niedziela, 21 sierpnia 2016

Skrzynka ze skarbami dla malucha

Już dwa lata temu planowałam napisać o naszej ulubionej zabawce dla malucha, ale maluch szybko rósł i wyrósł z niej zanim to zrobiłam. Na szczęście maluchy pojawiają się u nas regularnie, co jakiś czas, więc co się odwlekło - to nie uciekło. Obecnie studium przypadku stanowi Szósta a materiał opisywany to pudełko ze skarbami dla malucha. Liczę tutaj wiek od około 7 - 8 miesięcy do 1,5 roku. A tak bardziej po ludzku zabawka zaczyna mieć sens, gdy maluch samodzielnie siedzi i chwyta, a kończy mieć sens, gdy maluch samodzielnie chodzi. W przybliżeniu. Wtedy jest już tyle ciekawych rzeczy do robienia, że pudełko idzie w kąt.

Uwaga! Oto bardzo niebezpieczna zabawka, nie podlega żadnym normom unijnym, a wszystkie jej elementy stanowią poważne zagrożenie dla zdrowia i życia małego dziecka!

Teraz zaś, gdy wszyscy lubiący bezpieczeństwo rodzice zostali ostrzeżeni, bierzemy się do roboty.

Skrzynka ze skarbami to zwyczajne pudełko po butach wypełnione różnymi przedmiotami powyciąganymi z kuchennych zakamarków. Oczywiście mogą to być zakamarki w całym domu, ale ponieważ nasze pudełko skarbów stoi w kuchni i służy jako zabawka dla malucha gdy mama gotuje (a mama nie lubi porozwalanych po kuchni klocków i grzechotek), więc do pudełka wędrują skarby powyciągane z kuchennych szuflad i szafek. Niezmiennie cieszą się zachwytem małego dziecka.

Główna cecha, która je łączy to: można wziąć do buzi.


Obecnie w naszym pudełku znajduje się: lejek (niebezpieczna ostra końcówka, którą dziecko biorąc do buzi niechybnie pokaleczy sobie podniebienie!), plastikowa miseczka, plastikowy kubeczek po lodach - w obydwu znajdują się różnej wielkości metalowe pokrywki od słoików do przekładania, wkładania, wyjmowania, rozrzucania po kuchni oraz nauki wkładania z powrotem; drewniana łopatka do przekładania kotletów na patelni oraz drewniana szpatułka do masła (uwaga drzazgi!!), zestaw miarek z IKEA, plastikowa łyżka do spaghetti, małe pudełeczko z przykrywką z kompletu pudełek z IKEA (włożyć do niego ze dwie pokrywki i fantastyczna grzechotka gotowa, a do tego niezła zagwozdka - jak wydobyć te pokrywki?) oraz plastikowa łyżka, której ostro zakończoną rączkę tak fajnie się gryzie i wsadza sobie do gardła wywołując odruch wymiotny.  


Wspomniałam wcześniej, że wspólna cecha tych przedmiotów, to że można je włożyć do buzi. Jest to również ich największa zaleta i tak są wybierane. 
Poza tym maja również zalety indywidualne. Na lejku się rewelacyjnie trąbi (robi to nawet nasza pięciolatka). Drewniane łopatki fantastycznie stukają we wszystko, w tym w odwrócone do góry nogami pudełko, które działa jak bębenek. Samo pudełko zaś jest lekkie i nawet z zawartością daje się odwrócić sparwnie i szybko, jednym ruchem, robiąc fantastyczny bałagan na całej podłodze!

Oczywiście, nie zapominajmy o sitku! Sitko jest genialne! Ma rączkę, która można zjeść i sadzić sobie naprawdę głęboko do gardła a z drugiej strony tak fantastycznie ugina się pod palcami, że można je macać bez końca, przez 3 minuty.

Jest również plastikowa butelka. Bez nakrętki.



Nakrętka jest zbyt niebezpieczna, dlatego wędruje od razu do torby, gdzie zbieramy nakrętki dla Stasia (naszego znajomego chłopca, który urodził się bez rąk, a dla którego zbierane nakrętki wciąż są podstawą finansowania wielu rehabilitacji, info tutaj ), ale sama butelka? Istny cud! Można ją wsadzić do buzi, trąbić w nią, walić nią w co popadnie, ale i tak najlepsze jest, że można ją uginać paluszkami, a ona przy tym wydaje fascynujące dźwięki.

Skrzynka skarbów ma, oczywiście, skład wymienialny. Ponieważ więcej na raz się w niej nie mieści, (co też jest zaletą, gdyż zalewanie malucha nadmiarem bodźców nie jest wcale dobre), w kolejce do wymiany czekają: mała metalowa pokrywka, która robi niezły huk a przy tym można ją obślinić i złapać za uchwyt, a w przeciwieństwie do przedmiotów z plastiku zazwyczaj jest zimna, duży czerwony lejek, w który trąbi się jeszcze fajniej, kubeczek do wody od żelazka, "popychacz" od sokownika, wyciskacz do czosnku, następne pudełeczka z zestawów IKEA itp. Coś tam na pewno wymyślimy. Tubka po paście do zębów? (wymyta i bez nakrętki) Pudełeczko po kremie? Niemowlęca szczoteczka do zębów?

Może i wam się taka inspiracja przyda, kto wie? Jedno co pewne, to że nasze maluchy spędzają z pudełkiem więcej czasu niż przy interaktywnej tablicy zabawkowej Fisher Price'a (której nie mają, ale obserwowałam kiedyś jak bawią się tym u znajomych, gdzie akurat była). 


UWAGA! Program zawiera niecelowe lokowanie produktu! W tym: butów Lasocki, których nie kupujemy, bo są za drogie; lodów Grycan, których nie jadamy, bo są niezdrowe; oliwek jakichśtam, Mosso majonezu oraz Gerbera, których nie reklamujemy, nie polecamy i które nie zapłaciły nam ani złotówki za umieszczenie ich w powyższym poście. Również produktów IKEA, których nie polecalibyśmy i nie kupowalibyśmy, gdyż nie zawsze zgadzamy się z polityką sklepu, ale kupujemy i czasem polecamy, bo są wygodne, przydatne, tanie i mają różne fajne zniżki na kartę FAMILY. IKEA również nam nie płaci. Na razie. ;)




czwartek, 18 lutego 2016

Dlaczego edukacja domowa?

To popularne pytanie. Sama jestem ciekawa co mi wyjdzie, po tych prawie pięciu latach...

Z edukacją domową zetknęłam się pierwszy raz na studiach. Nie pomnę już, czy to były czasu trzyletniego licencjatu, czy dwuletniej magisterki, możliwe, że na obu etapach. W onych czasach - lat temu 13 - w Polsce, edukacja domowa była na tyle mało znana, że opracowania, które do mnie docierały, dotyczyły homeschoolingu w Stanach. Pamiętam krótki artykuł w miesięczniku dla nauczycieli, pamiętam film dokumentalny. Zawsze bardzo interesowały mnie wszelakie alternatywy edukacyjne, fascynowały mnie przedszkola Montessori, Dom Dziecka Korczaka, przez chwilę z zainteresowaniem studiowałam informacje o Summerhill, choć tu akurat szybko zainteresowanie przekształciło się w przerażenie, podobnie było ze szkołami Steinera. Wszystkie te idee wolnościowe, traktujące dziecko podmiotowo bardzo do mnie przemawiały i we wszystkich znajdowałam wady, które mnie zniechęcały.  Dopiero edukacja domowa wydała mi się strzałem w dziesiątkę. Tak, to jest to! myślałam. To mogłabym robić!
Oczywiście model amerykański, który poznałam, wydał mi się nieosiągalny. Oddzielny pokój tylko do celów edukacyjnych wypełniony pomocami, całkowite skupienie na edukacji dziecka - taki wzór nam przedstawiono w filmowym reportażu. Pochodzę z rodziny wielodzietnej, mieszkaliśmy w małym mieszkaniu, swój czas mama musiała dzielić pomiędzy nas wszystkich a prowadzenie domu. Prezentowany mi model homeschoolingu wydawał się nieosiągalny. Ale jakże kuszący. Dziecko wolne i rodzice wolni. Brak "właściwych" odpowiedzi na schematyczne pytania. Swobodne konstruowanie modelu świata, poznawanie go od podszewki. Niczym nie hamowana radość doświadczania i zgłębiania tajników wiedzy, swobodne rozwijanie swoich pasji. Miliony pytań, które można zadać i wspólnie szukać, niekoniecznie poprawnych, odpowiedzi. Dowolne wybieranie materiałów, narzędzi, metod, form pracy. Wolność!
Uczucie takiej przecudownej wolności miałam w dzieciństwie, gdy zaczynały się wakacje, potem w latach młodzieńczych, gdy słuchałam Pink Floyd... "Hey, teacher, leave that kid alone!"
Nierealne, ale odlotowe.

Nie można jednak żyć marzeniami.
Piąty rok studiów robiłam już jako mężatka, a egzamin magisterski zdawałam z pierwszą córeczką "na ręku". Plany podjęcia pracy odłożyłam, gdy rok później urodziła się nasza druga córka. A pół roku później wzięły w łeb, gdy najstarsza córka zachorowała przewlekle na małopłytkowość. Paskudna choroba autoimmunologiczna, która wykluczyła moją pracę zawodową, bo wykluczała posłanie Pierwszej do przedszkola.
Choroba dziecka jest traumatycznym doświadczeniem dla rodziców i taka była dla mnie, ale konieczność "siedzenia w domu" niespecjalnie mnie bolała. Mogłam z czystym sumieniem urodzić trzecią córką i usiąść na grzędzie, jak klasyczna kura domowa. A co tam. Społeczne odium mnie nie tykało, wiadomo, że wyjścia innego nie ma. Tymczasem Pierwsza córka, szalenie niezależna i bardzo wrażliwa, w domu bardzo grzeczna, na zewnątrz swoim zachowaniem wywoływała komentarze. Że niedostosowana, że niewychowana, że to, że tamto. Poza moimi rodzicami i najbliższymi przyjaciółmi, mało kto uświadamiał sobie, że trauma poszpitalna, paskudna choroba i nadwrażliwość to nieciekawa mieszanka i zbyt duże obciążenie dla takiego małego skrzata. Do tego córka najprawdopodobniej ma zaburzenia integracji sensorycznej, ale nigdy tego nie diagnozowaliśmy, jedynie objawy obserwowane w pełni to potwierdzały. Po pierwszym komentarzu, który padł, gdy  miała ze trzy lata, że musimy "coś" z nią zrobić, no bo jak ona sobie poradzi w szkole, spokojnie odpowiedziałam zatroskanej znajomej, że strachu nie ma, młoda do szkoły nie pójdzie, będzie się uczyć w domu. Zatroskana znajoma wpadła w bezdech. A mnie już było wszystko jedno. Nie można żyć w nieustannym strachu o zdrowie i życie dziecka. Zarówno fizyczne jak i psychiczne. Szkoła była ogromnym zagrożeniem dla zdrowia fizycznego, ale również, u tak wrażliwego dziecka, była zagrożeniem dla zdrowia psychicznego. Ile czasu potrzeba by było, by córka znielubiła miejsce, w którym nie czułaby się bezpieczna? I jak bez poczucia bezpieczeństwa zdobywać wiedzę, rozwijać pasje? Poczucie bezpieczeństwa to podstawa normalnego funkcjonowania każdego dziecka.
Z początku nie uzyskałam poparcia małżonka. "My kończyliśmy normalne szkoły i nasze dzieci też będą chodzić do normalnych szkół, bez żadnych dziwactw." Nie było sensu kruszyć o to kopii. Córka miała 3-4 lata, był jeszcze czas.
I minął. A jak minął trzeba było podjąć decyzję, co zrobić z tą szkoła. Ze względu na chorobę rozpatrywaliśmy szkołę integracyjną, rejonowa w ogóle nie wchodziła w grę. Dodatkowo rok szkolny 2011/2012 był pierwszym rokiem pożal się Boże reformy i wtedy właśnie wchodziło obowiązkowe  roczne przygotowanie przedszkolne dla 5-cio latków. Szykowały mi się równolegle dwie panny w zerówce. Zbierałam podpisy dla Elbanowskich, a jednocześnie planowałam jak to rozegrać logistycznie, żeby nie zwariować z dwiema szkołami, różnymi grupami, prowadzeniem domu, dwójką maluchów itd. Przeświadczenie, że edukacja domowa byłaby rozwiązaniem najlepszym zakorzeniało się głęboko. Nie było jednak łatwo rzucić się na głębię. Czego się bałam? Bałam się, że sobie nie poradzę. Wyidealizowana wizja ed była zupełnie nie do zrealizowana w naszych przaśnych warunkach. Ja wciąż byłam młodą mamą, choć już z 4 dzieci, często-gęsto nie ogarniającą swojej codzienności. Nie było wtedy grupy na fejsie, dość mało blogów, w mediach cisza, wśród znajomych tylko jedna zainteresowana bratowa, ale żadnego doświadczonego praktyka. Nie było z kim pogadać.
Ważyłam na szali swoje nadzieje, potrzeby, lęki. Marzenia oraz potrzeby przeważyły obawy. Postanowiłam wtedy, że dam radę, bo muszę. Bez problemu przekonałam małżonka, żeby zgodził się, przynajmniej na próbę.
Teraz, gdy już okrzepłam w naszej domowej edukacji, po prawie pięciu latach zmagania się z potrzebą prezentowania zawsze dobrego wizerunku, mogę przyznać się uczciwie. Do zrealizowania marzeń zmusiły mnie okoliczności. Owszem, uważałam, że edukacja domowa, nauczanie pozaszkolne, to najbardziej satysfakcjonująca i efektywna droga, zapewniająca dzieciom zrównoważony rozwój, naukę samodzielnego myślenia, okazję rozwijania pasji, poczucie bezpieczeństwa, pewność siebie, nieustające pragnienie poznawania świata. Wątpiłam czy sama się do tego nadaję. Dziś mogę napisać: chcieć to móc! A czasem nawet niechlubne motywacje, mające źródło w kłopotach organizacyjnych lub problemach zdrowotnych, mogą się okazać bardzo istotnym, nieodzownym wręcz, kopniakiem w tyłek.
Głupku, nie myśl tyle, nie deliberuj - zrób to!
Niektórym członkom rodziny, którzy okazywali mi dezaprobatę, zamykałam usta chorobą córki. Rodzice szybko pomysł podchwycili i zaakceptowali w pełni, cały czas wiernie mi kibicują.
A ja? Po czterech latach zdążyłam niemal zapomnieć, że córka jest chora!
Czy edukacja domowa zawiodła jakieś moje nadzieje? Nigdy, żadnych. Wręcz z naddatkiem spełnia pokładane w niej nadzieje a również dużo innych, których wcale nie żywiłam.
Co najbardziej zaskoczyło mnie w pierwszych latach? Że to takie łatwe! Dużo łatwiejsze niż się spodziewałam.
Czy jest się czego bać? Nie ma.
Trzeba po prostu to zrobić.

cdn...

środa, 10 lutego 2016

Gra "Sylaby"

Dawno już obiecałam, że zaprezentuję tu lubianą przez nas grę wspomagającą naukę czytania. Jest to gra sylabowa, "Sylaby" firmy Trefl.

Gra zawiera dwie plansze z obrazkami i podpisami, w których sylaby wyróżnione są innymi kolorami - te plansze to ściągi, dwie talie kart o różnym stopniu trudności, oraz kolorowe żetony do zbierania punktów.
Niezwykle ważna jest też instrukcja obsługi ponieważ zawiera opisy różnych gier, w które można się bawić przy użyciu kart. I ważne, żeby jej nie zgubić. Bo jak się ją zgubi to człowiek musi sam te wszystkie gry wymyślać. Jak ja. Nie żeby się nie dało. Ale utrudnia.
Gra nie jest tania, więc należy również uważać, żeby nie została zeżarta przez młodsze pociechy. Jak u nas. Wtedy nerwy niepotrzebne itd. Dzięki temu jednakże, że została miejscami nadgryziona po sfotografowaniu państwo obejrzą zdjęcia fatalnej jakości, ale przynajmniej karty nie są poobgryzane. Doceńcie to.




Lubię tę grę, daje dużo różnych możliwości, wersji, rodzajów zabawy. Dla jednego dziecka i dla kilkuosobowego zestawu. Pozwala też na grę na dwóch poziomach trudności, dzięki zróżnicowanym taliom kart. 
Niebieskie są proste. Jeden obrazek a do niego podpis podzielony na sylaby, staramy się więc skompletować właściwy wyraz. Wyrazy są dwu, trzy i czterosylabowe a zadaniem dziecka jest oczywiście ułożyć te sylaby we właściwej kolejności. Obrazek będzie tylko informował, że są to sylaby z właściwego wyrazu. 
Pierwsza gra w jaką gramy to coś w rodzaju memo:





To prosta zabawa i frajda dla mojej 5 letniej Czwartej. Znaleziony komplet układamy starannie obok we właściwej kolejności. Pomaga ściąga w postaci tablicy, na której zawsze można sprawdzić, czy się te sylaby dobrze ułożyło. Prosta wersja memo składa się tylko z wyrazów dwusylabowych. Trudniejsza ze wszystkich. Wtedy obowiązuje zasada, że można odkryć tyle kart ile sylab zawiera słowo, którego sylabę znaleźliśmy jako pierwszą.


Kolejna wersja to klasyczny pasjans: 






Tu nie ma co tłumaczyć. Siedem "kupek", odkrywamy, przekładamy na wolne miejsca początki wyrazów, pod pasjansem przekładamy stertę kart szukając pasujących itd. Bardzo przyjemnie się gra :).

Kolejna lubiana gra to dobieranka, w którą gramy kartami z talii zielonej. Jest trudniej, bo każda karta z sylabą stanowi element pasujący do kilku wyrazów. 
Układamy kilka kart na środku stołu, każdy gracz dostaje kilka kart do ręki i rozpoczyna się wyścig. Stopniowo dokładamy kart na stół oraz dobieramy dla siebie tyle ile wykorzystaliśmy do ułożenia wyrazów. Ułożone wyrazy dostają punktu w postaci kolorowych żetonów, zależnie od stopnia trudności - ilości sylab, które wyraz zawiera, a każdy żeton ma punkty, które na koniec zliczamy. Przynajmniej powinniśmy, ale moje córki mają tak małą potrzebę rywalizacji, że zwykle gramy dla frajdy układania wyrazów i pomagania sobie wzajemnie a nie dla wygranej. 
Poza tym dobieranka ma kilka różnych wersji naszych własnych- czasem gramy na czas a czasem pomagamy sobie wzajemnie, czasem szukamy po kolei pasujących wyrazów. Nie zawsze udaje się ułożyć wszystkie. 




Jeśli chodzi o zalety zabawki: pozwala wykorzystywać się na różne sposoby i może sprawiać frajdę nawet starszym dzieciom. Można też samemu układać gry karciane, więc wspomaga rozwój twórczości. Ma poprawnie podzielone wyrazy, ładną grafikę a tablica-ściągawka stanowi metodę samo sprawdzenia dla młodszych dzieci. Ponieważ obrazki na każdej karcie wyrazu są takie same więc kolejność sylab dziecko musi określić samodzielnie i tutaj cenną zaletą gry jest kształtowanie nawyku czytania od lewej do prawej oraz rozwój percepcji wzrokowej w aspekcie analizy i syntezy. Poza tym naprawdę sympatycznie wspomaga naukę sylabizowania, liczenia sylab, porównywania długości wyrazów pod względem sylab. Moje córki ją lubią. I oczywiście zaplanowana jest na więcej odmian gry niż te, które zaprezentowałam. 

Jeśli zaś chodzi o wady... cóż. Można się przyczepić, że wszystkie wyrazy pisane są dużymi drukowanymi literami, podczas gdy w książkach duże litery występują tylko na początku zdania i w nazwach własnych, więc właściwie w grze wyrazy powinny być pisane małymi literami. Pierwsza postawiłabym taki zarzut tej grze, gdyby nie ujęła mnie ona swoją różnorodnością i gdyby nie miała cennych zalet. A przede wszystkim gdyby nie była lubiana przez dzieci. 
Mogę ją polecić z czystym sumieniem nie tyle jako pomoc edukacyjną co jako sympatyczną zabawkę dla przedszkolaków i pierwszoklasistów, która pomaga w nauce i uatrakcyjnia ją.



sobota, 22 sierpnia 2015

Dla stałych czytelników stęsknionych...

Witam
Bardzo Was przepraszam za tę ciszę i pustkę. Mam rozpoczętych kilka wpisów, niestety zmagam się teraz z kłopotami zdrowotnymi dzieci (zakaz chorowanie w wakacje nie działa) i szykuję do przyjścia na świat naszej kolejnej pociechy. Może być i tak, że w niesprzyjających warunkach ta cisza trochę potrwa. Oby nie.
Tymczasem życzę Wam dużo frajdy ze wspólnego odkrywania świata z waszymi dzieciakami oraz z patrzenia na ten świat ich oczami. Nigdy nie przestawajcie się zachwycać :) ! 

środa, 22 lipca 2015

20 faktów o ed, które przekonają cię nawet jeśli jesteś bardzo przeciw

... czyli ukryte motywy.

1. Możesz osobiście przyglądając się mękom dziecka cieszyć się, że teraz nie ciebie zmuszają tylko ty zmuszasz.

2. Możesz zapisywać dziecko na dowolne ilości zajęć dodatkowych tak, by nie miało nawet 10 minut przerwy realizując tym samym a) plan zemsty za to jak ty miałeś będąc dzieckiem b) plan uszczęśliwienia dziecka organizując mu to czego sam nie miałeś.

3. W czasie "wolnym" od zajęć dodatkowych możesz zamknąć dziecko w pokoju z wynajętym guwernerem dbając, by miał w pełni zajęty czas i rozwijał swoje możliwości bez ryzyka marnowania czasu na gadanie z kolegą w ławce.

4. Możesz opowiadać znajomym, że twoje dziecko jest tak genialne, że tylko ed pozwala na optymalny rozwój jego nieprzeciętnych umiejętności.

5. Możesz psioczyć ile wlezie na szkoły, okazując wyższość nad innymi psioczącymi rodzicami, bo nie tylko psioczysz, ale też działasz na rzecz dobra swojego dziecka!

6. Oraz wyrażać wyższość nad nauczycielami - sługusami systemu.

7. Ed będzie wspaniałym uzupełnieniem stylu życia: eko, rodzicielstwa bliskości, ortodoksyjnej religijności, anarchizmu, antypedagogiki, wszelakich alternatywnych sposobów na życie.

8. Ed jest również znakomitym dodatkiem do stylu życia anty-systemowego (bez szczepień, peselów, urzędników itp.).

9. Możesz spać do 11, cały dzień spędzać w piżamie, a zamiast wydawać kupę kasy na głupie podręczniki kupić dziecku kompa, tablet i pozwolić mu też uczyć się nowocześnie jak, kiedy, gdzie i czego chce.

10. Nigdy nie chodzisz na zebrania szkolne.

11. Nigdy nie musisz rozwiązywać dylematu "kto miał rację: głupi nauczyciel czy twoje mądre dziecko".

12. Nigdy nie musisz podpisywać durnych uwag w dzienniczku (że dziecko je na lekcji - bo przecież twoje dziecko codziennie je na lekcji albo, że gada na lekcji albo, że zadaje pytania albo, że bawi się komputerem, bo właściwie TAK WYGLĄDA jego lekcja)  i wypisywać usprawiedliwień za nieobecności, lub co gorsza prosić o nie lekarza, bo twoich nikt nie traktuje poważnie.

13. Jest duża szansa, że nigdy nie zobaczysz żadnej wszy. A w każdym razie dużo rzadziej niż rodzice dzieci szkolnych.

14. Ominie cię 50% chorób dziecka.

15. Sam wybierasz termin wakacji.

16. Możesz iść z dzieckiem do kina wtedy, gdy bilety są znacznie tańsze.

17. Nie musisz się tłumaczyć, a nawet w ogóle nie odczujesz presji otoczenia z powodu nie chodzenia dziecka na religię.

18. Ominie cię rywalizacja na poziomie kosztowności prezentów świątecznych, komunijnych, urodzinowych, a nawet zwyczajnych ciuchów, butów czy akcesoriów szkolnych.

19. Dla twojego dziecka Święty Mikołaj będzie biskupem w mitrze, a nie krasnoludem Coca-coli.

20. Będziesz mieć stałe poczucia bycia lepszym od innych (rodziców, urzędników, członków rodziny, którzy nie robią ed i większości obywateli w państwie, a nawet wielu państwach).


"Mam wrażenie, że panowie mylnie interpretują. On to śpiewa żartobliwie, ironicznie! Ze stosunkiem jakimś takim żartobliwym do tematu i do samego siebie, że on to śpiewa. I w związku z czym twierdzę, że nie jest to piosenka smutna, pesymistyczna [...]. Ja twierdzę, że jest to piosenka optymistyczna, żartobliwa, wesoła, z akcentami humorystycznymi. W sumie uważam, że potrzeba nam jest zdrowych, wesołych, optymistycznych piosenek, właśnie takich nawet czasami żartobliwie ironicznych. I w ten sposób bym ją interpretował!"
Rejs


sobota, 11 lipca 2015

Litery, sylaby, wyrazy - prezentacja gry

Drogi czytelniku.
W poprzednim poście rozpisałam się trochę o metodach nauki czytania, teraz chciałabym zaprezentować jedną z kilku gier, których używamy do ćwiczenia tej umiejętności. Tę konkretną grę wybrałam sama (sporo gier dostaję a darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy, a przynajmniej głośno na te zęby nie narzeka) i jestem z niej stosunkowo zadowolona.
Jest to pozycja wydawnictwa Adamingo, "Litery, sylaby, wyrazy" i jest to układanka edukacyjna a nie klasyczna gra. To znaczy, że służy raczej jako pomoc w zajęciach lub zabawka dla jednej osoby. Choć, jak okaże się pod koniec, wcale niekoniecznie.  



Zgodnie z obietnicą zawartą w nazwie układanka oferuje materiał do zabawy literami, sylabami i wyrazami. W zestawie znajdują się bowiem osobno tafle z literami (wielkimi i małymi, chwała twórcom gry!) a osobno tafle z sylabami, z których można budować wyrazy. Wszystkie tafle opatrzone są obrazkami, które pomagają kojarzyć zapis litery z głoską - w przypadku alfabetu - bądź fragmentem obrazka, którego część nazwy stanowi dana sylaba. Jeśli zaś chodzi o materiał wyrazowy/sylabowy to jest on podzielony na wyrazy dwusylabowe i trzysylabowe. Poniżej prezentuję przykładowe zdjęcia.

Alfabet opatrzony obrazkami :


Alfabet do układania wyrazów:


Tak wygląda ułożony z alfabetu wyraz:


Oczywiście, w zabawie jaką jest układanie wyrazu z rozsypanki kryje się pewne ryzyko, że dziecko zafiksuje się na literowaniu i będzie mu trudnej przejść w płynne czytanie. Z tego powodu raczej nie korzystałam z tej formy zabawy, ale spodobało mi się, że na każdym tafelku znajdują się litery wielka i mała, dzięki czemu odpowiadanie na niekończące się pytania "a jak wygląda taka mała litera?" łatwo było uciąć. Do prezentacji, nauki rozpoznawania i kojarzenia - głoska w nagłosie z obrazkiem - materiał może się okazać przydatny. Raczej do zajęć niż indywidualnej zabawy.  

Teraz przejdę już do meritum, czyli zabaw z sylabami. Poniżej wyrazy dwusylabowe. Jak widać - prosta układanka, obrazek z podpisem podzielony na części. Układanie obrazka jest pomocą przy układaniu kolejno sylab. Znajdziemy tu wyrazy z sylab otwartych i zamkniętych, prostsze i trudniejsze, nawet zmiękczenia (dynia, piesek), dość trudne. 


Kolejny materiał to wyrazy trzysylabowe, ta sama zasada. Bawimy się w układanie wyrazów z sylab, układając obrazki. Ponieważ tych wyrazów jest naprawdę sporo więc dobrze jest na początek przygotować rozsypankę z kilku wybranych wyrazów, aby nie zniechęcać malucha układaniem wszystkiego naraz. I tu również znajdziemy wyrazy proste z sylab otwartych (morela), sylab otwartych z jedną zamkniętą (parasol, torebka) i trudniejsze ze zmiękczeniami i zbitkami spółgłoskowymi (wiewiórka, krokodyl).


Jeden z pomysłów na zabawę, która zmusi bardziej do czytania niż układania obrazków jest samodzielne ułożenie obrazka przez dorosłego a następnie zasłonięcie go kartonikiem. Zadaniem dziecka jest odczytać, a odkrywając obrazek przekona się czy dobrze odczytało.


Oczywiście, jak każda gra edukacyjna, ta również nie jest wolna od błędów. Nie jest to błąd ortograficzny gdyż podział wyrazów, przy przenoszeniu podczas pisania, na sylaby w zbitce spółgłoskowej ma określoną jedynie taką zasadę, że rozdzielamy jeśli powtarza się ta sama głoska, np.: kon-no, jednakże zgodnie z metodyką nauki czytania dla dziecka wyraz "tygrys" powinien być raczej przedstawiany jako wyraz zbudowany z dwóch sylab zamkniętych: tyg-rys niż z sylaby otwartej i zamkniętej ze zbitką dwóch spółgłosek: ty-grys, jak to zrobiono poniżej. Tak więc choć nie jest to błąd merytoryczny to nie ułatwia czytania i nie trzyma się metodyki nauki czytania.  Podobnie tru-ska-wki powinny być raczej dzielone na trus-kaw-ki, ka-pu-sta na ka-pus-ta, ka-czu-szka na ka-czusz-ka, cy-try-na na cyt-ry-na itd. Można to moje czepialstwo olać. A ja sama też czepiam się bo jestem przewrażliwiona z powodu nieustannej gotowości do tropienia błędów, która wynika poniekąd z takiego upierdliwego charakteru (w tym momencie wszyscy zaczynają współczuć moim córom i mężowi) a poniekąd z kilku lat puryzmu metodycznego, który obowiązuje nas przy naszej ukochanej córci dyslektyczce. Być może gdyby nie ona wcale nie zauważyłabym tych "błędów".  Pocieszające, że w całej grze takich wpadek jest tylko kilka.


Na koniec obiecana zabawa, w którą można dowolnie grać, bawiąc się i wygłupiając. Jest to układanie nowych, dziwnych, nieistniejących wyrazów z części różnych obrazków. Zabawa żywcem z Lewisa Carrola. Towarzyszą nam przy niej salwy śmiechu i czasem kończymy dopiero gdy nas fest rozbolą brzuchy. Rzadko też ograniczamy się do tworzenia trzysylabowców. Zwykle jest to początek, do którego każde dziecko kolejno dokłada coś nowego usiłując płynnie przeczytać całość. Zabawę wymyśliłam na spółkę z moimi dorosłymi już siostrami. Córki z początku tylko dziwnie patrzyły na nasze wygłupy ale potem złapały bakcyla. 
Jest to znakomita zabawa bo ćwiczy czytanie a do tego rozwija wyobraźnię. Nie tylko oryginalne brzmienie nowego słowa ale również próba wyobrażenia sobie tak dziwnego stwora, który byłby połączeniem koguta, motyla i małpy... jak też wyglądałaby taka "kotypa"? Albo jak smakowałby "arbużan"?


Oczywiście do tej zabawy nie trzeba wcale kupować całej gry. Można takie karty zrobić samemu, lub też układać dziwne wyrazy ze zwykłych sylab.
Miłej zabawy.
A w przyszłości wrzucę tu jeszcze prezentacje innych gier wspomagających naukę czytania. Mam jeszcze kilka, jednak chwilowo siedzę na wsi i nawet nie mam przy sobie zdjęć pozostałych gier.

Udanych wakacji wszystkim czytelnikom i trzymajcie się ciepło! Mam nadzieję, że cieplej niż ja. U mnie zaledwie 11 stopni C. W domu 20. Chlip. Nawet zimą mam cieplej w mieszkaniu... Zamiast lipca mam jakieś dziwne połączenie lipca, października i marca. Lidzierrzec.

niedziela, 17 maja 2015

Odczarować czytanie

Pojawiało się (na fb, grupie Edukacja domowa) swego czasu, sporo pytań o najlepszą metodę nauki czytania dla dzieci. Odpowiedzi na takie pytanie nie ma oczywiście. Metodę należy indywidualnie dobierać dla dziecka. Jeśli wiec zastanawiasz się jak zacząć uczyć swoje dziecko czytać najpierw musisz poznać różne metody, poznać dobrze własne dziecko i można zaczynać przygodę. Istnieje ryzyko, że pomimo najlepszych chęci dziecko i tak zrobi coś innego niż my rodzice planujemy. Tak jest nader często. I nie ma sensu się tym irytować. Zawsze warto pochylić się nad pytaniem "Dlaczego nie zaufać intuicji mojego dziecka?" Czasem dzieci uczą się czytać zupełnie same, dość im nie przeszkadzać, poświęcić czas na żmudne odpowiadanie na pytania "a co to za litera?", "a jak to się czyta?"

Ale można też chwycić byka za rogi metodycznie.

Pierwsza metoda o której chcę wspomnieć to metoda zapoczątkowana przez Domana. Jest to metoda czytania globalnego - dzieci uczą się rozpoznawać wyraz jako całość, jak obraz. Metoda polega na regularnym (codziennym) prezentowaniu maluchowi (można zacząć już w kołysce) tablic z wyrazami - rzeczownikami - przy równoczesnym wypowiadaniu słów na głos. Kilka tablic, jedna po drugiej, w krótkiej ekspozycji. Dziecko kojarzy obraz z dźwiękiem i zapamiętuje obraz. Zaczyna się od rzeczowników, zwiększa ich ilość, później dodaje proste czasowniki tworząc proste zdania. Najważniejsza jest regularność, rzetelność, konsekwencja i trzymanie się wskazań metodycznych. Ta metoda ma, podobno, wiele zalet. Poza (skuteczną - u niektórych dzieci) bardzo wczesną nauka czytania ma również wpływać stymulująco na rozwój mózgu, rozwijać pamięć. Naukę czytania globalnego rozpoczyna się bardzo wcześnie, po szczegóły trzeba się udać do publikacji autora tej metody czyli samego Glenna Domana. Osobiście nigdy jej nie wypróbowywałam i na razie nie zamierzam. Mam sporo wątpliwości dotyczących sensu tej metody w polskich warunkach (związanych na przykład z różnicami w gramatyce - tam gdzie w języku angielskim dziecko uczy się słowa "cat" w języku polskim musi zapamiętać 7 różnych przypadków słowa "kot", czyli znacznie więcej słów, z których każdy jako całość wygląda inaczej z powodu zmieniających się końcówek, takoż jest i z odmianą czasowników, co oznacza, że nauczy się czytać, ale tylko bardzo prymitywne zdania, albo będzie musiało wyuczyć się około 7 razy więcej słów niż Doman zaplanował) ale i tak przeważające u mnie jest pewnie zwyczajne lenistwo. Do maleństwa w kołysce mawiam "a gugu, dziudziu, nie obgryzaj pazkoci!", no i kto "jeśt ślićniutkim bobasinkem mamusi" i takie szlagiery. I cieszę, się, że przynajmniej niemowlę uczy się tego co trzeba zupełnie samo ;). (Dobra, nie zupełnie samo, z niewielką, ale to naprawdę niewielką pomocą mamy.)
Ale nie zniechęcam. O metodzie warto poczytać, zanim się ją odrzuci z powodu kilku niepochlebnych zdań, które wystukałam czy zwykłego lenistwa. Zwłaszcza, że ma ona stymulować rozwój mózgu dziecka - jak twierdzi jej autor, z pewnością robi to skuteczniej niż moje infantylne ślinienie się nad kołyską. (Nic nie poradzę, z każdym kolejnym bobasem mam tak coraz bardziej.) Klasyczna metoda Domana znalazła w Polsce wielu entuzjastów i warto przeglądać sieć pod kątem "nauki czytania globalnego", która pojawia się w wielu odsłonach, na stronach, blogach. Rozwijana i modyfikowana na potrzeby nauki czytania w języku polskim jest popularyzowana przez pedagogów i matki - praktyczki. Oczywiście, ponieważ nauka czytania po Polsku wymaga tak czy inaczej przejścia na czytanie linearne - czyli stopniowe odczytywanie liter, łączenie ich w sylaby i całe wyrazy - specjalistki, których wypowiedzi czytałam prezentuję tę metodę jako przyspieszenie nauki czytania oraz stymulację rozwijającego się mózgu. "I ty wychowaj geniusza!" "I ty masz cudowne dziecko" itp.
Można kupić zestawy materiałów, specjalnie dla tej metody tworzone książeczki do nauki czytania globalnego, zapoznać się z metodyką, czytać blogi, strony internetowe, dokształcać się. Myślę też, że ciekawe byłoby zestawienie klasycznego Domana ze współcześnie rozwijającymi się polskimi wariacjami na temat. Z pewnością cechami wspólnymi jest metoda regularnej pracy z bardzo małymi dziećmi oraz cel, jakim jest rozpoznawanie wyrazów jako całości. Jedna z różnic, którą mogę przywołać to forma nauki. Doman prezentuje dzieciom tablice z wyrazami i łączy je z wypowiadanym słowem. Polskie wersje tworzą karty i książeczki gdzie wyraz lub zdanie połączone jest nie tylko  z odczytaniem go ale i z obrazkiem. Tak wynika z moich prywatnych analiz, ale wątpię czy dziś ktoś z praktykujących mam przywiązuje wagę do takich szczegółów. Ważne by wybrać jakąś metodę, zrobić lub kupić pomoce i bawić się codziennie z dzieckiem. A już matka jest od tego, żeby i metodę i pomoce dobrać do oczekiwać i stylu uczenia się własnego dziecka. Wszak matka pierwsza zauważy czy jej maluch jest, potocznie mówiąc: wzrokowcem czy słuchowcem...
Czytanie globalne było stosowane z powodzeniem w polskich przedszkolach, przez polskie przedszkolanki, zanim nastąpił radykalny zakaz nauki czytania dla wszystkich, którzy nie dostąpili zaszczytu nauki w pierwszej klasie. W obowiązkowym wieku 6 lat. (Czasem mam wrażenie, że ta odsunięta nauka czytania jest marchewką dyndająca na kiju, która się majta dzieciom przed twarzą, choć i tak, w szkole, najczęściej je spotyka oberwanie tym kijem po głowie.)
Onegdaj, w dawnych, minionych czasach, (na przykład gdy robiłam praktyki przedszkolne), przed Reformą, maluchy w przedszkolu oswajały się ze słowem pisanym, drukowanym już od grupy trzy latków począwszy. Na krzesełkach były naklejone ich imiona, nad półką z lalkami była kartka z napisem LALKI, nad półkami z samochodami była kartka AUTA, nad półką z grami była kartka GRY. Dzieciaki się opatrywały, podpytywały, zapamiętywały, porównywały napisy, zapamiętując całościowo. Panie przedszkolanki dbały o to, by w przestrzeni pojawiało się sporo słów do zapamiętania. I tak przez całe przedszkole. Z czasem, stopniowo dzieciaki znały już sporo wyrazów. Oczywiste było, że prędzej czy później będą musiały nauczyć się czytać  linearnie, czyli łączyć ze sobą głoski w sylaby i całe wyrazy, ale ta nauka często przebiegała już błyskawicznie, samoistnie. Sama zabawa w porównywanie imion między dziećmi (u kogo jakie litery występują "u mnie jest dwa razy A"!!) i zapamiętywanie jak łączą się one w znajomo brzmiącym imieniu była błyskawiczną nauką czytania. Imiona potrafią być naprawdę trudne i wymagające. 
Oczywiście nie jestem specjalistką od czytania globalnego, właściwie tylko się o nie otarłam. Wiem jednak, że  można też dość łatwo wprowadzać elementy czytania globalnego w domu przyklejając kartki z podpisami gdzie popadnie (niektórzy w ten sposób uczą dzieci angielskiego!), wykonać proste memo obrazkowo - wyrazowe do nauki czytania globalnego itp gry, loteryjki, książeczki Nie koniecznie wcale wydając kasę na specjalne materiały. Warto o metodzie poczytać, dokształcić się. Nam nie wyszło. Moje córki wszystkie kartki zdjęły z półek, ścian i szaf a potem je zjadły. Co kto lubi. 

Kolejna, obecnie najbardziej popularna metoda szkolna to nauka czytania, która wychodząc od analizy głoskowej (t-e-l-e-f-o-n: pod obrazkiem zaznacz w kwadracikach ile razy słyszysz "e", w których miejscach słyszysz "e", co słyszysz na początku a co na końcu), poprzez - przynajmniej teoretycznie - analizę sylabową i/lub syntezę  głosek w sylaby (ile sylab słyszysz w wyrazie). Aż do czytania wyrazów. Niestety. Nie dbają autorzy podręczników o to by dominowały sylaby przez co dzieci fiksują się na głoskach  i zapominają jak wyklaskiwać sylaby a czytać usiłują głoskując nawet najdłuższe wyrazy... na przykład k-a-l-o-r-y-f-e-r. A nawet jeśli łatwo domyślić się przy krótkim wyrazie czym on jest POMIMO przegłoskowania go, to już długi, trudny wyraz przeliterowany nie kojarzy się dziecku z niczym. I leżym oraz kwiczym. Wiadomo, dzieci myślą, bystre są, poradzą sobie i z tym kłopotem. Wcześniej czy później same załapią o co chodzi z czytaniem, ale po co im to utrudniać? Dodatkowym kłopotem w tej mało skutecznej metodzie jest uparte ignorowanie zasady stopniowania trudności we wprowadzaniu sylab. Jeszcześmy nie wprowadzili wszystkich spółgłosek a już dziecko zmaga się zbitkami spółgłoskowymi w zamkniętych sylabach. Bo akurat tak autorowi pasuje do "tematu dnia". A my tu musimy wszak skojarzyć wszystko ze wszystkim. 
Szczęściem ed pozwala nam olewać tę pseudointegrację i uczyć normalnie. Czytać sylabami na sylabach otwartych a świat poznawać poprzez zabawę, doświadczenie, obserwacje, czy co tam nam akurat pasuje.

Metoda godna polecenia, to oczywiście Montessori, ale ponieważ jej nie znam wystarczająco dobrze, więc nie opiszę (musiałabym cytować cudze blogi a w szczególności cudze zdjęcia gdyż metoda opiera się na specyficznym motessoriańskim materiale, a tego nie chcę robić). Faktem jest, że jedna z moich córek idzie poniekąd zgodnie z założeniami tej metody gdyż uczy się czytać i pisać zupełnie równolegle. Z tym, że nie dysponujemy zestawem pomocy (różowych, niebieskich itp) gdyż nie widziałam potrzeby organizowania sobie zestawów tych pomocy nie mając zamiaru uczyć tą metodą. Z Montessori lubię jej pomysł z szorstkimi literami (kształt litery z papieru ściernego naklejony na kartonik pomaga dziecku zapamiętać jej kształt nie tylko wzrokiem lecz i dotykiem, bardzo cenna pomoc, przydaje się szczególnie w pracy z dziećmi z trudnościami, np u potencjalnych dyslektyków), a jednocześnie nie podoba mi się koncepcja ruchomego alfabetu z liter pisanych na kartonikach, z których układa się całe wyrazy. Moim zdaniem litery pisane powinny się łączyć a takie na kartonikach czy klockach (to z kolei, bardzo popularne klocki glotto, Metoda Rocławskiego, glotto-dydaktyka, link tutaj: http://glottodydaktyka.pl/) łączyć się nie mogą. Leżą obok siebie jak czcionka do liter drukowanych. Nie potrafię tego zaakceptować, więc u siebie w domu odrzuciłam. Posiadam oczywiście kartoniki ze wzorami liter pisanych ale nigdy nie służą nam one do układania wyrazów czy zdań. Znów jednak, niezależnie od własnej opinii, zachęcam by samemu przyjrzeć się tym metodom (Montessorii i Rocławskiemu) i samemu podjąć decyzję. Obie metody mają swoich zwolenników wśród doświadczonych praktyków edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej a to jest mocny argument ZA. Jednakowoż nie są to ściśle metody nauki czytania. Raczej nauki pisania połączonej z czytaniem.

I niniejszym doszłam do meritum, czyli nauki czytania sylabami. Zanim przejdę do opisu jak to wygląda u nas wspomnę o metodzie sekwencyjno - symultanicznej, zwanej też krakowską. Metoda Jagody Cieszyńskiej. Oczywiście warto zapoznać się z metodą Jagody Cieszyńskiej na przykład tutaj:  http://www.sylaba.info/ . Można kupić zestaw materiałów "Kocham czytać" (jak dla mnie są one drogie, ale nie jestem obiektywna) i pracować z dzieckiem już w wieku przedszkolnym według zaleceń tej metody.
Jestem zwolenniczką czytania sylabowego, ale bez bicia przyznam się, że nigdy nie kupiłam ani jednego zeszytu Cieszyńskiej. Dla mnie wszystkie "metody" mają jedną wspólną wadę. Jeśli chcesz osiągnąć sukces musisz iść ścieżką zaplanowaną przez twórcę metody. Metodyk od tego jest żeby wiedzieć a ty korzystasz z jego pracy, wiedzy, więc robisz to tak jak on zaplanował. Wprowadzasz głoski, sylaby w odgórnie określonej kolejności, utrwalasz tak długo, aż opanowane zostaną w stopniu zaleconym przez metodyka zanim wprowadzisz następne, korzystasz z przygotowanych materiałów itd. [I jest to słuszne, poniekąd, sama doświadczyłam konieczności takiej pracy gdy zmagałam się z nauką czytania mojej najstarszej córki, która zapowiada się na mega dyslektyczkę. Konkretna metoda, określone etapy i długie treningi w ramach tych etapów bardzo nam pomogły. Nadal jednak nie była to metoda uniwersalna zaplanowana dla anonimowej grupy dzieci tylko metoda dopasowana do potrzeb mojej córci przez terapeutkę w poradni. Choć punktem wyjścia była metoda Cieszyńskiej to zmodyfikowana przez terapeutkę.] 
Tymczasem z mojego doświadczenia z pozostałymi córkami wynika, że niewolnicze trzymanie się jednej metody jest nie tylko  niewygodne ale w ogóle nie jest możliwe. Nie sposób wyrokować o skuteczności metody, która została odrzucona przez pacjenta. Wszak nie zmuszę do nauki według niechcianej metody, jest to całkowicie sprzeczne z ideą ed. I nie mam do tego cierpliwości. Nie oznacza to oczywiście, że nie stosuję przymusu do nauki. Stosuję, bo mam wymagania egzaminacyjne i nie mogę czekać, aż moje ukochane dziecko w wieku 11 lat uświadomi sobie, że umiejętność czytania jest mu potrzebna, więc pora jej nabyć. Przymus nauki czytania istnieje więc. Tyle tylko, że metodę nauki wypracowujemy razem. 

Pomijając sytuacje trudne, takie jak ryzyko dysleksji, ewidentne trudności w nauce - a są to sytuacje, które wymagają pomocy specjalisty, nawet jeśli tylko po to by przełamać niechęć młodego człowieka i wesprzeć zmartwionego rodzica, nauka czytania nie musi wymagać "czarów-marów" i mega nakładów finansowych. Wiele dzieci uczy się czytać zupełnie samodzielnie, jeśli się im w tym nie przeszkadza. "Mamo, a co to za literka? A jak się to razem czyta?" Zainteresowane czytaniem dzieciaki w mig chwytają, że inaczej się czyta pojedynczy znak a inaczej w połączeniu z innymi w wyrazie. Czasem wystarczy często czytać razem wodząc palcem po czytanym tekście i odpowiadać na pytania malucha, które szuka odpowiedzi na pytanie "Jak to się robi?". Do tego wystarczy komplet literek magnetycznych przyczepiony do lodówki w kuchni,gdzie można blisko mamy układać wyrazy podpatrzone w książeczce lub na etykiecie produktów trzymanych w lodówce ( można się nauczyć "MASŁO" można "UL. DUKATOWA" można "ALA MA KOTA"  albo "FIAT" czy "MERCEDES", podług woli i zainteresowań). W ten sposób czytać w wieku 5 lat nauczył się mój brat, mój mąż, moja bratanica. Oczywiście można zadać sobie pytanie, czy gdyby tak bystre dzieci były prowadzone jakąś super metodą nie nauczyłyby się czytać w wieku 4 lat? Może i tak, a może nie. Zresztą nie ukrywam, że ja osobiście nie wiem zupełnie po co? Lepszy start w życiu, większa samodzielność, stymulacja intelektualna itd. nie przemawiają do mnie nijak. Trzylatek ma największą frajdę ze wspólnego czytania z mamą, słuchania czytającej mamy. Tak uważam patrząc na moje dzieciaki. Ale zastrzegam - wypowiadam się tylko w oparciu o własne doświadczenia. Za to wspieram wszystkie mamy, które robiąc ed czują przymus wczesnej nauki czytania, bo trzeba, bo mogę, bo muszę, bo zaniedbam dziecko, ale mimo to wcale nie chcą i czują się winne, że tego nie robią. Otóż nie ma takiej konieczności. Można odpuścić, poczekać i nie oznacza to wcale, że dziecko nie nauczy się szybko czytać samo jak będzie starsze. Nasz grunt to wspierać dziecko i podążać za potrzebami, które sygnalizuje ale wszystko elastycznie. Nawet jeśli trzylatek wykazuje zainteresowanie literami i czytaniem to wcale nie ma pewności, że już zaraz się nauczy. Bo może właśnie zaraz znajdzie coś ciekawszego. My mamy luz. Uczyć czytać musimy w pierwszej klasie, czyli 7, a niedługo już 6 latki. Ale możemy nawet dwulatki. A to właśnie my, mamy, mamy najlepsze rozeznanie w potrzebach i możliwościach naszych dzieci. Oraz naszych własnych.

Jakiej książki użyć do nauki czytania? Można nie używać żadnej. Elementarz Falskiego ma sensowne - pod względem stopniowania trudności - teksty. Ale wcale nie jest przygotowany metodycznie pod kątem czytania sylabami. Litery prezentowane są samodzielnie a przykładowe wyrazy dzielone na głoski. Nam to nie przeszkadza, bo ja sylab używam niezależnie od podręczników i naukę czytania rozpoczynam od materiału indywidualnego. "Komnaty Literowe" były genialne i sylabowe, ale ostatnio nie można ich dostać. A wielka szkoda bo to niedrogi i bardzo dobrze przygotowany materiał. "Chcę czytać" K. Kamińskiej należące do materiałów JUKI dla rocznego przygotowania przedszkolnego to sensowny materiał też oparty na sylabie. I tani, można go kupić samodzielnie. Jako materiał do ćwiczeń w czytaniu przydaje się "Książka do ćwiczeń w czytaniu. Metoda 18 struktur wyrazowych". Sama metoda - jako całość - nie warta tego by się w nią angażować, (jest raczej metodą treningu czytania dla dzieci z trudnościami) ale materiał do czytania jest o tyle wygodny, że posegregowany schodowo pod kątem trudności sylabowej budowy wyrazów. Na początek znajdziemy 3 strony zdań składających się tylko z wyrazów dwusylabowych z sylab otwartych. Struktur jest 18 więc bardzo precyzyjne stopniowanie trudności. Godne uwagi dla rodzica, któremu kończą się pomysły na wyrazy i zdania. 
Tyle na temat przetestowanych, używanych u nas materiałów do nauki czytania (testowałam też klasyczne podręczniki, ale to jest właściwie dół, dno i kilometr mułu poniżej. Trzeba się nieźle ubabrać zanim się coś osiągnie. Wyrafinowana metoda utrudniania nauki, być może na zasadzie "co nas nie zabije to nas wzmocni". I czytanki takie głupie...

A teraz, od czego zacząć naukę poza wszystkimi metodami? Od samogłosek miłe panie. Kroku nie zrobimy w sylabach jeśli się dziecię nie nauczy samogłosek. Uczymy się kojarzyć obrazek samogłoski z dźwiękiem. Można przed lustrem, bo na przykład usta mówiąc "o" układają się w kółeczko, czy owal. Literka "e" się uśmiecha podobnie jak buzia, kiedy mówi samogłoskę "e", "a" jest duże i szeroko otwarte, trochę jak namiot, "u" wyciągnięte w ryjek a wygląda jak dołek. W ten sposób można się bawić szukając skojarzeń, które pomogą zapamiętać a później szybko przypomnieć bez wypowiadania głoski tylko przy pomocy samego ułożenia ust. Można też rysować obrazki na samogłoskę pomagające skojarzyć jej obraz literowy z brzmieniem. Jak byśmy tego nie robili prawdą jest, że znajomość samogłosek to podstawa. (Tutaj można tradycyjnie podczas wykonywania ruchomego alfabetu wykorzystać podział kolorystyczny: czerwone są samogłoski a spółgłoski czarne lub niebieskie. Samogłoski daje się śpiewać a próba zaśpiewania spółgłoski zakończy się śpiewaniem "yyyyyy"). Następnie bawimy się w sylaby otwarte. Tu możemy postąpić dwojako. Wprowadzić spółgłoskę i połączyć ją z samogłoskami w sylaby, nauczyć dziecko odczytywać sylabę jako płynne przejście od spółgłoski do samogłoski. Bawimy się w przeciąganie i na końcu dodajemy właściwy dźwięk: "ssssssssaa", "ssssssssu", stopniowo skracamy brzmienie spółgłoski dążąc do szybkiego wypowiedzenia - lub zaśpiewania właśnie - sylaby "sa". To jest metoda dla dzieciaków, które odkryły frajdę literowania czy głoskowania i nie chcą jej porzucić. I tak prędzej czy później muszą zaakceptować sylaby a można im w tym pomóc. Warto nalegać na płynne łączenie poznanych głosek w sylaby. Warto stoczyć o to kilka małych bitew, poświęcić czas na tłumaczenie, prezentacje różnicy między brzmieniem: "p-a-r-a-s-o-l" o "pa-ra-sol". Moje córki, niezależne dusze, bardzo upierały się aby literować, gdy tylko nauczyły się liter. Stopniowo udało się je przekonać do sylab a to znakomicie wpłynęło na przyspieszenie tempa własnej nauki czytania. 
Druga opcja jest taka, że wprowadza się sylabę jako całość zanim dziecię odkryje to nieszczęsne literowanie/głoskowanie (to nie jest to samo, ale dzieci potrafią je stosować wymiennie lub mieszać). Uczymy się sylab jako całości: "ma me mi mo mu my" i dopasowujemy już gotowe sylaby do obrazków bawiąc się w szukanie początku nazwy obrazka - to jedna z zabaw, "ha he hi hu ho" łączymy z obrazkami śmiejących się dzieci i Mikołaja, itd. Szukamy sposobów na zapamiętywanie sylab jako całości. 
Mamy też taką zabawę na początek nauki rozpoznawania sylab, łączymy kartonik ze znajomą już samogłoską z uczoną sylabą tak by samogłoska pasowała do tej w sylabie. I odczytujemy samogłoskę i całą sylabę.
Nasza ulubiona zabawa to klasyczne odczytywanie głośno sylab z karteczek ułożonych na stole.
Zaczynamy od tego, że układam dwa komplety sylab i dziecię ma dopasować takie same, potem ja czytam a dziecię powtarza, potem dziecię czyta tak jak ja ale samo, potem dziecię pokazuje a ja czytam na wyrywki a potem ja pokazuję a dziecię czyta na wyrywki.
Mam do tych zabaw specjalnie przygotowany komplet sylab (wysyłam prywatnie mailem każdemu chętnemu pdf do druku, do tych sylab mam również ruchomy alfabet tak przygotowany, by na kolejnych etapach można było dodawać dowolne samogłoski to sylab otwartych i tworzyć w ten sposób sylaby zamknięte i wyrazy. Sylaby i alfabet są tego samego rozmiaru i tą samą czcionką. Drukowałam na bloku technicznym, moje kartoniki przeżyły już cztery lata i właśnie zaczyna się na nich uczyć czwarta córka, a nie były zafoliowane.) Poniżej wrzucam parę zdjęć.







Oczywiście moje sylaby są w zestawie z drukowanych liter małych oraz w połączeniu pierwsza wielka - druga mała, ponieważ w druku tak właśnie będą wyglądały. Zdanie zaczyna się wielką literą ale w środku wyrazu wielkie litery nie występują. Z moich sylab można więc układać całe zdania. Osobno, do ruchomego alfabetu dołączone są wszystkie znaki interpunkcyjne. Jedno ze zdjęć powyżej prezentuje również naszą zabawę w zapamiętywanie wielkich i małych liter. Ja układam wzór, pierwszy ciąg sylab, a córcia dopasowuje takie same sylaby: ponad moim ciągiem zaczynające się wielką literą a pod nim te, które zaczynają się małą.

Kiedy już opanujemy pierwszy komplet sylab tworzymy z nich proste wyrazy (ma-ma) a następnie uczymy się kolejnego kompletu. Gdy kompletów jest kilka układamy z nich na stole tabliczkę (tak by pod sobą leżały sylaby z takimi samymi samogłoskami i bawimy się w odczytywanie pionowo i poziomo... Wtedy czytamy tak: ma, mo me mi mu my, ta to te ti tu ty, sa so se si su sy albo ma ta sa, mo to so, me te se itd.  To już zabawy sylabowe na dalszym etapie, ale tak czy inaczej wciąż są to jedynie sylaby otwarte. 






W jakiej kolejności dodajemy nowe sylaby (mam na myśli kolejność samogłosek)? Oczywiście każda metoda ma swoją własną kolejność. U nas rządzi zasada użyteczności. Naszym celem jest by dziecko mogło jak najszybciej czytać wyrazy i zdania. Zaczniemy więc od sylab na "m": ma jak mama, kolejne będzie "t": ta jak tata. Teraz układamy już takie wyrazy: "mama", "tata", "mata", "tama", i zabawne a nic nie znaczące: "timu" "mote" itp. Następne zwykle są zestawy sylab z "l", "d" "s" "b" "k" bo już chce się nam układać "lody", "lato", "buty", "lisy", "loki", "kasa" itp. Zwykle wspólnie szukamy wyrazów do ułożenia, często ja układam listy wyrazów i wg. nich wprowadzam nowe sylaby. Czasem bawimy się karteczkami z obrazkami pożyczonymi z gier i loteryjek, oczywiście na początek wyszukuję obrazki tylko do wyrazów dwusylabowych z sylab otwartych. Uważam, że ten etap to już pole do twórczości rodziców i dzieci. Bywa tak, że po załapaniu pierwszych 5 kompletów sylab cała reszta idzie błyskawicznie a dziecię samo upomina się o sylaby zamknięte: "kot", "lis", "sok" i chce układać wyrazy dwusylabowe z sylabą zamkniętą. Uczenie się czytania wolne od określonej metody ma tę zaletę właśnie, że pozwala nam na przeskoczenie pewnego etapu, wcześniejsze wprowadzenie głosek "ę" i "ą" czy dwuznaków. Zwykle te ostatnie dochodzą późno, dziecko potrafi już czytać całe zdania a nawet pierwsze książeczki z serii Czytam sam wydawnictwa EGMONT. Książeczki te nie przestrzegają zasady czytania prostymi sylabami ale za to nie ma w nich trudnych głosek i dwuznaków. Jest to jednak już ten etap nauki czytania,który idzie dużo szybciej - przynajmniej u starszych dzieci - sześcioletnich, na przykład. Jednocześnie pokonujemy trudność zbitek spółgłoskowych, dwuznaków oraz obecność "ą" i "ę". Warto więc zadbać o wypożyczenie prostej książeczki do samodzielnego czytania z biblioteki: jedno zdanie do obrazka i duży druk a oddzielnie pracować na trudniejszych zdaniach i wyrazach. To jest też moment gdy urozmaicenie materiału, zabaw, form ma wielkie znaczenie. Proste książeczki można też pisać samemu a ilustracje tworzyć wspólnie. Proste zdania do losowania i czytania nawet z rozsypanek wyrazowych to kolejna zabawa. Ha! Był taki moment gdy zapisywałam całe arkusze zupełnie przypadkowych kartek wyrazami zdaniami wymyślanymi podczas gotowania, zmywania, wstawiania prania, na spacerze (zawsze miałam przy sobie notesik). Raz były to wyrazy trzysylabowe z sylab otwartych, innym razem wyrazy z sylab otwartych i jednej zamkniętej z głoską "sz", innym znów same jednosylabowe zamknięte z "ą" i "ę". Gdy ćwiczyłyśmy czytanie nowej trudności to skupiałyśmy się na nim kilka dni. Inne zabawy to rozsypanki sylabowe: "jaki wyraz możesz ułożyć z leżących tu sylab?" i niekoniecznie musiał być to prawdziwy wyraz. Chodziło głównie o to, żeby był dobrze odczytany. 
Kolejnym etapem są gry, które dzielą już wyraz na głoski i litery  i tu pojawiają się rozsypanki literowe oraz klasyczne scrabble lub takie w wersji junior. Jeśli dziecko raz załapało porządnie czytanie sylabowe to takie gry i zabawy są przygotowaniem do pisania bo pisząc dziecko i tak zaczyna samo,intuicyjnie dzielić wypowiadane sylaby na kolejno zapisywane litery...

Większość pomocy, czyli wyrazów do czytania oraz zdań, wykonywałam samodzielnie. I nadal wykonuję. Piszę odręcznie literami drukowanymi  na brystolu lub drukuję. Można w ten sposób zorganizować jeszcze grę "w ogonki" czyli łączyć wyrazy w ciąg, w którym każdy kolejny zaczyna się głoską, którą zakończył się poprzedni. Albo grę w łączenie rymów.
Bardzo dobrą formą tych gier jest memo: szukanie par takich samych sylab (albo różniących się jedynie zapisem wielkie i małe litery), szukanie par takich samych wyrazów lub par rymujących się wyrazów. 
Inna prosta gra to łączenie w pary obrazka z podpisem a dla młodszych, zaczynających naukę dzieci obrazek i sylaba, która zaczyna jego nazwę (obrazek butów i sylaba "bu"). Jeszcze inna prosta zabawa to losowanie sylaby i wyszukiwanie jak najwięcej wyrazów zaczynających się na tę sylabę. 
Sylaby można pisać na kamykach, naklejać na kapsle lub nakrętki, drukować na kartonikach... ilość możliwości uatrakcyjnienia tych zabaw jest niemal nieograniczona a wszystko zależy od naszej własnej twórczości. 
Czasem przychodzi taki moment, że dziecko zwyczajnie zaczyna płynnie, choć wolno, czytać już wszystko. Tabliczki z nazwami ulic, etykiety z opakowań z jedzeniem, posty na fb... Wtedy nasza rola ogranicza się do zapisania dziecka do biblioteki (jeśli jeszcześmy tego nie zrobili) i do regularnego zabierania tam młodego człowieka zawsze gdy my sami idziemy zmienić książkę. Bo oczywiście zmieniamy książki w bibliotece nie rzadziej niż raz - dwa razy w miesiącu, prawda?  

PS. Dopisek ten robię w dniu 18 maja 2016r, dla wszystkich, którzy czytają ten artykuł  i obawiają się, że ponieważ jest on stary to nie aktualny. Otóż szanowny czytelniku, jak najbardziej, jeśli potrzebujesz, dziś również wyślę Ci sylaby. Tak samo jak rok temu :). Zawsze bezpieczniej napisać prywatnie na mój mail, ale równie rzetelnie staram się odpowiadać na prośby zawarte w komentarzach. 
Powodzenia w zmaganiach.

P.S.2. U mnie ta córeczka, która uwieczniona jest na zdjęciach teraz już samodzielnie śmiga przez książki, zapisana do dwóch bibliotek, a czasem czyta na głos młodszym siostrom. A my brniemy przez sylaby z czwartą, 5,5 letnią córeczką. Na razie lajtowo, nie ma pośpiechu. Od września już na poważnie.