niedziela, 14 lipca 2013

Historia o sześciu damach, dymiącym drzewie i przystojnych kawalerach przybywających na ratunek wspaniałym wozem.


 Wieczór się zbliżał, psy wprawdzie wcale spać nie chciały jeno biegały po parku okalającym stawy z ozorami wywieszonymi od nadmiernego upału. Kląskało niecierpliwie między drzewami, w szuwarach i trawach ptactwo. Kaczki wrzaskliwie zaganiały kaczęta do snu, kaczory dumnie sunęły po stawie marszcząc taflę wody. Słońce chyląc się ku zachodowi wysyłało ostatnie błyski po różowiejącym niebie. Było parno i bezwietrznie.
W niedzielny wieczór tłumnie wyroili się ludzie pooddychać chłodnym, od wody idącym powietrzem. W parkowych alejkach mijali się staruszkowie spacerujący pod rękę, rozgadana młodzież, zakochane pary zapatrzone w siebie, młodzi rodzice zapatrzeni w swoje, brykające swawolnie pociechy rodzice, od czasu do czasu śmignął między nimi jakiś rower lub jeździec na rolkach pomykający banalnie w stronę zachodzącego słońca. Sielsko było.
W ten obrazek wpasowały się też śliczne panny, sześć uroczych dam zmierzających ku domowi. Najstarsza, mama pozostałych pięciu dam, kołysząca w stylowym wózeczku najmłodszą damę nuciła senną kołysankę.  Pierwsza córka, ciemnowłosa dama w kapeluszu, spokojnym krokiem przemierzając alejkę szczebiotała o wróżkach, ślimakach, kaczętach i biedronkach. Druga córka, blond włosa z loczkami jak na obrazie Rafaela, odziana w ponadczasowy róż, z poobdzieranymi kolanami, śmigała na rolkach dookoła nich. Trzecia córka, figlarna i przekorna szatyneczka kilkanaście metrów za nimi brodziła wśród traw zbierając stokrotki i kwiaty koniczyny twardo udając, że nie słyszy niecierpliwego nawoływania mamy i opowiadając sobie pod nosem bajkę o księżniczkach i złych macochach. Czwarta córeczka, pyzata, jasnowłosa panienka z roześmianymi oczami okolonymi kilometrowymi firanami rzęs dzielnie tuptała kilka metrów przed pozostałymi damami co jakiś czas podbiegając do kępy wysokich traw by ją przytulić i pogłaskać. Pierwsza dama była znużona nawoływaniem. Upałem. Dzieleniem uwagi na pięć. Pilnowaniem. Tęskniła za ciszą nocy, śpiewem słowika, orzeźwieniem, filiżanką herbaty… jęcząc w duchu posuwała się krok za krokiem w kierunku upragnionego spoczynku w domowych pieleszach. Już niedaleko.

Kierowały się ku wyjściu z parku dzielnie unikając kolizji z jeźdźcami, psami, staruszkami i wózkami zatrzymując się przy każdym mijanym psie i każdej mijanej kępie traw. Dotarły do wyjścia z parku. U szczytu alejki prowadzącej między murami willi do najbliższej uliczki rosło rozłożyste drzewo. Wysokie i szerokie, z rozłożysta koroną, rzucające błogi cień ludziom i ptakom, dające schronienie pająkom, biedronkom i mrówkom. Stare, z szeroką dziuplą, próchniejącym pniem. Dumne. Niezłomne.
Dymiło.

Wchodzący do parku ludzie mijając drzewo dłonią przepędzali kłęby dymu przyspieszając kroku. Ktoś obejrzał się z niechęcią na tak niestosowne zachowanie drzewa zakłócające spokój i sielankowy nastrój niedzielnego wieczoru. W końcu kto to widział tak dymić w niedzielę!
Drzewo dymiło.
Wyrzucało kłęby dymu z szerokiej dziupli, śmierdziało spalenizną, niemile kojarzyło się z płonącym na przystanku śmietnikiem.
Ludzie, dlaczego obojętnie mijacie drzewo w nieszczęściu?

Sześć dam powoli zbliżało się do drzewa. Chmura dymu przyciągnęła w końcu uwagę nawet tych najbardziej niesfornych. Niepokój pierwszej damy udzielił się pozostałym. Troskliwie zaglądając we wnętrze dziupli otoczyły drzewo. Młodsze damy zasypały swą mamę pytaniami spoglądając z niepokojem na dym, szukając śladów ognia.
„Mamo, czy to drzewo się pali?” „Mamo, czy tam jest ogień?” „O nie! Czy ono umrze?!” „Mamo, skąd tyle dymu?” „Mamo, co robić? Co zrobimy?”

Z trudem panując nad rosnącą irytacją na mijających obojętnie ginące drzewo ludzi mama odpowiedziała na wszystkie pytania. Uważnie i ostrożnie zbadała wnętrze dziupli szukając źródła ulatujących kłębów dymu. Smakując dym sprawdzała czy palą się zgromadzone w pniu śmieci czy wysuszone upałami próchno.
Ognia nie było widać. Było czuć gorąco żaru wewnątrz pnia. Trudna sytuacja. Staw niedaleko ale jak zagasić tlący się w głębi spróchniały pień?
Sześć dam zgromadzonych wokół drzewa, w tym jedna z nich popłakująca nieśmiało w stylowym wózku jak z innej epoki to już całkiem spore zgromadzenie gapiów. Zgromadzenie gapiów ma zaś tendencję do naturalnego i samoistnego rozrastania się. Po chwili dołączyli jeszcze dwaj dżentelmeni spacerujący po alejce ze swoimi synami w wózkach. „Mamo, co robić?” Rozpaczliwie dopytywały się małe damy z niepokojem spoglądające na drzewo. „To jest właśnie taka sytuacja gady należy zadzwonić po strażaków. Albowiem nie ma dymu bez ognia, drogie córki. A gdzie ogień, tam można się sparzyć.” dodała mentorskim tonem, wychodząc z założenia, że nigdy nie należy tracić okazji do przekazania mądrości ludowej. „Dzwonimy po pomoc.” Wyciągnęła telefon a jej córki zafascynowane patrzyły i słuchały jak wykręca numer 998 (pod 112 zawsze się tak długo czeka na operatora, że masakra!) i już po kilkudziesięciu sekundach wyjaśniała sytuację i podawała adres operatorowi numeru alarmowego. „Czy może pani kilka minut zaczekać, żeby pokazać nam miejsce?” „Poczekam” obiecała pierwsza dama.

„Mamo, a jaki adres podałaś?” Dopytywała się dociekliwa blondyneczka w różach. „Przecież tu nie ma domu.” „I dlatego podałam nazwy krzyżujących się w tym miejscu uliczek oraz numer jednej z posesji znajdującej się tuz obok wejścia do parku. Przeczytałam nazwy uliczek z tych tabliczek, a o tu, na domu jest liczba, widzisz? to numer posesji” mama postanowiła nie tracić okazji i przekazać maksimum życiowej wiedzy. Kto wie, kiedy taka umiejętność się przyda…

W tym samym czasie młodzi dżentelmeni z synami w wózeczkach zaczęli kursować z plastikową butelką między stawem a drzewem. Kłęby dymu przycichły, zmalały, jednak w dziupli wciąż wyczuwalne było ciepło żarzącego się w głębi drewna a cienka smużka dymu niestrudzenie snuła się po pniu drzewa, niemal niezauważalna wyciekała na zewnątrz pnia z drugiej jego strony poniżej dziupli wyraźnie wskazując, że choć z wierzchu zagaszony żar pożera drewno od wewnątrz.
„Tatusiu, co robisz?” dopytywał synek. „Zalewam drzewo wodą, żeby ugasić ogień, który w każdej chwili może się rozpalić. Widziałeś ten dym? Gdzieś w środku tego drzewa rozwija się pożar. Próbujemy z wujkiem go zagasić” tłumaczył tata. „Tato, ratujesz drzewo!” „Twój tata jest bohaterem” uśmiechnęła się do malucha pierwsza dama. Dziewczynki podniecone skakały dookoła drzewa przyglądając się uważnie dziupli i smużce dymu oraz wlewającemu kolejne litry wody w dziuplę mężczyźnie. „Mamo, czy ten pan naprawdę jest bohaterem?” dopytywały. „Naprawdę. I my też. Ratujemy drzewo. Bo nigdy nie wolno stać obojętnie. Każdy może być bohaterem.” Wyjaśniła spokojnie pierwsza dama w duszy zgrzytając ze złości na obojętność ludzi mijających drzewo. Na idiotę, który do tego drzewa wrzucił peta. Lub na łajdaka, który celowo wetknął w nie płonąca zapałkę.
„Mamo, a dlaczego to drzewo się pali?” Kilka kolejnych minut upłynęło na rozważaniu kto i w jaki sposób głupotą lub złą wolą zawinił i spowodował niebezpieczną sytuację.
Smużka dymu wijąca się po pniu nie malała ani przez chwilę. Drzewo wciąż paliło się od środka.
„Jak ten żar wewnątrz drzewa wysuszy zwilgotniałe pruchno to drzewo buchnie za kilka godzin żywym ogniem i będzie katafalk” mruknęła pierwsza dama do lejącego wodę dżentelmena. „Racja. My głębiej wody nie wlejemy, a ono gdzieś żarzy się w środku. Trzeba czekać na Straż” Odpowiedział zafrasowany mężczyzna. Z niepokojem wszyscy obserwowali smużkę dymu sunącą po pniu, wyciekającą z małej szparki po drugiej pnia stronie.

W oddali rozległ się głośny sygnał. Strażacy przybyli na ratunek.

„Już jadą”.
Pierwsza dama otoczona gromadką dziewczynek, niosąc na rekach popłakującą kruszynkę przystanęła u wejścia do wąskiej alejki między posesjami. Po chwili koło niej przystanął wspaniały, wielki czerwony wóz, migający lampkami, głośno sygnalizujący przybycie na ratunek. Pomoc przybyła.
Przystojny mężczyzna w szałowym kasku wychylił się z szoferki. Co się dzieje?
W sumie głupia sytuacja. Żadnego pożaru nie widać tylko gromadka dzieci otaczająca niewysoką i szczuplutka dziewczynę. Głupi kawał?
„Kto nas wzywał?” Zaraz podniosły się bohaterskie ręce: „Ta pani!” Pierwszej damie ścierpła skóra. Dzieci otoczyły wóz strażacki. „Wow! Prawdziwy wóz strażacki! Prawdziwi strażacy!” Szeptały do siebie podekscytowane małe damy. Skóra ścierpła i zaraz zrobiło się ciut łyso. Odwagi. Kończ waść, wstydu oszczędź.

„Na końcu tej alejki”, pierwsza dama wskazała ręką „widzi pan to drzewo? ono ma spróchniały pień, jeszcze kilka minut temu buchały z niego całe kłęby dymu, panowie zlali je kilka razy wodą, ale ten dym nadal się sączy z głębi pnia… jeśli gdzieś głęboko jest żar i miałby za kilka godzin rozpalić się ogniem, w nocy… pomiędzy posesjami…” Strażacy wyskoczyli z wozu. W czarnych kombinezonach, hełmach, w ten 30 stopniowy upał…
Rośli mężczyźni, szerocy w barach, z poważnymi twarzami. Jeden z nich spokojnie podszedł do drzewa z pierwszą damą. Obejrzał pień, wysłuchał wyjaśnień damy i stojących z boku mężczyzn. Przyjrzał się smużce dymu. „O rany, pomyślała sobie dama w duchu, ale będzie cyrk, jak mnie teraz wyśmieją. Przecież tu nie ma żadnego pożaru…” struchlała w duchu pierwsza dama. „Ciekawe jakie są konsekwencje wzywania strażaków na daremno…” Pozostałe małe damy plątały się dokuczliwie między nogami starając się oglądać wszystko jednocześnie.
„Bardzo dobrze, że pani po nas zadzwoniła.” spokojnie powiedział najpiękniejszy na świecie mężczyzna w czarnym kombinezonie. „Chłopaki!” dał sygnał ręką. Chwile później rozwinięto dłuuuugi wąż, pompa ukryta w wielkim czerwonym wozie zaczęła pompować wodę, strumień chlusnął wprost w otwartą paszczę dziupli skrzywdzonego drzewa. Buchnął dym i kłęby pary zasłaniając drzewo, strażaka, alejkę, zgromadzonych ludzi. „I kto by pomyślał…” zdziwiła się niepomiernie pierwsza dama. „Niby wiedziałam, że tam gdzieś wewnątrz się pali, a jednak nie spodziewałam się aż takich fajerwerków” pomyślała. „Jejku!” Zawołały małe damy „ale dym! mamo popatrz!! Prawdziwi strażacy naprawdę gaszą drzewo!”

Prawdziwi strażacy naprawdę gasili drzewo zlewając je hektolitrami wody przez kilkanaście minut. Otoczyli je taśmami zagradzając dostęp. Dopilnowali, zadbali, uratowali. Przystojni, niezłomni, szybcy i dzielni. Wspaniali.

Dziewczynki podziwiały prawdziwy wóz, prawdziwych strażaków, prawdziwą akcję ratunkową.


Pierwsza dama tuląca na rekach marudzącą coraz głośniej kruszynkę i zaganiająca pozostałe panny, jak kwoka kurczęta, marzyła… „A jak dorosnę - zostanę strażakiem!"


Uratowane drzewo

5 komentarzy:

  1. Kurczę Wy to macie przygody! A ja o 11 wieczorem smażę na jutro naleśniki dla mojej gromadki, mam nadzieję, że ze zmęczenia nie zasnę nad patelnią. Chociaż, może jakiś przystojny i dzielny strażak, by mnie uratował...
    Choć po głębszym przemyśleniu lepiej nie. Nie gdy mam na sobie rozciągniętą piżamę, hehe :P
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
  2. Odważna jesteś. Byłaś z dziećmi a nie przeszłaś obojętnie. Wspaniała lekcja dla Twoich Dziewczynek a dla Ciebie na pewno niezapomniane przeżycia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rewelacja! Jak to dobrze, że są wśród nas jeszcze osoby odważne, nie bojące się wyrażać swojego zdania.
    Czytałam z zapartym tchem, masz Nino niezwykły talent do pisania, bardzo go lubię.
    I potwierdza się prawda życiowa, jeśli sami nic nie zrobimy, nikt za nas nie zrobi, dlatego trzeba brać życie w swoje ręce i do przodu! W każdej sferze naszego życia. Dziękuję Ci za ten post.

    OdpowiedzUsuń
  4. Na szczęście na drzewie nie siedział żaden pająk ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Cenię Twój blog i dlatego zapraszam-nominuję Cię do blogowej zabawy-wyróżnienia "Liebster Avard" :-)
    szczegóły tutaj:
    http://bajdocja.blogspot.com/2013/08/blogowa-zabawa-liebster-avard.html

    Pozdrawiam :-)
    Buba

    OdpowiedzUsuń