poniedziałek, 13 października 2014

Nietypowe urodziny

Nie będę ściemniać. Źródłem wszystkich moich najdziwniejszych pomysłów jest chroniczny brak kasy. Nie mam z powodu tego braku żadnych kompleksów, w końcu komu jej nie brak? A to, że kolesiowi, który pod moim oknem parkuje Ferrari brak na nowe Ferrari jest być może równie dla niego bolesne jak dla mnie brak na urządzenie urodzin dziecka w ... gdzieś. Sali zabaw, Muzeum Techniki, McDonaldzie, Przedszkolu, gdziebądź. Po co gdzieś skoro można w domu? Można, ale mi się znudziło. Rodzice sączą kawę i jedzą ciasto, dzieci się bawią (biegają, szaleją, kłócą się, robią bałagan i hałas). Ograny schemat. Tymczasem mnie jesienią depresja dopadła i niechęć by robić cokolwiek, a już najbardziej by sącząc kulturalnie kawę prowadzić rutynowe rozmowy o niczym. [Nie chcę przez to powiedzieć, że nie lubię mojej rodziny i fascynujących rozmów przy wspólnym stole - zaznaczam, na wypadek gdyby ktoś z "moich" to czytał; po prostu, taka jesienna deprecha i ogólna niechęć.]

W co się bawić, w co się bawić...?

A może by tak wykorzystać okazję i nareszcie zużyć gromadzone od roku śmieci? Bo przyznam się, że od roku zbieram różne pudełka, rolki po papierze toaletowym i inne odpady w nadziei, że uda się zgromadzić dzieciaki z rodziny na twórczych zajęciach plastycznych. Nie jest to łatwe, zwłaszcza, że większość dzieci chodzi do szkół. Ale może by tak wykorzystać urodzinowe przyjęcie, które muszę urządzić moim córkom? Jest okazja, będą dzieci. Zrobimy zamek! Albo makietę! Albo coś.

Zaprosiłam gości, nietypowo informując, żeby się goście nie ubierali wyjściowo, tylko raczej byle jak. Dorosłych uprzejmie poinformowałam, że będzie głośno i niewygodnie i małe szanse na wygodne siedzenie przy stole albowiem stół będzie zagospodarowany inaczej. Następnie upewniłam się, że mam dość klejów, farb i innych materiałów i już jedyne co pozostało to zatroszczyć się tort.

Dzieci przyszło dużo. Dorosłych przyszło mało. Ci dorośli, którzy przyszli z werwą wzięli się do pracy pomagając w akcie twórczym. Było dużo śmiechu, trochę sporów, bałagan, szaleństwo, hałas. A na koniec powstała makieta.

Wcale nie byłam pewna, że się uda gdyż z natury jestem sceptyczką. Gdy przyjechali mali goście zawołałam ich do kuchni, gdzie na awaryjnym stole naszykowałam już poczęstunek, gotowa przenieść go do pokoju, a następnie zapytałam pokazując spore pudło pełne śmieci, czy mają ochotę pobawić się we wspólne robienie makiety, czy raczej wolą bawić się sami ze sobą w pokoju? Jednomyślnie zakrzyknęli "Robimy makietę!" i dalej było już z górki. Zdjęliśmy obrus ze stołu w pokoju, rozłożyliśmy duży karton z pudła na stole, na podłogę wysypaliśmy zgromadzone śmieci. Przyniosłam też krepiny, kolorowe papiery, różne materiały gromadzone przez kilka lat, zupełnie nowe, dostane w prezencie pastele, farby i wałki do malowania. Zresztą co będę opisywać, wiecie jak to się robi.

Dzieci zawsze potrafią mnie zaskoczyć. Niby wiem, że są bystre, twórcze, że burza mózgów przychodzi im z łatwością, lubią też trzymać się konkretów i fascynuje je prawdziwy świat. A jednak wciąż spodziewam się, że będą chciały budować zamki z bajki, miasta przyszłości, że wyjdzie im to chaotycznie i byle jak. Tymczasem panny ustawiły się dookoła stołu, każda wybrała sobie miejsce, każda wpadła na własny pomysł (elektrownia, hotel, sklep, blok, latarnia morska, ulica, park, lotnisko) a następnie tworząc swoje elementy i rozmawiając stopniowo uzgadniały też co gdzie ustawić. Sklep musi być koło parku, żeby ludzie mogli podczas spaceru zrobić zakupy jak będą głodni. Hotel stanie koło lotniska. Blok mieszkalny przy ulicy ale niedaleko parku i sklepu. Kino nad stawem, ale obok ulicy, żeby dojazd był łatwy. Kawiarnia niedaleko hotelu, na trawniku z rabatami pełnymi kolorowych kwiatów. I tak kroczek po kroczku, z pomocą mamy i cioci, które uzupełniały pomysły a czasem pomogły w ich realizacji (ciocia zadbała o zabezpieczenie elementów stojących, mama zrobiła huśtawkę stojącą w parku, druga ciocia tramwaj, z którego wyszła ciuchcia - Pendolino oczywiście, wujek palmę) powstało miasto. Tu i teraz. Miasto posiadające własną elektrownię, dwa sklepy, centrum usługowe, kompleks rozrywkowy, dwa stawy, park, lotnisko i hotel. Całkiem sensowną komunikację, sygnalizację świetlną i kilka parkingów, Pendolino i palmę, i miejsce na Dreamlinera. Nawet kaczkę pływającą po stawie. A wszystko bardzo kolorowe i rozwojowe bo makietę można poprawiać i wzbogacać.



Ciekawe, czy ta huśtawka działa?



Park


Palma, jezioro z latarnią morską i otwierane kino z pudełka po Pulmicorcie. 


Elektrownia


Centrum usługowe, tuż obok lotniczego hotelu


Pendolino na tle nazwy miasta

  Poszliśmy na żywioł, dawno już się tak nie bawiłam. Żadnej rutynowej rozmowy, za to pełna śmiechu opowieść o majtkach z Łosiem, które naciśnięte w "czułym miejscu" grają kolędy, i zabawne sugestie co by to było, gdyby mały synek usiadł tacie na kolanach w środku Wigilii. Dziewczyny pokładały się ze śmiechu. Zero bon ton. 100% dobrej zabawy.
Po zrobieniu palmy, którą chciałam koniecznie postawić na środku skrzyżowania (Warszawiacy pewnie załapią o co chodzi, a pozostałym polecam wyguglowanie "palma w Warszawie") wujek zasugerował postawienie tam tęczy, kwestia zaś palenia i odbudowywania jej w kółko rozbawiła dla odmiany rodziców. Opisywane wszystko to nie brzmi tak smakowicie jak było w rzeczywistości. Ale powiem wam, że nawet przez 5 minut nie było nudno czy rutynowo a jesienna deprecha poszła w niepamięć. Po całym tym szaleństwie sto lat zaśpiewane było hucznie i radośnie a tort pałaszowany na stojąco pośród całego tego bałaganu smakował wyśmienicie.

Na stole pyszniła się ulepszana i poprawiana wciąż makieta. Siostra z uznaniem stwierdziła "To jest naprawdę coś!"
A po chwili spytała z zadumą "Ale powiedz mi, gdzie ty to planujesz trzymać?"
.....

Szlag! Wiedziałam, że o czymś nie pomyślałam!

piątek, 26 września 2014

Ciemna strona mocy

Idę na żywioł.
Piszę jak leci.
Bez przydługich wstępów i wymądrzania się (a mogłabym, bo już napisałam pół tego postu w tonie nieznośnie apodyktycznym i przemądrzałym).  Ale po co to komu, na co.
Piszę jak jest.

Edukacja domowa nie ma wad. Jak to idea, świetlana, wspaniała. Ja mam wady. Jak to człowiek. Bywa tak, że moje wady plus wady moich dzieci, a czasem wcale nie wady tylko rozbieżne oczekiwania i potrzeby, sprawiają, że w miejsce cudowności i oświecenia jest mrok, rozpacz, walenie głową w ścianę i poszukiwanie szkół z internatem.
To jest właśnie "ciemna strona mocy".

Nie będę ściemniać, bywa ciężko. Czasem edukacja domowa bardziej przypomina orkę na ugorze zamiast twórcze stymulowanie talentów oraz spontaniczne wspomaganie naturalnego rozwoju dziecka. Ale zawsze, zawsze jest wspólnym odkrywaniem świata. Tylko czasem jest to świat emocji, oczekiwań, rozczarowań.
Bywają takie chwile, gdy przez szał euforii i zaangażowania przebija się twarda rzeczywistość. Następnie owa rzeczywistość gryzie mnie w dupę i śmieje się szyderczo.

Czasami rzeczywistość daje znać o sobie od samego rana, wykorzystując podstępnie naturalny rytm dnia. Rytm regulują elementy stałe czyli posiłki, oraz rzeczy które zrobione być muszą. Stałe jest ich występowanie a czasem nawet godziny, czy raczej przedział czasowy. Jeśli chodzi o naukę umiejętności hołduję zasadzie "trening czyni mistrza", a trening - by był skuteczny -  musi być regularny oraz metodycznie ukierunkowany. Czyli bez przypadkowości. Nauka pisania, czytania, rachunki, język obcy, w tym roku doszło nam jeszcze ćwiczenie na instrumencie. I tu już zaliczam pierwsza wpadkę. Czasem nie jestem w stanie przywlec dzieci na śniadanie na 9 rano. Wiadomo, że jak marudzą przy talerzach, myciu zębów i słaniu łóżek to potem cały dzień mi się rozjedzie. Jeszcze nie zaczęłyśmy a ja już mam dość przewidując kłopoty, które zaraz się pojawią.
I nie ma bynajmniej mowy o żadnym wojskowym drylu, skąd! Od 8 do 10 jest szmat czasu! Czasem nawet ten szmat to za mało.

W międzyczasie ogarniam stół, kuchnię, zmywarkę (Boże, dzięki Ci za wszystkich, którzy przyczynili się do zaistnienia zmywarki w moim domu!) i świeża jak szczypiorek na wiosnę, oraz pełna wspaniałych pomysłów, które zawsze lawiną mnie zasypują podczas prac kuchennych, mknę do pokoju "robić zajęcia". Zazwyczaj. Bo niestety bywa i tak, że zgrzytam zębami ze złości robiąc wszystko z wiszącą u biodra Malutką. Względnie - gdy biodro protestuje - z przylepioną do uda Wrzeszczącą Malutką. Life is brutal.

Na szczęście takie chwile irytacji mijają mi prędko, dwa głębokie wdechy i lecimy dalej. Łyk zimnej herbaty i w drogę!

W pokoju wszystkie cztery córki, jednocześnie skaczą po łóżku.
Cały system skoków zawczasu przygotowany, kilka wersji, dla urozmaicenia.
Dzieci w raju.

Mama na haju?
Przydałoby się czasem, oj...

"Dzieci, zapraszam do stołu, czas na nasze zajęcia!"
"NIEEEE!!!!" krzyczą dwie starsze.
"TAAAAK!!!" krzyczy trzecia, która dubluje zerówkę i teoretycznie nie powinna uczyć się absolutnie niczego.
???
 Ale dlaczego, no... Takie fajne wymyśliłam...

Czasem po prostu chce się poskakać.
A tam, niech skaczą, powiesz czytelniku. Jeden dzień nie zaszkodzi!
Żeby to był jeden dzień! Analizowałam to zjawisko i doszłam do pewnych wniosków. Akurat ja mam taki układ - dość rzadko spotykany - że mam same dziewczyny i to małych odstępach wiekowych. Oznacza to, że właściwie nie istnieje żadna naturalna "przerwa", która by je hamowała w zabawie. Co jedna wymyśli to pozostałe trzy podchwycą i multiplikują. A są naprawdę twórcze, bestie. Nakręcają się wzajemnie, zabawia trwa i trwa.  A nie koniec na tym wcale, bo poza wspólną zabawą każda panna ma własne hobby i domaga się czasu by je pielęgnować. Pierwsza opowiada. Wymyśla historie i sama sobie je opowiada. (Nawiasem mówiąc historie są nie z tej ziemi i wcale nie poczuję się zaskoczona jeśli zostanie w przyszłości polskim Terrym Pratchetem). Druga lubi jeździć na rowerze i czytać. Jakkolwiek czytanie jest obiecujące to jazda na rowerze oznacza dla mnie organizowanie spaceru dla całej ferajny włączając w to sprowadzanie roweru. Z czwartego piętra. Bez windy. I wnoszenie go. Z Malutką na biodrze. ... Robię to, bo co mam zrobić? Ale przecież czasem Malutkiej zdarzy się zachorować. A wtedy płacz, jęki i marudzenie bez końca. To wkurza.

W całym tym narzekaniu krzywdzę Trzecią, słoneczko moje kochane. Trzecia jest mistrzynią w "wyciu". Właściwie o cokolwiek, o wszystko. Że nie umie pisać, Że nie umie czytać, że musi umyć zęby - a nie umie, że trzeba schować majtki, a się nie chce - wiecie, nóż się w kieszenie otwiera! Ale jeśli chodzi o chęć do nauki - sam miód! "Mamo, wymyśl mi zadanie. Mamo, nauczmy się czytać. Mamo, naucz mnie pisać!" "Mamo, a wiesz, że 5+2 to jest 7?" Oczywiście, coby nie było za łatwo, wszystkie umiejętności i całą wiedzę zdobywa po swojemu. Większość metodycznych wytycznych odrzuca i to mogłoby irytować, gdybym jeszcze przywiązywała wagę do tych spraw. Na szczęście jestem zwykle tak zaabsorbowana niechęcią Pierwszej do pisania, niechęcią Drugiej do czytania, niekończącą się gadaniną i zdumiewającą pomysłowością Czwartej we wszelakich aktywnościach (potocznie nazywamy to "włażenie w szkodę") oraz świeżo rozbudzoną aktywnością Malutkiej (ostatnio głównie buszowanie w szafkach, regałach oraz włażenie na stoły i blaty), że zwyczajnie nie mam czasu ani zacięcia, by Trzecią dręczyć politycznie poprawną metodyką. Rzucam luźne sugestie i albo z nich skorzysta, albo zrobi po swojemu. Wyjąc. Myślę, że Szef wiedział co robi dając mi po takiej indywidualistce Trzeciej - takie absorbujące Czwartą i Piątą. Jak na razie wygląda to na odgórnie zaplanowaną akcję. Hurra!
A może tylko się tak pocieszam... (racjonalizacja?)

Czasem zajęcia idą nam jak złoto. A czasem jak po grudzie. Zdecydowanie najgorsza jest zdecydowana odmowa: "Nie, ja tego NIE ZROBIĘ". Bo co można poradzić w takiej sytuacji? Rozmawia się, pyta o przyczynę, analizuje emocje, potrzeby, chęci. Czasem wszystko tylko po to, by dowiedzieć się, że NIE BO NIE. I już. Nudne jest.
Prawda taka, że dla dziecka, któremu trudność sprawia czytanie codzienne przebijanie się przez ciąg wyrazów, zdań jest przykrym obowiązkiem. "Brawo córeczko, widzisz jakie robisz postępy? Możesz być z siebie dumna! Świetnie ci idzie, spójrz jaki długi tekst przeczytałaś!" "Cicho bądź, nie chwal mnie!! Zmusiłaś mnie do tego!"
 Podobnie z dzieckiem, które nie znosi pisania tekstów. Jeszcze lista zakupów, składniki na sałatkę itd ujdą,  ale przecież nauka pisania obejmować musi różne formy wypowiedzi w zdaniach. Wielkie litery na początku, kropki, przecinki, takie tam. Koszmar.
Przykładowe ćwiczenie - cztery dowolne zdania: "Straszna baba każe mi pisać. Nie będę. Nie znoszę pisać. Co za okropna mama." Brawo córeczko! Niech żyje lapidarny styl! "Miało ci się nie podobać!!"
Niektórym zwyczajnie nie da się dogodzić.

 Poza zdecydowaną odmową nie lubię też jęczącego oporu. Chlipanie, przeczytane jedno zdanie, przerywnik w postacie informacji jaką to jestem okropną mamą bo każę czytać, i że jak tak, to czytać będzie ale po cichu, na pewno nie na głos, i NIE powie mi co tam było napisane! Potem drugie zdanie, gniewna tyrada, i tak powolutku brniemy. To co zwykle zajmuje 15 minut tym razem jest 45 minutową próbą cierpliwości.
Może ktoś pomyśleć, że jestem bez serca a w dodatku masochistka. Już widzę jak wszystkie zwolenniczki RB z oburzeniem kręcą głowami na tę specyficzną odmianę tego co ja nazywam konsekwencją a one "przemocą psychiczną".
Przemoc to jest, ale to ja jej doświadczam. A jednak żyję, nic mi nie jest, jestem szczęśliwa a w dodatku umiem czytać, pisać a nawet skończyłam studia. Też nie znosiłam nauki czytania i pisania.

Podobne objawy oporu trafiają się przy matematyce. Jedna panna nie znosi rachunków, druga zadań z treścią. I czasem bywa tak, że aby je zrobić trzeba się przebijać przez mur. Spokojem, łagodnością, perswazją, powoli posuwamy się do przodu. Przychodzi w końcu takie moment, że jedyne co pozostaje to wyjść bez słowa do kuchni, napić się (zimnej) herbaty i policzyć do 20.
Na szczęście jestem wybuchowa. Na szczęście, bo choć szybko wybucham to nie gromadzę w sobie pokładów irytacji czy zniechęcenia by przetwarzać je na poczucie bezradności czy trwałej niechęci. Spuszczam parę jak szybkowar i wracam by "pyrtać swoje ziemniaki" dalej.

Częściej zajęcia udają nam się fajnie. Czytamy książki, studiujemy mapy, przeglądamy internet. Robimy doświadczenia. Rozwiązujemy zadania. Układamy wierszyki. Gramy w gry. I właśnie wtedy gdy jest najciekawiej i wszyscy uśmiechnięci, a ja wręcz kipię wewnętrznie zadowoleniem, świra dostaje Czwarta, lub Malutka. Wejść na stół i rozwalić całą grę. Pomazać zeszyt. Podrzeć książkę. Wywalić wszystko z piórnika. Władować się mamie na ręce. Wylać na stół kubek soku/herbaty/kawy/czegokolwiek. Utopić w kiblu zabawkę. Wywalić wszystkie buty z szafki. Albo wszystkie ubrania z komody.
 Cokolwiek w sumie. O! Zrzucić z parapetu doniczkę z największą rośliną! To jest mega osiągnięcie. Takich drobiazgów jak rozsypane kasze, mąki, cukry i proszki do prania, czy rozwinięta cała rolka papieru toaletowego nie warto wspominać. Całe ciało i ubranie wymazane flamastrem to w ogóle jest tylko zabawny dowcip i ubaw na sto dwa.
A my tu właśnie zdobywamy dolinę Amazonki!
Przemierzamy całą Polskę na grzbiecie ptaka z soli.
Studiujemy aparat gębowy i zwyczaje godowe ślimaków.
Analizujemy ruchy ciał niebieskich (dlaczego akurat ciał mamo? i przecież one wcale nie są niebieskie!)
Uczymy się prowadzić smyczek po strunach.
Robimy arcyciekawe doświadczenia ilustrujące ruch powietrza by odpowiedzieć na pytanie "Skąd się bierze wiatr?"

Tymczasem pora lądować, zamiatać, prać, myć, urabiać się po pachy zastanawiając jak w ogóle mogłam przypuszczać, że da się połączyć roczniaka/dwulatka/trzylatka z edukacją domową?! Jak na to wpadłam? Przecież to czyste szaleństwo! Syzyfowa praca!

Jednak w tym szaleństwie jest metoda. Bo nie widziałam dotąd by dzieci się tak skutecznie od siebie nawzajem uczyły jak tu u nas, w ed.

Zaskakuje mnie też, gdy pomimo tych wszystkich katastrof, wciąż znajduję w sobie zasoby optymizmu. Tak, jakby trudności wpływały pozytywnie na moją twórczość. "Co cie nie zabije uczyni cie silniejszym". Prawdziwe jest to zdanie głównie z tego powodu, że z czasem człowiek się uodparnia. Przeżywszy kilka porażek, katastrof, rozsypanych mąk, pomazanych ubrań, ze dwa wylane wiadra wody oraz jednego już malucha (w ed od 1 do 4 lat) teraz szybciej łapię równowagę a czasem w ogóle wzruszam ramionami "Phi! w zestawieniu z tym co potrafiła zrobić Czwarta to to jest jeszcze pikuś!".

Oczywiście, miewam chwile kryzysu. Sporo zajęć robię z Malutka na biodrze, żeby nie niszczyła pracy siostrom, a od tego bolą plecy i nawet chusta nie zawsze tu pomaga, nie zawsze daje się zastosować. Notorycznie żyję w niedoczasie jeśli chodzi o prace gospodarcze. Totalnie wykańcza mnie psychicznie kilka razy dziennie sprzątanie podłogi ubabranej przez samodzielnie jedzącą Malutką. Zupełnie przestałam lubić szykowanie posiłków - chyba, że gotujemy coś razem. Prasowanie byłoby super fajne, gdyby nie to, że wszystkie filmy mam z napisami a nie z lektorem (zresztą nie lubię filmów  z lektorem).
Nie mam czasu na swoje robótki, chlip... Niby nie mam, ale coś tam dziergam. Jedną czapkę przez dwa miesiące.
Ponieważ pracując codziennie z pannami widzę na bieżąco ich potrzeby dostrzegam też konieczność modyfikowania metod i narzędzi. Wszystkie prace domowe, kuchenne, mają znakomity wpływ na moja twórczość. Ręce pracują, ale głowa ma wolne. Głowa wymyśla. Nową grę matematyczną, domino na mnożenie, lotto na dodawanie, suwak matematyczny, rymowankę ortograficzną, tekst do czytania dla Pierwszej, wzór czapeczki dla córeczki i torebeczki dla innej córeczki, nowy abażur na lampę do pokoju dzieci, inspirowany zbyt drogim abażurem w IKEI. Pomysły się krystalizują, dopracowuję szczegóły, planuję a potem i tak nie starcza mi czasu by je zrealizować.
To wszystko są tak naprawdę duperele. Nieistotne. Mało ważne. Ale czasem dają się we znaki. Jak ten przysłowiowy wrzód na d... .

A jednak...

Pewien dziennikarz spytał mnie ostatnio (eh, jak to zabrzmiało! jakbym nic nie robiła tylko udzielała wywiadów! :)), i zaskoczył tym pytaniem, a nieczęsto się to zdarza, bo większość pytań jest tak ograna, że odpowiadać można przez sen, otóż spytał mnie "Co panią zaskoczyło w edukacji domowej? Z perspektywy czasu, czego się pani nie spodziewała zaczynając?" I przez chwilę zupełnie nie wiedziałam co powiedzieć. Zaskoczyło? Zdziwiło choćby? Chyba nic... A jednak. Niby wiedziałam, że młodsze dzieci uczą się od starszych, ale nie spodziewałam się, że aż tak! Aż człowiek żałuje, że ta najstarsza nie ma starszej siostry!
Ale druga, zdecydowania bardziej znacząca, jest taka kwestia. Musze wyznać, że podejmując decyzję o edukacji domowej panicznie się bałam, że nie dam rady. Nie ogarnę dzieci, programu, robienia pomocy, prowadzenia domu, jeżdżenia z wszystkimi dziećmi na lekcje muzealne, indywidualizowania trybu nauki. Potem zabroniłam sobie myśleć o tych lękach. Postanowiłam, że spróbuję i ma się udać. Nauczę się konsekwencji i wewnętrznej dyscypliny (a są to te właśnie dziedziny, które w młodości u mnie leżały i kwiczały), będę problemy rozwiązywać na bieżąco, byka brać za rogi i koniec z użalaniem się nad sobą (ha, ha, moje ulubione zajęcie).  I teraz, patrząc wstecz, uświadamiam sobie, że to był dobry plan. I działa. Zaskakuje mnie jak dużo ja sama nauczyłam się o sobie i życiu jadąc na tym byku. Nie podejrzewałam, że to będzie takie... łatwe!
Ta świadomość od razu poprawia mi humor :).
Nie wiem ile lat edukacji domowej przede mną. Nie wiem, która z dziewczyn pójdzie do szkoły i kiedy. Ale tego, co przeżyłyśmy, już nikt nam nie odbierze. Warto było.
Każdy obrót karuzeli mojego życia był wart tego, by go przeżyć. Jutro jest warte, by je przeżyć. Nie poddając się.

Z edukacją domową jest podobnie jak z rodzeniem. To co dobre zostaje i rozpala wewnętrznie a ból się  szybko zapomina.
Z tym, że oczywiście, rodzenie bardziej boli.


piątek, 5 września 2014

Podręczniki, ale jakie?

Pytają mnie ludzie….

Często pojawia się ostatnimi czasy pytanie o podręczniki dla maluchów. Czy kupować, jeśli kupować to jakie, czy korzystać z darmowego Elementarza dla pierwszaka, jakie podręczniki wybrać dla zerówkowicza nawet! Choć to ostatnie wydaje mi się już tak absurdalne, że sporo czasu zajęło mi zrozumienie źródła jego powstania.
Odpowiedź na pytanie brzmi: nie wiem. Podręczników jest dużo a ja obejrzałam zaledwie kilka. Osobiście uważam, że żaden nie jest potrzebny i znam rodziców w ed, którzy korzystają z podręczników szkolnych tylko sporadycznie. Napiszę jednak kilka zdań, swoich refleksji, swojego doświadczenia i dodam, jako bonus, listę podręczników, których należy unikać.

Czym jest podręcznik, że tak wiele uwagi zajmuje? Jest to pomoc edukacyjna w realizacji programu. Jedna z pomocy, wcale niekoniecznie ta najlepsza, ale w przypadku szkół publicznych, korzystających ze standardowych, popularnych programów, dedykowany im podręcznik jest z pewnością pomocą najwygodniejszą dla nauczycieli i uczniów. Głównie z tego powodu, że klasę liczącą między 20 a 30 dzieci trzeba jakoś utrzymać w ryzach i najłatwiej jest pracować na jednakowym materiale ze wszystkimi, zwłaszcza, że pracuje się z tą grupą kilka godzin dziennie. Przeciętnemu nauczycielowi potrzebny jest stały rytm, wspólny materiał, rutyna. (Widziałam kiedyś film o autorskim pomyśle klasy bez podręczników, bez rutyny i z pełną indywidualizacją. Ale tej klasy nie prowadził przeciętny nauczyciel. Ależ to było piękne miejsce...)
Tu warto zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad taka kwestią: skoro podręcznik jest pisany do programu, jako narzędzie do jego realizacji, to gdzie się podziewa program do którego powstał rządowy Elementarz, hę? Widział go ktoś? Słyszał ktoś coś? Nijak nie. Podręcznik realizuje podstawę programową, podobno. Zabawne. Wszak podstawa miała być... podstawą programową. Takim tworem, w oparciu o który nauczyciele i metodycy mogą tworzyć własne programy. Jednocześnie zawiera ona spis oczekiwanych osiągnięć dziecka, wymagania szczegółowe na koniec konkretnego etapu edukacyjnego, które mogą być wytyczną do pracy z dzieckiem (dla nas, edukatorów domowych, to one właśnie są najważniejsze). Ale nie jest ona programem, ani minimum programowym. To gdzie jest program do Elementarza? Otóż nie ma, najwyraźniej. Przestał być potrzebny, naga prawda wyszła na jaw. Zgodnie z zapisem z podstawy programowej: „Szkolny zestaw programów nauczania, program wychowawczy szkoły oraz program profilaktyki tworzą spójną całość i muszą uwzględniać wszystkie wymagania opisane w podstawie programowej. Ich przygotowanie i realizacja są zadaniem zarówno całej szkoły, jak i każdego nauczyciela.” Metodycy pracujący dla wydawnictw musieli się męczyć układając jakąś całość, planować, uzasadniać ją dobrem dziecka, globalnym rozwojem,  taką czy inną ideą rozwojową. Miała być to całość pod względem metodycznym i merytorycznym, gdzie wyszczególnione są cele i zadania a treści powiązane ze sobą tak by dziecko mogło naturalnie przechodzić od jednych zagadnień do drugich. Ministerstwo już nie musi. Czyżby stawiane wydawnictwom oraz nauczycielom, do tej pory, wymagania były tylko przysłowiową "kłodą pod nogi"? A dla dobra dziecka to już wszystko jedno co, kiedy i jak? Pewnie dlatego Elementarz to taki zlepek kolorowych plakatów i kart pracy przypadkowo połączonych klejem między okładkami. Albo może zarządzenie, nawet nie wiem, które, przestało obowiązywać. Albo Ministerstwo oraz rządowy Elementarz są ponad to. I git.

No to mamy ten Elementarz jako jakiś pomysł dla pierwszaka. Brać czy nie brać? Jest sens zastawiać tym półkę? A co będzie jak dziecko go zniszczy przez naszą, rodziców, nieuwagę? Może lepiej bez niego? Bezpieczniej? Tak. Bezpieczniej. I nie tylko z tego powodu. Ten Elementarz nie pomaga w nauce czytania. Nie najlepiej radzi sobie z matmą. Wiedza ogólna, przyrodnicza i społeczna? Powierzchowna, tendencyjna, nudna dla dziecka, które uczy się w ed, żyjąc. Może się przydać Elementarz? Może. Autorzy dokonali jakiegoś rozkładu materiału, tworząc tę książkę a na końcu każdej części znajduje się lista zdobytych umiejętności i wiedzy. My, edukatorzy domowi, jeśli nie korzystamy z gotowca, musimy rozkład materiału zrobić sami w oparciu o podstawę i wymagania egzaminacyjne nadesłane przez szkołę. Można wykorzystać Elementarz jako źródło informacji "czy robiąc te wszystkie twórcze, indywidualne cudowności w ed, gdzieś nie zagubiłam minimum programowego". Ale do tego celu wystarczy nam pdf  Elementarza pobrany ze stron ministerstwa. Nie mówiąc już o tym, że w zupełności wystarczą nam wymagania wysłane przez szkołę. Może lepiej, żeby się nam ten "zlepek" kolorowych kart do niczego nie przydawał? Po co dzieciom wodę z mózgu robić? I sobie?

Po wykończeniu rządowego gniota wrócę na chwilę do zagadnienia podręcznika dla zerówkowicza. Szczerze mówiąc nie przyszłoby mi do głowy poruszanie tego tematu, gdyby nie to, że natknęłam się na takie pytanie zatroskanej mamy. Jaki "box" dla dziecka zapisanego do zerówki wybrać? Otóż żaden drodzy rodzice. Żaden. Bo nasz maluch ma się uczyć tego, czego ma się uczyć w zerówce, przez zabawę. Manipulację na konkretach, konstruowanie a nie wypełnianie jakiś durnowatych kart pracy z jakiegoś infantylnego boxu. Infantylnego,  a jakże, musowo. Nie może nie być infantylny, skoro nie wolno uczyć dziecka czytać, pisać a nawet liczyć! To co tam będzie? Szlaczki, kolorowanie drukowanych kształtów liter, nazywanie obrazków, jakieś proste labirynty, przyklejanie naklejek... serio, takie zabawy to można dziecku sprezentować kupując "Wielką księgę przedszkolaka" wydawnictwa Olesiejuk, albo teczkę "Mam 5 lat", albo dowolną książeczkę z łamigłówkami dla malucha (warto jednak sprawdzić, czy szata graficzna jest wporzo, coby dziecku szpetotą gustu nie psuć), albo przysiąść fałdów i codziennie wieczorem naszykować kilka takich zadanek własnoręcznie, markerem na kartonie. I też będzie dobrze. Przy okazji spokojnie nauczyć czytać, liczyć do 100, dodawać i odejmować, porównywać i co tam nam jeszcze przyjdzie do głowy, a wszystko to grając w gry i budując z klocków, oraz czytając z dzieckiem książki, oraz robiąc ciekawe doświadczenia z książki "365 doświadczeń na każdy dzień roku" lub "Eksperymenty mądrej żabki" Nicole Borgmann. Tak zwany "test gotowości szkolnej" sprawdza pewne konkretne umiejętności i poziom rozwoju dziecka, umiejętności analizy i syntezy wzrokowej i słuchowej, i bardziej się dziecku przyda układanie puzzli, mozaiki Montessori, tangramów, oraz zabawy słuchowe w sylabizowanie i wysłuchiwanie głosek na początku i końcu wyrazu, oraz zabawy orientacyjne i porządkowe, niż  wypełnianie kart pracy z jakiegoś boxu. Mamo, tato, nie dajcie się upupić! Mentalne odszkolnienie to podstawa. Odwagi!

Pierwsza klasa to już poważna sprawa i nie bez kozery spędza sen z powiek rodziców, którzy nie mając wykształcenia w tym kierunku zastanawiają się "czy ja potrafię sam nauczyć moje dziecko czytać, pisać, liczyć?" Zabawne. Większość dzieciaków idzie do pierwszej klasy umiejąc czytać i liczyć, a nauka pisania, choć monotonna i nudna, specjalnie skomplikowana  nie jest. (Wystarczy wydrukować kształt litery na dużym kartonie, lub napisać markerem, bawić się rysowanie po śladzie, na ścianie, w kaszy mannej, kalkowanie, lepienie z plasteliny, potem w dużej liniaturze, potem w małej, potem w sylabach otwartych - ma, mo, mi, mu itd żeby nauczyć łączenia w pisaniu, potem w prostych wyrazach, po śladzie i przepisywaniu ich itd. Jedna litera - jeden dzień. Utrwalamy kilka dni i następna litera, nauczymy pisać szybciej niż podręcznik a użyjemy do tego kartonów, wielkiej płachty papieru do pakowania, liniatury, markeru i ołówka. Jedyna zasada, której powinniśmy się trzymać to konsekwencja w metodyce. Jeśli zaczęliśmy w ten sposób pół alfabetu to zróbmy tak i resztę, od bałaganu dzieci głupieją. Podaję, przy okazji, link do strony gdzie można znaleźć gotowe do druku wszystkie litery, szlaczki, łączenia, wyrazy itp.: http://www.kaligrafowanie.pl/ ). 
Będzie się to zmieniać oczywiście, bo teraz do pierwszej klasy pójdą dzieci, które są za małe na wysiłkowy trening pisania (precyzyjnie w małej liniaturze), i które raczej nie będą jeszcze czytać. Teraz najważniejsze będzie więc, niekoniecznie to jak im pomóc, ale jak im nie przeszkadzać... Czytanie, liczenie to takie umiejętności, które większość dzieci chętnie zdobywa samemu. Istnieje też ogromna ilość metod, elementarzy, książeczek, a i tak zwykle najlepiej sprawdzają się domowym sposobem wykonane: sylaby i ruchomy alfabet, z których dzieci układają proste wyrazy, potem coraz trudniejsze. Samodzielne ułożenie prostych zdań, które można wydrukować dziecku w domu, to też nie jest wielki problem. Ot, zastanawiamy się jakie to to zna litery? Sylaby? Bierzemy je i próbujemy coś  stworzyć... na przykład: Motyl lata nad łąką. Mama myje gary. Tata nosi zakupy. Ala ma korale. Ola lubi lody. I tym podobne. Rodzic swoje dziecko zna i może dopasować poziom trudności zdań indywidualnie do swojego dziecka a również tematykę. Dla chłopca pewnie ciekawsze będą: Samolot lata wysoko, czy coś takiego; nie wiem, u mnie same dziewczyny.

Konkretne, dobrze znane, sprawdzone metody nauki czytania to: Doman (ale nie dla dzieci szkolnych, Doman jest dla maluchów, zaczynamy już z półtorarocznymi i młodszymi dziećmi, jeśli ktoś chce, u starszych dzieci nie ma efektów); metoda Jagody Cieszyńskiej "Kocham czytać" (inaczej metoda symultaniczno-sekwencyjna, sprawdzona i skuteczna metoda nauki i terapii czytania) ale ten komplet jest drogi.  A też niedawno usłyszałam, że dziecko znudziło się pracą z tym materiałem.  Mama się niepokoiła, że córka chce robić następny etap a nie opanowała pierwszego, a metoda na to nie pozwala, bo najpierw trzeba opanować te podstawowe sylaby a potem coraz trudniejsze, a potem wyrazy, wszystko po kolei. Otóż metody tak mają, tak są przez metodyków, terapeutów tworzone. Tymczasem dzieci, normalne, bystre, czasem tą rutyną się nudzą. Nie chce im się uczyć codziennie rozpoznawania tych samych sylab, chcą czytać wyrazy, zdania, książki! I wtedy metoda idzie w kąt a dziecko wyciąga książeczkę i powoli, mozolnie odcyfrowuje litery, głoskując i łącząc te głoski w sylaby i od razu w wyrazy i zdania. I kto dziecku zabroni? Moja Trzecia tak robi, a bardzo nam się sprawdza Elementarz Falskiego.

Kolejna dobra propozycja dla 6/7 latka to "Komnaty literowe" Danuty Gmosińskiej i Violetty Woźniak.  Pozycja wielostronnie przygotowująca do czytania i pisania, metoda opiera się o sylaby. Przy tym jest ciekawa a naukę przedstawia jako przygodę i poszukiwanie skarbu. No i tania, choć akurat ostatnio niedostępna, mam nadzieję, że to tylko chwilowy brak.
Z czystym sumieniem mogę również polecić wyżej wspomniany "Elementarz"  Falskiego, który poza nauką czytania ma dużo dobrze skonstruowanych tekstów i, wbrew pozorom, archaiczność języka niekoniecznie jest przeszkodą. Moje dzieci chętnie i z zainteresowaniem czytają czytanki z Falskiego, często też są one punktem wyjścia do całych zajęć, o środkach transportu, samolotach, zwierzętach, kosmosie czy układzie słonecznym. Ja zachwycam się wspaniała ciągłością metodyczną tego podręcznika i dobrze przemyślanym stopniowaniem trudności. Ach, i jeszcze coś! Mamy początek września,  czytamy jedną z pierwszych czytanek, dziecko zna dopiero kilka liter, a już w czytance pojawia się zadanie dodawania w zakresie 10, na konkretach, bo liczymy osy na obrazku, ale zapis matematyczny, jak najbardziej, występuje. I proszę! Cała reszta pierwszaków właśnie uczy się liczby 2. Serio, ja bym obstawiała Elementarz Falskiego dla potrzeb ed.
Na koniec zaproponuję jeszcze "Chcę czytać" Krystyny Kamińskiej, wydawnictwa Juka. Cienki zeszyt A4, sama nauka czytania, choć jest i w komplecie "Chcę pisać", dla zainteresowanych. To wersja najtańsza i najzwyklejsza. A i tak o niebo lepsza od darmowych wypocin robionych w biegu na zlecenia naszego rządu. W ed może być pomocna, lub zupełnie wystarczająca do nauki (jeśli dziecko nie ma żadnych "specyficznych trudności" ryzyka dysleksji itp), potrzeba będzie tylko wzbogacać ją czytankami.

 Elementarz Falskiego i "Chcę czytać" sprawdzają się wystarczająco dobrze, przy czym Elementarz zawiera duży zbiór tekstów, a zeszyt pani Kamińskiej to tylko podstawa nauki czytania. 
"Kocham czytać" i "Komnaty literowe" sprawdzają się w terapii trudności, lub jako wspomaganie nauki u dzieci z trudnościami. Będą oczywiście również dobrymi podręcznikami dla dzieci bez trudności.  
To nie są, oczywiście, wszystkie dostępne na rynku, lub tez nawet najlepsze z dostępnych na rynku, pozycje. To są te publikacje, które mogę ocenić bo z nimi pracowałam.

Pewnie, że zaraz mnie tu ktoś zmiesza z błotem, że bagatelizuję, ale tak naprawdę do nauki czytania podręczniki z boxów potrzebne nie są. Często wystarcza samodzielnie wykonane: ruchomy alfabet i sylaby. Wyrazy. Zdania. Teksty. 

Nauka pisania to trening umiejętności, do którego wszystkie potrzebne szablony, wzory i pomoce można znaleźć w sieci i też podręcznik potrzebny specjalnie nie jest. Jeśli robimy ją równolegle do nauki czytania to po prostu konsekwentnie pracujmy wybraną metodą.

 Cała reszta, w tym matematyka, w podręcznikach do pierwszej klasy, nie jest najlepsza. Można z nich korzystać oczywiście, ale dzieci szybko się tym nudzą bo to schematyczne, ograniczone, nudne i zaraz się okaże, że te wszystkie karty pracy kupione za ciężkie 250 czy 300 zł leżą nie używane, bo dziecko patrzeć na to nie chce, tylko: "Mamo, ty mi wymyśl zadanie" prosi.
Piszę z własnego doświadczenia. Zadania z matematyki to nam najlepiej wychodziły tak: (przypominam, że układane dla dziewczynek). Córki dostawały białe kartki A4 i ołówki, lub kredki. Mama dyktowała zadanie. "W lesie mieszkają dwie wróżki, wodna nad rzeką i leśna wśród drzew (i narysowałam im te wróżki). Domek wróżki wodnej był cały z kwadratów a leśnej z trójkątów (dzieci rysują i mamy zaliczone figury). Wróżka posadziła trzy kwiaty, w kolorach czerwonym po środku, niebieskim po prawej i żółtym po lewej. Nad domkiem latał ptak a obok motyl (orientacja przestrzenna). Żeby było szybciej można te elementy narysować, wyciąć i dziecko je tylko układa. Co dalej... Wróżka upiekła okrągłą pizzę i podzieliła ja na 8 kawałków, zaprosiła 8 wróżek w gości, czy dla wszystkich wystarczy po kawałku pizzy?" Itd, wymyślać przygody tych wróżek, które się odwiedzają i pokonują kolejne kilometry (ile razem? która więcej?) albo umawiają się na godzinę i spóźniają albo spędzają czas razem (ile?), są od siebie młodsze lub starsze, mają siostry (kto ma więcej lat, kto ma więcej sióstr?) i w ogóle robią całą masę rzeczy, które trzeba liczyć i porównywać. I zadanie gotowe. Oczywiście zamiast wymyślać sztuczne wróżki można to samo robić we własnym domu, a nawet należy się tak bawić szczególnie z młodszym dzieckiem (zerówkowiczem, pierwszakiem, bo te zadania na papierze to u nas już klasa druga), porównywać wiek dzieci, kuzynów, rodziców. Piec i gotować razem licząc i mierząc. Obserwować upływ czasu podczas prac domowych i na spacerach... Pozwolić dziecku samemu robić zakupy i za nie płacić.  A poza tym jest sporo gier matematycznych i strategicznych, które zawsze są lepszym rozwiązaniem niż karta pracy z boxu.

Do pierwszej klasy kupiłam moim córkom boxy polecone przez szkołę, (a co tam, raz spróbowałam, w ramach programu "wyprawka" dostałam zwrot za te książki, nie było mi żal). Używałyśmy ich różnie, czasem trochę, czasem wcale. Największy minus posiadania ich był taki, że upupiały mnie samą swoja obecnością. Wiedziałam, że są... marne, a i tak coś mnie ciągnęło, jakby przekonanie, że jeśli dziewczynki je wypełnią "od deski do deski" to będą umiały to co powinny. Bzdura, oczywiście, ale ten cichy głos pojawiał się czasem w mojej głowie. Przygnębiał mnie. Był to zestaw "Nasze razem w szkole" i serdecznie odradzam kupowanie go. Jest beznadziejny.  Rok później, do drugiej klasy, kupiłam już wybrany przez siebie, osobiście zestaw Didasko, który mi się spodobał. Kupiłam tylko jeden, na spółkę i dziewczynki jedyne co zrobiły całe bardzo chętnie to "Księgę przygód". Podręczniki w większości tylko przewertowane, choć sporo teksów czytałyśmy razem traktując je jako punkt wyjścia do własnych poszukiwań. Ale matematyka mnie zupełnie załamała. Dodawanie do tysiąca, mnożenie do stu ale za to zupełny brak dzielenia. Why?? W tym wszystkim jednak sporo ciekawych zadań z treścią, bajki matematyczne, zabawy matematyczne itd. Często ciekawe.
W tym roku mam używane komplety podręczników do trzeciej klasy po bratanku "Odkrywam siebie i świat" wyd. MAC i po synu znajomych "Gra w kolory" Juki, pewnie zajrzę do nich czasem. Może z raz na tydzień. Przy czym wśród znajomych "Gra w kolory" cieszy się lepszą opinią. Ja własnej jeszcze nie wyrobiłam. Na razie mamy co robić i podręczniki kurzą się na półkach.
Dla mojej powtarzającej zerówkę córci kupiłam księgę z łamigłówkami "Księgę przedszkolaka" wyd. Olesiejuk (łączenie kropek, proste krzyżówki, labirynty, dopasowanie cieni, odszukiwane różnic itp) - córcia za tym przepada a są to istotne ćwiczenia percepcji wzrokowej. Czytać uczymy się  na Elementarzu Falskiego, ale pewnie kupię jej "Komnaty literowe" bo oglądała te po starszych siostrach i bardzo jej przypadły do gustu, wciąż się upomina o swoje własne. Zabawy z czytaniem sylabowym czasem stosujemy, ale kupowanie "Kocham czytać" - całość jest droga - w ogóle nie wchodzi w grę bo córcia woli uczyć się czytać płynnie łącząc głoski w sylaby i od razu w cały wyraz a potem zdanie. Czytanie samych sylab tak szybko ją znudziło, że przestałam ją do tego namawiać. (Wiem na czym polega metoda Cieszyńskiej, na wypadek gdyby ktoś pomyślał, że źle ją stosowałam, moja najstarsza córka uczy się sylabowo i żaden inny sposób nie działa. Ale Trzecia chce po swojemu a ja uważam, że to jest jej czytanie i skoro taką metodę dla siebie wybrała, to wie co robi.)  A matmę robimy przez zabawę, zresztą ona akurat podpatruje zadania sióstr i uczy się już dodawać i odejmować zupełnie sama.
Może szarpnę się i będę stopniowo dokupywać książeczki z systemu PUS, bo nieźle się nam sprawdza jako metoda samodzielnej pracy. (System pracy PUS, bardzo wygodny do samodzielnej pracy dziecka, popularny od wielu lat w poradniach PP, można na nim uczyć czytania, matematyki, wiedzy ogólnej i rozwijać aspekty percepcji wzrokowej - polecam. Zestaw kontrolny oraz zeszyty z ćwiczeniami dostępne w sklepie internetowym wydawnictwa EPIDEIXIS - www.pus.pl)

W takim razie kupować te podręczniki do klas 1 - 3 czy nie? Można.  Jako pomoc, przykładowy rozkład materiału. Ale wtedy używane, bo taniej. I może niekoniecznie dawać je dziecku, które samo nie czyta, czyli w pierwszej klasie. W drugiej i trzeciej to już oczywiście dziecko sobie samo z tego podręcznika wiedzę interesującą je wyciągnie. To czego należy unikać to monotonnego wypełniania schematycznych kart pracy. Najmniej przydatne będą w tej sytuacji karty matematyczne, chyba, że trafimy na sensowne zadania z treścią. Najbardziej przydatne mogą się okazać podręczniki do "Wiedzy ogólnej". Na mojej półce stoją używane podręczniki, o których pisałam już, oraz stary i nieobecny na rynku "Mój świat" PWN (po młodszym rodzeństwie) - bardzo dobry, chlip, chlip, szkoda, że przestał istnieć, nawet matematykę ma dobrą. 


Omijać wielkim łukiem gotowe karty pracy. Robić własne, razem z dzieckiem. Z młodszym dzieckiem (zerówka, pierwsza klasa) poświęcać sporo czasu na opowiadanie obrazków, historyjek, tworzenie opisu wydarzenia. Ze starszymi dziećmi czytać tekst i układać do niego test sprawdzający czytanie ze zrozumieniem. Codziennie pisać choć kilka zdań ale tematy wymyślać samemu. Zadania z matematyki też samemu, lub z sensownych zbiorów z zadaniami, albo konkursowe z "Kangurka", te szczególnie cieszą się dobrą opinią wśród nauczycieli i sympatią wśród dzieci.  Nie dać się upupić. Nie potrzebujemy boxów aby żyć i uczyć się w domu. Naprawdę. Jest tyle lepszych pomocy edukacyjnych dla dzieci. Leksykony, encyklopedie, książki z pomysłami doświadczeń, atlasy, albumy, Internet, filmy, muzea... Puśćmy wodze fantazji. Machnijmy ręką na schematyczne wypociny metodyków. Pozwólmy dzieciom myśleć!

Jeśli jednak wolicie mieć box to NIE kupować: "Wesołej szkoły" WSiP, "Nasze razem w szkole" WSiP. O tych pozycjach wiem, że szkoda na nie pieniędzy.

Wszystko co powyżej napisałam to tak naprawdę tylko garść moich refleksji, wykombinowane i przetestowane przeze mnie rozwiązania alternatywne. Wskazówki dla początkujących w ed rodziców. 
Zawsze najtrudniej jest zacząć, wyruszyć, rozpędzić się a potem złapać luz. Z doświadczenia wiem, że szybciej luz łapią dzieciaki. I wiem, że szybciej uczą się gdy robią coś według własnego pomysłu. Dlatego warto podążać za dziećmi. Zaproponować im samodzielne układanie zadań, wybieranie tekstu do czytania, książki, tematu do pracy pisemnej (gdy poprosiłam córkę, żeby napisała tekst: "Moje wakacje", lub "Wakacyjna przygoda" to napisała tak: "Straszna baba każe mi pisać! Nie będę tego robić!" a potem spisała z Globusa wszystkie kontynenty, Oceany, dzień później pasma górskie dopasowując je do kontynentów, jutro może spisze pustynie i rzeki...). Wiecie co mam na myśli? 

Czasem warto wyluzować. My tu robimy ed, a nie SZKOŁĘ. 







piątek, 29 sierpnia 2014

Podręcznikowe absurdy. Zadania różne


Jest to kolejna część mojego pastwienia się nad podręcznikami. Poza zupełnie oczywistym celem, jakim jest satysfakcja z wyśmiania głupszego, niż mój własny, tworu, post ten ma również na celu przypomnienie rodzicom, tym, którzy zapomnieli, że podręcznikom nie można zbytnio ufać. Za każdym razem, gdy dziecko sięga po podręcznik i z nim pracuje, ważniejsze od książki jest właśnie ono. Jeśli się nudzi, maże po marginesach i błądzi wzrokiem za oknem to może oznaczać, że jest zmęczone, potrzebuje spaceru, ćwiczeń fizycznych, tlenu, albo innego podręcznika. Nie wszystko złoto co się świeci.

W swoich łowach na głupoty i dziwactwa ukryte w podręcznikach trafiłam na kilka rodzajów absurdalnych zadań.

Zadania z jeżem. Czyli tak zwane trudne.
Absurd nie dotyczy tylko tych zadań, tylko w ogóle podziału na zadania "łatwe" i "trudne" jaki spotkać można w podręcznikach. I nie chodzi tylko o podział, bo sama koncepcja takiego rozróżnienia nie musi być bezużyteczna. Istnieje metodyczna linia stopniowania trudności, zgodnie z którą komponuje się zadania. Cóż, dzieci i tak zaskakują, gdy okazuje się, że tego łatwego nie potrafią ruszyć a to trudne rozwiązują błyskawicznie. System jednak nie indywidualizuje, tylko przygotowuje jeden, uniwersalny materiał dla wszystkich uczniów.

 Poniżej wrzucam kilka zdjęć zadań, które należą do kategorii "trudnych". Zadania z jeżykiem.



Cóż trudnego jest w powyższym zadaniu, dla pierwszaka? Otóż nic, zupełnie. Przeciętny 6 czy 7 latek potrafi liczyć do 20 zupełnie swobodnie, a zadanie "trudne" to byłoby łączenie tych kropek do 50. Dla mojej Trzeciej (6 lat od lipca) łączenie powyżej 20 było wiosną jeszcze dość trudne. Teraz już nie jest. Bawiła się w takie łączenia przez kilka dni (drukowałyśmy sobie zadania z internetu) i szybko załapała w czym rzecz. Niewykluczone, że  dzieci, które muszą wypełniać ten nudny podręcznik, mają tak zamulone głowy, że takie zadanie okaże się jednak trudne. Kto wie?




W powyższym zadaniu, wbrew pozorom, trudnością nie jest przeczytanie wyrazów, czy zdań, bo na tym etapie książka zawiera już trudniejsze zdania do czytania i przepisywania. W takim razie trudnością ma być dopasowanie wyrazów z ramki do zdań. Niestety, autorowi nie przyszło do głowy, żeby "utrudnić" i zamienić kolejność wyrazów w ramce. I w rezultacie jest tak: pierwszy wyraz do pierwszego zdania. To gdzie tu trudność??


I kolejne takie "pseudo trudne" zadaneczko. Że działanie z niewiadomą? A nie, nie, to akurat norma jest. I takie działania pojawiały się od pierwszych stron podręcznika, bez żadnego jeża. Ile trzeba dodać do 6, żeby mieć 7? Budujemy dwie wieże, porównujemy i już, dość proste i popularne zadanie. Jeśli tak, to trudność miałaby polegać na tym podstawianiu liczb w puste pola. W sześciokącie jest jeden, to w kolejnym zadaniu będzie 1+1=2 itd. Całkiem zabawne, ale gdzie tu trudność? Po co ten jeż? Właśnie takie zabawne zadanka powinny być standardem! Ale nie są.

Zadania bez sensu


Polecenie nakazuje uzupełnić zdanie oraz pokolorować figury. Zdanie jest dziwne, nawet po uzupełnieniu, bo co to za kolekcja? Kolekcja czego? I tylko dlatego uzupełniamy wyrazem "kolekcja", że do "jest" pasuje jedynie rzeczownik w liczbie pojedynczej, ale niech tam. Bez sensu jest to kolorowanie. Według jakiego klucza? Dzieci szukają metody: klocki na zielono, figury na fioletowo a kolekcje na niebiesko. Ale tak się nie da, bo jak te figury sklasyfikować? Jedyne sensowne kolorowanie to dopasować kolor kredki do ramki klocka. Ale po co? Co to za ćwiczenie? Jaki jest jego cel? Rozpoznawanie kolorów to dzieci robią w wieku czterech lat, po kiego grzyba tracić na to czas w pierwszej klasie? Ćwiczenie grafomotoryczne w kolorowaniu? To nie lepiej kolorować coś ciekawego? Zadanie bez sensu, ot, wypełniacz czasu. A takich zadań jest sporo. Nie ma sensu katować dzieci wypełnianiem takich absurdalnych kart pracy.


Bardzo dobry przykład zadania, którego nie należy nawet dotykać jeśli nie ma takiej konieczności. Otóż powyżej mamy przykład rozsypanki literowej. Połączonej z liczeniem. To jest takie na siłę pożenione, edukacja językowa z matematyką, wcale niepotrzebna, choć często dzieci bawią się tak same z siebie, robienie tego na siłę nie jest wcale zabawne. Dzieci liczą literki podczas manipulacji nimi, gdy są to klocki z literami albo literkowe magnesy. Porównują długość wyrazów, podobieństwa i różnice. A tutaj? Ot, takie zbiory z literami. Każdy zbiór jest wyrazem. I teraz trudność - tutaj jeż by się przydał - każda litera z innej czcionki a na dodatek obrócona. To wcale nie jest łatwe. Zresztą, istotą rozsypanki powinna być możliwość manipulowania, przestawiania liter, jak gra w Scrabble. I to jest właśnie to co zaproponuję w miejsce tego zadania. Zagrać z dzieckiem w Scrabble, wersję junior, albo samemu uprościć zasady (matematycznie będziemy mieć liczenie punktów!). Albo i samemu zrobić takie wyrazowe rozsypanki. W tej samej czcionce, albo i dla utrudnienia z użyciem różnych czcionek. Ale niech to będzie zabawa, gra, połączona z manipulacją, układaniem kilku różnych wyrazów z jednego zbioru itp. Zresztą, młodsze dzieciaki, takie, które świeżo poznały litery i nauczyły się czytać, lub takie, które mają problemy z czytaniem, powinny układać wyrazy z liter tej samej czcionki. Takie pomieszanie może być ogromnym utrudnieniem, a co za tym idzie będzie zniechęcać do zabawy.


Tu mamy dwa wyrazy, których liczby liter najpierw dodajemy (po co? po nic, takie ćwiczenie z dodawania), a potem porównujemy. O ile porównywanie liczby liter i długości ma sens, o tyle wsadzenie w to samo zadanie dodawania jest bez sensu i niepotrzebne. Dzieciaki natychmiast wyłapują rzeczy bezcelowe. Nie chcą ich robić, lub robią je niechętnie. Dodawajmy coś innego. Cokolwiek. Byle z sensem. I niekoniecznie wypełniając rubryczki w kartach pracy. 


Kolejne zadanie, które próbuje połączyć edukację językową i matematyczną. A wcale nie trzeba tego robić. Bo po co? Co to ma wspólnego z życiem? Na końcu dowiemy się ile liter jest w tym zdaniu. I tyle. Serio, lepiej zagrać w Super farmera, Monopol, Scrabble. Albo wymyślić coś samemu. Na takie coś, jak to na górze, szkoda naszego życia.



A to już takie moje hobby, opisywałam takie zadania w pierwszym poście o podręcznikowych absurdach. Dlaczego bohaterki zadania mają takie dziwne imiona? Bo temat dnia brzmi: "Dzieci z różnych stron świata". Eh, ależ głupi ci rzymianie... (cyt. za Obeliks)


Zadania z błędem. Tych nie cierpię najbardziej.


"Mamo, a co to za czasopismo "Pasikonikyk"?" A, no właśnie. I gdyby nie ten "Miś" obok, w życiu bym na Świerszczyka nie wpadła. Autorowi zadań przydałby się spacer po łące z kieszonkowym przewodnikiem o owadach zamiast nudnego ślęczenia przed kompem i wymyślania po nocy, albo na kacu, głupich zadań. Serio, przeciętna kura domowa wymyśli ciekawszy, trudniejszy, zabawniejszy rebus. W ogóle, rebusów jest w ćwiczeniach szkolnych bardzo mało, a to wspaniała zabawa i naprawdę dobre ćwiczenie językowe. 

Na koniec zadania niekoniecznie głupie czy błędne. Ich wada to tendencyjność. Są nudne. Ja pozwoliłam swoim córkom robić je po swojemu. Jeśli w ogóle chciały je robić.


Powyżej, zadanie, którego celem było utrwalenie pisowni cyfr. Ponieważ najświeższa była 9, najkrócej ćwiczona, więc zasugerowałam córce, żeby poćwiczyła pisownię tej cyfry. Co też uczyniła, obracając książkę bokiem i we wszystkich kratkach naraz napisał jedną 9. Nagrodzona została moim entuzjastycznym wybuchem śmiechu i buziakiem w sam czubek głowy. Bystra bestia!


Nie wiem, czy tu w ogóle jest potrzebny jakiś komentarz, ale opowiem historię tego ćwiczenia. "Mamo, o co tu chodzi?" Przeczytałam polecenie. "Ale mam to zrobić?" "Jak chcesz. Jeśli nie to, to weź zeszyt i napisz w nim dowolne inne ćwiczenie z pisania. Coś własnego? Dyktando?" i podrzuciłam kilka pomysłów na własny tekst. "To ja już wolę to zrobić" zamruczała córka. "Ale mam wypisać te wszystkie z ramki?" "Które ci pasują." odpowiedziałam. "A ile mam wypisać?" córka nie lubi pisania. "Tak, żeby wypełnić linijki" - potrzebny był jakiś limit. I oto efekt. Jedno co jest pewne, to że podczas pakowania ściśle trzymała się założeń.

Podręcznik to pomoc. Może służyć jako pomysł, wzór rozkładu treści programowych. Może być źródłem inspiracji, ciekawych zadań. Przez cały czas warto jednak pamiętać, że jest on stworzony po to by utrzymać w ławkach grupę 25 dzieci przez 3 - 4 jednostki lekcyjne. Znajduje się w nim sporo nudnych, głupawych, bezsensownych zadań, które powstają jako "zapchajdziury", bo z tak dużą grupą w większość gier nie pograsz. Jeśli jesteś rodzicem, który zdecydował się na pracę z boxem edukacyjnym bądź czujny i elastyczny. 
I pamiętaj, Kodeks Piracki, to nie jest Kodeks w takim ścisłym tego słowa znaczeniu.... to raczej wskazówki (z filmu Piraci z Karaibów) . Które można swobodnie interpretować. A jeśli zamkniesz i zapomnisz, też się świat nie zawali. Najlepszym sędzią podręcznika jest dziecko. Podążaj za dzieckiem (Montessori) a nie dasz się upupić (Ferdydurke).

Coś dziś ze mną nie tak, zmęczenie, albo co. Połączyłam w jednym tekście panią M., Gombrowicza, Asteriksa i Obeliksa i Piratów z Karaibów.
Wyrazy współczucia dla czytelników. I podziwu, jeśli przez to przebrnęliście bez uszczerbku na psychice.

sobota, 12 lipca 2014

Podręcznikowe absurdy. Część druga - czytanie ze zrozumieniem

Poprzedni post skończyłam płacząc nad niską jakością publikowanych w podręcznikach tekstów. Nie bez kozery.  Teksty podręcznikowe  podzielę  na dwa rodzaje (piszę o podręcznikach dla klas edukacji wczesnoszkolnej, 1-3): pierwszy, to te służące do nauki czytania, i drugi, to te służące jako zagajenie, wprowadzenie tematu omawianego na zajęciach czyli czytanki, które uczniom czyta nauczyciel. Stopniowo czytanka przejmuje również funkcję treningu nauki czytania. W trzeciej klasie zwykle pozostaje tylko ten drugi rodzaj,  dzieci czytają na tyle dobrze, by radzić sobie same. Przynajmniej powinny -  takie jest założenie. Czytanki tematyczne układane są oczywiście po to,  żeby wprowadzić temat zajęć. Wszystko zależy od programu, do którego powstał dany podręcznik. Jeden program ma różne bloki tematyczne, powiedzmy jeden blok na tydzień (np: "środki komunikacji") i w ramach tego bloku codziennie inny temat (fabryka samochodów, wizyta na lotnisku itd). Podręcznik będzie więc miał specjalna czytankę o tym, jak to mały Franek i jego siostra Fela odwiedzili fabrykę samochodów (przy okazji poznamy literkę F jak Fela i f jak fabryka - zaznacz wszystkie literki f w tekście), a na matmie dzieci będą liczyć choinki zapachowe, porównywać liczbę czerwonych autek i niebieskich samolotów, ewentualnie tworzyć zbiory otaczając takie same obiekty pętelką itp. [W taki sposób jest skonstruowany podręcznik "Nasze razem w szkole" WSiP ]. Inny rodzaj programu będzie zakładał tylko 4 duże moduły tematyczne i w ramach tych modułów różne tematy. Na przykład "W powietrzu" i tu będą różne tematy lekcji ("Wędrówki ptaków", "Obserwacje pogody", "Wizyta na lotnisku"), a do nich czytanki o ptakach, lotnisku, ptakach na lotnisku, zjawiskach atmosferycznych, wpływie zjawisk atmosferycznych na ptaki, samoloty, lotnisko i ptaki na lotnisku, itd [to pobieżna prezentacja podręczników "Od A do Z" kl. II Joanny Białobrzeskiej, wydawnictwa Didasko, które dość lubię, ale nie mogłam się powstrzymać od lekkiej złośliwości].
Oczywiście dość swobodnie zestawiłam te podręczniki, ale tylko tak mogłam to zrobić, bo właśnie z nich próbowałam korzystać w domu i mam je przetestowane. Należy więc traktować mój opis jako przykład jednej z wielu możliwości.  Tak czy inaczej, poza oczywistym celem poznawczym, czytanki te mają również funkcję nauki oraz treningu umiejętności czytania ze zrozumieniem. Przydaje się w dorosłym życiu, gdy trzeba rozkminić jak upiec ciasto, zaprogramować radio, zainstalować program, dawkować leki, rozpoznać problem, który zgłasza pralka (wyświetlając różne dziwne literki i cyfry), podłączyć cokolwiek gdziekolwiek, korzystając z instrukcji obsługi itd.; wyliczać można bez końca. Można oczywiście bez tej umiejętności żyć, ale najpierw trzeba zdać test trzecioklasisty, który właśnie na tej umiejętności się opiera. Potem test szóstoklasisty, który też, jak twierdzą metodycy - te umiejętności sprawdza, następnie jeszcze test gimnazjalisty i maturę, a wszędzie tam czytanie ze zrozumieniem. Jeśli ktoś zaszaleje, to dalej są studia, a na nich bez czytania i słuchania ze zrozumiem ani rusz.
Test trzecioklasisty: krótki tekst, do niego pytania, zadania bazujące na tekście. Test może zdać nawet dziecko, które posiada znikomą wiedzę o świecie - wystarczy, że potrafi czytać ze zrozumieniem i trochę myśleć. Oczywiście, my - edowcy - mamy luzackie podejście do testów i wiszą nam ich wyniki, gdyż jesteśmy ponad to. Wiemy też, że testy należy olewać, bo nie sprawdzają wiedzy, tylko znajomość klucza. Ale, jako że piszę o podręcznikowych absurdach, a nie o naszym zindywidualizowanym podejściu do edukacji, podkreślę tu, nauka słuchania (u maluchów) oraz czytania (u starszaków) ze zrozumieniem powinna być podręcznikowym priorytetem! Gdzieniegdzie bywa. W darmowym Elementarzu nie ma jej prawie wcale. Tekstów do słuchania dla pierwszaków znajdziemy jak na lekarstwo, a to co jest, to nudne gnioty.
Totalny absurd.

Każda przedszkolanka wie, że nauka słuchania ze zrozumieniem jest podstawą wprowadzenia do czytania, tak poezji, jak i prozy. Zasada jest prosta, na początku muszą się maluchy nauczyć skupiać uwagę na słuchaniu, a potem o wydarzeniach i bohaterach opowiedzieć najlepiej jak potrafią. Moja mama, podczas zajęć z literatury dla moich córek, potrafi czytać im na głos przez godzinę. Dziewczynki w tym czasie rysują ilustracje do czytanej opowieści, przy trudniejszych wyrażeniach lub słowach przerywają czytanie i objaśniają je, gdy czytają poezję bawią się w łowców rymów (kto pierwszy usłyszy rymujące się słowa ten mówi je na głos - miały dziewczynki zabawę podczas czytania "Pchły Szachrajki"), mama też pokazuje im, jak poeta wykorzystuje przenośnie i porównania. Zajęcia te nigdy nie trwają krócej niż 40 minut, a zazwyczaj jest to pełna zegarowa godzina. Dzieci bardzo tego potrzebują. Słuchania w skupieniu, nie krócej niż 15, 20 minut. Swobodnej rozmowy dotyczącej tekstu, tłumaczenia słów, tworzenia alternatywnych zakończeń opowieści, opisywania słowami bohaterów, porównywania ich. Maluchy mają bardzo płodną wyobraźnię i potrafią dokonywać błyskotliwych spostrzeżeń. Bajka, wiersz, opowiadanie są znakomitym punktem wyjścia do takiej zabawy, a jednocześnie kształtują właśnie umiejętność słuchania ze zrozumieniem, bezcenną jako punkt wyjścia do nauki czytania ze zrozumieniem.
Nowy podręcznik jest jednak z kształtowania tej umiejętności zwolniony. Przynajmniej tak się zapowiada. W pierwszej części ciekawych tekstów  po prostu nie ma! Ani prozy, ani poezji. Ba! Tekstów jakichkolwiek, służących wyżej opisanym celom nie ma. Wygląda to tak, jakby autorki wstawiły do podręcznika tylko takie teksty, które dziecko samodzielnie przeczyta. Jest to założenie, które znamy z Elementarza Falskiego. Z tą różnicą, że Falski powstał sto lat temu. Zmienił się nam kontekst, zmieniły potrzeby, zmieniły oczekiwania egzaminacyjne. Nie pełnił też Falski funkcji podręcznika "zintegrowanego", a lektury miały dzieci prowadzone osobnym trybem. Tymczasem Nasz Elementarz jest podręcznikiem uniwersalnym, o dodatkowym dzienniczku lektur nikt nawet nie przebąkiwał. Należy więc wnosić, że potrzeba kształtowania umiejętności czytania i słuchania ze zrozumieniem u pierwszaków nie istnieje. Być może poziom polskich dzieci w testach PISA poprzewracał autorom Elementarza w głowach i uznali, że skoro tak znakomicie wypadamy (10, 15, 9, 16 miejsce, licząc od 2012 roku w tył), to nie trzeba tego uczyć maluchów.  Rodzice mogą sobie sami kształtować te umiejętności po lekcjach i w weekendy. Mogą, a niedługo będą również musieli. A tak, będą musieli. Na razie to maturzyści z roku na rok wystawiają, swoimi egzaminami, coraz gorsze świadectwo reformom. A po tej cudnej, podręcznikowej reformie niewątpliwie przyjdzie czas na maluchy. Korepetycje dla pierwszaka: słuchanie ze zrozumieniem. Moja mama, która prowadzi dla moich córek zajęcia z literatury, będzie miała pracę na emeryturze ;).

Oczywiście można spojrzeć na tę sytuację z punktu widzenia optymisty (szklanka jest w połowie pełna!). Do tej pory podręczniki były naszpikowane tekstami, które nauczyciel czytał, bo musiał, żeby zrealizować program. A teksty, bywało, nie najwyższych lotów były, nawet u pani Białobrzeskiej, której podręcznik pod tym względem ceniłam najwyżej z poznanych. Teraz, skoro czytanek brak, nauczyciel może swobodnie sięgać po wybrany tekst, baśń, opowiadanie, wiersz, legendę i czytać z dzieciakami do upojenia to, co mu pasuje do programu. Ja, ze swojej strony, jako tematyczne opowiadania serdecznie polecam "Cztery pory baśni" Dulemby. Znakomite, niedługie, zabawne, dobrym językiem pisane, na każdy temat, urozmaicona narracja, jednym słowem: czytanki - miodzio! Jedyny kłopot, jaki może napotkać nauczyciel, to powiązanie tych powiastek z tematami z nowego elementarza. [Nie mogę pozbyć się niesmaku spowodowanego komiksami o tych dziwnych smokach - kosmitach. Może to krewniacy autorki? Dawniej smok w podręczniku pierwszaka to był wawelski... eh, może i dla mnie czas już przenieść się do muzeum?]

Na koniec zacytuję kilka tekstów, najpierw wierszyk z Naszego Elementarza - jesień (tfu! jakiego naszego?! ICH Elementarza, od tej pory już zawsze, tylko: "Ich Elemenatrz")

Dom to nie tylko budynek
Dom to mama,
tata i ja.
To moja babcia
i mały brat.
To Tropik – piesek.
I koty dwa.
To gwar wesoły.
I serca dar

A moje córki "przerobiły" z babcią Pchłę Szachrajkę. Co kto lubi.

W tymże elementarzu, części zimowej, znajdziemy już jeden normalny wiersz - Czechowicza i  jedno dłuższe opowiadanie z morałem (pt: "Jedno życzenie" Justyny Bednarek). Szału nie ma.
A teraz absurdalne opowiadanko, takie z działu "nauka czytania". Tekst dwuczęściowy, jak wszystkie z tego działu, początek dla dzieci słabiej czytających a druga część dla tych lepiej czytających. Rzecz traktuje o dzieciach i Babie - Jadze, miłośniczce zwierząt, (naturalnie, dzieci poznają literkę b jak bajka) i jest bajką o tym jak to dzieci trafiły do Baby - Jagi, opowiedziały jej smutną i piękną bajkę (my jej nie poznamy, dowiemy się tylko, że była o złej Babie - Jadze zamienionej w kamyk), a potem razem ze świeżo poznaną, dobrą Babą - Jagą, poleciały na miotle do miasta.
W tym opowiadanku trafiamy na głupoty dwie. Pierwsza: dzieci - nawet te słabiej czytające - mają przeczytać wyrazy takie jak: starowinka, cukierkowy, Barnaba czy akwarium, choć jeszcze nie poznały całego alfabetu. Ale co dla dzieci! Czterosylabowy wyraz a w nim sylaby zamknięte, otwarte, zbitki spółgłosek... luzik! Tylko ciężki dyslektyk sobie nie poradzi, ale wiadomo, takiemu tylko indywidualne zajęcia pomagają, to nie ma sensu do niego dostosowywać tekstu w podręczniku.
I druga, czyli morał z bajeczki, uwaga, cytuję ostatnie zdanie: "Bo osoba, która ma kota, kruka, rybki i kanarka, na pewno nie jest zła." To o tej dobrej Babie - Jadze.
Rzecz oczywista to jest i po tym właśnie poznaje się "niezłych" ludzi. Jakby jeszcze miała psa, papugę, świnkę morską, chomika i szynszyle to już by była całkiem dobra. Niestety, kupiła mieszkanie korzystając z programu "MDM" i wystarczyło jej tylko na kawalerkę, więcej zwierząt się nie mieści. Tak oto mały metraż i niesprzyjająca mieszkaniowa polityka obecnego rządu zrujnowały jej szanse na Życie Wieczne. Albo fajne "kolejne wcielenie" - wszak to postać fikcyjna.

Pierwszy semestr za nami, a tu ani jednej Polskiej Baśni, Legendy. Jest za to "Historia liczb". Co tam Lech, Czech i Rus skoro można dzieciom opowiedzieć o tym, jak to starożytni Rzymianie sprytnie wymyślili zapisywanie liczb poprzez różnego rodzaju układy nacięć. Ja nie przeczę, że to ciekawe jest, ale liczb rzymskich zwyczajowo dzieci uczyły się w drugiej klasie, gdy już poznały dobrze zapis arabski... ale cóż, to znów tylko takie moje nudne opinie z Ciemnogrodu.

Na użytek lekcji o stolicy Polski pojawiła się wzmianka o legendzie, zredukowana do takiego zdania: "Legenda głosi, że nazwa Warszawa powstała od imion Wars i Sawa. W rzeczywistości pochodzi od dawnego imienia Warsz i oznaczała na początku "osadę Warsza"". Jasne, już wiadomo, że legendy nie ma sensu czytać, bo błędna, a właściwych porad i mądrości życiowych udzielą nam autorki podręcznika w opowiadaniach o życzeniu dla Dżina i dobrej Babie - Jadze. I nawet kombinować przy tym nie trzeba, bo tak prosto napisane.


Ponieważ wakacyjnie tkwię na wsi więc dostęp mam tu tylko przez internet do darmowego Ich Elementarza, (którego lekturę polecam każdemu ciekawskiemu rodzicowi; do pobrania tutaj: http://naszelementarz.men.gov.pl/) Stąd też brak cytatów tekstów z innych podręczników. Jednak nie omieszkam dorzucić przykładów tychże po powrocie na łono miasta.

I oczywiście, nawet jeśli nieprędko, ciąg dalszy moich własnych refleksji o podręcznikach nastąpi. A w domu czekają na mnie dwa boxy po moich bratankach. Będzie co opisywać!


piątek, 27 czerwca 2014

Podręcznikowe absurdy. Część pierwsza

Witaj drogi czytelniku. Przygotowałam dla Ciebie tekst.  Tytuł obiecujący, czyż nie? Bardzo dosłowny. Podręczniki roją się od błędów, absurdalnych, głupich, czasem wręcz szkodliwych zadań. A ja tropię je i gromadzę. Postanowiłam przedstawić tu kilka z nich. Nie wszystkie bynajmniej, ale przykłady tego, czego należy się wystrzegać. I tego z czego można się pośmiać.
A przy okazji być może ułatwię komuś decyzję "Czy w ed korzystać ze szkolnych podręczników? Czy korzystać z oferowanego darmowego podręcznika?"

Błędy i absurdy wynikają z kilku przyczyn. Jedna z nich to próba integracji, czy raczej pseudo-integracji, treści programowych, którą określę typem błędu: "i śmiszno i straszno".
Na szczęście podręczniki przestały firmować się określeniem "edukacja zintegrowana" czy "kształcenie zintegrowane" ale, niestety, nadal mają tak sformułowane treści, nadal tak konstruuje się programy by dawać złudne wrażenie łączenia treści z różnych dziedzin. Pozorne łączenie treści z różnych dziedzin jest tak naprawdę mieszaniem ich ze sobą wg klucza tematycznego i opiera się głównie na skojarzeniach. Bardzo prostych skojarzeniach, żeby nie powiedzieć prymitywnych. Gdy się spojrzy na to zjawisko z boku jest ono nawet zabawne, czego dowiodą zaraz przykłady takich zadań. Jednak gdy się spojrzy od środka, w szczególności poświęcając czas na refleksję nad pytaniem "co z tych zadań, co z tak skonstruowanego programu pozostaje w głowach uczniów?" przestaje być śmiszno a zaczyna być jeno straszno.

Na studiach pani dr. Małgorzata Żytko zaprezentowała nam raz taki podręcznikowy moduł, czy blok dotyczący zimy, przerabiany zimą, mający na celu integrować treści związane z tą porą roku. Ha! możliwości są ogromne: eksperymenty z zamarzaniem, rozmarzaniem, zmiany stanów skupienia, temperaturą, parą, obserwacje zimowe przyrody - znakomicie widać ślady na śniegu a bezlistne drzewa ułatwiają obserwacje ptaków, więc z zaciekawieniem śledziliśmy owe podręcznikowe zadania. A tam oczywiście: wierszyk o bałwanku (treści literackie), nauka głoski i litery "B" (jak bałwanek) lub "Ś" (jak śnieg) , nauka pisania wyrazów: bałwan, śnieg, śnieżka itp oraz zdań: "Zimą lepimy bałwany i rzucamy się śnieżkami"; z matematyki monografia liczby którejś tam kolejnej a następnie dodawanie bałwanków, odejmowanie bałwanków, porównywanie wielkości bałwanków (ewentualnie śnieżynek - wszystko zależy od motywu przewodniego i litery wprowadzanej). W ramach edukacji muzycznej nauka piosenki o bałwanku a zajęcia plastyczne to malowanie lub wyklejanie z krepiny kogo, czego? bałwanka oczywiście. Zero integracji treści. Za to cała masa bałwanków. A potem zdziwienie, że z klasy intelektualne bałwanki, ogłupione skutecznie i upupione programem wychodzą.

A teraz coś w tym klimacie z aktualnego podręcznika do pierwszej klasy:

Jak widać zadanie nie rozwiązane przyczyną, między innymi, niski poziom zadania, rozwiązywania którego jedynym skutkiem jest nauczenie schematu myślenia: jak dwie liczby w zadaniu to szukać słowa klucza - tutaj "razem" -  a potem je dodać lub odjąć. Żadnego problemu nie postawiono, żadnego myślenia nie sprowokowano, zadanie niby z treścią a bez treści tylko ze schematem. Moje dzieci mają zakaz rozwiązywania durnych zadań. Zastanawiasz się drogi czytelniku jaki to moduł, blok, temat mógł sprowokować wrzucenie takiego zadania? Proszę bardzo:


Warto pomagać innym. Wysyłając razem 10 sms'ó. Mama, jako kobieta, jest zdecydowanie bardziej pomocna. Wysłała 7, tata tylko 3! Żeby chociaż padło pytanie "kto więcej i o ile więcej" już by dziecko musiało pokombinować choć troszkę. A tak... Nie dość, że kształtowanie myślenia schematycznego to jeszcze stereotypizacja na całego, bo dlaczego to kobieta jest ta wrażliwsza? 
Cytując Obeliksa: "Ale głupi ci Rzymianie". 
[A poza tym warto się też zastanowić nad treściami wychowawczymi jakie taki podręcznik niesie. Dlaczego zadanie nie dotyczy wolontariatu? Niepełnosprawności? Szkolenia psów - przewodników? Wyrzucania śmieci oraz mycia okien starszej i samotnej sąsiadce? Co to za model socjalizacji,w którym pomoc drugiemu to przyniesienie lekcji chorej koleżance i wysłanie sms'a? Durna jakaś! Uff.]

I jeszcze jedno zadanie w tym klimacie:


Takie tam sobie, nieskomplikowane zadanko, porównywanie liczebności - uzupełnianie, tworzenie wyobrażenia liczby. Ale na jakim materiale ambitnym! Na choinkach zapachowych. To już tfu!rcze jest niesamowicie. A jakie nietuzinkowe. I do tego aktualne. Nie ukrywam, że miałam kłopot z tym zadaniem - moje córki nie maja pojęcia co to choinka zapachowa, a ja odpowiadam na pytanie informacją: "to takie paskudztwo, które niemożebnie śmierdzi i dlatego po moim trupie zgodzę się na powieszenie tego g... w samochodzie!"  Zadanie z choinkami nie zostało rozwiązane.
A, pewnie ciekawyś czytelniku jaki to był "temat dnia"? Środki transportu, oczywiście. Wcześniejsze zadania polegające na liczeniu samochodów, dodawaniu samolotów i odejmowaniu stateczków wyczerpały pomysłowość autora do cna. Zostały tylko choineczki zapachowe.
Jak ktoś Ci będzie wmawiał, że dzieci w edukacji początkowej mają "kształcenie zintegrowane" to możesz śmiało zaprzeczać. Co najwyżej skojarzone. Skojarzone ze śmierdzącym chemią paskudztwem. I tak samo użyteczne jak i to paskudztwo.

Tak tak, jestem bezlitosna.
Rodzice, zaglądajcie do podręczników, tropcie głupotę, błędy, schematy, wykreślajcie je z podręczników waszych dzieci.
I nie dziwcie się, jeśli dzieci nie chcą takich ogłupiających zadań rozwiązywać.

Kolejny błąd i podręcznikowy absurd to publikowana w podręcznikach dla dzieci pseudo-poezja i nijaka proza. Nie mam oczywiście na myśli wierszy Danuty Wawiłow, Jana Brzechwy, Tuwima, Ludwika J. Kerna obecnych na przykład w podręcznikach wydawnictwa Didasko. Mam na myśli te okropieństwa, które tworzą i publikują popularne wydawnictwa a teraz będzie tego pełno w darmowym podręczniku. Niestety.
Darmowy Elementarz przewiduje w ciągu trzech miesięcy (do listopada - pierwsza część podręcznika dostępna w sieci już teraz) dokładnie jeden wierszyk. Taki prosty, należący do czytanek dziecięcych (czyli tych, które próbują czytać dzieci).
Zacytuję tutaj, a co. Autorką jest zapewne autorka podręcznika.
"Rak Makary.
Oto sroka i lis stary.
A tam kto? A tam Makary.
Rak Makary? O, tak, tak.
Ale rak! Ale rak!
Dres, kokarda, okulary.
Oto komik – rak Makary.
Rymujemy tak jak rak.
O, tak, tak! O, tak, tak!"

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że infantylność tego wierszyka jest celowa. W końcu to ma być banalna i prosta czytanka dla pierwszaka. Ale dlaczego, dlaczego, dlaczego w ciągu trzech miesięcy nauki w pierwszej klasie podręcznik przewiduje tylko tą jedną formę wierszowaną? I w dodatku ten właśnie wiersz jest przykładem dla poznania "rymów" i ma być inspiracją do innych rymowanych zabaw dzieci... Z mojego punktu widzenia to jest nieudolna próba połączenia literki "R" z nauką rymowania. Żeby jeszcze dzieci nauczyły się czegoś raku... ale szkoda gadać.

Chciałoby się zapłakać wraz z Janem Brzechwą:

"Ratujmy dzieci!

Bywało sporo klęsk w naszym kraju:
Więc klęska gradu, nieurodzaju,
Ognia, posuchy, powodzi, głodu -
Wie się coś o tym z dziejów narodu.
Lecz nie pamięta nikt od stuleci
Klęski tak nędznych wierszy dla dzieci!
Biedne dziateczki! Nie ma ucieczki
Od rymowanej bezładnej sieczki;
Coraz to więcej - w setkach tysięcy
Mnoży się plaga wierszy dziecięcych
I jęk błagalny przez Polskę leci:
- Ratujmy dzieci! Ratujmy dzieci!
Powstał z pieniędzy ludu i państwa
Raj, proszę państwa, dla grafomaństwa.
Nie chcą autorki i redaktorki
Pamiętać tego, co mówił Gorki,
Nie chcą pamiętać mądrych wytycznych
Humanistycznych, socjalistycznych,
Tylko na jedno ciągle kopyto
Płodzą a płodzą wiersze-niby to,
Jak gdyby brakło koszów do śmieci.
- Ratujmy dzieci! Ratujmy dzieci!
Płyną książeczki, płaczą dziateczki,
Nie chcą spożywać niestrawnej sieczki;
Czyliż się rozstać mają z nadzieją?
Leją się strofki, leją a leją,
Zawsze sklecone w sposób utarty:
Wiersz zrymowany drugi i czwarty.
No, a ten pierwszy? No a ten trzeci?
- Ratujmy dzieci! Ratujmy dzieci!
Bierzemy utwór - cóż w nim widzimy?
Są tam pół-rymy i niedorymy,
Rymy-poczwarki, rymy-wyskrobki,
Rymy-potworki i kozie bobki,
Ple-ple-rymiątka, psi-psi-rymeczki:
"Poduszczyneczki", "gołębisieczki",
Przy tym "ej" w środku, "oj" na początku,
Coś z ludowego jak gdyby wątku.
"Kogut" i "kura" - za rym obleci,
Bo "u" jest wspólne. Bo to dla dzieci.
Hania i Mania, Frania i Wania -
To słowa łatwe do rymowania.
Rymów tych znaleźć można bez liku
W każdym "Płomyczku", w każdym "Świerszczyku"
Ostatnio modna stała się Nastka -
Nastka - to także rymu namiastka...
Nastka do Hani, Hania do Pieti...
- Ratujmy dzieci! Ratujmy dzieci!
Tak może pisać tylko macocha,
Osoba, która dzieci nie kocha.
A dzieci myślą: "Czytać to? Po co?"
I zniechęcone - bawią się procą;
Oto już tylko krok, proszę państwa,
Od grafomaństwa do chuligaństwa.
Niech więc Oświatę wiersz mój oświeci.
- Ratujmy dzieci! Ratujmy dzieci!"

To samo dotyczy zresztą prozy... eh. Nigdy nie było rewelacyjnie, w wielu podręcznikach teksty były infantylne, prymitywne lub nudne, jednak część podręczników publikowała całkiem sensowne teksty. Było w czym wybierać.  Nowy, darmowy podręcznik jest pod tym względem na żenująco niskim poziomie. Pod każdym względem, zarówno doboru treści i materiału jak i pod względem poziomu języka literackiego. W pierwszej części poza okolicznościowymi czytankami tematycznymi znajduje się tylko autorska wersja bajki o Trzech Świnkach - po pierwsze tak napisana, że nudna a po drugie znów pytam dlaczego? dlaczego Trzy Świnki? A od kiedy to Trzy  Małe Świnki, angielska bajka ludowa, stanowi podstawę ogólnego wykształcenia literackiego polskich dzieci sześcioletnich?!? Żebyż jeszcze ta bajka była porządnie napisana, tłumaczona z oryginału. Ale nie. Jedna strona, kilka minut czytania a poziom porównywalny z licealnym streszczeniem lektury potocznie zwanym "bryk". A co, nauczmy dzieci od małego czytania takich bryków, co się będą męczyć, koncentrować na długich opisach, wsłuchiwać w czytaną 15 minut bajkę i jeszcze próbować ją rozumieć. Dajmy 6 latkowi bryk angielskiej ludowej baśni jako podstawę przygotowania do czytania ze zrozumieniem!
Tak, krzyczę, głośno i z lekka histerycznie! 
I otwiera mi się w kieszeni nóż.
[Tylko czekać jak w następnym wydaniu tegoż darmowego podręcznika świnki będą zadeklarowanymi homo, bi i transseksualistami a wilk wrednym konserwatystą, zgodnie z politycznie poprawnymi wytycznymi.]


cd. nastąpi...












niedziela, 22 czerwca 2014

Papierowo

Ze słowem "scrapbooking" zetknęłam się stosunkowo niedawno, choć jest to od wielu lat stosowana technika ręcznego wykonywania i dekorowania albumów rodzinnych.
Samo zjawisko nie jest mi obce. Ba! Mam taki zeszyt, kilkunastoletni już, który dostałam od przyjaciółki i kuzynki ozdobiony tą metodą. Jeszcze w czasach gdy w liceum pisałam pamiętnik prowadząc go w niebieskim zeszycie. W sumie mogło być na okładce cokolwiek byle ładno-niebieskie. [Łatwo zrozumieć to osobom, które pamiętają lata '80, gdy okładki zeszytów były tak paskudne, że właściwie wszystko było od nich ładniejsze. U nas popularne było oklejanie okładek zdjęciami wyciętymi z kalendarzy ściennych.] I specjalnie dla mnie przyjaciółka okleiła niebieską okładkę zdjęciami, wkomponowała między nie kłos żyta, całość "zafoliowała" szeroką taśmą klejącą. Po dziś dzień ten zeszyt mnie wzrusza.

Nie czułam w sobie namiętności do takich zabaw i jako hobby wybrałam szydełko, tymczasem technika ta wróciła do mnie i zapukała do moich drzwi wraz z niezwykłą dziewczyną poznaną w środowisku edukatorów domowych.
Pokazała mi swoje papiery do scrapbookingu, albumy, notesy, kartki, które wykonuje a ja zachwyciłam się subtelnym pięknem jej twórczości.
Pierwsze arkusze dostałam w prezencie. Z zachwytem i lękiem zastanawiałam się "jak to ugryźć?" Zapisać się na warsztaty scrapbookingu teraz muszę. A Agnieszka powiedziała: "Daj je dziewczynkom, wraz z nożyczkami i klejem, one będą wiedziały co z tym robić". I tak się zaczęła nasza przygoda w świecie pięknego papieru.

Album rodzinny ze zdjęciami oraz pamiątkami dopiero powstanie i na razie nasze zabawy to zwyczajne  - niezwyczajne kolaże, ale zabawa jest przednia.
Zaprezentuję tu kilka prac bo mnie zachwycają i może będą też dla innych inspiracją do zabawy. Ograniczeń wiekowych brak (owszem, nawet roczna Hania się bawi, papier jej smakuje, na brzuch się nie skarżyła).

Zupełnie pierwsze pracy powstały dla babć i nie zostały uwiecznione, ale jedna z pierwszych dużych kompozycji to nasza jesienna ilustracja inspirowana książeczką dla dzieci, którą babunia jako lekturę wybrała dla moich córek na lekcje literatury.
Jan Grabowski "Reksio i Pucek"

Dziewczynki po zajęciach z babunią pastelami narysowały Reksia i Pucka - dwa pieski, a potem wycięłyśmy je z kartonu i wykorzystałyśmy papiery z Makowego Pola (pracownia i sklep)  aby zrobić to: Jesienny spacer Reksia i Pucka.
Wisi sobie beztrosko w salonie i zaskakuje.


Kolejna okazja do poważniejszej zabawy trafiła się gdy z okazji Dnia Matki kupiłam na Makowym Polu kartkę dla mojej mamy. Co tam kartkę - dzieło sztuki!
A żeby kartka samotnie do mnie pocztą nie wędrowała kupiłam również zachwycający komplet papierów "Tu i teraz", kwiecistych, ciepłych, pastelowych. Mniam.
Wywołały one zachwyt moich córek. 
Zaraz dziewczyny wyciągnęły papiery z pudełka, klej, nożyczki, zadekowały się w pokoju (Mamo! Nie wchodź!) i wzięły się za wykonywanie laurek na dzień mamy. Dla mnie. To było wzruszające. I zabawne, nie ma co ukrywać, bo po 15 minutach, w których Hania ściągnęła im ze stolika wszystko gdy namawiałam je do przeniesienia się na duży stół w salonie, wyraziły zgodę, ale pod warunkiem, że nie będę patrzeć. A ponieważ moja niespełna czterolatka też chciała kleić - musiałam jej pomóc. Nie patrząc na prace pozostałych córek. Efekt był taki, że pracowałam z dziewczynkami przy tym samym stole starannie omijając wzrokiem ich prace. Mówię wam - ubaw po pachy. Czego to lekko stuknięta matka nie zrobi dla swoich córek.
Zdjęcie też zrobiłam nie patrząc. Dlatego takie krzywe. [eh, nie ma to jak dobra wymówka]



Efekty pracy zostały starannie zapakowane, obwiązane wstążeczkami i musiałam czekać jeszcze tydzień (!!! nieludzkie ) zanim wolno mi było nareszcie obejrzeć laurkowe cuda. Wszystkie wiszą teraz nad moim łóżkiem w sypialni. Prawie wszystkie. Laurka Natalki wisi nad jej łóżkiem. Niezwykle trudno jest się jej rozstać ze swoim dziełem.

Od Łucji

Od Helci

Od Nadziejki

Dzieło Nati na tle papierów Agnieszki z Makowego Pola

Papierowa przygoda dopiero się zaczęła. Kolejny rozdział to karki z podziękowaniem dla instruktorki ukochanego baletu. Zanim laurki zostały oddane zdążyłam jeszcze złapać je obiektywem idiot-kamery. 




Na sam koniec mała anegdotka związana z ostatnim zdjęciem - laurką Natalki. Otóż Nati na balet pójdzie dopiero jesienią, jest to marzenie jej niespełna czteroletniego życia. Na zajęcia dziewczynek podkrada się gdy tylko się jej uda zwiać mi z oczu (podczas czekania), baletek ma już dwie pary i codziennie ćwiczy przy muzyce z radia (dziś kazała mężowi wyłączyć mecz Niemcy - Ghana, bo ona teraz będzie tańczyć a mecz jej zagłusza muzykę... zobaczyć minę mojej drugiej połówki - bezcenne!).
Dość, że pani od baletu jest kimś w rodzaju bóstwa i specjalnie dla niej Nati stworzyła laurkę samodzielnie rysując (ja pomogłam tylko narysować ręce - Nati jest na etapie głowonogów), kolorując, wyklejając i inne cuda robiąc. Gdy już baletnica była gotowa młoda zabrała ją ze sobą na występy sióstr. Po występach pobiegła wręczyć pani swoją kartkę. Pokazała ją pani, opowiedziała o niej. A potem wróciła z tą kartką do mnie.  Nie potrafiła się z nią rozstać. 
Wykonała jeszcze kilka takich kursów (Nati to żywe srebro) i za którymś razem położyła laurkę w sali baletowej u pani na stoliku. Myślałam, że było to działanie celowe do momentu gdy w domu Natalka zaczęła szukać swojej baletnicy. Ależ był żal.... dopiero obietnica, że zrobimy jeszcze jedną piękną baletnicę (w posypanej brokatem sukience) do powieszenia na jej ścianie ukoił smutek mojej czwartej córki.

Jeśli ktoś wam kiedyś powie, że małe dzieci nie cenią swoich prac - to jest to totalna bzdura.  Warto poświęcić kilka godzin na wykonanie czegoś dużego i pozornie trudnego z maluchem. Ktokolwiek będzie towarzyszył czterolatce w procesie twórczym przekona się o tym. Dla maluchów nie ma rzeczy za trudnych. Ktokolwiek poobserwuje później przywiązane dziecka do własnego dzieła - zapamięta. Dumy z własnej pracy powinniśmy się uczyć od dzieci. 
[To zapewne dorośli gaszą w dzieciach ich radość i poczucie dumy krytykując i deprecjonując ich pracę, ograniczając czas, popędzając, zabierając niebezpieczne narzędzia, "nieodpowiednie" dla wieku materiały. To jak zalewanie ogniska wodą po to by później zasypać je mokrym piachem.]
Acha, mała rada dla chętnych by podjąć wyzwanie szalonej i nieograniczonej pracy z małą dziewczynką. Nie zapomnijcie o brokacie i kleju! I o zasadzie, którą moje córki wciąż przypominają: "Mamo! Ja sama!"

Cały post dedykuję Agnieszce Sieńkowskiej z  Makowego Pola  w podzięce za piękno, które wnosi w nasze życie.
A wszystkich zainspirowanych namawiam do wizyty w jej pracowni.

 Tu znajdziesz Makowe Pole - sklep.
A tu znajdziesz Makowe Pole - blog Agnieszki.