą trybu obserwacji na tryb eksploracji zaczęła mówić. Tak, Nati mówi, pełnymi zdaniami... czy raczej sylabowymi ciągami. Przekazuje emocjonalną treść. wystarczy orientować się, co wydarzyło się zanim zaczęła wrzeszczeć, lub uważnie się przyjrzeć czego może potrzebować (czasem to tylko zmiana pieluchy albo kubek z piciem). Dość, że moja najmłodsza latorośl porozumiewa się za pomocą języka. Ha! Nareszcie można zacząć negocjować :). Strategia jak w tym skeczu Ani Mru Mru "Chińczyk": "pan wolno mówić ja się dużo domyślać".
Oczywiście istnieją kwestie nienegocjowalne. Wtedy płacz, krzyk i łzy. I zła, niestety niezłomna mama.
A czasem jest jak z solą.
Szuflady kuchenne to nie lada wyzwanie, dla każdego chyba dziecka. Drewniane łopatki, plastikowe miski, jakiś srebrny garnek, torebka z makaronem, oto sposoby poznawania świata wszystkimi zmysłami. Polisensoryczne (trudne słowo) nauczanie to modne pojęcie, w tym przypadku raczej polisensoryczne poznawanie świata. Dzieci to uwielbiają. Sytuacja komplikuje się gdy małolat w warunkach niekontrolowanych dopadnie pojemnika z cukrem, solą, lub mąką. Nie są niebezpieczne, może poza solą w oczach, która może być smutnym doświadczeniem. Po prostu robi się niezły bałagan, zazwyczaj na środku kuchni. Zawsze ciekawi mnie w ilu matkach zirytowana bałaganem do sprzątnięcia gospodyni domowa zwycięży facylitatorkę samoedukacji i naturalnego procesu poznawczego własnego dziecka.
U mnie zwyciężyły korzonki.
Natalka dopadła szuflady co przyjęłam z ulgą, bóle korzonków dopadły mnie następnego dnia po intensywnym saneczkowaniu z dziewczynkami i obolała, zgięta w pół niepewnie przemieszczałam się po domu. Każdą samoistną działalność dzieci przyjmowałam z radością, zgadzałam się na wszystko byleby nie dźwigać i się nie prostować ;). Gdy córcia wywlokła puszkę z solą mieszałam w garnku, w sytuacji zorientowałam się o kilka sekund za późno. Nati siedząc na podłodze kuchni garściami wyrzucała sól z pojemnika. Normalna reakcja to natychmiastowe odebranie puszki, dziecko pod pachę, sprintem do łazienki, wymycie rączek (byleby się ta sól do oczy nie dostała!) i wysprzątanie z soli miejsca przestępstwa oraz przestępcy.
Cóż, skoro ma się korzonki...
Z ciężkim westchnieniem usiadłam obok Nati na podłodze. Moje plecy przyjęły to z ulgą.
- Jak tam córcia, smaczna sól? - spytałam skupiając się na obserwacji małych zasolonych łapek, w końcu zawsze zdążę pochwycić je zanim dotrą do oczu.
- Taa... - oświadczyła Nati oblizując małą łapkę. Przełknęła, rozkaszlała się aż poczerwieniała jej buzia, starannie obejrzała drugą łapkę i również ją oblizała.
- Smakuje ci? Nie masz dosyć?
- Taa...
- Może pójdziemy do łazienki umyć rączki?
- Taa... - jeszcze przez chwilę Nati macała, rozmazywała po podłodze i lizała sól. W końcu chwyciła moją dłoń i wstała.
Poszłyśmy. Kroczek za kroczkiem, obolała mam i ciekawska panieneczka rozmiarów krasnoludka. Natalcia sama weszła na krzesełko, wypluskała łapeczki w wypełnioną wodą umywalce, wytarła ręcznikiem buzię. Podczas gdy ona powoli złaziła z krzesła ja powoli, na czworakach (korzonki to lubią) zamiatałam podłogę rozmyślając nad ironią losu. Zapewne gdyby nie te korzonki rozwój i polisensoryczne poznanie świata byłyby dla mojego dziecka ograniczone przez mój pedantyzm i strach przed cierpieniem dziecka. Dziecko skorzystało, korzonki skorzystały, mama skorzystała. A i garnki z kuchni w tym czasie nie uciekły.
środa, 11 stycznia 2012
Opowieści świąteczne. Odsłona druga - opowieść Nadziei - Nieznane fakty z dzieciństwa Jezusa
Mamo, dzisiaj ja opowiem bajkę dobrze?
Był sobie Baranek i Osiołek. I ten osiołek bardzo chciał mieć małego osiołka, takiego swojego malutkiego osiołka dzidziusia, swojego syna. I był pasterz, miał laskę, tak, taką laskę, żeby chronić swoje owce! I ten pasterz miał na imię Józef. A w stadzie były owce i miały małe owieczki, i osiołki.
Józef miał żonę, Maryję, a ona była w ciąży i razem poszli do Betlejem, bo tam w Betlejem urodził się Jezus. I prowadził ich Anioł.
A ten Anioł poszedł do pasterzy i powiedział im: "Idźcie do Betlejem! Tam urodził się Jezusek!"
Pasterze zobaczyli ślady a potem gwiazdę. Gwiazda ich prowadziła, żeby im dać dobrą drogę i oświetlić ją, i naprowadzić ich na ślady Józefa i Maryi i osiołka (bo zostawiali ślady), a ślady prowadziły do Betlejem.
I zapytał Józef "Jak nas znaleźliście?" "To proste, po waszych śladach!" "Widzieliście je?" "Tak, jesteśmy tylko zwykłymi pasterzami, przynosimy ładne dary."
Pewnego razu przynieśli też małego osiołka do Jezusa.
-A kto to Jezus? - zapytała Łusia
- To syn Boga! A jeszcze jest Mesjaszem i mieszka w Betlejem, urodził się tam. (Tam się urodził, ale mieszkał później w Nazarecie, sprostowałam odruchowo.)
-A jego rodzice nie umarli. A on rósł, rósł aż nauczył się chodzić na spacer o tak: "Ale zabawa" [to był okrzyk radości Jezusa, który poszedł na spacer, towarzyszył gestykulacyjnej prezentacji tegoż spaceru :)]
Potem Jezus poszedł za gwiazdą i ona zaprowadziła go do stajenki a tam spotkał osiołka i baranka, i przypomniał sobie, że dostał tego osiołka. I wtedy Józef opowiedział Jezusowi: "Tak, właśnie tu się urodziłeś i przyszli wtedy pasterze, i Królowie, i przynieśli ci ładne dary: złoto, kadzidło i mirrę. A pasterze też przynieśli prezent - włóczkę!" Tak włóczkę, bo to ładny prezent dla dzieci, dzieci lubią.
Był kiedyś mały Jezusek i uczył się mówić, żeby mówić jak jego bracia.
Na tym skończyła się opowieść wieczorna mojej sześcioletniej córki. Starałam się notować ją w trakcie opowiadania, niestety, nie da się zanotować wyrazu oczy, modulacji głosu, gestykulacji rąk i mimiki twarzy... Trudno, musisz się biedny czytelniku obejść bez tych, dla mnie bezcennych, elementów opowieści mojej córeczki. Mam nadzieję, że ci się podobała. Dodam na koniec, że ja czytam i opowiadam dziewczynkom tradycyjną wersję Narodzenia. Reszta to licentia poetica Nadziejki.
Poniżej dowolna interpretacja na temat, czyli kto jeszcze odwiedził Jezusa w szopce.
Na sam koniec mała refleksja. Według opowieści Nadziei to Józef, ojciec Jezusa, udzielał mu wyjaśnień. W naszej rodzinie to ja - matka - mam przypisaną tę funkcję (jakoś tak wyszło, że byłam jedyna chętna i gotowa ;)), więc teoretycznie, będąc w trybie naśladowania schematów działań dorosłych, rodziców, w opowieści rolę tę Nadziejka powinna nadać matce Jezusa, Maryi. Tymczasem w świecie stworzonym przez moją córkę rola osoby mądrej, tłumaczącej, opowiadającej, przypisana jest ojcu. Może zanim zagubiliśmy znaczenie figury ojca została ona zapisana w naszych sercach biologicznie? Jak prawo naturalne? I teraz wychodzi na wierzch w swobodnej twórczości dziecka...
Był sobie Baranek i Osiołek. I ten osiołek bardzo chciał mieć małego osiołka, takiego swojego malutkiego osiołka dzidziusia, swojego syna. I był pasterz, miał laskę, tak, taką laskę, żeby chronić swoje owce! I ten pasterz miał na imię Józef. A w stadzie były owce i miały małe owieczki, i osiołki.
Józef miał żonę, Maryję, a ona była w ciąży i razem poszli do Betlejem, bo tam w Betlejem urodził się Jezus. I prowadził ich Anioł.
A ten Anioł poszedł do pasterzy i powiedział im: "Idźcie do Betlejem! Tam urodził się Jezusek!"
Pasterze zobaczyli ślady a potem gwiazdę. Gwiazda ich prowadziła, żeby im dać dobrą drogę i oświetlić ją, i naprowadzić ich na ślady Józefa i Maryi i osiołka (bo zostawiali ślady), a ślady prowadziły do Betlejem.
I zapytał Józef "Jak nas znaleźliście?" "To proste, po waszych śladach!" "Widzieliście je?" "Tak, jesteśmy tylko zwykłymi pasterzami, przynosimy ładne dary."
Pewnego razu przynieśli też małego osiołka do Jezusa.
-A kto to Jezus? - zapytała Łusia
- To syn Boga! A jeszcze jest Mesjaszem i mieszka w Betlejem, urodził się tam. (Tam się urodził, ale mieszkał później w Nazarecie, sprostowałam odruchowo.)
-A jego rodzice nie umarli. A on rósł, rósł aż nauczył się chodzić na spacer o tak: "Ale zabawa" [to był okrzyk radości Jezusa, który poszedł na spacer, towarzyszył gestykulacyjnej prezentacji tegoż spaceru :)]
Potem Jezus poszedł za gwiazdą i ona zaprowadziła go do stajenki a tam spotkał osiołka i baranka, i przypomniał sobie, że dostał tego osiołka. I wtedy Józef opowiedział Jezusowi: "Tak, właśnie tu się urodziłeś i przyszli wtedy pasterze, i Królowie, i przynieśli ci ładne dary: złoto, kadzidło i mirrę. A pasterze też przynieśli prezent - włóczkę!" Tak włóczkę, bo to ładny prezent dla dzieci, dzieci lubią.
Był kiedyś mały Jezusek i uczył się mówić, żeby mówić jak jego bracia.
Na tym skończyła się opowieść wieczorna mojej sześcioletniej córki. Starałam się notować ją w trakcie opowiadania, niestety, nie da się zanotować wyrazu oczy, modulacji głosu, gestykulacji rąk i mimiki twarzy... Trudno, musisz się biedny czytelniku obejść bez tych, dla mnie bezcennych, elementów opowieści mojej córeczki. Mam nadzieję, że ci się podobała. Dodam na koniec, że ja czytam i opowiadam dziewczynkom tradycyjną wersję Narodzenia. Reszta to licentia poetica Nadziejki.
Poniżej dowolna interpretacja na temat, czyli kto jeszcze odwiedził Jezusa w szopce.
Na sam koniec mała refleksja. Według opowieści Nadziei to Józef, ojciec Jezusa, udzielał mu wyjaśnień. W naszej rodzinie to ja - matka - mam przypisaną tę funkcję (jakoś tak wyszło, że byłam jedyna chętna i gotowa ;)), więc teoretycznie, będąc w trybie naśladowania schematów działań dorosłych, rodziców, w opowieści rolę tę Nadziejka powinna nadać matce Jezusa, Maryi. Tymczasem w świecie stworzonym przez moją córkę rola osoby mądrej, tłumaczącej, opowiadającej, przypisana jest ojcu. Może zanim zagubiliśmy znaczenie figury ojca została ona zapisana w naszych sercach biologicznie? Jak prawo naturalne? I teraz wychodzi na wierzch w swobodnej twórczości dziecka...
poniedziałek, 9 stycznia 2012
Janusz Korczak - mój mistrz
Janusz Korczak nauczył mnie ważnej rzeczy. Ufać intuicji. Bo intuicja od zawsze podpowiadała mi, że coś jest nie tak w stosunku dorosłych ludzi do dzieci. Dlaczego dzieci traktowane są jak mniej ważne? Dlaczego "cicho jak dorosły mówi!" Dlaczego ciągle "a lekcje odrobiłeś?" Dlaczego "a co też ty za bzdury opowiadasz?" "To jest twoim zdaniem problem? Dziecko, to nie jest problem. Ja to mam problem!"
Dziecko małe nic nie znaczy. Jego problemy nieistotne, małej wagi, jego opinie głupie, jego myśli płytkie, marzenia - infantylne, reakcje - przesadzone. Dorosły nie ma dla dziecka szacunku. Dorosły musi dziecko wychować, nauczyć. Dziecko musi się wychowaniu poddać, od dorosłego uczyć. W uległości i posłuszeństwie.
Coś z tym wszystkim jest mocno nie tak jak trzeba, myślałam będąc dzieckiem. Myślałam tak nadal będąc nastolatką. I nadal tak myślałam szykując się do studiowania, choć wtedy obowiązki szkolne mało mi czasu na myślenie pozostawiały.
Janusza Korczaka spotkałam przed studiami, ale przed studiami nie studiowałam go. A na studiach... zaczęłam czytać teksty źródłowe. Z trudem przychodziło mi siedzieć spokojnie w bibliotece podczas czytania "Jak kochać dziecko" i Wyboru pism Korczaka. Miałam ochotę co kilka minut podskoczyć i krzyknąć z triumfem "Wiedziałam, wiedziałam!!"
Korczak to mój mistrz, bardzo szybko otworzył mi oczy na ten oczywisty fakt, że dziecko jest człowiekiem. Dużym małym człowiekiem. Ma prawo do szacunku. Bezwarunkowej miłości. Uwagi ze strony dorosłych. Samostanowienia. Decydowania i opiniowania. Ponoszenia konsekwencji. Lubienia i nielubienia. Niezgadzania się. Rozumienia. Wyjaśnień. Przeprosin. Tak samo jak duży dorosły człowiek.
Janusz Korczak niezmiennie jest dla mnie jak lampa w mroku. Jak drogowskaz.
Tym przydługim wstępem namawiam do przeczytania mądrego i wnikliwego artykułu, który krótko opisuje życie i dokonania Janusza Korczaka. Artykuł napisał prof. Wiesław Theiss, wykładowca UW, Katedra Pedagogiki Społecznej. Poniżej zamieszczam link.
http://tnn.pl/tekst.php?idt=338
Gorąco namawiam do czytania, studiowania, inspirowania się.
Dziecko małe nic nie znaczy. Jego problemy nieistotne, małej wagi, jego opinie głupie, jego myśli płytkie, marzenia - infantylne, reakcje - przesadzone. Dorosły nie ma dla dziecka szacunku. Dorosły musi dziecko wychować, nauczyć. Dziecko musi się wychowaniu poddać, od dorosłego uczyć. W uległości i posłuszeństwie.
Coś z tym wszystkim jest mocno nie tak jak trzeba, myślałam będąc dzieckiem. Myślałam tak nadal będąc nastolatką. I nadal tak myślałam szykując się do studiowania, choć wtedy obowiązki szkolne mało mi czasu na myślenie pozostawiały.
Janusza Korczaka spotkałam przed studiami, ale przed studiami nie studiowałam go. A na studiach... zaczęłam czytać teksty źródłowe. Z trudem przychodziło mi siedzieć spokojnie w bibliotece podczas czytania "Jak kochać dziecko" i Wyboru pism Korczaka. Miałam ochotę co kilka minut podskoczyć i krzyknąć z triumfem "Wiedziałam, wiedziałam!!"
Korczak to mój mistrz, bardzo szybko otworzył mi oczy na ten oczywisty fakt, że dziecko jest człowiekiem. Dużym małym człowiekiem. Ma prawo do szacunku. Bezwarunkowej miłości. Uwagi ze strony dorosłych. Samostanowienia. Decydowania i opiniowania. Ponoszenia konsekwencji. Lubienia i nielubienia. Niezgadzania się. Rozumienia. Wyjaśnień. Przeprosin. Tak samo jak duży dorosły człowiek.
Janusz Korczak niezmiennie jest dla mnie jak lampa w mroku. Jak drogowskaz.
Tym przydługim wstępem namawiam do przeczytania mądrego i wnikliwego artykułu, który krótko opisuje życie i dokonania Janusza Korczaka. Artykuł napisał prof. Wiesław Theiss, wykładowca UW, Katedra Pedagogiki Społecznej. Poniżej zamieszczam link.
http://tnn.pl/tekst.php?idt=338
Gorąco namawiam do czytania, studiowania, inspirowania się.
niedziela, 8 stycznia 2012
Opowieści świąteczne. Odsłona pierwsza - opowieść Różyczki
Miałam w tym roku okazję opowiadać historię narodzenia Jezusa, i to kilka razy, w różnych kontekstach. Miałam też okazję słuchać jak opowiadają dzieci. Jedną opowieść przechowuję w głowie, drugą - na papierze. Zapraszam do czytania opowieści mojej bratanicy Różyczki.
Dnia pewnego, świątecznego odwiedziłam moją bratową i jej córeczkę Różyczkę. Pewnie większość moich czytelników zna te wspaniałe kobiety z blogu Latające przedszkole. Różyczka, mała, mądra dziewczynka zaraz zaprowadziła mnie do pokoju pochwalić się choinką. I szopką. W szopce Różyczki zobaczysz świętą Rodzinę, pastuszków, anioła; na dachu złotem lśni gwiazda. Różyczka zaś ma do szopki specjalny stosunek. Bardzo osobisty. Zaraz też wyciągnęła wszystkie postacie, ustawiła na dywanie i rozpoczęła opowieść. [Wybacz Kasiu, jeśli zagubiłam indywidualny styl Różyczki, mam nadzieję, że wyjdzie dość podobnie]
"Zobacz ciociu, to jest Maria i Józef. Maria jest w ciąży (figurki Maryi i Józefa ustawiono na dywanie) i oni idą do Betlejem. Szukali miejsca, ale nigdzie nie było, ani łóżka, ani fotela, ani komputera. I tak szli, i szli aż doszli do szopki. I tu się zatrzymali. I urodził się Jezus" (tu pamiętam małe zamieszanie z ustawianiem figurek w szopce, ustawianiem żłóbka, Jezus się właściwie "pojawił" ale szybciutko Różyczka wyjaśniła w jaki sposób, najpierw jednak była przerwa w opowieści, podziwianie malutkiej laleczki i wyjaśnienia kim jest, układanie jej w żłóbku i nareszcie konkluzja. Oczywiście trudno jest słowami opisać jak ważne było to miejsce opowieści, ta osoba w stajence i ta sytuacja dla mojej bratanicy; ale dla mnie widoczny był ogromny ładunek emocjonalny jaki ten właśnie moment niesie - widać to było w Różyczkowej twarzy i gestach, w tym małym zamieszaniu, w wyjaśnieniach... ach, to zawsze jest najpiękniejsze! Dziecko upewniające się czy dorosły na pewno zrozumiał jak ważna rzecz się wydarzyła. Dobra, ad rem!) Teraz pasterze zostali ustawieni na dywanie - przedstawienie trwa - "pasterze byli na polu i przyleciał do nich anioł (anioł w Różyczkowej rączce poszybował po niebie ), zaparkował (anioł stanął przed pasterzami) i powiedział: Idźcie do szopki, tam urodził się Jezusek! Idźcie go przywitać! (albo podobnymi słowami, ale na pewno właśnie taką treść anioł im przekazał). I na niebie pojawiła się gwiazda (gwiazda Różyczkową rączką została odczepiona od dachu szopki i umieszczona nad głowami pasterzy), i prowadziła ich, prowadziła, i zaparkowała (gwiazda leciała po niebie pewną rączką narratorki prowadzona cały czas aż została przyczepiona do dachu)." Różyczka bezpiecznie doprowadziła pasterzy, anioła do szopki i starannie ustawiła wszystkie postacie wokół małego Jezuska. Obok rzędem stały małe plastikowe zwierzątka. Malutka owieczka podeszła zaprowadzona rączką Różki do Jezuska. "A owieczka polizał małego Jezuska"
Nie pamiętam czy pasterze w tej opowieści przynieśli Jezuskowi jakieś prezenty... może Kasia pamięta i uzupełni jeśli pominęłam ten ważny aspekt. Na koniec Różyczka spojrzała na mnie uważni i z pełną powagi miną spytała: "Ciociu, a ty słyszałaś już tą historię?"
Zdjęcie Różyczkowej szopki - Z bloga Kasi. Proces tworzenia, szczegółowe opisy i zbliżenia znajdziesz w Kasi blogu, do którego link zamieszczam tutaj.
I to jest zupełnie niezwykłe u małych dzieci. Inaczej widzą świat. Wszystko co dla nas znane przeżywają "pierwszy raz"! Każdy ten pierwszy raz małego dziecka można złapać i poczuć, że samemu też pierwszy raz się tą historię przeżywa! Ja mam dużo takich pierwszych razów już na koncie. Pierwszy raz opowiadałam o Narodzeniu swoim starszym córkom dwa lata temu, Łusi - w zeszłym roku (w tym roku już rozpoznała figurki szopki podczas wyjmowania ich z pudełka), w tym roku pierwszy raz opowiedział mi opowieść moja bratanica.
Dnia pewnego, świątecznego odwiedziłam moją bratową i jej córeczkę Różyczkę. Pewnie większość moich czytelników zna te wspaniałe kobiety z blogu Latające przedszkole. Różyczka, mała, mądra dziewczynka zaraz zaprowadziła mnie do pokoju pochwalić się choinką. I szopką. W szopce Różyczki zobaczysz świętą Rodzinę, pastuszków, anioła; na dachu złotem lśni gwiazda. Różyczka zaś ma do szopki specjalny stosunek. Bardzo osobisty. Zaraz też wyciągnęła wszystkie postacie, ustawiła na dywanie i rozpoczęła opowieść. [Wybacz Kasiu, jeśli zagubiłam indywidualny styl Różyczki, mam nadzieję, że wyjdzie dość podobnie]
"Zobacz ciociu, to jest Maria i Józef. Maria jest w ciąży (figurki Maryi i Józefa ustawiono na dywanie) i oni idą do Betlejem. Szukali miejsca, ale nigdzie nie było, ani łóżka, ani fotela, ani komputera. I tak szli, i szli aż doszli do szopki. I tu się zatrzymali. I urodził się Jezus" (tu pamiętam małe zamieszanie z ustawianiem figurek w szopce, ustawianiem żłóbka, Jezus się właściwie "pojawił" ale szybciutko Różyczka wyjaśniła w jaki sposób, najpierw jednak była przerwa w opowieści, podziwianie malutkiej laleczki i wyjaśnienia kim jest, układanie jej w żłóbku i nareszcie konkluzja. Oczywiście trudno jest słowami opisać jak ważne było to miejsce opowieści, ta osoba w stajence i ta sytuacja dla mojej bratanicy; ale dla mnie widoczny był ogromny ładunek emocjonalny jaki ten właśnie moment niesie - widać to było w Różyczkowej twarzy i gestach, w tym małym zamieszaniu, w wyjaśnieniach... ach, to zawsze jest najpiękniejsze! Dziecko upewniające się czy dorosły na pewno zrozumiał jak ważna rzecz się wydarzyła. Dobra, ad rem!) Teraz pasterze zostali ustawieni na dywanie - przedstawienie trwa - "pasterze byli na polu i przyleciał do nich anioł (anioł w Różyczkowej rączce poszybował po niebie ), zaparkował (anioł stanął przed pasterzami) i powiedział: Idźcie do szopki, tam urodził się Jezusek! Idźcie go przywitać! (albo podobnymi słowami, ale na pewno właśnie taką treść anioł im przekazał). I na niebie pojawiła się gwiazda (gwiazda Różyczkową rączką została odczepiona od dachu szopki i umieszczona nad głowami pasterzy), i prowadziła ich, prowadziła, i zaparkowała (gwiazda leciała po niebie pewną rączką narratorki prowadzona cały czas aż została przyczepiona do dachu)." Różyczka bezpiecznie doprowadziła pasterzy, anioła do szopki i starannie ustawiła wszystkie postacie wokół małego Jezuska. Obok rzędem stały małe plastikowe zwierzątka. Malutka owieczka podeszła zaprowadzona rączką Różki do Jezuska. "A owieczka polizał małego Jezuska"
Nie pamiętam czy pasterze w tej opowieści przynieśli Jezuskowi jakieś prezenty... może Kasia pamięta i uzupełni jeśli pominęłam ten ważny aspekt. Na koniec Różyczka spojrzała na mnie uważni i z pełną powagi miną spytała: "Ciociu, a ty słyszałaś już tą historię?"
Zdjęcie Różyczkowej szopki - Z bloga Kasi. Proces tworzenia, szczegółowe opisy i zbliżenia znajdziesz w Kasi blogu, do którego link zamieszczam tutaj.
I to jest zupełnie niezwykłe u małych dzieci. Inaczej widzą świat. Wszystko co dla nas znane przeżywają "pierwszy raz"! Każdy ten pierwszy raz małego dziecka można złapać i poczuć, że samemu też pierwszy raz się tą historię przeżywa! Ja mam dużo takich pierwszych razów już na koncie. Pierwszy raz opowiadałam o Narodzeniu swoim starszym córkom dwa lata temu, Łusi - w zeszłym roku (w tym roku już rozpoznała figurki szopki podczas wyjmowania ich z pudełka), w tym roku pierwszy raz opowiedział mi opowieść moja bratanica.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























