wtorek, 4 czerwca 2013

Politycznie niepoprawne

Dziewczynki moje wypełniają czasem karty pracy w swoich podręcznikach...
Przyznaję się bez bicia, choć troszkę mi wstyd, że zamiast wszystko samodzielnie przez cały rok przygotowywać, drukować, śledząc podstawę  stworzyć własny, mądry program kupiłam dwa zestawy zalecanych przez szkołę podręczników. Poszłam na łatwiznę, rumienię się troszkę z tej przyczyny, ale tylko w tym roku przysługiwało nam dofinansowanie pokrywające koszt zakupu tych podręczników - okazja jedna na tysiąc przetestowania książek. Poza tym akurat cały rok szkolny - równiutko 9 miesięcy od sierpnia - z dnia na dzień coraz większa rosła nasza piąta córeczka, bezpiecznie ukryta pod moim sercem. A kobieta w stanie błogosławionym senna bywa, zmęczona, w moim przypadku dochodzi też pewna ociężałość umysłowa. Nie żebym specjalnie głupiała... ale miewam kłopoty z koncentracją, "ogarnianiem", cierpliwością. I tu funkcja gotowego programu i podręczników miała być prosta. Pilnowanie sensownego rozkładu obowiązkowego do egzaminów materiału oraz podstawowy zasób kart pracy i ćwiczeń. Ewentualnie inspiracja do tworzenia własnych. Teraz, tak na marginesie tego tekstu, he he, muszę się uśmiechnąć - żartobliwie, ironicznie - do tej inspiracji. Były nią, a jakże, podręczniki! Ale jaką!? Powstaje powolutku taki post niewielki opisujący różne podręcznikowe zadania. Nie będzie miłosierdzia ni litości. Będzie ubaw. Będzie "teksańska masakra piłą tarczową" - w roli piły tarczowej wystąpię osobiście.

Podręczniki spełniają poniekąd swoją rolę, przynajmniej tę przypisaną im przeze mnie. I czasami do nich sięgamy. Zwłaszcza zaś wtedy gdy różne losowe sytuacje (na przykład poród) utrudniają samodzielne zaplanowanie zajęć. Wtedy sięgamy po podręczniki, przerzucamy kartki i robimy to co ciekawe, przydatne, konieczne, ignorując to co głupie i bez sensu. (Metoda doboru zadań jest prosta: to co ciekawi dzieci a poza tym trening czytania, pisania, liczenia, pojęć matematycznych).
Dziś sięgnęłyśmy po książeczki a tam temat dnia: Dzieci z różnych stron świata. Niespójne i niekonsekwentne, część zadań mało ambitna a część dość trudna. Wszystkie powierzchowne. Ale obrazki kolorowe a do nich prosty tekst - do wykorzystania jako trening czytania, oraz ćwiczenie w uzupełnianiu tekstu - element treningu pisania. Cała rozkładówka - dwie strony - zapełnione obrazkami dzieci z różnych stron świata. Każde dziecko podaje prostą informację dotyczącą swojej ojczyzny i jej stolicy, swoje imię,  oraz prezentuje zdjęcie tego co najbardziej charakterystyczne dla jego kraju. Tylko chłopiec z Polski imienia nie ma a zadanie dla dziecka wypełniającego ćwiczenie to wymyślić imię polskiemu chłopcu i je wpisać.
Chłopczyk w czapeczce z daszkiem, z deskorolką, sympatyczny i uśmiechnięty spogląda na nas z obrazka. "Ja nie będę tego robić!" znienacka oświadczyła  moja Helenka z naburmuszoną miną.
"Czemu?" zdziwiłam się.
 "Bo ja bym chciała żeby to była dziewczyna a nie chłopak! Chcę napisać imię dla dziewczynki!" marudziła Hela. Zirytowałam się, wszak wpływu  na obrazek nie mam.
"To napisz: Anna Grodzka i nie zawracaj mi gitary!" wymruczałam pod nosem. Za głośno. Teraz zdziwiły się moje starsze córki obie.
"Dlaczego: Anna Grodzka??"
No i co ja narobiłam najlepszego... niewyparzona gęba moja.
"Jest taka.. taki... polityk, poseł. Był mężczyzną, ale postanowił zmienić płeć i zostać kobietą. Przeszedł odpowiednie zabiegi, brał specjalne leki i urosły mu piersi, ubiera się jak kobieta" córeczki zatkało.
"To tak się da???"
"No właśnie nie bardzo. Nie jest kobietą tak naprawdę, bo nigdy nie mógłby urodzić dziecka, nie ma takiej możliwości, bo nie ma właściwych organów wewnętrznych, jajników, macicy. A tymi piersiami, choć większe niż u mężczyzny, też dziecka nie mógłby nakarmić"  cierpliwie i łopatologicznie tłumaczę. "Ale ubiera się jak kobieta i twierdzi, że jest kobietą. I nazywa się Anna Grodzka." Szczęśliwie dobiłam do portu i zakończyłam tłumaczenie. Córki, już trzy starsze, zgromadzone wokół mnie, patrzyły z oczami jak spodki.
"Mamo, to jakieś bzdury!" oświadczyła Nadziejka.
"I maluje paznokcie?" dopytywała Hela.
"Tak."
"I nosi kolczyki?" spytała uśmiechając się z niedowierzaniem Łusia.
"Tak."
"I maluje oczy i usta?" drążyła Hela również z podejrzanym uśmiechem na twarzy.
"Tak"
"I nosi bransoletki i wisiorki?" upewniła się z roześmianą buzią i błyskiem łobuziaka w oczach Łusia.
W tle, za nami, Nadziejka chichotała już na całego.
"Tak."
"I chodzi w butach na obcasach?" teraz już rechotały wszystkie trzy.
"....pewnie tak...."
"I przebiera się w sukienki dla dziewczyn??" zaśmiewały się w głos.
"Tak" westchnęłam.
"Mamo! Przecież to jest strasznie głupie!"
"Prawda?"

"Patrzcie, cesarz jest nagi!" zawołało dziecko.  

niedziela, 28 kwietnia 2013

Tajemnice grafomotoryki czyli o tym co dobre dla małych rączek


Bardzo długo zabierałam się za napisanie tego tekstu. Wymagał przygotowania, planu, dokumentacji zdjęciowej, listy zaleceń od specjalisty, którą miałam "gdzieś na wierzchu". Poważna rzecz.  W rezultacie efektem długich przygotowań jest kilka zdjęć kiepskiej jakości, zgubienie listy zaleceń, plan zaś  zmieniał się tyle razy, że teraz już nie wiem, który jest najlepszy.
Spróbuję więc najprościej. Rozchodzi się o szlaczki. Szlaczki to ważna rzecz. Rodzice, ćwiczcie z dziećmi szlaczki. Bez szlaczków dziecko nie nauczy się pisać. Oprócz szlaczków koniecznie kolorowanie obrazków aby wyrabiać mięśnie dłoni. Szlaczki dla precyzji (oraz kształtowania kilku niezmiernie ważnych aspektów percepcji wzrokowej oraz koordynacji wzrokowo-ruchowej ale to za trudne do pojęcia więc nie będę tłumaczyć) oraz kolorowanie dla siły i wytrzymałości. Nie da rady inaczej. Co najmniej godzinę dziennie!
Jasne?

Żartowałam.

Tak naprawdę szlaczki i kolorowanie to ostatnie elementy treningu grafomotorycznego. Nie tylko ostatnie jeśli chodzi o kolejność wprowadzanych ćwiczeń, ale również ostatnie jeśli chodzi o potrzeby dziecka w wieku przedszkolnym. No owszem, testuje się dzieci pod tym kątem, młody człowiek (4, 5 latek) dostaje kartę i ma dokończyć szlaczek, ale tak naprawdę wcale nie musi tego ćwiczyć, żeby sobie poradzić z zadaniem. W każdym razie nie musi tego ćwiczyć w tej właśnie niemożebnie nudnej formie. To co teraz napisałam, to taka wielka, straszliwa tajemnica. Publiczna. Wiadomo to, ale się nie mówi. A rodziców i dzieci dręczy szlaczkami i kolorowaniem całych płacht papieru (pamiętaj żeby koniecznie pokolorować całe tło!!! Tak, tak, kredka jest cienka i nieładnie wygląda takie pokreskowane niebo, ręka boli i nudne to strasznie ale trzeba!!) Podejrzewam, że to z zemsty. Taka forma odegrania się: mnie kazali to znaczy, że teraz ja muszę (albo właśnie skoro mogę to będę) kazać innym! Żadnej innej sensownej przyczyny nie udało mi się znaleźć. Chyba, że założymy że ci co to zalecają zwyczajnie ograniczeni są. Ale nie śmiem taki podejrzeń wysuwać. W końcu ja tylko w garnkach mieszam.

Po co się to robi, cały ten trening małej motoryki? Czemu nie zostawić dziecku luzu, pełnej wolności? W końcu ingerowanie, przekonywanie i stymulowanie małego człowieka do jednej politycznie poprawnej politycznie techniki trzymania pisaka może być (i bywa!) rozumiane jako niepotrzebny przymus: "Dziecko sobie poradzi. Wypracuje własny, może nawet karkołomny ale skuteczny sposób..."  Pewnie tak, dzieci sobie radzą. :) Pytanie czy my, rodzice chcemy żeby zawsze i ze wszystkim musiały sobie radzić same? Czasem bywa tak, że mały człowiek ma zbyt duże lub zbyt małe napięcie mięśniowe, zaburzoną integrację sensoryczną, drobne nawet problemy neurologiczne. W takich sytuacjach warto ingerować, żeby pomóc. Dla wszystkich rodziców, którzy są gotowi akceptować rehabilitację, zajęcia z korektywy, trening Integracji Sensorycznej, rytmikę, gimnastykę łatwa do zaakceptowania będzie potrzeba ćwiczenia małej raczki. A reszty nie mam zamiaru przekonywać.
Nieprawidłowy chwyt (chwyt prawidłowy to taki, w którym pisak trzymany jest przez opuszki kciuka i palca wskazującego gdzie palce te są ułożone przeciwlegle do siebie ale symetrycznie nie nachodząc na siebie,  a leży na palcu środkowym, palce układają się w regularny łuk, nadgarstek swobodnie leży na stole, porusza się swobodnie), nacisk ręki z pisakiem na powierzchnię, zbyt mocno zaciśnięta dłoń utrudniają pracę reki i powodują, że to co może być świetną zabawą jest okropną męką. Rysuje oraz pisze się wolno, mało precyzyjnie, nieczytelnie, dłoń szybko się męczy. Nauka i praca wiążą się z bólem i nieustannym uczuciem porażki. To nie tylko mądrości wyczytane w poradnikach. Również nie tylko wiedza zasięgnięta z encyklopedii opisujących prawidłowy rozwój dziecka.  Dobrze wiem co mówię bo na początku edukacji przechodziłam przez taki dokładnie koszmar. Poza tym ważne jest uświadomienie sobie jak zbudowana jest dłoń dziecka. Tam gdzie my mamy kości maluch ma delikatne, miękkie chrząstki. Nie wolno takiej dłoni katować żmudnym i jednolitym treningiem bo można uczynić nieodwracalna krzywdę. Przesadzam? Wcale nie. Bić na alarm należy donośnie wszędzie tam gdzie małemu człowiekowi może dziać się krzywda, a zbyt intensywny, źle prowadzony trening może powodować zniekształcenie kostniejących chrząstek i kostek rączki i podobnie jak  dla kręgosłupa (który również kostnieje stopniowo) jest krzywdą nieodwracalną. Dlatego małe dzieci krócej pracują siedząc przy stolikach, zaleca im się więcej ruchu, i z tego samego powodu zabawy grofomotoryczne muszą, a nie tylko powinny być, urozmaicone.

Porządna lista ćwiczeń małej motoryki oraz treningu grafomotorycznego wygląda mniej więcej tak.
  • Już od 12 miesiąca życia bardzo istotne są wszystkie ćwiczenia, zabawy, zajęcia, w których mała rączka manipuluje przedmiotami.W tym wieku chwyt pęsetowy naturalnie przechodzi w chwyt szczypcowy. Dziecko ćwiczy bawiąc się klockami, samochodami, zwierzątkami, przekładając kartki w książeczce, wkładając przedmioty do kubeczka i wyjmując je, jedząc paluszkami, dłubiąc w piaskownicy (zabawy manipulacyjne). To są pierwsze ćwiczenia przygotowujące rączkę do pisania i rysowania.
  •  Lepienie: plastelina, ciastolina, glina, kulkolina, masy plastyczne, masa rehabilitacyjna (tę ostatnią odradzam bo droga, zamiast tego znalazłam produkt zastępczy, ciut tańszy, uwielbiany przez moją córkę, która właśnie ma problemy z napięciem mięśniowym w dłoniach a nie lubi przy tym mas, które się lepią do dłoni - ten produkt to masa mocująca np. Patafix UHU, córka sama odkryła zalety tego lepiszcza; poodklejała wszystkie obrazki w pokoju, ulepiła z masy kulkę i potrafi chodzić z tą kulką cały dzień miętosząc ją w palcach; po pierwszym ataku nieopanowanego gniewu - wszystkie obrazki zdjęte ze ścian -  uświadomiłam sobie, że problem treningu dłoni córka poniekąd rozwiązała sama - niech żyją dzieci!) Poniżej kilka zdjęć ilustrujących efekty naszych zabaw:

Ciastolinowa głowa - to tylko jeden przykład wybrany z parapetu, który obłożony jest tworami rak moich dzieci. Ciastolina cieszy się tak ogromnym powodzeniem, że swobodna zabawa nią nie trwa nigdy krócej niż półtorej godziny. Poza tym, że można ją wygodnie modelować a później dobrze się sprząta to jeszcze zasycha na kamień bez żadnego pieczenia. Moje córki robią ciastoliny sztuczne jedzenie, lepią Plastusie, zwierzątka, wycinają z foremek kształty, bawią się też zestawem "Cukiernia" gdzie z tej ciastoliny przy użyciu elementów zestawu można zrobić, lody, ciastka, gofry, i inne cuda. Zabawa jest przednia.


Kulkolina - dość duże, miękkie kulki zlepione w jedną masę. Fachowo się to nazywa pewnie inaczej, ale bywa dostępne zarówno w sklepach z akcesoriami rehabilitacyjnymi jak i w zwykłych papiernikach.



Korale z gliny, wykonane w pracowni ceramiki, wypalone, pomalowane i pokryte szkliwem. Zabawa z gliną - przewspaniała bo glina to jedyne w swoim rodzaju tworzywo, które zmienia swa twardość, daje się toczyć, kulać, rzeźbić, gładzić, wymaga delikatności, zaś po wypaleniu pozwala się jeszcze malować i jest naprawdę piękne. Wyszukanie fajnej pracowni lepienia i ceramiki polecam każdemu. (My korzystamy z oferty Domu Kultury, czasem taka pracownia organizuje zajęcia jednorazowo i wtedy nie trzeba zapisywać dziecka na cały rok - DKWłochy organizuje soboty i niedziele ceramiczne raz w miesiącu.) Poniżej jeszcze dwa zdjęcia samodzielnych prac w glinie: pierwsze prezentuje dzieła starszych córek - 6 i 7 lat, drugie prezentuje prace 4 latki.



  • Nawlekanie: koraliki na sznurki (i tu warto przyjrzeć się ofercie koralików, sznurków, gumek i żyłek), makaronu (takiego z dziurkami, jak się go jeszcze pomaluje to już w ogóle fajne rzeczy wychodzą - malowanie cienkim pędzelkiem klusek to też swego rodzaju ćwiczenie malej motoryki a pomalowany makaron nawleczony na sznurek to fantastyczny prezent na dzień babci, wszystkie babcie to kochają), korale jarzębinowe to też trening ciekawy, bo jarzębinki są małe, wymagają delikatnego trzymania, coby ich nie zgnieść a przy tym precyzji nawlekania bo zwykle nabija się je na igłę z nitką;  można takie nawlekanie zlecić nawet czterolatkowi. Poniżej kilka zdjęć, które zobrazują, mam nadzieję różnice w materiale. Bywa często, że nie zastanawiamy się nad tym zupełnie a nie jest to bez znaczenia jakie się wybiera koraliki i sznureczki. Młodszym dzieciom zwykle bardziej pasują duże korale, kolorowe, drewno to dobry materiał bo są dość lekkie, ale takie korale źle się nawleka na miękki sznurek, któremu w dodatku rozdwaja się końcówka. Wiele zestawów ma oryginalnie dodane sznureczki, mogą mieć one usztywnione końcówki: dłuższe lub krótsze. Do nawlekani małych i malutkich koralików dobrze sprawdza się tradycyjna żyłka, lub żyłka elastyczna, silikonowa jubilerska. Taka może być dodatkowo kolorowa :). Czasem wystarczy w pasmanterii kupić za 4zł woreczek koralików a do nich metr żyłki i już zabawka gotowa. Myśmy od takich zabaw zaczynały 4 lata temu, teraz mamy już zgromadzony pokaźny zestaw różnych, tutaj tylko kilka rodzajów. (Córeczki bardzo lubią przygotowywać własnoręcznie prezenty tą metodą). Jeszcze łatwiejsze i tańsze rozwiązanie to nawlekanie na żyłkę guzików. Warto guziki zbierać, my odcinamy je od każdego zniszczonego ubrania bo służą nam również jako materiał matematyczny (segregowanie, klasyfikowanie, przeliczanie, porównywanie), a czasem dziewczynki bawią się robiąc z nich naszyjniki, magiczne medaliony itp.
Sensowny zestaw: rozmaitość koralików, wygodny sznurek z długą usztywnioną końcówką. Nawet moja 2,5 latka sobie radzi (oczywiście tylko pod opieką z powodu ryzyka połknięcia).

Ku mojemu zaskoczeniu najmniejsze koraliki i żyłka to ulubiona zabawa najstarszej, tej właśnie córci, która ma największe problemy z małą motoryką. 

A tak potrafią różnić się końcówki sznureczków. Warto zwrócić uwagę - ten bez usztywnienia bardzo zniechęca bo utrudnia pracę.

A tu porównanie efektów godzinnej pracy, zupełnie swobodnej. Dobra, ja bym tego nie założyła, ale ćwiczenie było świetne.
  • Segregowanie: zabawa w Kopciuszka ;) - koralików lub  mieszanki fasoli (wiele odmian dostępnych sprawia, że zabawa jest przednia bo różnią się kształtem, kolorem i wielkością), grochu, klusek. Brakuje i zdjęć całej zabawy ale może to i dobrze... robimy tak: z pojemnika wysypujemy na dużą miskę a potem dziewczynki segregują fasolki do różnych miseczek, garnuszków itd. Czasami robią to malutkimi łyżeczkami. Zwykle jest to jakoś powiązane z zabawą w gotowanie. Zabawa ma wiele dodatkowych aspektów (analiza wzrokowa, umiejętność segregacji, klasyfikowanie, koncentracja itd), ale dla mnie i tak najważniejsze jest, że potrafią to robić długo i spokojnie. ;)

  • Przenoszenie wody pipetką - wodę można zabarwić barwnikiem, farbką wtedy jest ciekawiej, a zabawa pipetką wymusza właściwy chwyt, pomaga ćwiczyć właściwe napięcie mięśniowe, wymaga treningu precyzji. Zdjęć brak. Zwykle jestem zbyt zajęta wycieraniem wody. Osobiście nie przepadam za tą formą, bo wiąże się z bałaganem, ale dzieci ją lubią. Warto takie zabawy organizować na dworze, balkonie, w łazience, na stole przykrytym ceratą.
  • Zabawy pęsetą - cel i przebieg ćwiczenia podobny jak wyżej, warto tu zauważyć, że gdy się taką małą fasolkę pęsetką chwyci to potem nie można za mocno ścisnąć... świetna zabawa (zwłaszcza dla mamy goniącej fruwające jak z procy fasolki po całym domu) ale przede wszystkim znakomite ćwiczenie.
  • Koraliki PYSSLA - układanie na podkładce z wypustkami plastikowych malutkich koralików, w IKEA ta zabawka funkcjonuje jako PYSSLA korale z podkładkami, łącznie cena zestawu to około 25 zł, więc nie majątek. Niewykluczone, że taką koralikową mozaikę daje się też kupić u innego producenta, nie reklamuję sklepu tylko rodzaj zabawki. Ułożone na podkładce koraliki zaprasowuje się żelazkiem, przez pergamin i powstaje wtedy obrazek, mała mozaika, wisiorek... Najważniejsze, że można się długo zachwycać efektem, to zawsze jest skuteczna motywacja. 
Pyssla IKEA

  • Gry ćwiczące małą motorykę Granny: "Sznurki i dziurki", "Guzik z pętelką" - przewlekanie sznurków przez dziurki w kartonikach, pomoc taką można również wykonać samemu, wtedy zabawa jest podwójna.




  • Pomoce typu Montessori: but do sznurowania (łatwo dostępny w sklepach z pomocami), duży prostokąt materiału z wszytym suwakiem, zatrzaskami, rzędem guzików i dziurek oraz sznurówka, czyli dwa rzędy dziurek oraz sznurek do zasznurowania (coś takiego można zrobić samemu, wystarczy naszyć na spory prostokąt sztywnego płótna lub innego dość grubego materiału wycięte ze starych ubrań zapięcia) Myląca może być sugestia, że to są tylko pomoce Montessori, nasi polscy terapeuci nawet ci nie korzystający z metod Montessori stosują takie pomoce. Żeby już być ścisłym zabawy pęsetą i pipetką również zalecane są przez Montessori warto więc rozejrzeć się po blogach miłośników mądrej Włoszki i poszukać tam innych inspiracji (nie mam tych pomocy i nie mam zdjęć).
  • Obieranie mandarynek :) super zabawa! Dobre ćwiczenie małej motoryki a przede wszystkim zajęcie z silna motywacją - "rączki muszą się przy tym trochę napracować, ale to dla nich bardzo wszechstronne ćwiczenie. No i najlepsze, że cała "praca" odbywa się zupełnie przy okazji, niepostrzeżenie" (cytuję osobę polecającą taka zabawę.)
  • Naklejanie, wycinanie, wydzieranie: książki z naklejkami, lub naklejki kupione samodzielnie, ale też wycinanie z kolorowych papierów samoprzylepnych lub zwykłych i tworzenie wyklejanek - wymaga sporej precyzji podczas wycinania i wyklejania, dla młodszych dzieciaków zamiast wycinanek polecam prace metodą wydzieranek, z papieru, z kolorowej krepiny; później można tworzyć z wydzieranki pracę metoda kolarzu, z wydzieranki z krepiny powstają fajne prace gdy się wykleja obrazek z utoczonych z niej kulek i wałeczków; również wyklejanie obrazków kulkami waty: owieczki, bałwanki, chmurki i nieśmiertelne wyklejanie plasteliną (którą można rozcierać po papierze, lub przyklejać do niego w formie wałeczków). Zdjęcia prezentują prace moich młodszych pociech, 4 latki - serduszko, a dynia i dziwne coś 2,5 latki. 



  • Origami: techniki składania papieru wymagają spokoju, precyzji, skupienia i są dzięki temu świetną zabawą i znakomitym ćwiczeniem dla rączek; dla maluchów, już od trzeciego roku życia polecam "Magiczne kółeczka" D.Dziamskiej, czyli origami płaskie z kół, dla starszych dzieci wybór technik, prac, tematów jest przeogromny zaś przewodniki i książki instruktażowe Doroty Dziamskiej warte uwagi i godne polecenia (często są dostępne w bibliotekach dla dzieci, zanim się kupi można przejrzeć, wybrać...) Wrzucę jedno zdjęcie a co, znów praca mojej czteroletniej córki - mysz akurat dość prosta ale od początku do końca zupełnie samodzielna.

  • Układanie mozaiki (polecam Mozaikę Montessori - Expedis, ale można tez samodzielnie stworzyć układy mozaikowe z dowolnej drewnianej, kolorowej mozaiki),  puzzli - tak, tak, to też trening małej motoryki, dopasowywanie precyzyjne elementów.
  • Kalkowanie: szlaczki, obrazki, kształty figur - można się na przykład samemu z dzieckiem pobawić w przygotowaniu kilku szablonów do kalkowania, podstawowe wzory to : proste kreski poziome i pionowe, skośne kreski, krzyżyki, znaki "X", kółka, ślimaki, fale, trójkąty, góry, "falbanki", pętelki (ćwiczenie tych znaków przygotowuje do pisania liter pisanych), ale jeśli dziecko nie chce i nie lubi bawić się w kalkowanie tych kształtów, to zawsze można wydrukować jakiś schematyczny obrazek chmurki, gwiazdki, słoneczka, kwiatka , serduszka, dinozaura, smoka, czołgu... i taki obrazek przekalkować. Na przykład kota. (Dzieło czterolatki)

A poniżej kwiat w trakcie kalkowania (również rączką czterolatki):


Jeden z wykonanych przeze mnie szablonów do kalkowania, markerem na tekturce, to materiał dla młodszych córeczek: 



  • Ćw. grafomotoryczne niestandardowe: rysowanie po śladzie obrazek jednym ruchem ręki bez odrywania pisaka od papieru, obrazek składa się z linii prostych, falistych, pętelek, można rysować go po śladzie, kopiować wzór, kalkować (przez pergamin do pieczenia - polecam biały w arkuszach, wychodzi zdecydowanie taniej niż kalka). Zestaw takich wzorów do rysowania po śladzie zakupiłam w postaci dodatku do Kuferka Juki a następnie zeskanowałam i teraz mogę drukować i drukować. Dziewczynki się o te obrazki prawie biją. Obrazki są proste, jak wiat, kot czy ślimak i trudne jak choćby zając, czy ryba. Są też dwuręczne - takie, które trzeba rysować dwoma rączkami jednocześnie - poniżej na zdjęciu jeden z najtrudniejszych dwuręcznych: koty. (Dostępne na rynku materiały do pracy tą metodą to "Ćwiczenia grafomotoryczne według Hanny Tymichowej" i w ogóle szukając w internecie informacji na temat metody Hanny Tymichowej można zdobyć sporo wiedzy na temat rozwoju motoryki małej. Polecam.) 



  •  Filcowanie (na sucho i mokro - tak tak, wymaga precyzji, efekty są ciekawe, naprawdę spora frajda dla dzieciaków) - filcowanie na mokro to ćwiczenie mięśni rączki, jest też fajnym relaksem, powinno pomagać w rozluźnianiu mięśni takie toczenie kulek z wełny, a filcowanie na sucho, zabawa dla ciut starszych (choć można już zaryzykować pracę z czterolatkiem) wymaga precyzji, a przy tym delikatności bo zabawa polega na dźganiu kłaczków wełny specjalną igłą tak żeby tej igły nie połamać, więc dźgnięcia nie mogą być zbyt mocne ;).
  • Przyszywanie guzików.
  • Prace domowe: pieczenie ciasteczek - w szczególności ugniatanie ciasta kruchego tudzież piernikowego i formowanie ciasteczek (wycinanie z pomocą foremek ale równie zabawne bywa lepienie samodzielnie serduszek, ślimaków z utoczonych wcześniej wałeczków, a dla pięcioletnicj i starszych dzieciaków fascynujące może być formowanie z wałeczków utoczonych z ciasta całego abecadła!). Wraz z bratową w pieczenie ciasteczek z dziećmi bawimy się już od czasu gdy nasze córcie ukończyły dwa latka. Ryzyko takiej zabawy jest podwójne: najedzą się surowego ciasta jeśli się nie upilnuje i kształtowanie we wczesnym wieku niewłaściwej postawy - jeśli piecze się te ciasta z córką. [oczywiście ta ostatnia uwaga jest złośliwa, ale biorąc pod uwagę współczesna modę na "równość płci" powinnam zalecać pieczenie ciastek chłopcom a odradzać dziewczynkom...]
  • Prace domowe, odsłona druga: wkręcanie śrubek. Palcami. Śrubokrętem. Prawdziwych śrubek! Ale jak to? Prosto. Jest zabawka na baterie? To pozwólmy dziecku wymienić te baterię samodzielnie. Moja bratanica - jeszcze nie ukończyła 5 lat - sobie poradziła :). Ach, warto było posłuchać z jaką dumą o tym opowiada! Warto szukać takich pozornie dziwnych, nietypowych aktywności, bardzo realnych i oczywistych.
  • Malowanie: palcami, różnej grubości pędzlami najlepiej tez jest przy różnych okazjach nabywać zestawy pędzelków z różnych materiałów, różnej grubości i twardości włosiem. malowanie różnego rodzaju farbami: akwarelowymi, plakatowymi, akrylowymi. W planach mam wykonanie z dziewczynkami serwety albo zasłonek do ich pokoju przy użyciu farb do materiału. Kiedyś wymalowałam sobie takimi farbami  spódnicę "stemplując" ją własną dłonią. A inne ciekawe rozwiązanie to farby do szkła - zestawy dla dzieci, oraz farby do ceramiki. Można kupić zestaw białych filiżanek na wagę, kilka podstawowych kolorów farb wraz z konturówką i samodzielnie wykonać unikalny serwis do herbaty... lub wazon z butelki po soku. Możliwości są niemal nieograniczone. Czasami też w sklepach z zabawkami trafiają się takie "zabawki": parasolka do własnoręcznego pomalowania, naczynka dla lalek do własnoręcznego pomalowania. Zwykle adresowane są dla ciut starszych dzieci, na przykład od 7 roku życia, ale to tez jest czas, gdy warto urozmaicać aktywność manualną.
  • Wycinanki: podobnie jak przy malowaniu, rysowaniu czy nawlekaniu istotne jest narzędzie, warto poświęcić trochę czasu i namysłu nim się je wybierze, nożyczki nożyczkom nie równe; mogą być małe, do paznokci, ciut większe - do brody (mają zaokrąglone końcówki), typowe dla dzieci (u nas królują Stadlera ale na rynku jest tego naprawdę sporo - bardzo ważne jest też, którą ręką dziecko pracuje, okres ciemnoty się skończył i jeśli dziecko pracuje lewą ręką to swobodnie kupuje się nożyczki dla leworęcznego); wiem jakie ceny potrafią osiągać dobre narzędzia, ale nie powinno się na nich oszczędzać, kiepskie nożyczki, które szarpią papier, lub maja za duże i niewygodne uszy będą zniechęcać do pracy (u nas dobre nożyczki służą już czwarty rok, opłaciło się zainwestować w nie kilka złotych więcej).
  • Stemplowanie (stempelki można zrobić samemu - z ziemniaka, jabłka, gąbki, styropianu -lub kupić zestaw stempelków).
  • Budowanie z klocków oczywiście, polecam szczególnie klocki Lego, wiem, że drogie i w ogóle, ale maja pewne zalety, których brak innym (zarówno Duplo jak i tradycyjne małe), główna zaleta to jakość, świetnie się łączą. Czasami dają się kupować na allegro na kilogramy. Również budowanie z klocków drewnianych i klocków konstrukcyjnych wymagających precyzji łączenia elementów.
  • Rysowanie i pisanie w kaszy mannej lub piasku (wystarczy duża płaska blaszka - jak do pieczenia szarlotki - lub drewniana tacka jako podstawa, trzeba wysypać na nią warstwę kaszy by równo zasypać dno) - zabawa polega na rysowaniu własnych znaków, obrazków, symboli, szlaczków lub rysowaniu po śladzie albo przerysowywaniu z wzoru, narzędzia mogą być różne: palec, długi patyczek, druga strona długiego pędzla, palec, lub trzy palce (kciuk, wskazujący i środkowy) złączone w charakterystyczny dzióbek. Jest to świetne ćwiczenie bo pozwala skupić się na odwzorowywaniu - niezbędny element percepcji wzrokowej - bez utrudniającego koncentrację  nadmiernego napięcia mięśni i dociskaniu pisaka do podłoża. Pisząc w kaszy łatwiej pracować nad tymi aspektami, łatwiej również wprowadzać nowe znaki i symbole oraz ćwiczyć je. Najpierw na tacce z rozsypaną kaszą pisze się palcem, później dzióbkiem z trzech palców, potem dłuuugim patyczkiem trzymając za sam jego czubek, lub już normalnie, nisko; różnica między taką zabawą a pisaniem kredkami jest taka, że dziecko nie musząc dociskać pisaka do podłoża nie zaciska ręki, a jak nie zaciska ręki to chętniej daje się namówić na układanie palców w dzióbek czyli na prawidłowy chwyt... u nas bardzo skuteczne :)




  • Rysowanie palcem w powietrzu, palcem po ścianie, palcem po stole (to następny etap ćwiczeń przygotowujących do nauki pisania, nie będę go opisywać za to zainteresowanych odsyłam do Metody Dobrego Startu http://www.martabogdanowicz.pl/metoda-dobrego-startu)
  • Kreda: rysowanie po tablicy, rysowanie na chodniku (widziałam kiedyś sporą część alejki w parku ułożonej z kostki i wymalowanej kredą tak, że powstała fantastyczna, bajecznie kolorowa mozaika) - tutaj niewątpliwą zaletą kredy jest jej grubość, cienkiej kredy nie warto kupować, trudniej ją do chodnika docisnąć bo szybko się łamie, zdecydowanie największy sens ma gruba, kolorowa kreda.
  • Rysowanie specjalnymi kredkami w wannie to świetna zabawa i tak bardzo różniąca się od tradycyjnych metod, że czasem dziecko, które nie znosi rysować na papierze w wannie i na kafelkach tworzy przepiękne prace.
  • Rysowanie na papierze (czy nawet kolorowanie...) - wcale nie musi być nudne: po pierwsze wybór tematu, obrazka, wielkości (mały obrazek z książeczki czy wielki plakat?) po drugie - materiały!! czym rysować może dziecko? Trójkątne kredki wydają się być najlepszym pomysłem, bo stymulują  właściwy chwyt, czyli trzy palce na trzech ściankach pisaka: wskazujący, kciuk i środkowy tworzą "dzióbek", kredka leży na środkowym palcu a wskazujący i kciuk prowadzą. Ale przecież nie każdemu psu - Burek. Był taki czas, że moja najstarsza od trójkątnych wolała grube okrągłe ołówkowe Domino. I to druga cenna cecha kredek dla młodszego dziecka. Polecam kredki grube. Odradzam cienkie (choć czasami cienkie kredki są dobrym uzupełnieniem "szwedzkiego bufetu kredkowego" bo łatwiej nimi pokolorować szczegóły), często powodują one, że dziecko za mocno zaciska na nich rączkę. Kolejna cenna cecha kredek to jakość grafitu. Zbyt twardy powoduje, że dziecko mocniej dociska kredkę do papieru by uzyskać bardziej intensywny kolor. To może niekorzystnie wpływać na napięcie mięśni, szybciej też rączka się męczy. Wiele kredek ma grafity kiepskiej jakości, takie, które po spadnięciu na podłogę kłamią się w środku kredki. Beznadzieja.  Mam w domu 5 rodzajów kredek (grube okrągłe i trójkątne, cienkie, świecowe grube i cienkie) tak, żeby każda panna mogła samodzielnie wybrać, zmieniać chwyt, urozmaicać itd. Gdy widzę nowe ciekawe kupuję, kredek nigdy za dużo.  Jednak wybierając kredki trzeba uważać by nie dać się złapać w pułapkę. Popularność kredek trójkątnych spowodowała, że powstają dziwaczne i raczej szkodliwe potworki.  Wśród tradycyjnych kredek świecowych zdarzają się kredki świecowe, trójkątne ale płaskie. Nie będą one kształtowały chwytu bo brakuje im jednej  ścianki :) tylko fajnie wyglądają. Odradzam. Podobnie odradzam cienkie kredki ściśle zalepione papierkiem, po pierwsze łatwo się łamią a po drugie niewygodnie się je "obiera" z papierka, gdy się już obierze wtedy mogą ślizgać się w rączce. Z kredek świecowych polecam za to grube, mogą być okrągłe ale raczej bez żadnych papierowych oklein.  Wyszukałam w pewnym sklepie internetowym ciekawy pomysł - świecowe kredki w kształcie ostrosłupa prawidłowego trójkatnego, wyglądają jak kolorowe trójkątne klocki.  
Kredki Triwrite
Fascynują mnie, wyglądają naprawdę sensownie, zwłaszcza jako narzędzie pracy dla małego, dwu - trzyletniego dziecka. Zalety? Poniekąd wymuszają prawidłowy chwyt (jak się nie złapie tak są trzy ścianki) a jednocześnie pozwalają chwycić kredkę całą piąstką, pewnie i wygodnie, każda kredka ma też kilka czubków, kilka boków i kilka ścian, co gwarantuje urozmaicenie rysowania :). Wada kredek to ich cena. Ale moim zdaniem warto. [Tutaj link do sklepu, który ma/miał? w ofercie takie kredki: http://www.prolis.pl/przybory-szkolne/268-kredki-triwrite.html].
Inne ciekawe kredki to kredki Kamyki:
Crayon Rocks
Mają dobry kształt, wygodnie leżą w małej rączce, są wykonane z naturalnych i bezpiecznych materiałów, świetne dla maluchów; podam tutaj link, dla osób zainteresowanych pełnym opisem. http://www.ekorodzice.pl/kredki-crayon-rocks,82,566,1388.html
  •  I na koniec jeszcze jeden ciekawy aspekt. Kredka powinna cała być w takim kolorze jakim rysuje. Oczywiste? Niekoniecznie. Jeśli kupisz kredki w IKEA to będą albo wielościenne w kolorze jasnego drewna, albo - widziałam raz takie - super eleganckie, czarne, trójkątne i cienkie. Ładnie wyglądają. Podobają się zwłaszcza rodzicom. Ale jak po takim malutkim czubeczku rozpoznać kolor grafitu? Nie jest łatwo. Cienkich nie kupowałam, więc nie wiem jak zareagowałyby na nie dzieciaki ale raz skusiłam się na zestaw MALA, grube wielościenne, drewniane i w kolorze drewna. Kiepsko idą. Moje dziewczynki niechętnie po nie sięgają. W porównaniu z zestawem Stabilio TRIO są wybierane wręcz żenująco rzadko. Nawet takie miękkie, tanie ze sklepu "wszystko po 5 zł" mają większe wzięcie. Wrzucam tu kilka zdjęć, które pozwolą obejrzeć te kredki i porównać stopień zużycia a to już wiarygodna informacja na temat tego, co dzieci wybierają. Kredki kupowane były w kolejności takiej: Domino, IKEA, Tropicolors - cienkie, Cool School  trójkątne- wszystko po 5 zł, Stabilo Trio. Od razu widać, że drugie w kolejności kupione IKEA MALA są najdłuższe, a najpóźniej kupione Stabilo Trio dorównują niemal stopniem zużycia tym, które były kupowane wcześniej. Mają wzięcie, naprawdę. 






  • Trójkątne nakładki na ołówek: jest dużo rodzajów, pasują na cienkie i grube ołówki oraz kredki. Jeśli chce ci się inwestować można kupić komplet takich nakładek na kredki, zdecydowanie skuteczniej stymulują właściwy chwyt niż nawet najlepsze trójkątne kredki. Oczywiście najlepsze są nakładki profilowane, czyli takie, które mają kształt odpowiadający właściwemu ułożeniu palców na pisaku, miejsce na każdy palec ma inny trochę kształt. Jeśli decydujemy się na takie nakładki musimy pamiętać żeby obracać nakładkę na kredce czy ołówku. O co chodzi? Jeśli dziecko trzyma kredkę zawsze tą samą stroną do kartki to grafit spłaszcza się z jednej strony i w pewnym momencie pomimo, że kredka czy ołówek są zatemperowane, to zaczyna się zachowywać jakby się "wypisywała", sunie mało precyzyjnie, zostawia szeroki, jasny ślad, ślizga się po kartce... Człowiek naturalnie i trochę nieświadomie obraca kredkę czy ołówek w palcach podczas rysowania, nakładka profilowana taki naturalny obrót uniemożliwia... trzeba w tracie pisania okręcać nakładkę wokół ołówka by zmieniać stopień przyłożenia grafitu do powierzchni. Podam od razu link do sklepu, który takie nakładki sprzedaje, ma sporą ofertę choć nie wychodzi wcale najtaniej: http://www.prolis.pl/28-nakladki-na-olowek-i-dlugopis; Pozwolę sobie również wrzucić w tym miejscu sensowne zestawienie, znalezione w sieci - i kamień z serca, bo myślałam, że będę musiała tę katorżniczą robotę wykonać sama (zamieszczanie zdjęć, opisy itd).
  • Zupełną nowością jest dla mnie również ołówek Stabilo Easyergo, niestety kosztuje majątek (30zł), ale warto go sobie wyguglać, obejrzeć i przemyśleć jego kupno. Trzymałam go w ręku, jest znakomity. W moim odczuciu bije na głowę wszystkie nakładki. Ale nie testowałam go dłużej, nie wiem jakie ma minusy a nieznajomość minusów zawsze sprawia, że czuję się niepewnie. W każdym razie wyprofilowany jest bardzo dobrze, pozwala na obracanie go w dłoni bo wszystkie "wcięcia" są takie same a mimo to pasują do wszystkich paców. Jest dość gruby więc dobrze leży w dłoni, wkład jest wysuwany, wygodny, dość gruby, ładnie pisze. Moc pozytywów. Cena zabójcza. Do zastanowienia.

Poniżej podaję link do strony, z której pochodzi zamieszczony obrazek i opisy chwytów prawidłowych oraz nieprawidłowych; znajduje się tam też opisem zalet i zastosowań poszczególnych typów nakładek na ołówki i kredki, oraz zdjęcia tych nakładek: http://www.zabawkowicz.pl/zabawka/2403,praktyczne-nakladki-na-pisaki.html. Myślę, że to zestawienie powinno być pomocne w wyborze narzędzia do pracy. 
  • Trójkątny ołówek, długopis: bez najmniejszego problemu można też zaopatrzyć się w profilowane trójkątne ołówki - grube i cienkie - i takie tez długopisy. Wada grubego trójkątnego ołówka jest taka, że ma on gruby grafit. Kreska, którą zostawia jest dość gruba. Moja córka narzeka, że jest "za jasna". Zamieniłam gruby ołówek na cienki z nakładką i jest ciut lepiej. Ale tez ołówek ołówkowi nie równy, wiele zależy od twardości grafitu, od temperówki lub metody ostrzenia tegoż ołówka... jest co testować.
  • Pisanie palcem lub rysikiem po tablecie. Lub telefonie z ekranem dotykowym. Albo korzystanie z laptopa z wbudowaną w niego myszką. Czasem zastanawiam się, czy to ćwiczenie nie jest najlepsze z wszystkich.
  • Książeczki suchościeralne: kartki pokryte folią tak, że książeczkę można wielokrotnie wypełniać flamastrem suchościeralnym. U mnie w domu maja ogromne wzięcie, a najstarsza córka, nieznosząca tradycyjnych szlaczków przy tym ćwiczeniu potrafiła spędzać całe godziny. Trzy lata temu kupiłam pełny zestaw takich książeczek wydawnictwa Aksjomat ("Moje pierwsze szlaczki, cyferki, wyrazy" - dla 4 latka, oraz "Bawię się i piszę. Zmywalny papier" dla 5 i 6 latka - w zerówce. Dla dzieciaków w klasie pierwszej można już trafić naukę pisania liter na zmywalnym papierze.) Widziałam książeczki z nauką cyferek i literek pisanych dla pierwszoklasistów wydane przez Olesiejuka. Nie jest to już tak bardzo wygodne, bo flamaster daje dość grubą kreskę a ślad pisanej literki powinien być dość cienki... ale zawsze jakieś urozmaicenie.
  • Tradycyjne "szlaczki": łatwo osiągalne na chomiku - zwykle udostępniane do ściągnięcia i wydrukowania, również w księgarniach z pomocami edukacyjnymi (trochę mam pdf, jeśli ktoś pragnie i potrzebuje można poprosić a ja postaram się wysłać, ale zastrzegam sie od razu, że mam niewiele, można również wydrukować ze strony: http://www.kaligrafowanie.pl/). Od jakich zaczynać z małymi dziećmi? Kreski proste i pochyłe, kółka, owale. Później kształty szpiczastej góry i takie same do góry nogami, dołki i zaokrąglone górki, fale małe i duże a potem połączone na zmianę raz takie raz takie. Dopiero później włącza się pętelki, a pętelek też jest kilka rodzajów: gdy zaczyna się rysować od góry a zawija je w lewo lub w prawo i wraca w górę (na przykład w literce "y" będzie występować taka pętelka), lub gdy zaczyna się od dołu i po zawinięciu pętelki wraca w dół (w pisanej literce małej "f"), albo też gdy zaczyna się na górze a po zawinięciu pętelki kreskę prowadzi się prostopadle (wielka pisana literka "L"). Uzasadnione są więc ćwiczenia - przygotowują do pisania liter, nieuzasadnione jest za to wprowadzanie ich zbyt wcześnie. Lub zmuszanie dzieci do męczącego treningu. Ćwiczenie tradycyjnych szlaczków też może być ciekawe. Fale, góry, pętle można ćwiczyć bawiąc się na wielkim kartonie w slalom rysowany kolorowymi markerami pomiędzy kasztanami, guzikami, klockami itp. Również wiele kart pracy tworzonych jest z myślą o nauce przez zabawę - moje córki chętnie po nie sięgają, choć oczywiście wypełniają je po swojemu i różnymi narzędziami kolorując i ozdabiając. Tradycyjne szlaczki, jeśli wykonujemy dziecku samemu kartę pracy powinny  być realizowane według  pewnego stałego układu. Najpierw rysowanie po śladzie, później kalkowanie, łączenie kropek, dopiero potem samodzielne kończenie. Warto też bawiąc się szlaczkami sięgać po urozmaicone narzędzia i materiały: kredę na chodniku, czarną tablicę, tackę z kaszą manną, farby i pędzel na długim patyczku, malowanie na wielkim kartonie, grube markery na dużych arkuszach... Zamieszczam tu tylko trzy zdjęcia tradycyjnych szlaczków, za to każda karta z innego źródła. Wbrew pozorom czasami dzieci sięgają po takie karty samodzielnie i chętnie. W przypadku moich córek zwykle wystarcza, że pozwalam szlaczki robić "na kolorowo" ;), ale takie tradycyjne karty wykorzystujemy najrzadziej, choć w przypadku dziewczynek w wieku szkolnym dbam o konsekwencję i regularne wykonywanie tych ćwiczeń kładąc nacisk na technikę pisania oraz łączenia elementów. Ale to już materiał na tekst o nauce pisania.





Na sam koniec dodam, że zetknęłam się z opinią, że nauka prawidłowego chwytu to tresura, że to niepotrzebne, może wręcz szkodliwe. "Co taka osoba, niewłaściwie chwytająca pisak traci?" Teoretycznie traci czas, bo pisze wolniej, czasem traci czytelnika bo zwykle pisze mniej czytelnie, ochotę do pisania bo ręka się szybciej męczy, niewykluczone również, że wpływa to na jakość pracy tej dłoni na starość... ale nie wiem. Może właśnie nie traci nic. Poza nerwami w szkole, gdzie wciąż poucza ja nauczyciel. W dzisiejszych czasach dominuje pisanie na klawiaturze więc niewykluczone, że dziecko miast ślęczeć nad szlaczkami powinno trenować Mistrza Klawiatury... Ale ponieważ większość opisanych przeze mnie ćwiczeń to różnorodne i ciekawe formy aktywności, więc sądzę, że przeciwnik  tresury nakładkami spokojnie odrzuci akapit o tychże nakładkach a wykorzysta resztę.

W tekście wykorzystałam zalecenia pedagogów terapeutów z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznych (różnych, bo w różnych bywałam), pomysły Montessori, pomysły znajomych rodziców z grupy Edukacja Domowa na fb rzucone w dyskusji, która miała miejsce około rok temu przez nich testowane, pomysły własne i mojej bratowej Kasi przetestowane przez nas. Strony oraz propozycje wydawnicze, które uważam za dobre, wartościowe, godne uwagi i polecenia dla zainteresowanych tematem. Oczywiście spora część wiedzy koczuje w moim umyśle jeszcze z czasu studiów, ale ponieważ jest to post na blogu a nie artykuł w naukowym piśmie, więc chwilowo odpuszczam sobie tworzenie bibliografii, wyszukiwanie źródeł itd.

Wszystkim rodzicom życzę powodzenia w zmaganiach a przede wszystkim świetnej zabawy. I mam nadzieje, że te moje wypociny okażą się dobrą inspiracją do odkrywania nowych metod, narzędzi, technik. Że się komuś przydadzą.
Pozdrowienia dla czytelników. :)

PS. Minęło trochę czasu odkąd pisałam ten post i jedna z mam dała znać, że choć pełno w nim pomysłów to mało ciekawych dla chłopca. Cóż. Ja mam córki. Ale nie jestem taka zupełnie pozbawiona pomysłów i dla płci przeciwnej. Zdjęcia nie zamieszczę, ani linku, bo nie mam, widziałam jednak onegdaj fantastyczny pomysł zabawki/pomocy dla chłopca. Otóż było to plastikowe pudełko (taki spory pojemnik do przechowywania żarcia), odwrócony do góry nogami i w denko miał powkręcane śruby. Gruby, cienkie, różne, totalny misz-masz. Ponoć najpierw trzeba było wiertarką nawiercić otwory (ostrożnie po pudełko pęka) a następnie powkręcać te śruby robiąc takiego "jeża", na którego kolce można już nakręcać nakrętki, nakładać podkładki, duże, małe, jakie tylko mama w Castoramie na wagę kupiła.  
Można oczywiście również kupić masę takiego żelastwa, luzem wrzucić do pudełka i wtedy oburęczna robota jest bo jedna rączka trzyma  a druga nakręca. Zabawa powinna być przednia a ćwiczenie znakomite.
Młodemu mężczyźnie sprawdzać się będą też wszystkie absolutnie odmiany majsterkowania: wymiany baterii, składanie zabawek, (są takie drewniane modele do składania - cudo!), dawniej modne modelarstwo (w naszym Domu Kultury jest nawet pracownia modelarstwa i zaraz po zajęciach ceramicznych pojawiają się chłopcy by robić modele samolotów itp).
Modele można również robić samemu, polecam książki z pomysłami prac plastycznych z papieru (ja wypożyczam z biblioteki), my korzystając z pomysłu z takiej książki zrobiłyśmy fantastyczny okręt z kartonu... Wszystkie "cięcia, gięcia, klejenia, dopasowanie" będą świetnym ćwiczeniem małej motoryki.



Mogę zapewnić, że to działa. Precyzja z jaką moja dziewięcioletnia córka dziś koloruje, rysuje, pisze litery (choć powoli), a przede wszystkim lubi to robić dowodzi, że częste ćwiczenie różnorodnymi metodami naprawdę ma sens.






środa, 13 lutego 2013

Co zrobić żeby dinozaury nie wyginęły, czyli kilka słów o tym jak wykorzystać dziadka.


Czasem ktoś się upomni. Czasem czwarta pójdzie spać a ja nie. Czasem okoliczności tak się ułożą,  że mogę postukać w klawisze. Najmłodsze wyraźnie nie jest zachwycone bo porusza się energicznie w brzuchu żądając zmiany pozycji. Ale zaległości upominają się gromkim głosem. Spróbuję więc napisać kilka zdań zanim plecy rozbolą…

Dziadek jest postacią niezwykle dla moich córek ważną. Obaj dziadkowie są bardzo ważni, ale każdy inaczej. Dzisiaj rzecz będzie o dziadku, który chodzi w kapeluszu, ma długie włosy, brodę i wszystko wie. Oraz wszystko potrafi. Całkiem serio! No dobra, lodów nie zrobi ale naprawi łóżeczko, założy nowe gniazdko w ścianie, specjalnie dla wnuczek dopasuje polski dubbing do amerykańskiego filmu w wersji blue-ray, zagra skoczną polkę na akordeonie, zrobi wygodną i bezpieczną huśtawkę, i w ogóle!
Sztuka w tym, żeby dziadka wykorzystać z głową. Moja sztuka, bo dzieciom nie w głowie jeszcze niecne intrygi.

Tata jest inteligentnym facetem, informatykiem, który w dodatku posiadł sztukę myślenia matematycznego oraz ROZUMIE fizykę, często nawet chemię (dla mnie – magia!) i nie raz tłumaczył trudne zagadnienia dowodząc przy tym talentów pedagogicznych. Co gorsza jest to myślący człowiek, który zanim sąd czy opinię sformułuje najpierw ją dogłębnie przemyśli, przeanalizuje, zweryfikuje i zgromadzi argumenty. Potem może spokojnie opinię wygłaszać i uchodzić za nieomylnego niemal w 99% bo opinia jest prawdziwa  i słuszna lub słuszność i prawdziwość jej niesprawdzalna co na jedno wychodzi. Starannie nakreślam sylwetkę naszego rodzinnego guru (tata nie znosi tego określenia [podejrzewam, że zwłaszcza od czasu gdy mama nazwała tak na jego cześć naszego psa - choć z tatą nigdy nic nie wiadomo]) albowiem właśnie na owej genialności opierać się będzie anegdotka.

Moja druga córcia, dociekliwa blondyneczka, w książeczce opisującej zjawiska pogodowe ujrzała obrazek, którego zadaniem było wizualizować zjawisko cząsteczek powietrza. Córci bynajmniej nie poruszył fakt, że powietrze składa się z cząstek. Zainteresowało ją samo pojęcie „cząsteczki”. Mamo, a co to jest cząsteczka? Banalnie proste pytanie, ale zadane w niebanalnym kontekście. I w tymże kontekście odpowiedzieć należało. Może i spróbowałabym sama podjąć się tego wyzwania ale nie musiałam. Bo obok był tata. Genialny, mądry, jako jedyny w rodzinie naprawdę rozumiejący fizykę i tłumaczący jej tajniki tata (po dziś dzień mam w oczach tego małego cwaniaka – demona Maxwella - który rakietą odbija cząsteczki). „Córcia, o cząsteczkach wszystko najlepiej wie dziadek! Najlepiej ci to wytłumaczy. Koniecznie jego o to spytaj!”
Tak, tak, to trochę nieetyczne tak niewinne dziecko napuszczać na dziadka, zwłaszcza  gdy w duszy mi wrednie gra: „ Hłe, hłe hłe… No to teraz się geniuszu pomęcz! A masz, za te wszystkie noce, kiedy zmuszałeś mnie do myślenia dowodząc jednocześnie, że kobieta nigdy abstraktu nie pojmie!” Bo nasłałam na dziadka nie dość, że małe dziecko, w wieku gdy myślenie abstraktami jest zaledwie w zalążku to na dodatek dziewczynkę, która maniakalnie uwielbia różowy, czyli stuprocentową płeć piękną. A trzeba ci wiedzieć, czytelniku miły, że mój ojciec to ostatnia osoba na ziemi, która wypowie zdanie „zrozumiesz jak dorośniesz”.
Córeczka do dziadka pobiegła, z książeczką w dłoni, pytaniem na ustach i ufnością w niebieskich oczętach. Dziadek zaś po chwili powoli wszedł do pokoju ze smętną miną i równie smętnym głosem wybąkał: „Nina, przecież wiesz, że ona jest za mała, żeby to zrozumieć…” Rozłożyłam ręce w znanym geście bezradności. W duszy cichutko chichocząc podle.

Dziadek usiadł z dziewczynkami przy kuchennym stole, położył na drewnianej deseczce kromkę chleba i przekroił ją na pół. „Czy da się przekroić ją jeszcze raz?” Rytuał gestu i pytania powtarzał się, aż na desce leżały już maleńkie okruszki. „Czy da się przekroić jeszcze raz?” W końcu dziewczynki odpowiedziały, że nie, ale dziadek miał w zanadrzu spore szkło powiększające i okruszek dał się przekroić jeszcze raz i drugi i trzeci… Teraz już dziadek mógł od konkretu przejść do opowiadania o abstraktach. O szkłach powiększających, które są mocniejsze i powiększając rzeczy, których gołym okiem wcale nie widać, o tychże właśnie rzeczach, których nie widać a są malutkimi cząsteczkami, z których składa się nie tylko kromka chleba, ale wszystko co jest na świecie. Tak, nawet stół można by na takie malutkie cząsteczki podzielić… Oraz oczywiście powietrze.  I w ten sposób istotę cząsteczki tłumaczył małym dziewczynkom duży dziadek. Oczywiście opisana sytuacja była tylko długim wstępem do poważnych rozważań, długiej rozmowy, trudnych pytań, których tu nie przytoczę bo ich nie nagrałam a zmyślać nie chcę.  Z mojego punktu widzenia był to fantastyczny wykład podstaw fizyki, bo w końcu zrozumienie czym jest cząsteczka to podstawa, a każda nowa inspiracja do pytań jest bezcenna.
Na szczęście dziewczynkom nie przyszło do głowy zadać pytanie „A co taka cząsteczka robi?” bo dziadek miałby kłopot. Pewnie i tak jakoś by wybrnął.

Czasem coś się zepsuje. Czasem coś trzeba naprawić. Sporo rzeczy naprawić umie mama – znaczy ja. Więc do mamy przynosi się potłuczone rzeczy do sklejenia, lalkę bez ręki czy głowy, podartą książeczkę i dziurawą sukienkę. Wtedy mama – czyli ja – wybiera właściwy klej, lub igłę z nicią, czy też dratwę, czy taśmę klejącą i naprawia.  Ale czasem mama – znowu ja – rozkłada ręce i mówi „nie wiem”. Wtedy trzeba poprosić tatę, ale tata nawet jak rozkręci na części to często nie wie jak naprawić. Wtedy trzeba poprosić dziadka. A dziadek ma tę przewagę nad tatą, że nie przegania dziewczynek byle dalej od śrubek i narzędzi ale pozwala asystować, dotykać i obserwować z bliska a poza tym zawsze znajduje przyczynę problemu. Bardzo często potrafi naprawić. A do tego zapytany zawsze tłumaczy co i jak.
Niezapomnianym doświadczeniem było dla mnie obserwowanie mojej drugiej córci – dociekliwej blondyneczki – która wiernie towarzyszyła dziadkowi podczas zakładania oświetlenia w domu na wsi. Miała wówczas cztery lata. I spędziła kilka godzin na niezmordowanym oglądaniu narzędzi, kabli, dziadkowej pracy i jej efektów. Od tamtego czasu gdy tylko dziadek pojawia się w towarzystwie skrzynki narzędziowej czy wiertarki młoda jest nie do ruszenia. Główna dewiza to „być blisko – obserwować”. Zaczęłam się nawet zastanawiać ostatnio czy cechy charakteru nie idą w parze z kolorem włosów i oczu… Mam dwie córeczki, które po tymże dziadku właśnie odziedziczyły oczy i najprawdopodobniej również kolor włosów. Jedna z nich to właśnie moja dociekliwa blondyneczka. Ostatnio zaś druga z tym typem urody – a czwarta z kolei moja córka – gdy tylko przyszedł do nas dziadek z wizytą dziarsko pomaszerowała do naszej skrzynki z narzędziami (schowanej w szafie) i przyniosła z niej, specjalnie dla dziadka śrubokręt. Wpędziła tym dziadków w stan lekkiego osłupienia  a babcię nawet trochę przeraziła (w końcu młoda ma niecałe dwa i pół roku) ale sugestia była dość oczywista. „Oto dziadku przyniosłam ci coś, co na pewno sprawi ci frajdę!”
Zmysł obserwacyjny jest niezwykle rozwinięty już u zupełnie małych dzieci. Czasem dziadek potrzebny jest tylko do tego, by było kogo obserwować.

Ostatnio dziadek zaczął przebąkiwać, że będzie się musiał wziąć osobiście za naukę fizyki swoich wnucząt, bo przydałoby się jednak, by wiedziały (między innymi) jak działa pralka, lodówka i dlaczego nie wolno dotykać palcami halogenowych żarówek a skoro szkoła tego nie uczy to ktoś musi. Wprawdzie owo „będzie musiał” dziadek wypowiada na razie z ciężkim westchnieniem, ale myślę, że to tylko taka poza. Bo dziadek uwielbia tłumaczyć nawet bardzo trudne zjawiska tym, którzy chcą go słuchać a w tym względzie akurat wnuczki (nawet niezdolne wszak do myślenia abstrakcyjnego dziewczynki) dziadka na pewno nie zawiodą.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Wizyta u Króla Jegomości

Korzystając z listopadowych darmowych wejść udałyśmy się z wizytą do Łazienek Królewskich zwiedzać Pałac. Pewnie, że dawno to było, więc post jest swego rodzaju zapisem wydarzeń historycznych, ale czasem pewne sprawy układają mi się w głowie i dojrzewają do opisu tygodniami. Nie przepadam za prowadzeniem bloga w stylu dziennika, pamiętnika czy stałej relacji z naszych poczynań, a treść postu jest aktualna nadal. I przemyślana. Poza tym minęło trochę czasu i można mieć nadzieję, że większość szczegółów zapomniałam i tekst będzie krótszy. Oby.

Wycieczkę zaplanowała moja mama (mądra i pomysłowa a w dodatku miłośniczka historii Polski, kultury szeroko rozumianej i edukacji wyrastającej z korzeni), a warto wiedzieć, że gdy taki spacer planuje moja mama to nie ograniczy się do kilkorga wnucząt tylko weźmie wszystkie dzieci swoich dzieci, jak leci. A moja mama ma tych wnucząt już 11! Najmłodsze się nie kwalifikowały wiekiem, również jeden ze starszych wnuczków później kończył szkołę i tak na wycieczkę wybrałyśmy się moja mama, ja oraz osiem dziewczynek w wieku od 2 lat do 8. Dominowały przedszkolaki.
Czy w ogóle jest sens zabierać tak małe dzieci w takie miejsce? Pytanie to po cichu zada sobie każdy chyba dorosły. I ja, przed wycieczką, miałam wątpliwości. Teraz jestem jednak przekonana, że tak.

Wszystkie dziewczynki były zaintrygowane planem zwiedzania królewskiej siedziby: "Tam mieszkał prawdziwy król? I nosił koronę? A miał córeczki - królewny? Czy one też tam z nim mieszkały?" Poza tym moją Helenkę fascynowało, że Pałac wraz z parkiem nazywany jest Łazienkami. Koncepcja zwiedzania królewskiej łazienki była z jednej strony ciut obrzydliwa: "Fuj! Jedziemy na wycieczkę do łazienki?"; z drugiej intrygująca: "To król miał taką wielką łazienkę? I się w niej kąpał? I robił tam...?" Moje córeczki wyruszyły na wyprawę zaopatrzone w długi dość wstęp obszernie opisujący koncepcję łaźni oraz jej funkcje i uspokojone w kwestii miejsca, które będą oglądać. Wstęp był jednak nie dość treściwy, a to z mojej winy, bom zwyczajnie zapomniała o obecności mitologii greckiej w Pałacu i nie uprzedziłam dziewczyn, że natkniemy się na dziwne, a na domiar złego w większości gołe posągi. Trzeba było reagować na bieżąco. Ale po kolei.

Zaczęłyśmy od "kupienia" biletów. Wprawdzie za darmo, ale drukowane są rzetelnie dla wszystkich zwiedzających. Widok wart zapamiętania to wyraz twarzy pani bilety drukującej gdy zobaczyła naszą ekipę. Małe dzieci mają to do siebie, że nieustannie się ruszają i tam gdzie jest ich zaledwie ósemka niedoświadczone oko widzi co najmniej dwadzieścioro. Dużo małych, rozłażących się beztrosko po kątach i nieustannie gadających dziewczynek (wnuczki mojej babci układają się parami, a nawet jedną trójką w rówieśniczym wieku, na dodatek różnice wieku są małe co sprawia, że rozmawiają wszystkie ze wszystkimi jednocześnie na każdy temat), a do opieki jedna mała i chuda dziewczyna, i druga jeszcze mniejsza, siwiejąca kobietka. Obie my zapewne sprawiające wrażenie totalnej bezradności. Tylko ci, którzy znają dobrze moją rodzinę wiedzą jaka siła i determinacja w nas tkwi, takich delikatnych pozornie osóbkach. Na szczęście krótka rozmowa z dziewczynkami przygotowująca zwiedzanie uspokoiła miłą panią i bilety zostały z uśmiechem rozdane, a nasza grupka serdecznie powitana w progach Pałacu.

Od tej pory było już tylko coraz milej. O paniach oraz panach stojących na straży skarbów sal pałacowych mówić mogę tylko w superlatywach. Byłyśmy witane uśmiechem, opowiadano nam fascynujące historie i anegdotki, pomagano czasem strofować (bardzo taktownie) niesubordynowane czterolatki - a nie ma to jak uwaga zwrócona przez Ważną-Panią-Dużo-Ważniejszą-Niż-Mama.

Co mogą robić w Pałacu małe dzieci? Oczywiście nie sposób oczekiwać by interesowało je kto projektował, i w którym wieku, sale łaziebne, czy całość Pałacu; kto był pierwszym właścicielem itd. Ale tyle jest innych fascynujących rzeczy! Po czym rozpoznać salę pełniącą funkcję królewskiej łazienki? Po kafelkach pokrywających ściany, a każdy inny, wszystkie ręcznie malowane bo w Tamtych Dawnych Czasach fabryk i maszyn nie było. I dziewczynki z bliziutka oglądały kafelki mniejsze niż ich dłonie. Następna sala była nie dość, że duża to jeszcze miała fantastyczną podłogę - stworzoną do gry w klasy! Skomplikowany wzór z drewnianych płytek kusił i rozbudzał wyobraźnię. Nie można jednak pozwolić dzieciom skakać jak pasikoniki po królewskich komnatach! Uklękłyśmy by podziwiać intarsjowany parkiet wyglądający zupełnie jak skomplikowana mozaika z drewnianych klocków. Zupełnie inaczej chodzi się po "dziele sztuki" niż po zwykłym parkiecie.
Z sufitów zwieszały się ogromne żyrandole projektowane do oświetlenia pałacu za pomocą świec, ogromnej ich ilości, i ozdobione migoczącymi kryształkami - "mamo, patrz! brylanty!". W salach stoją krzesła i fotele, na których nie wolno siadać - kolejne dziwo, ogromne mnóstwo obrazów na ścianach, a po wizycie w Muzeum Narodowym dziewczynki wiedzą już czym jest Galeria obrazów. Z pomocą pani strzegącej sali udało się pokazać dziewczynkom króla, jego rodziców, jego brata, bratanka, wizerunek żony.
O szczegółowe powiązania rodzinne pilnie dopytywała się moja najstarsza córka. Jak również dziwiła białym perukom i zniesmaczona była brakiem korony na królewskiej głowie.

Nasze panny przed portretem Stanisława Augusta:




Dziewczynki oglądały również ustawioną w gablocie broń, z którą król chodził na polowania "I strzelał do zwierząt?!" z rozpaczą dopytywały się dziewczynki. W innej gablocie podziwiały dzieciaki czekoladę, którą król dostał w prezencie i nie zjadł. "A dlaczego nie zjadł? Też miał alergię?"

Po przejściu kilku kolejnych sal jedna z bystrych dziewczynek zauważyła, że zegary są dziwne. Dzieci zauważają takie rzeczy, których człowiek się wcale nie spodziewa i jeśli mogą penetrować jakieś miejsce samodzielnie, a dodatkowo zadawać pytania nie zasypywane masą informacji, które wcale ich nie interesują - wtedy właśnie dzieci zaskakują wnikliwością.
Było tak.
W każdej sali znajdował się przedmiot, który zapewne omiotłam wzrokiem, zachwyciłam się przez chwilę i poszłabym dalej bez słowa ale mały obserwator spytał: "Co to jest?" "Zegar". "Jak to: zegar? Dziwny!" I w każdej kolejnej sali sytuacja się powtarzała. Bezbłędnie wyłowiony z tła zegar poddawany był wnikliwym oględzinom i bezceremonialnie odarty z zabytkowej czci. "Ten też jest dziwny." W prostych słowach wytłumaczyłam, że zegar służył nie tylko do odmierzania czasu ale i ozdobie, a poza tym wykonywany był jak dzieło sztuki, przez artystę. A kanony piękna od tamtych czasów uległy zmianom i to co dziś wydaje się im dziwne wtedy było eleganckie, stylowe, piękne. Zaraz z dodatkowym wyjaśnieniem pospieszyła kolejna miła pani. Wyjaśniła, że król kochał zegary, zbierał i miał ich całą kolekcję. Pokazała nam kilka kolejnych - jeden będący sporą rzeźbą Chronosa dźwigającego na barkach kulę ziemską, inny umieszczony na spodzie klatki dla ptaka.
To były dopiero dziwy!

Chronos - zdjęcie pochodzi z Wikipedii.


Sala balowa zrobiła na dziewczynkach ogromne wrażenie. Zaskoczyła również dziewczynki wielkimi, dziwnymi, marmurowymi rzeźbami (które to rzeźby cudem uniknęły masowego obmacania bo dziewczynki poczuły gwałtowną potrzebę dotknięcia marmuru, na szczęście niewielką chwilę później wspinałyśmy się po marmurowych schodach, a te obmacywać można było do woli, więc pragnieniu dotknięcia marmuru stało się zadość), żyrandolami, oraz galerią minstreli. "To jest na pewno miejsce dla króla!" podziwiała najstarsza z ekipy ośmiolatka. "Raczej dla muzyków przygrywających podczas balu" odpowiedziałam spokojnie. "Nie!" oburzyła się "na pewno dla króla!". Na podwyższeniu, schowane za barierką fotele tapicerowane czerwonym aksamitem, jak nie dla króla to dla kogo? Dla jakiegoś grajka, który przygrywa do kotleta? "O tempora! O mores!" westchnę sobie w duchu... "Przecież sala balowa służyła do tańca, tak królowi, jak i jego gościom, po co mu tak odgrodzone miejsce do siedzenia? To nie sala audiencyjna." Niestety, dzieweczka zawiodła się srodze i z markotną miną poszła podziwiać kolejne cudo, chyba nie do końca przekonana. Zaś kolejne cudo było posągiem gołego mężczyzny. "Mamo! on ma pupę na wierzchu! wcale nie ma majtek!" rozchichotała się czterolatka. Pod gołym panem, na straży komina ustawiono dwie inne rzeźby, dziwne, symboliczne postacie z mitologii. Drugi kominek, po przeciwległej stronie sali balowej podobnie robił podobne wrażenie. I tak poznały panienki bożka Pana, centaura, Cerbera, króla Midasa, Apolla, modę na rzeźby bez majtek... Pytania zostały zadane, odpowiedzi udzielone, chichoty w końcu też ucichły.

Posąg Apolla "bez majtek" majaczy daleko, a barierkę oddzielająca galerię dla orkiestry widać po prawej stronie (zdjęcie pochodzi ze strony http://fotopolska.eu/Warszawa/WszystkieZdjecia/b6255,Palac_na_Wodzie.html?najnowsze):


Oczywiście łóżko w sypialni wywołało sporo domysłów: "Na pewno jest rozkładane!" i podobnie jak poprzednio uprzejma pani wyjaśniła dziewczynkom, że w "owych czasach" król sypiał oparty o stos poduszek w pozycji niemal siedzącej, więc długaśne łóżko nie było mu wcale potrzebne... Nie ukrywam, że informacją tą miła pani rozjaśniła mroki również w moim umyśle, bo zawsze te małe łóżka mnie fascynowały i podejrzewałam, że nie są prawdziwe wcale tylko wstawione z potrzeby wizualizacji sypialni dla zwiedzających. Bo prawdziwe łoża z pewnością były ogromne i zajmowały za dużo miejsca. A tu taka niespodzianka!
Jednocześnie ta miła pani zabiła mi ćwieka, obejrzałam to łóżko dokładnie i doszłam do wniosku, że jedno z dwojga: albo nigdy seksu tam król nie uprawiał albo uprawiał i nie lubił. W obu sytuacjach był ofiarą systemu, zwyczaju i mody. Ale cóż, nobless oblige. Zakładam, że jego morganatyczna żona (z którą miał czwórkę dzieci) mieszkająca osobno miała już łoże bardziej przypominające współczesne, przynajmniej rozmiarami. Chyba, że nie...

Zdjęcie sypialni pochodzi z tego samego, co poprzednie zdjęcie - sali balowej, źródła. (Oczywiście samodzielne fotografowanie było wykluczone z powodu marnego światła naturalnego i kategorycznego zakazu używania lamp błyskowych.)


Wiele jeszcze innych cudów widziałyśmy: królewską pracownię - bowiem król był pracoholikiem podobno, a w pracowni podziwiać można pomysłowy stół kreślarski, taki z jakiego sam król korzystał, prywatne apartamenty królewskiego kamerdynera, do których idzie się wąskim korytarzem - dla służby, monumentalne posągi najwspanialszych królów Polski i dużo innych, których już nie pamiętam (na szczęście dla czytelników).

Na koniec jeszcze dwa małe akapity.
Pierwsza dotyczy pawianów zamieszkujących park łazienkowski. Dlaczego pawiany? Bóg raczy wiedzieć! Widziałyśmy pawiany w zoo (trafiły nam się nawet takie iskające się, lejące ciepłym moczem na wszystko i nawet spółkujące nie mówiąc o tym, że niemożebnie się wydzierają wszystkie jednocześnie, powinny się więc jakoś w pamięci zapisać), a pomimo to uroczy ptaszek z barwnym ogonem pawianem pozostaje niezmiennie. Widocznie "paw" brzmi zbyt krótko by brzmiał dość dumnie. Dość, że pawiany są tak tak oswojone, że niemal z ręki jedzą, a niesforną dziewczynką potrafią podobno nawet w palec dziobnąć. Wrażenie - bezcenne! Pawie pobiły na głowę króla i cuda jego pałacu.

Na zakończenie raczej refleksja moja niż anegdota. Otóż, jak łatwo sobie wyobrazić, gdy kto wyobraźnię żywą posiada, robiłyśmy spore wrażenie wśród przemiłej i pomocnej ekipy strzegącej Pałacu. Dwie małe kobietki oraz osiem jeszcze mniejszych dziewczyneczek wniosły do sal pałacowych zamieszanie, rozmowy, setki pytań, sporo bezceremonialnych komentarzy, słowem to właśnie czego w Muzeum spodziewać się nie należy. Pośród statecznych par i małych grupek starszych ludzi oraz zorganizowanych grup studenckich byłyśmy ewenementem. Zostałyśmy oprowadzone, objaśnione, doinformowane, a na koniec bardzo ciepło zaproszone ponownie (darmowe wejścia w Pałacu na wodzie są w każdy czwartek, przez cały rok). Dzieci szczęśliwie nic nie zepsuły, najazd tatarów przeżyli bez szkody tak Pałac, jak i my. A gdy wychodziłyśmy sympatyczni panowie stojący na straży wejścia i wyjścia skomplementowali nas - dzielne kobiety - oraz nasze panieneczki - mądre i grzeczne dzieci. Balsam na duszę zmęczonych kobiet wielodzietnych. ;)
To zastanawiające jak różne emocje wywołuje nasza, bogata w dzieci, rodzina. Wręcz skrajne. Zdecydowanie miło jest przekonać się, że są ludzie, których nasz widok cieszy, a nie przeraża. Którzy serdecznie rozmawiają i pomagają zamiast obrócić się do domniemanej patologii plecami.
W takie miejsca chce się wracać.






piątek, 28 grudnia 2012

Odszkolnienie w przedświątecznym bałaganie.

Tytuł powinien brzmieć "unschooling w przedświątecznym bałaganie" ale nie przepadam za mieszaniem pojęć z obcego języka do naszego i wolę wymyślać własne - po polsku, a poza tym jak się przyjrzeć z bliska to nie do końca mi po drodze z ideą unschoolingu a sięgać po nią jakoś tak tylko "okazyjnie" nie wydaje mi się właściwe. Rzecz w tym, że idea to coś co uznaję albo nie, a nie ułamuję sobie te kawałki, które mi pasują, resztę wywalam do śmietnika ale firmuję swoje działania powołując się na chwytliwe hasło. Z ideą jak z religią. (Definicję unscholingu znajdziesz na dole tego posta, tam również linki do ciekawych artykułów opisujących te iedeę, jej pochodzenie i opis jak rzecz wygląda w praktyce.)
W tej konkretnej sytuacji mam poważny problem. Polski system wymaga od nauczycieli w szkole, a również od rodziców w edukacji domowej realizacji podstawy programowej; dzieci uczące się w domu zdają egzaminy z konkretnego materiału określonego programem szkolnym. Przygotowanie do egzaminu wymaga przyswojenie tego materiału. Niezależnie od tego, czy uczący się jest nim zainteresowany, czy nie. Podejrzewam, że samodzielne przyswojenie materiału nie stanowiłoby problemu, bo człowiek to ciekawskie stworzenie i sam z siebie zgłębia intrygujące zagadnienia a podział na "umysły humanistyczne i ścisłe" i przymuszanie ich do zgłębiania materiału, który ich nie interesuje jest głupotą, która powstała właśnie w systemie szkolnym. (Teraz kilka słów odpierających ataki zwolenników tradycyjnej edukacji, którzy twierdza, że w trybie unschoolingu dzieci nie uczą się tej części materiału ogólnej wiedzy o świecie, która nie jest związana z ich zaiteresowaniami - można taką krótką notkę znaleźć w Wikipedii pod definicją unschoolingu). Bynajmniej nie podważam istnienia szczególnych talentów w kierunku tej czy innej dziedziny ale! Ale jeśli ja - tak zwany "umysł humanistyczny" nie radzący sobie z obliczaniem pola brył i trudniejszymi rachunkami, z rachunku prawdopodobieństwa w liceum miałam 4 (a tłumaczył mi zagadnienie mój własny ojciec) i w dodatku ROZUMIAŁAM to zagadnienie to znaczy, że właściwie każdy może się tego nauczyć. Załapałam się jeszcze na kilka podobnych dziwnych sytuacji, w których bez najmniejszych problemów "łapałam" temat ścisły gdy tylko zobaczyłam go w innym niż ten szkolny, systemowy kontekście, a co więcj - temat ten okazywał się wręcz fascynujący! Zaś wspomniany wyżej mój ojciec - typowy umysł ścisły i to mieszczący się gdzieś w zakresie "geniuszy" - maturę z polskiego zdał na 4 czy 5 choć orłem z polskiego nie był, i po dziś dzień nie czuje się bynajmniej zagubiony w rozmowach umysłów humanistycznych.
Podsumowując ten przydługi wstęp: niewątpliwie talety mamy różne, różne specjalizacje, ale ogólną wiedzę o działaniu świata każdy człowiek zgłębić może. Otwarty umysł i niezagubiona ciekawość świata to klucz do zrozumienia podstaw. Zresztą obserwacje samouczących się dzieci dowodzą, że ich ciekawość świata nie ma granic, a zgłębianie tematu jest silniejsze niż to sugerowane w podręcznikach szkolnych. A specjalizację w życiu dorosłym każdy wybiera sobie sam i tak.

Dość, że przyswojenie materiału w zgodzie z ideą unschoolingu nie byłoby problemem, gdyby mały człowiek miał na to czas. Gdyby sam mógł ten czas wybrać. Ale nie może. Młodsze dzieci mają egzaminy raz w roku, starsze - raz na semestr. Dzieciaki uczące się w szkole maja jeszcze gorzej bo materiał narzucany jest dzień po dniu w ramach określonych zajęć klasowych.
Ten układ bardzo ogranicza nasze możliwości realizowania idei totalnego odszkolnienia.
Osobiście wciąż jeszcze zastanawiam się czy to źle czy jednak dobrze...
Gdybym miała w domu jedynie Helenę, Łusię i Nati niewątpliwie byłabym gorącą zwolenniczką totalnego odszkolnienia i działałabym jedynie w trybie tzw. facylitatora. Ale ja mam w domu jeszcze Nadziejkę. Córcię, która została dwa lata temu zaopiniowana przez psychologa jako dziecko z opóźnionym rozwojem analizatora wzrokowego i słuchowego. A dziś jest w trakcie diagnozowania ryzyka dysleksji. W mojej zaś opinii jest dzieckiem, które postrzega świat obrazami i konkretami. Myśli szybko, świetnie zapamiętuje fakty i doświadczenia oraz relacje. Jest naprawdę bardzo mądrą, bystrą i odpowiedzialną dziewczynką. Jednocześnie ma gigantyczne problemy z przyswajaniem świata symboli, oraz z przechodzeniem od konretu do abstraktu. Jak wyglada przełożenie na przyswojenie materiału szkolnego? Dla Nadziejki nauka czytania i pisania ze zrozumieniem, oraz liczenia to syzyfowa praca. Jest to bardzo trudne a w dodatku niepotrzebne jej wcale. Więc po co to robić? Bo mama każe. No i całe odszkolnienie diabli biorą.
Niewykluczone, że gdybym odsunęła naukę czytania i pisania do momentu, gdy sama zacznie tego potrzebować wtedy motywacja wewnętrzna byłaby wytsarczająco silna, by przełamać opór przed trudnościami. Być może. Nie dowiem się tego jednak gdyż podstawa programowa wymaga od dziecka 7 letniego nauki czytania i pisania oraz liczenia, i Nadzieja musi się tego uczyć. A ja zaciągam ją - niechętną - do stołu i uczymy się. Powoli, wśród buntów, jęków i oporów. Korzystając z zupełnie nie szkolnych materiałów i metod, ale jednak - pod przymusem. Widoczne są postępy. Żałosne w porównaniu do postępów w czytaniu rok młodszej Helenki, ale są. Rzecz w tym, że sukces jest wciąż zbyt mały by nagrodzić trud jaki Nadziejka w naukę czytania wkłada.

Nieustannie pocieszam się myślą, że i tak postępy są większe niż te, które robiłaby w tradycyjnym systemie klasowo-lekcyjnym a frustracja mniejsza niż ta, której by się w szkole nabawiła porównując siebie z innymi dziećmi.
Wspominam również słowa Romana Davisa, dyslektyka, współautora książki "Dar dysleksji" opisującego mechanizm działania potencjalnej dyslesji, potem dysleksji i sposobów do jakich uciekają się dorosli dyslektycy, którym udało się czytanie i pisanie "obejść" i w rzeczywistości wcale tego nie potrafią - fukncjonując mimo wszystko skutecznie jako biznesmeni czy artyści... Davis wyraźnie napisał, że metody radzenia sobie z nieumiejętnością czytania przynoszą więcej szkody niż pożytku. I że naprawdę jedyny sposób poradzenia sobie z trudnością to nauczyć się czytać i pisać. Mimo wszystko. Oczywiście Davis odradza stosowanie metod szkolnych, opracował własne, bardzo skuteczne dla dyslektyków. Rzecz w tym, że to metody przynoszące ulgę i pomagające dzieciakom, które czują potrzebę pisania i czytania w świecie zdominowanym przez kulturę piszących i czytających. Dzieci ciut starszych nich moja Nadziejka. Nadziejka jeszcze nie poczuła dyskomfortu jakim jest "nieczytanie i niepisanie" w Świecie Liter. W związku z tym nawet te davisowskie metody, zmuszające ją do pracy z literami i cyframi są witane niechęcią. Ewidentny brak motywacji.
Mogę oczywiście powiedzieć: "Córeczko, czytanie jest bardzo potrzebne, żeby wygodnie funkcjonować w świecie", ale i tak występuję w roli osoby, która narzuca materiał do nauki - sytucja porównywalna do pamiętnej dla mnie "śnieżynki".

Tutaj pozwolę sobie na małą anegdotkę. Moje córki - z moją niewielka pomocą - odkryły ostatnio angielskie piosenki z serii "Super Simple Songs" w szczególności Snowflake cieszy się u nich powodzeniem. Animacja ilustrująca piosenkę pokazuje zbliżenie spadającej z nieba, filigranowej śnieżynki. Rozentuzjazmowane moje panny zaraz zarzuciły mnie pytaniami: "Czy prawdziwa śnieżynka tak wygląda?". Na chwilę mnie zatkało. "Owszem, tak wygląda, jest malutka, śliczna, filigranowa i każda inna." Opisałam też pokrótce skąd się takie śnieżynki biorą. A na koniec spytałam czy nie pamiętają jak w zeszłym roku oglądałyśmy śnieżynkiz bliska podziwiając ich piękno i rozmaitość kształtów. Nic absolutnie nie pamietały. Czarna dziura. Cały dowcip na tym polega, że w zeszłym roku to ja zaciągnęłam je na dwór, na śnieg; ja zainicjowałam łapanie śniezynek i oglądanie ich, pokazywałam, opowiadałam, tłumaczyłam; w ogóle cała zabawa była moim pomysłem. Wystartowałam z pozycji nauczyciela. I proszę - nic nie zapadło w pamięć. Natomiast w tym samym czasie omawiałyśmy zagadnienia parowania wody zainicjowane przez nie same (wtedy byłam tylko facylitatorem, osobą pomagającą w szukaniu odpowiedzi na frapujace zagadnienie) i bez najmniejszego problemu w tym roku dziewczynki opowiadają o parze lecącej z ust, zaparowującej szyby itd. Jest to przygnębiający dla nas - nauczycieli ale jednak niepodważalny dowód, że dzieci wiedzę zdobywają i utrwalają podczas samodzielnych poszukiwań, i wtedy gdy same postawią pytanie. Akurat tegoroczna śnieżynka pojawiła się podczas infekcji i nie mogłyśmy wybrać się na dwór, by prowadzić obserwacje. A teraz cały śnieg się stopił. Pozostaje mieć nadzieję, że gdy znów spadnie - zainteresowanie śniegowymi gwiazdkami wróci. Człowiek zadaje sobie pytanie: "Jakim cudem w ogóle dzieci uczą się czegokolwiek w szkołach, poza czytaniem, pisaniem i rachunkami?" A może wcale się nie uczą, tak trwale, na całe życie, tylko na trzy "z" - "zakuć,zdać,zapomnieć" i w przyszłości w miejscu ogólnej wiedzy o świecie będzie wielka czarna dziurna...

Niestety w przypadku nauki czytania nie mogę czekać aż potrzeba a wraz z nią motywacja się pojawią. Na szczęście - w tym nieszczęściu - czytanie i pisanie to umiejętności trenowane niemal codziennie a więc takie, których nie sposób po prostu zapomnieć po zakuciu i nasz wysiłek nie jest zupełnie bezsensowny. I tak trudzimy się czytając trzysylabowe "korale" oraz "banany", podczas gdy Helena właśnie zgłębia tajemnice "sz", "rz", "cz" i "dzi" w czterosylabowych wyrazach pełnych zbitek spółgłoskowych, oraz zaczyna dziwiować się zasadom ortografii i stawiać niezręczne pytania: "mamo, a kto to wymyślił?"

W tej sytuacji podręczniki szkolne dla Heli stały się zbyt proste i nudne. A dla Nadziejki wciąż są zbyt trudne, pełne niepotrzebnych zadań i przez to również nudne. (a do tego dochodzi zamieszanie spowodowane nowym działem w tak zwanej matematyce (równanie z niewiadomą: 3+...=7), który wykazał tak ogromną rozbieżnośc między moimi córeczkami, że w pierwszej chwili wszystko mi opadło - ale ja zwyczajnie zbyt wysoko sobie stawiam poprzeczkę zamiast pozwolić uczyć sie moim dzieciom, bo Helena jest już dużo dalej a Nadziejka i tak tego teraz nie załapie; poza tym o matematycznej edukacji innym razem.)

W tym pełnym wątpliwości i trudności zmaganiu złapały mnie przygotowania świąteczne. Helena domagająca się nowego podęcznika i Nadziejka nie ogarniająca połowy bierzącego, i wymagająca indywidualnego toku uczenia się, ciasto na pierniczki, pierogi, kwas na barszcz, malowanie bombek, generalne sprzątanie i jakiś wirus się przyplątał.

Poszłam po rozum do głowy, opanowałam ogarniającą mnie panikę i zarządziłam koniec zajęć przerzucając się na totalny unschooling w przygotowaniach do świąt. Nadziejka wyraźnie poweselała, Helena kompensowała sobie braki w zajęciach samodzielnym studiowaniem Elementarza Falskiego oraz liczeniem czego popadło kiedy popadło, zaś zawieszone z powodu infekcji lekcje angielskiego wyrównać miał komuter i filmiki na you tube.

Na pierwszy ogień poszło piernikowe ciasto, które musi leżakować więc zrobić trzeba je wcześniej. Wszystkie panny stały na krzesłach wokół mnie podczas gdy karmelizowałam cukier a później rozpuszczałam go w wodzie, gotowałam z miodem i resztą cukru. Karmelizowanie cukru było kolejnym etapem rozciagającego się w czasie projektu topienie, rozpuszczanie, mieszanie i wpływ temperatury (miałyśmy jakiś czas temu zajęcia z udziałem roztworów i mieszanin, bardzo ciekawe, bardzo brudzące). Czekanie na dzień wycinania i pieczenia a później kolejny dzień - zdobienia pierników, a później oczekiwanie na ostatni etap - wigilijne pożeranie pierników - to była wielka lekcja cierpliwości.

W czasie gdy ciasto leżakowało wzięłam się za pierogi i uszka. Gdy tylko rozwałkowałam ciasto i zabrałam za lepienie pojawiły się moje starsze córeczki z pytaniem: "czy ja też mogę?" (oczywiście przygladały się wcześniej zagniataniu ciasta bo proces tworzenia ciasta jest zwykle witany entuzjastycznie - zwłaszcza przez podjadającą Helenę). Pomysł lepienia pierogów przez dziewczynki wywołał we mnie tak gwałtowny wewnętrzny opór, że przełamywałam się z trudem. Problem w tym, że skuteczniej i szybciej jest sprawnie zlepić te pierogi samemu niż uczyć trudnej dość sztuki gadatliwe panny. W gruncie rzeczy praca sprowadza się wtedy do pomagania dzieciom i naprawiania szkód jakie wyrządziły. (Przy jednoczesnym nieustannym kontrolowaniu poczynań dwóch młodszych, które wcale nie chcą zająć się grzeczną zabawą). Właśnie taka jest rzeczywistość domowa z mojego punktu widzenia. Ale przecież jeśli teraz się nie nauczą - teraz, gdy najbardziej chcą - to kiedy? I tak lepiłyśmy pierogi, Helena zrobiła ich 10, Nadzieja - 5, mama pozostałe 30 (i pozlepiała te, które po zlepieniu przez panny zaraz się rozpadły) a Nati zepsuła tylko 2.
Helena chciała koniecznie wiedzieć ile nam wyszło. Hmmm, zafrasowałam się, zaczęłysmy liczenie: w pierwszej partii gotowałyśmy 10, na drugą przygotowałyśmy 12, teraz robimy kolejnych... i tak Helcia zapisywała a potem, he he he, musiała to wszystko sama pododawać. Jakoś poszło. Z pomocą koralikowych liczydełek i pod kontorolą mamy. Pytanie jak w tej sytuacji wyglada programowe dodawanie w zakresie 7? My dodając kolejne partie pierogów przekroczyłyśmy 40.

Nastepnego dnia lepiłyśmy uszka do barszczu. I znów babrałyśmy się w tym razem, poirytowana mama, ucząca się cierpliwości i szacunku dla potrzeb edukacyjnych swoich dzieci i dwie małe uczennice trudnej sztuki kuchennej, uczące się zlepiania pierożków wypełnionych postnym farszem w kształt uszek.

Kolejne przedświąteczne zadanie - wycinanie, pieczenie, ozdabianie pierniczków.

Na zdjęciu to tylko tak ładnie wygląda. Sielankowy obrazek: mama i jej cztery córeczki, zgromadzone razem przy stole, w tle mruczą kolędy, przyprawa piernikowa i miód pachną, kolejne blachy pieką się w piekarniku... - ale taki obrazem to może odmalować pani Musierowicz w swojej książce. W rzeczywistości: mamo, kotu odpadła głowa! to cisto się lepi! mamo, rozwałkuj jeszcze kawałek! mamo, przełóż mi pierniczki bo się mi rozpadają! mamo, ona zjada moje pierniczki! mamo, ona mi nie chce oddać foremki! mamo zginęło mi serduszko! mamo, no rozwałkuj mi! mamo mi też! mamo, a kiedy będziemy ozdabiać? mamo, Helena też zjada! mamo, upiecz moje pierwsze, moje pierwsze! mamo, nie wyszło miiii....!! mamo, siusiu! mamo, ona wylała picie! itd, itd...
...po zakończonej pracy mój człowiek czuje się jak po zejściu z karuzeli. Uff, przeżyłam. Najważniejsze jednak, że z roku na rok dziewczyny będą starsze i coraz bardziej samodzielne. Czego się w tym roku nauczyły to na pewno zaprocentuje w przyszłości. Na pewno. W tym roku efektem było pudło zawierające kilogram pysznych, smakowitych pierniczków.





Nie tylko kuchnia przyciąga dziewczynki. Podobny efekt daje mycie okien. Zimą mycie okien to lekki hardkor ;). Właściwie dość skuteczne jest ściąganie z szyby gumową ściągaczką zamarzniętej wody z piany - zaskakująco szybko i skutecznie umyte okno - ale nie jest to sport dla dzieci. Moje dziewczynki dostały więc w rączki ściereczki z mikrofibry, gąbeczki, miskę z wodą z ludwikiem, i zadanie by zmyć z szyb w drzwiach tłuste ślady paluchów. Ich paluchów. Jest szansa, że dziesięć razy zastanowią się w przyszłości zanim namalują na tych szybkach paluszkami wzroki. He, he, he...

Pieczenie keksu jest zwykle okazją do rozmowy o bakaliach, aktywnego towarzyszenia podczas ich szykowania, poznawania nowych smaków, przede wszystkim przygotowania ciasta. Helena uwielbia towarzyszyć podczas pieczenia cista. W tym roku pozwoliłam jej już trzymać pracujący mikser (nie lada wyzwanie dla sześciolatki :)). Mam wrażenie, że za dwa lata będzie umiała upiec te wszystkie ciasta sama. W tym roku na tapecie były figi: "chrupkie w środku ;)" - kolejna odsłona obecności nasion.

Przez cały adwent towarzyszł nam Adwentowy Kalendarz. Przy diecie bezmlecznej jedyny możliwy to zrobiony samodzielnie. Ale przerosło mnie szykowanie 24 pudełeczek a dziewczynki jeszcze takich precyzyjnych prac nie ogarniają, więc uprościłam sobie życie i zrobiłam Kalendarz w koszu. Do prawie każdego dnia było dołączone zadanie (zadania wymyślane na bierząco, adekwatnie do sytuacji) i tak szykowałyśmy kartki świateczne, lepiłyśmy z masy solnej i ciastoliny, w niedziele adwentowe próbowałyśmy ilustrować Ewangelie. Zabrakło mi w przygotowaniu zadań konsekwencji i czasami zadania dnia brakowało, a czasem było to zwyczajne pieczenie pierników, czy świąteczne sprzątanie - codzienne nasze prace. Ale i tak jestem z nas dumna. W przyszłym roku będzie nam już łatwiej - to początki są najtrudniejsze.




Chyba ostatnie przedświąteczne zadanie to ubieranie choinki. Choinka powinna być śliczna, gęsta, rozłożysta, symetrycznie przystrojona pięknymi ozdobami. Nasza podobno jest: "najpiekniejsza na świecie", choć nie tak gęsta jak być powinna. Nie znam się chyba. Jak dla mnie wyglada jak wielki kolorowy śmietnik ;) W tym roku dziewczynki pomalowały i ozdobiły prawie wszystkie bombki własnoręcznie - zainspirowane wizytą w fabryce bombek. Zaś gdy coś się tłucze to zazwyczaj kupione przeze mnie i starannie dobrane szklane, sklepowe ozdoby. Cóż. Choinka i tak jest dla dzieci. Dziewczynki ubierają ją samodzielnie prawie całą, tam gdzie dosięgną stojąc na krzesłach. Mnie pozostają lampki, gwiazdka na czubek i najwyżej zawieszone bombki. A każda stłuczona bombka robi miejsce nowopowstałej ozdobie choinkowej. Nie ma tego złego...







A na koniec takie małe spostrzeżenie.
Mógłby ktoś zarzucić mi, że uczę dziewczyny jakichś średniowiecznych kobiecych postaw - czyli siedzenia w kuchni i sprzatania... No jakoś tak jest przed świetami, fakt. Ale za to od Mikołaja dziewczynki dostały samochody zdalnie sterowane - zgodnie z wyrażonymi w listach życzeniami. I od trzech dni nieustannie jeżdżą. A ja - szczerze mówiąc - trochę im zazdroszczę. Wychowywałam się między dwoma braćmi i to oni dostawali zdalnie sterowane auta. A ja lalki, wózek i takie tam. A dziewczyny, jak widać, też lubią czasem pojeździć.

"Unschooling – forma edukacji, w której uczenie się opiera się na zainteresowaniach, potrzebach i celach ucznia. Można spotkać się też z określeniami: naturalne uczenie się (natural learning), uczenie się prowadzone/kierowane przez dziecko (child-led learning, child-directed learning), uczenie się poprzez odkrywanie (discovery learning), radosne uczenie się (delight-led learning).
Unschooling jest zwykle uważany za rodzaj edukacji domowej, która polega po prostu na edukowaniu dzieci w domu zamiast w szkole. Edukacja domowa jest często utożsamiana z homeschoolingiem, jednak, jak niektórzy twierdzą, ten drugi termin zakłada odtworzenie szkoły w warunkach domowych, co kłóci się z filozofią unschoolingu (odszkolniania).
Unschooling odróżnia się od innych form edukacji domowej tym, że edukacja danego ucznia nie jest kierowana przez nauczyciela ani przez program nauczania. Chociaż uczniowie mogą zdecydować, że będą się uczyć korzystając z pomocy nauczycieli, lub mogą wybrać dla siebie program nauczania, ostatecznie jednak to oni sami decydują o swojej własnej edukacji. Uczniowie wybierają jak, kiedy, dlaczego, i czego będą się uczyć. Rodzice którzy "odszkolniają" swoje dzieci działają jako "facylitatorzy" (pomocnicy), dostarczając szeroki wachlarz zasobów, pomagając swoim dzieciom zrozumieć świat i poruszać się w nim i wspomagają ich w stawianiu sobie i realizowaniu celów oraz planów zarówno na odległą jak i na bliską przyszłość." Wikipedia

Ciekawy artukuł o tym jak wygląda idea w praktyce znajdziesz tutaj: http://stressfree.pl/unschooling-w-praktyce-cz-3/ .

A linki do części pierwszej i drugiej podam tu: http://stressfree.pl/unschooling-uwolniona-edukacja-domowa-cz-1/

http://stressfree.pl/unschooling-i-jego-zalety-cz-2/