sobota, 12 lipca 2014

Podręcznikowe absurdy. Część druga - czytanie ze zrozumieniem

Poprzedni post skończyłam płacząc nad niską jakością publikowanych w podręcznikach tekstów. Nie bez kozery.  Teksty podręcznikowe  podzielę  na dwa rodzaje (piszę o podręcznikach dla klas edukacji wczesnoszkolnej, 1-3): pierwszy, to te służące do nauki czytania, i drugi, to te służące jako zagajenie, wprowadzenie tematu omawianego na zajęciach czyli czytanki, które uczniom czyta nauczyciel. Stopniowo czytanka przejmuje również funkcję treningu nauki czytania. W trzeciej klasie zwykle pozostaje tylko ten drugi rodzaj,  dzieci czytają na tyle dobrze, by radzić sobie same. Przynajmniej powinny -  takie jest założenie. Czytanki tematyczne układane są oczywiście po to,  żeby wprowadzić temat zajęć. Wszystko zależy od programu, do którego powstał dany podręcznik. Jeden program ma różne bloki tematyczne, powiedzmy jeden blok na tydzień (np: "środki komunikacji") i w ramach tego bloku codziennie inny temat (fabryka samochodów, wizyta na lotnisku itd). Podręcznik będzie więc miał specjalna czytankę o tym, jak to mały Franek i jego siostra Fela odwiedzili fabrykę samochodów (przy okazji poznamy literkę F jak Fela i f jak fabryka - zaznacz wszystkie literki f w tekście), a na matmie dzieci będą liczyć choinki zapachowe, porównywać liczbę czerwonych autek i niebieskich samolotów, ewentualnie tworzyć zbiory otaczając takie same obiekty pętelką itp. [W taki sposób jest skonstruowany podręcznik "Nasze razem w szkole" WSiP ]. Inny rodzaj programu będzie zakładał tylko 4 duże moduły tematyczne i w ramach tych modułów różne tematy. Na przykład "W powietrzu" i tu będą różne tematy lekcji ("Wędrówki ptaków", "Obserwacje pogody", "Wizyta na lotnisku"), a do nich czytanki o ptakach, lotnisku, ptakach na lotnisku, zjawiskach atmosferycznych, wpływie zjawisk atmosferycznych na ptaki, samoloty, lotnisko i ptaki na lotnisku, itd [to pobieżna prezentacja podręczników "Od A do Z" kl. II Joanny Białobrzeskiej, wydawnictwa Didasko, które dość lubię, ale nie mogłam się powstrzymać od lekkiej złośliwości].
Oczywiście dość swobodnie zestawiłam te podręczniki, ale tylko tak mogłam to zrobić, bo właśnie z nich próbowałam korzystać w domu i mam je przetestowane. Należy więc traktować mój opis jako przykład jednej z wielu możliwości.  Tak czy inaczej, poza oczywistym celem poznawczym, czytanki te mają również funkcję nauki oraz treningu umiejętności czytania ze zrozumieniem. Przydaje się w dorosłym życiu, gdy trzeba rozkminić jak upiec ciasto, zaprogramować radio, zainstalować program, dawkować leki, rozpoznać problem, który zgłasza pralka (wyświetlając różne dziwne literki i cyfry), podłączyć cokolwiek gdziekolwiek, korzystając z instrukcji obsługi itd.; wyliczać można bez końca. Można oczywiście bez tej umiejętności żyć, ale najpierw trzeba zdać test trzecioklasisty, który właśnie na tej umiejętności się opiera. Potem test szóstoklasisty, który też, jak twierdzą metodycy - te umiejętności sprawdza, następnie jeszcze test gimnazjalisty i maturę, a wszędzie tam czytanie ze zrozumieniem. Jeśli ktoś zaszaleje, to dalej są studia, a na nich bez czytania i słuchania ze zrozumiem ani rusz.
Test trzecioklasisty: krótki tekst, do niego pytania, zadania bazujące na tekście. Test może zdać nawet dziecko, które posiada znikomą wiedzę o świecie - wystarczy, że potrafi czytać ze zrozumieniem i trochę myśleć. Oczywiście, my - edowcy - mamy luzackie podejście do testów i wiszą nam ich wyniki, gdyż jesteśmy ponad to. Wiemy też, że testy należy olewać, bo nie sprawdzają wiedzy, tylko znajomość klucza. Ale, jako że piszę o podręcznikowych absurdach, a nie o naszym zindywidualizowanym podejściu do edukacji, podkreślę tu, nauka słuchania (u maluchów) oraz czytania (u starszaków) ze zrozumieniem powinna być podręcznikowym priorytetem! Gdzieniegdzie bywa. W darmowym Elementarzu nie ma jej prawie wcale. Tekstów do słuchania dla pierwszaków znajdziemy jak na lekarstwo, a to co jest, to nudne gnioty.
Totalny absurd.

Każda przedszkolanka wie, że nauka słuchania ze zrozumieniem jest podstawą wprowadzenia do czytania, tak poezji, jak i prozy. Zasada jest prosta, na początku muszą się maluchy nauczyć skupiać uwagę na słuchaniu, a potem o wydarzeniach i bohaterach opowiedzieć najlepiej jak potrafią. Moja mama, podczas zajęć z literatury dla moich córek, potrafi czytać im na głos przez godzinę. Dziewczynki w tym czasie rysują ilustracje do czytanej opowieści, przy trudniejszych wyrażeniach lub słowach przerywają czytanie i objaśniają je, gdy czytają poezję bawią się w łowców rymów (kto pierwszy usłyszy rymujące się słowa ten mówi je na głos - miały dziewczynki zabawę podczas czytania "Pchły Szachrajki"), mama też pokazuje im, jak poeta wykorzystuje przenośnie i porównania. Zajęcia te nigdy nie trwają krócej niż 40 minut, a zazwyczaj jest to pełna zegarowa godzina. Dzieci bardzo tego potrzebują. Słuchania w skupieniu, nie krócej niż 15, 20 minut. Swobodnej rozmowy dotyczącej tekstu, tłumaczenia słów, tworzenia alternatywnych zakończeń opowieści, opisywania słowami bohaterów, porównywania ich. Maluchy mają bardzo płodną wyobraźnię i potrafią dokonywać błyskotliwych spostrzeżeń. Bajka, wiersz, opowiadanie są znakomitym punktem wyjścia do takiej zabawy, a jednocześnie kształtują właśnie umiejętność słuchania ze zrozumieniem, bezcenną jako punkt wyjścia do nauki czytania ze zrozumieniem.
Nowy podręcznik jest jednak z kształtowania tej umiejętności zwolniony. Przynajmniej tak się zapowiada. W pierwszej części ciekawych tekstów  po prostu nie ma! Ani prozy, ani poezji. Ba! Tekstów jakichkolwiek, służących wyżej opisanym celom nie ma. Wygląda to tak, jakby autorki wstawiły do podręcznika tylko takie teksty, które dziecko samodzielnie przeczyta. Jest to założenie, które znamy z Elementarza Falskiego. Z tą różnicą, że Falski powstał sto lat temu. Zmienił się nam kontekst, zmieniły potrzeby, zmieniły oczekiwania egzaminacyjne. Nie pełnił też Falski funkcji podręcznika "zintegrowanego", a lektury miały dzieci prowadzone osobnym trybem. Tymczasem Nasz Elementarz jest podręcznikiem uniwersalnym, o dodatkowym dzienniczku lektur nikt nawet nie przebąkiwał. Należy więc wnosić, że potrzeba kształtowania umiejętności czytania i słuchania ze zrozumieniem u pierwszaków nie istnieje. Być może poziom polskich dzieci w testach PISA poprzewracał autorom Elementarza w głowach i uznali, że skoro tak znakomicie wypadamy (10, 15, 9, 16 miejsce, licząc od 2012 roku w tył), to nie trzeba tego uczyć maluchów.  Rodzice mogą sobie sami kształtować te umiejętności po lekcjach i w weekendy. Mogą, a niedługo będą również musieli. A tak, będą musieli. Na razie to maturzyści z roku na rok wystawiają, swoimi egzaminami, coraz gorsze świadectwo reformom. A po tej cudnej, podręcznikowej reformie niewątpliwie przyjdzie czas na maluchy. Korepetycje dla pierwszaka: słuchanie ze zrozumieniem. Moja mama, która prowadzi dla moich córek zajęcia z literatury, będzie miała pracę na emeryturze ;).

Oczywiście można spojrzeć na tę sytuację z punktu widzenia optymisty (szklanka jest w połowie pełna!). Do tej pory podręczniki były naszpikowane tekstami, które nauczyciel czytał, bo musiał, żeby zrealizować program. A teksty, bywało, nie najwyższych lotów były, nawet u pani Białobrzeskiej, której podręcznik pod tym względem ceniłam najwyżej z poznanych. Teraz, skoro czytanek brak, nauczyciel może swobodnie sięgać po wybrany tekst, baśń, opowiadanie, wiersz, legendę i czytać z dzieciakami do upojenia to, co mu pasuje do programu. Ja, ze swojej strony, jako tematyczne opowiadania serdecznie polecam "Cztery pory baśni" Dulemby. Znakomite, niedługie, zabawne, dobrym językiem pisane, na każdy temat, urozmaicona narracja, jednym słowem: czytanki - miodzio! Jedyny kłopot, jaki może napotkać nauczyciel, to powiązanie tych powiastek z tematami z nowego elementarza. [Nie mogę pozbyć się niesmaku spowodowanego komiksami o tych dziwnych smokach - kosmitach. Może to krewniacy autorki? Dawniej smok w podręczniku pierwszaka to był wawelski... eh, może i dla mnie czas już przenieść się do muzeum?]

Na koniec zacytuję kilka tekstów, najpierw wierszyk z Naszego Elementarza - jesień (tfu! jakiego naszego?! ICH Elementarza, od tej pory już zawsze, tylko: "Ich Elemenatrz")

Dom to nie tylko budynek
Dom to mama,
tata i ja.
To moja babcia
i mały brat.
To Tropik – piesek.
I koty dwa.
To gwar wesoły.
I serca dar

A moje córki "przerobiły" z babcią Pchłę Szachrajkę. Co kto lubi.

W tymże elementarzu, części zimowej, znajdziemy już jeden normalny wiersz - Czechowicza i  jedno dłuższe opowiadanie z morałem (pt: "Jedno życzenie" Justyny Bednarek). Szału nie ma.
A teraz absurdalne opowiadanko, takie z działu "nauka czytania". Tekst dwuczęściowy, jak wszystkie z tego działu, początek dla dzieci słabiej czytających a druga część dla tych lepiej czytających. Rzecz traktuje o dzieciach i Babie - Jadze, miłośniczce zwierząt, (naturalnie, dzieci poznają literkę b jak bajka) i jest bajką o tym jak to dzieci trafiły do Baby - Jagi, opowiedziały jej smutną i piękną bajkę (my jej nie poznamy, dowiemy się tylko, że była o złej Babie - Jadze zamienionej w kamyk), a potem razem ze świeżo poznaną, dobrą Babą - Jagą, poleciały na miotle do miasta.
W tym opowiadanku trafiamy na głupoty dwie. Pierwsza: dzieci - nawet te słabiej czytające - mają przeczytać wyrazy takie jak: starowinka, cukierkowy, Barnaba czy akwarium, choć jeszcze nie poznały całego alfabetu. Ale co dla dzieci! Czterosylabowy wyraz a w nim sylaby zamknięte, otwarte, zbitki spółgłosek... luzik! Tylko ciężki dyslektyk sobie nie poradzi, ale wiadomo, takiemu tylko indywidualne zajęcia pomagają, to nie ma sensu do niego dostosowywać tekstu w podręczniku.
I druga, czyli morał z bajeczki, uwaga, cytuję ostatnie zdanie: "Bo osoba, która ma kota, kruka, rybki i kanarka, na pewno nie jest zła." To o tej dobrej Babie - Jadze.
Rzecz oczywista to jest i po tym właśnie poznaje się "niezłych" ludzi. Jakby jeszcze miała psa, papugę, świnkę morską, chomika i szynszyle to już by była całkiem dobra. Niestety, kupiła mieszkanie korzystając z programu "MDM" i wystarczyło jej tylko na kawalerkę, więcej zwierząt się nie mieści. Tak oto mały metraż i niesprzyjająca mieszkaniowa polityka obecnego rządu zrujnowały jej szanse na Życie Wieczne. Albo fajne "kolejne wcielenie" - wszak to postać fikcyjna.

Pierwszy semestr za nami, a tu ani jednej Polskiej Baśni, Legendy. Jest za to "Historia liczb". Co tam Lech, Czech i Rus skoro można dzieciom opowiedzieć o tym, jak to starożytni Rzymianie sprytnie wymyślili zapisywanie liczb poprzez różnego rodzaju układy nacięć. Ja nie przeczę, że to ciekawe jest, ale liczb rzymskich zwyczajowo dzieci uczyły się w drugiej klasie, gdy już poznały dobrze zapis arabski... ale cóż, to znów tylko takie moje nudne opinie z Ciemnogrodu.

Na użytek lekcji o stolicy Polski pojawiła się wzmianka o legendzie, zredukowana do takiego zdania: "Legenda głosi, że nazwa Warszawa powstała od imion Wars i Sawa. W rzeczywistości pochodzi od dawnego imienia Warsz i oznaczała na początku "osadę Warsza"". Jasne, już wiadomo, że legendy nie ma sensu czytać, bo błędna, a właściwych porad i mądrości życiowych udzielą nam autorki podręcznika w opowiadaniach o życzeniu dla Dżina i dobrej Babie - Jadze. I nawet kombinować przy tym nie trzeba, bo tak prosto napisane.


Ponieważ wakacyjnie tkwię na wsi więc dostęp mam tu tylko przez internet do darmowego Ich Elementarza, (którego lekturę polecam każdemu ciekawskiemu rodzicowi; do pobrania tutaj: http://naszelementarz.men.gov.pl/) Stąd też brak cytatów tekstów z innych podręczników. Jednak nie omieszkam dorzucić przykładów tychże po powrocie na łono miasta.

I oczywiście, nawet jeśli nieprędko, ciąg dalszy moich własnych refleksji o podręcznikach nastąpi. A w domu czekają na mnie dwa boxy po moich bratankach. Będzie co opisywać!


piątek, 27 czerwca 2014

Podręcznikowe absurdy. Część pierwsza

Witaj drogi czytelniku. Przygotowałam dla Ciebie tekst.  Tytuł obiecujący, czyż nie? Bardzo dosłowny. Podręczniki roją się od błędów, absurdalnych, głupich, czasem wręcz szkodliwych zadań. A ja tropię je i gromadzę. Postanowiłam przedstawić tu kilka z nich. Nie wszystkie bynajmniej, ale przykłady tego, czego należy się wystrzegać. I tego z czego można się pośmiać.
A przy okazji być może ułatwię komuś decyzję "Czy w ed korzystać ze szkolnych podręczników? Czy korzystać z oferowanego darmowego podręcznika?"

Błędy i absurdy wynikają z kilku przyczyn. Jedna z nich to próba integracji, czy raczej pseudo-integracji, treści programowych, którą określę typem błędu: "i śmiszno i straszno".
Na szczęście podręczniki przestały firmować się określeniem "edukacja zintegrowana" czy "kształcenie zintegrowane" ale, niestety, nadal mają tak sformułowane treści, nadal tak konstruuje się programy by dawać złudne wrażenie łączenia treści z różnych dziedzin. Pozorne łączenie treści z różnych dziedzin jest tak naprawdę mieszaniem ich ze sobą wg klucza tematycznego i opiera się głównie na skojarzeniach. Bardzo prostych skojarzeniach, żeby nie powiedzieć prymitywnych. Gdy się spojrzy na to zjawisko z boku jest ono nawet zabawne, czego dowiodą zaraz przykłady takich zadań. Jednak gdy się spojrzy od środka, w szczególności poświęcając czas na refleksję nad pytaniem "co z tych zadań, co z tak skonstruowanego programu pozostaje w głowach uczniów?" przestaje być śmiszno a zaczyna być jeno straszno.

Na studiach pani dr. Małgorzata Żytko zaprezentowała nam raz taki podręcznikowy moduł, czy blok dotyczący zimy, przerabiany zimą, mający na celu integrować treści związane z tą porą roku. Ha! możliwości są ogromne: eksperymenty z zamarzaniem, rozmarzaniem, zmiany stanów skupienia, temperaturą, parą, obserwacje zimowe przyrody - znakomicie widać ślady na śniegu a bezlistne drzewa ułatwiają obserwacje ptaków, więc z zaciekawieniem śledziliśmy owe podręcznikowe zadania. A tam oczywiście: wierszyk o bałwanku (treści literackie), nauka głoski i litery "B" (jak bałwanek) lub "Ś" (jak śnieg) , nauka pisania wyrazów: bałwan, śnieg, śnieżka itp oraz zdań: "Zimą lepimy bałwany i rzucamy się śnieżkami"; z matematyki monografia liczby którejś tam kolejnej a następnie dodawanie bałwanków, odejmowanie bałwanków, porównywanie wielkości bałwanków (ewentualnie śnieżynek - wszystko zależy od motywu przewodniego i litery wprowadzanej). W ramach edukacji muzycznej nauka piosenki o bałwanku a zajęcia plastyczne to malowanie lub wyklejanie z krepiny kogo, czego? bałwanka oczywiście. Zero integracji treści. Za to cała masa bałwanków. A potem zdziwienie, że z klasy intelektualne bałwanki, ogłupione skutecznie i upupione programem wychodzą.

A teraz coś w tym klimacie z aktualnego podręcznika do pierwszej klasy:

Jak widać zadanie nie rozwiązane przyczyną, między innymi, niski poziom zadania, rozwiązywania którego jedynym skutkiem jest nauczenie schematu myślenia: jak dwie liczby w zadaniu to szukać słowa klucza - tutaj "razem" -  a potem je dodać lub odjąć. Żadnego problemu nie postawiono, żadnego myślenia nie sprowokowano, zadanie niby z treścią a bez treści tylko ze schematem. Moje dzieci mają zakaz rozwiązywania durnych zadań. Zastanawiasz się drogi czytelniku jaki to moduł, blok, temat mógł sprowokować wrzucenie takiego zadania? Proszę bardzo:


Warto pomagać innym. Wysyłając razem 10 sms'ó. Mama, jako kobieta, jest zdecydowanie bardziej pomocna. Wysłała 7, tata tylko 3! Żeby chociaż padło pytanie "kto więcej i o ile więcej" już by dziecko musiało pokombinować choć troszkę. A tak... Nie dość, że kształtowanie myślenia schematycznego to jeszcze stereotypizacja na całego, bo dlaczego to kobieta jest ta wrażliwsza? 
Cytując Obeliksa: "Ale głupi ci Rzymianie". 
[A poza tym warto się też zastanowić nad treściami wychowawczymi jakie taki podręcznik niesie. Dlaczego zadanie nie dotyczy wolontariatu? Niepełnosprawności? Szkolenia psów - przewodników? Wyrzucania śmieci oraz mycia okien starszej i samotnej sąsiadce? Co to za model socjalizacji,w którym pomoc drugiemu to przyniesienie lekcji chorej koleżance i wysłanie sms'a? Durna jakaś! Uff.]

I jeszcze jedno zadanie w tym klimacie:


Takie tam sobie, nieskomplikowane zadanko, porównywanie liczebności - uzupełnianie, tworzenie wyobrażenia liczby. Ale na jakim materiale ambitnym! Na choinkach zapachowych. To już tfu!rcze jest niesamowicie. A jakie nietuzinkowe. I do tego aktualne. Nie ukrywam, że miałam kłopot z tym zadaniem - moje córki nie maja pojęcia co to choinka zapachowa, a ja odpowiadam na pytanie informacją: "to takie paskudztwo, które niemożebnie śmierdzi i dlatego po moim trupie zgodzę się na powieszenie tego g... w samochodzie!"  Zadanie z choinkami nie zostało rozwiązane.
A, pewnie ciekawyś czytelniku jaki to był "temat dnia"? Środki transportu, oczywiście. Wcześniejsze zadania polegające na liczeniu samochodów, dodawaniu samolotów i odejmowaniu stateczków wyczerpały pomysłowość autora do cna. Zostały tylko choineczki zapachowe.
Jak ktoś Ci będzie wmawiał, że dzieci w edukacji początkowej mają "kształcenie zintegrowane" to możesz śmiało zaprzeczać. Co najwyżej skojarzone. Skojarzone ze śmierdzącym chemią paskudztwem. I tak samo użyteczne jak i to paskudztwo.

Tak tak, jestem bezlitosna.
Rodzice, zaglądajcie do podręczników, tropcie głupotę, błędy, schematy, wykreślajcie je z podręczników waszych dzieci.
I nie dziwcie się, jeśli dzieci nie chcą takich ogłupiających zadań rozwiązywać.

Kolejny błąd i podręcznikowy absurd to publikowana w podręcznikach dla dzieci pseudo-poezja i nijaka proza. Nie mam oczywiście na myśli wierszy Danuty Wawiłow, Jana Brzechwy, Tuwima, Ludwika J. Kerna obecnych na przykład w podręcznikach wydawnictwa Didasko. Mam na myśli te okropieństwa, które tworzą i publikują popularne wydawnictwa a teraz będzie tego pełno w darmowym podręczniku. Niestety.
Darmowy Elementarz przewiduje w ciągu trzech miesięcy (do listopada - pierwsza część podręcznika dostępna w sieci już teraz) dokładnie jeden wierszyk. Taki prosty, należący do czytanek dziecięcych (czyli tych, które próbują czytać dzieci).
Zacytuję tutaj, a co. Autorką jest zapewne autorka podręcznika.
"Rak Makary.
Oto sroka i lis stary.
A tam kto? A tam Makary.
Rak Makary? O, tak, tak.
Ale rak! Ale rak!
Dres, kokarda, okulary.
Oto komik – rak Makary.
Rymujemy tak jak rak.
O, tak, tak! O, tak, tak!"

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że infantylność tego wierszyka jest celowa. W końcu to ma być banalna i prosta czytanka dla pierwszaka. Ale dlaczego, dlaczego, dlaczego w ciągu trzech miesięcy nauki w pierwszej klasie podręcznik przewiduje tylko tą jedną formę wierszowaną? I w dodatku ten właśnie wiersz jest przykładem dla poznania "rymów" i ma być inspiracją do innych rymowanych zabaw dzieci... Z mojego punktu widzenia to jest nieudolna próba połączenia literki "R" z nauką rymowania. Żeby jeszcze dzieci nauczyły się czegoś raku... ale szkoda gadać.

Chciałoby się zapłakać wraz z Janem Brzechwą:

"Ratujmy dzieci!

Bywało sporo klęsk w naszym kraju:
Więc klęska gradu, nieurodzaju,
Ognia, posuchy, powodzi, głodu -
Wie się coś o tym z dziejów narodu.
Lecz nie pamięta nikt od stuleci
Klęski tak nędznych wierszy dla dzieci!
Biedne dziateczki! Nie ma ucieczki
Od rymowanej bezładnej sieczki;
Coraz to więcej - w setkach tysięcy
Mnoży się plaga wierszy dziecięcych
I jęk błagalny przez Polskę leci:
- Ratujmy dzieci! Ratujmy dzieci!
Powstał z pieniędzy ludu i państwa
Raj, proszę państwa, dla grafomaństwa.
Nie chcą autorki i redaktorki
Pamiętać tego, co mówił Gorki,
Nie chcą pamiętać mądrych wytycznych
Humanistycznych, socjalistycznych,
Tylko na jedno ciągle kopyto
Płodzą a płodzą wiersze-niby to,
Jak gdyby brakło koszów do śmieci.
- Ratujmy dzieci! Ratujmy dzieci!
Płyną książeczki, płaczą dziateczki,
Nie chcą spożywać niestrawnej sieczki;
Czyliż się rozstać mają z nadzieją?
Leją się strofki, leją a leją,
Zawsze sklecone w sposób utarty:
Wiersz zrymowany drugi i czwarty.
No, a ten pierwszy? No a ten trzeci?
- Ratujmy dzieci! Ratujmy dzieci!
Bierzemy utwór - cóż w nim widzimy?
Są tam pół-rymy i niedorymy,
Rymy-poczwarki, rymy-wyskrobki,
Rymy-potworki i kozie bobki,
Ple-ple-rymiątka, psi-psi-rymeczki:
"Poduszczyneczki", "gołębisieczki",
Przy tym "ej" w środku, "oj" na początku,
Coś z ludowego jak gdyby wątku.
"Kogut" i "kura" - za rym obleci,
Bo "u" jest wspólne. Bo to dla dzieci.
Hania i Mania, Frania i Wania -
To słowa łatwe do rymowania.
Rymów tych znaleźć można bez liku
W każdym "Płomyczku", w każdym "Świerszczyku"
Ostatnio modna stała się Nastka -
Nastka - to także rymu namiastka...
Nastka do Hani, Hania do Pieti...
- Ratujmy dzieci! Ratujmy dzieci!
Tak może pisać tylko macocha,
Osoba, która dzieci nie kocha.
A dzieci myślą: "Czytać to? Po co?"
I zniechęcone - bawią się procą;
Oto już tylko krok, proszę państwa,
Od grafomaństwa do chuligaństwa.
Niech więc Oświatę wiersz mój oświeci.
- Ratujmy dzieci! Ratujmy dzieci!"

To samo dotyczy zresztą prozy... eh. Nigdy nie było rewelacyjnie, w wielu podręcznikach teksty były infantylne, prymitywne lub nudne, jednak część podręczników publikowała całkiem sensowne teksty. Było w czym wybierać.  Nowy, darmowy podręcznik jest pod tym względem na żenująco niskim poziomie. Pod każdym względem, zarówno doboru treści i materiału jak i pod względem poziomu języka literackiego. W pierwszej części poza okolicznościowymi czytankami tematycznymi znajduje się tylko autorska wersja bajki o Trzech Świnkach - po pierwsze tak napisana, że nudna a po drugie znów pytam dlaczego? dlaczego Trzy Świnki? A od kiedy to Trzy  Małe Świnki, angielska bajka ludowa, stanowi podstawę ogólnego wykształcenia literackiego polskich dzieci sześcioletnich?!? Żebyż jeszcze ta bajka była porządnie napisana, tłumaczona z oryginału. Ale nie. Jedna strona, kilka minut czytania a poziom porównywalny z licealnym streszczeniem lektury potocznie zwanym "bryk". A co, nauczmy dzieci od małego czytania takich bryków, co się będą męczyć, koncentrować na długich opisach, wsłuchiwać w czytaną 15 minut bajkę i jeszcze próbować ją rozumieć. Dajmy 6 latkowi bryk angielskiej ludowej baśni jako podstawę przygotowania do czytania ze zrozumieniem!
Tak, krzyczę, głośno i z lekka histerycznie! 
I otwiera mi się w kieszeni nóż.
[Tylko czekać jak w następnym wydaniu tegoż darmowego podręcznika świnki będą zadeklarowanymi homo, bi i transseksualistami a wilk wrednym konserwatystą, zgodnie z politycznie poprawnymi wytycznymi.]


cd. nastąpi...












niedziela, 22 czerwca 2014

Papierowo

Ze słowem "scrapbooking" zetknęłam się stosunkowo niedawno, choć jest to od wielu lat stosowana technika ręcznego wykonywania i dekorowania albumów rodzinnych.
Samo zjawisko nie jest mi obce. Ba! Mam taki zeszyt, kilkunastoletni już, który dostałam od przyjaciółki i kuzynki ozdobiony tą metodą. Jeszcze w czasach gdy w liceum pisałam pamiętnik prowadząc go w niebieskim zeszycie. W sumie mogło być na okładce cokolwiek byle ładno-niebieskie. [Łatwo zrozumieć to osobom, które pamiętają lata '80, gdy okładki zeszytów były tak paskudne, że właściwie wszystko było od nich ładniejsze. U nas popularne było oklejanie okładek zdjęciami wyciętymi z kalendarzy ściennych.] I specjalnie dla mnie przyjaciółka okleiła niebieską okładkę zdjęciami, wkomponowała między nie kłos żyta, całość "zafoliowała" szeroką taśmą klejącą. Po dziś dzień ten zeszyt mnie wzrusza.

Nie czułam w sobie namiętności do takich zabaw i jako hobby wybrałam szydełko, tymczasem technika ta wróciła do mnie i zapukała do moich drzwi wraz z niezwykłą dziewczyną poznaną w środowisku edukatorów domowych.
Pokazała mi swoje papiery do scrapbookingu, albumy, notesy, kartki, które wykonuje a ja zachwyciłam się subtelnym pięknem jej twórczości.
Pierwsze arkusze dostałam w prezencie. Z zachwytem i lękiem zastanawiałam się "jak to ugryźć?" Zapisać się na warsztaty scrapbookingu teraz muszę. A Agnieszka powiedziała: "Daj je dziewczynkom, wraz z nożyczkami i klejem, one będą wiedziały co z tym robić". I tak się zaczęła nasza przygoda w świecie pięknego papieru.

Album rodzinny ze zdjęciami oraz pamiątkami dopiero powstanie i na razie nasze zabawy to zwyczajne  - niezwyczajne kolaże, ale zabawa jest przednia.
Zaprezentuję tu kilka prac bo mnie zachwycają i może będą też dla innych inspiracją do zabawy. Ograniczeń wiekowych brak (owszem, nawet roczna Hania się bawi, papier jej smakuje, na brzuch się nie skarżyła).

Zupełnie pierwsze pracy powstały dla babć i nie zostały uwiecznione, ale jedna z pierwszych dużych kompozycji to nasza jesienna ilustracja inspirowana książeczką dla dzieci, którą babunia jako lekturę wybrała dla moich córek na lekcje literatury.
Jan Grabowski "Reksio i Pucek"

Dziewczynki po zajęciach z babunią pastelami narysowały Reksia i Pucka - dwa pieski, a potem wycięłyśmy je z kartonu i wykorzystałyśmy papiery z Makowego Pola (pracownia i sklep)  aby zrobić to: Jesienny spacer Reksia i Pucka.
Wisi sobie beztrosko w salonie i zaskakuje.


Kolejna okazja do poważniejszej zabawy trafiła się gdy z okazji Dnia Matki kupiłam na Makowym Polu kartkę dla mojej mamy. Co tam kartkę - dzieło sztuki!
A żeby kartka samotnie do mnie pocztą nie wędrowała kupiłam również zachwycający komplet papierów "Tu i teraz", kwiecistych, ciepłych, pastelowych. Mniam.
Wywołały one zachwyt moich córek. 
Zaraz dziewczyny wyciągnęły papiery z pudełka, klej, nożyczki, zadekowały się w pokoju (Mamo! Nie wchodź!) i wzięły się za wykonywanie laurek na dzień mamy. Dla mnie. To było wzruszające. I zabawne, nie ma co ukrywać, bo po 15 minutach, w których Hania ściągnęła im ze stolika wszystko gdy namawiałam je do przeniesienia się na duży stół w salonie, wyraziły zgodę, ale pod warunkiem, że nie będę patrzeć. A ponieważ moja niespełna czterolatka też chciała kleić - musiałam jej pomóc. Nie patrząc na prace pozostałych córek. Efekt był taki, że pracowałam z dziewczynkami przy tym samym stole starannie omijając wzrokiem ich prace. Mówię wam - ubaw po pachy. Czego to lekko stuknięta matka nie zrobi dla swoich córek.
Zdjęcie też zrobiłam nie patrząc. Dlatego takie krzywe. [eh, nie ma to jak dobra wymówka]



Efekty pracy zostały starannie zapakowane, obwiązane wstążeczkami i musiałam czekać jeszcze tydzień (!!! nieludzkie ) zanim wolno mi było nareszcie obejrzeć laurkowe cuda. Wszystkie wiszą teraz nad moim łóżkiem w sypialni. Prawie wszystkie. Laurka Natalki wisi nad jej łóżkiem. Niezwykle trudno jest się jej rozstać ze swoim dziełem.

Od Łucji

Od Helci

Od Nadziejki

Dzieło Nati na tle papierów Agnieszki z Makowego Pola

Papierowa przygoda dopiero się zaczęła. Kolejny rozdział to karki z podziękowaniem dla instruktorki ukochanego baletu. Zanim laurki zostały oddane zdążyłam jeszcze złapać je obiektywem idiot-kamery. 




Na sam koniec mała anegdotka związana z ostatnim zdjęciem - laurką Natalki. Otóż Nati na balet pójdzie dopiero jesienią, jest to marzenie jej niespełna czteroletniego życia. Na zajęcia dziewczynek podkrada się gdy tylko się jej uda zwiać mi z oczu (podczas czekania), baletek ma już dwie pary i codziennie ćwiczy przy muzyce z radia (dziś kazała mężowi wyłączyć mecz Niemcy - Ghana, bo ona teraz będzie tańczyć a mecz jej zagłusza muzykę... zobaczyć minę mojej drugiej połówki - bezcenne!).
Dość, że pani od baletu jest kimś w rodzaju bóstwa i specjalnie dla niej Nati stworzyła laurkę samodzielnie rysując (ja pomogłam tylko narysować ręce - Nati jest na etapie głowonogów), kolorując, wyklejając i inne cuda robiąc. Gdy już baletnica była gotowa młoda zabrała ją ze sobą na występy sióstr. Po występach pobiegła wręczyć pani swoją kartkę. Pokazała ją pani, opowiedziała o niej. A potem wróciła z tą kartką do mnie.  Nie potrafiła się z nią rozstać. 
Wykonała jeszcze kilka takich kursów (Nati to żywe srebro) i za którymś razem położyła laurkę w sali baletowej u pani na stoliku. Myślałam, że było to działanie celowe do momentu gdy w domu Natalka zaczęła szukać swojej baletnicy. Ależ był żal.... dopiero obietnica, że zrobimy jeszcze jedną piękną baletnicę (w posypanej brokatem sukience) do powieszenia na jej ścianie ukoił smutek mojej czwartej córki.

Jeśli ktoś wam kiedyś powie, że małe dzieci nie cenią swoich prac - to jest to totalna bzdura.  Warto poświęcić kilka godzin na wykonanie czegoś dużego i pozornie trudnego z maluchem. Ktokolwiek będzie towarzyszył czterolatce w procesie twórczym przekona się o tym. Dla maluchów nie ma rzeczy za trudnych. Ktokolwiek poobserwuje później przywiązane dziecka do własnego dzieła - zapamięta. Dumy z własnej pracy powinniśmy się uczyć od dzieci. 
[To zapewne dorośli gaszą w dzieciach ich radość i poczucie dumy krytykując i deprecjonując ich pracę, ograniczając czas, popędzając, zabierając niebezpieczne narzędzia, "nieodpowiednie" dla wieku materiały. To jak zalewanie ogniska wodą po to by później zasypać je mokrym piachem.]
Acha, mała rada dla chętnych by podjąć wyzwanie szalonej i nieograniczonej pracy z małą dziewczynką. Nie zapomnijcie o brokacie i kleju! I o zasadzie, którą moje córki wciąż przypominają: "Mamo! Ja sama!"

Cały post dedykuję Agnieszce Sieńkowskiej z  Makowego Pola  w podzięce za piękno, które wnosi w nasze życie.
A wszystkich zainspirowanych namawiam do wizyty w jej pracowni.

 Tu znajdziesz Makowe Pole - sklep.
A tu znajdziesz Makowe Pole - blog Agnieszki.












środa, 21 maja 2014

Mały seks w wielkim mieście

Edukacja seksualna to takie "mądre" pojęcie stworzone przez ludzi, którzy zajmują się edukacją. Nie oznacza to, że znają się na uczeniu innych. Ba! Może być i tak, że nie znają się nawet na uczeniu samych siebie! A jednak postanowili, że należy się zająć, na poważnie, edukowaniem w dziedzinie płci. Co rekomenduje człowieka do bycia takim specjalistą? Z mojego punktu widzenia, zdroworozsądkowo, sporo wiedzy ma do przekazania lekarz ginekolog - położnik, położna, babcia, mama, tata, starsza siostra - mężatka, wielodzietna matka z Neokatechumenatu... do wyboru, do koloru. Co kto lubi. Wszystko to ludzie, którzy mają doświadczenie związane z płcią, z seksualnością a wreszcie - co najważniejsze - mają doświadczenie z dziećmi. Bo jak rozmawiać o płci gdy się nie doświadczyło cudu poczęcia, narodzin, macierzyństwa, ojcostwa...? Świadomość własnej płci to sprawa stara jak świat, niedawno dopiero przykleja się jej nową etykietę "edukacji seksualnej". 

Mądrzy ludzie zajmujący się edukacją rozumieją słowa: "Człowiek nie może niczego nauczyć drugiego człowieka, może mu tylko dopomóc w wyszukiwaniu prawdy we własnym sercu, jeżeli ją posiada." Św. Augustyn to mądry facet, bez dwóch zdań. 

Pierwsze poważne pytanie, które zadały moje dzieci związane z tą nową-starą dziedziną brzmiało: "Skąd się biorą dzieci?" [Ominęły mnie pytania: "Dlaczego ja mam cipkę skoro on ma siusiaka?" - bo nie mam synów, brak porównania, a tatuś to tatuś, wiadomo, jest dorosły i jest tatusiem,  i w ogóle się z nim nie porównujemy.] Drugie ważne pytanie dotyczy oczywiście miesiączki, ale rozmowa o tym nie była aż tak fascynująca jak ta o pochodzeniu dzieci, więc nie będę jej tu cytować.

Po raz pierwszy to pytanie pojawiło się już kilka lat temu. W domu, w którym co dwa lata pojawia się nowe dziecko temat ten jest wciąż aktualny, dzieci dorastając zadają to samo pytanie szukając nowej odpowiedzi. Przyjęłam założenie by odpowiadać stopniowo. Zaczynam od początku i przerywam w momencie gdy pytania ustają, w momencie, gdy córki są odpowiedzią usatysfakcjonowane. 
[Przyznam się również bez bicia, że nie posiadam w domu "Wielkiej księgi siusiaków", ani "Wielkiej księgi cipek". Tak, to świadoma, przemyślana decyzja. Nie, nie czytałam tych książek. Dlaczego odrzucam je skoro nawet nie zajrzałam pod okładkę? Okładka mnie odrzuca. Obrazki cipek wyobrażonych jako ludzie? Serio? Czy to nie jest trochę niepoważne? Ja rozumiem nadawanie cech ludzkich przedmiotom ("Tańcowała igła z nitką"), zwierzętom ("O czym szumią wierzby"), ale genitaliom? Jaki głębszy sens miało by to mieć? Dla mnie - bez sensu. Potrafię oczywiście docenić absurd. W "Alicji w Krainie Czarów". Ale te Księgi sięgnęły poza granice absurdu. Tak więc jedyne pomoce naukowe jakie mamy to atlasy z budową człowieka.]

Pierwsze odpowiedzi na pytanie były proste. "Małego dzidziusia dostaliśmy w prezencie od Boga". "A czy każda dziewczyna może dostać dzidziusia? Czy ja mogę dostać dzidziusia i mieć go w brzuchu?" "Na razie nie. Jesteś za mała. Twoje ciało nie jest na to gotowe, a poza tym, musiałabyś mieć męża. Muszą być mama i tata. "(Tadam! to jest ten moment gdy ateista zamknie stronę z lekkim obrzydzeniem. Na wypadek gdyby nie wyjaśniam uprzejmie, że to nie jest żadna indoktrynacja lub fałszowanie rzeczywistości. To jest najgłębsza istota tego wydarzenia jakim jest poczęcie dziecka. I największa prawda. Bóg daje życie. Każde dziecko jest darem od Niego. Zapewne mocniej odczuwają to osoby, które o dziecko walczyły i na nie długo czekały. Ale ja też tak to właśnie widzę. Jeszcze przed ślubem lekarz mnie straszył, że mogą być kłopoty... a potem - cud za cudem, bogato i obficie.) Mama nie kłamie, dziecko jej wierzy i ufa. Ta pierwsza odpowiedź była dobra. 
Jakiś czas później pytanie wróciło. "Jak dzidziuś wychodzi z brzucha mamy?" Moje córki najpierw poznawały szczegóły dotyczące porodu. Był bardziej realny ;).  Rozmów było kilka, pytań szczegółowych sporo, wszystkie odpowiedzi szczere i uczciwe. Jedna z córek na koniec (czyli gdy wyczerpała już wszystkie pytania) oświadczyła, że chciałaby przy tym być i widzieć poród. Ufff... Udało się tego uniknąć ku mojej uldze i zawodzie córki. 

Nieuniknione było pytanie: "Skąd się dzidziuś bierze w brzuchu mamy?" O dziwo, pytanie zostało zainspirowane obserwacją koleżanki, której rodzice nie są małżeństwem. Nie wiedziałam tego rozpoczynając opowieść o wielkiej miłości męża i żony, która sprawia, że gdy są razem w łóżku okazując sobie to uczucie, które ich łączy  komórka mamy - jajeczko oraz komórka taty - nasionko spotykają się i łączą a z nich rozwija się malutka dzidzia. Opowieść się podobała i pewnie byłaby wystarczająca, gdyby nie fakt, że przyjaciółki mamusia nie ma męża i mieszka sama... To jak to się stało? Ha! Dzieci same ustawiają sobie znaczenie faktów. W opowieści zaistniały fakty niezaprzeczalne dwa: małżeństwo oraz "razem w łóżku". Dla córek, które tego "razem w łóżku" nie widziały większą wagę miał fakt bycia małżeństwem, wspólnego mieszkania, trwałego bycia razem. Jestem bezpośrednia. Wytłumaczyłam córkom, że aby dziecko się poczęło, by połączyły się nasionko z jajeczkiem właściwie bycie mężem i żoną na zawsze nie jest konieczne... z biologicznego punktu widzenia. Dla nas, w naszej rodzinie, jest, bo tak powiedział Bóg. Ale nie wszyscy słuchają się Boga... (z tego rozwinęła się długa bardzo rozmowa o Bogu, przykazaniach, grzechach itd. Była ciekawsza od technicznych spraw związanych z poczęciem i temat znów poszedł w niepamięć). W ciągu kolejnych dwóch lat dziewczynki wracały do tematu ale nie zadawały nowych pytań. Trudnych, szczegółowych pytań. Powoli budowały sobie własny świat wyobrażeń. Aż do dziś. Dziś przyszła do mnie jedna z córek (Trzecia ściśle mówiąc) i zadała mi bardzo konkretne pytanie. "Jak to się dzieje, że dzidzia się rozwija?" Próbowałam przez chwilę lawirować, łudząc się nadzieją i spytałam, czy chodzi jej o to jak rośnie w brzuchu mamy, czy jak powstaje? "Jak powstaje?" córka zdecydowanie określiła zakres zainteresowań. "W jaki sposób to się dzieje, że łączą się ta komórka mamy i nasionko taty?" "I na pewno chcesz to wiedzieć? Bo to są raczej sprawy dorosłych, czy jesteś na to gotowa?" Takie pytanie zamiast onieśmielić córkę tylko ją zachęciło (ale też nie mało takiego celu, było tylko sygnałem: uwaga to jest bardzo poważne)... zaraz też do chóru włączyła się Druga oświadczając: "Ja też chętnie posłucham" i przysiadła na worku sako obok nas. To był nienajlepszy moment. Akurat porządkowałam szufladę z ubraniami Czwartej. Ani kartki z ołówkiem, ani książki pod ręką, a rzucać wszystko, żeby omawiać z dziewczynami sprawy seksu nie chciało mi się wręcz nieludzko. Trudno, co robić. Tym razem chyba już trzeba iść na całość. "Bo wiesz mamo, ja wiem, że u mamy jest jedna duża komórka a u taty dużo małych, i że one się muszą połączyć... ale jak to się dzieje?" uściśliła Druga. "Właśnie, czy to nasionko tak leci w powietrzu przez cały dom, ziu... aż dolatuje do mamy?" dopytywała Trzecia obrazując gestami drogę plemnika. "Nie. Mama i tata muszą być bardzo blisko siebie" uśmiechnęłam się do młodej "bardzo, bardzo blisko" dodałam. "Kiedy się całują?" córka nieustępliwie dopytywała. "Sam pocałunek nie wystarczy." "To jak to się dzieje?" 
Są takie sytuacje, gdy fakty trzeba wytłumaczyć od podstaw aby zrozumiałe było dlaczego dzieje się tak a nie inaczej? "Wiesz jak wygląda siusiak?" upewniłam się. Szlag, w domu bez syna to nigdy nie wiadomo. "No wiem, wiem." Uff,  na razie nie muszę wstawać i lecieć po atlas, mam jeszcze kilka bluzek do poskładania. "A pod siusiakiem są jajka." Uzupełniła Druga córka. O proszę, jeszcze łatwiej. "Tak, możemy siusiaka nazwać penisem a te jajka to są jądra i w nich właśnie powstają plemniki, czyli te małe nasionka, które przekazuje mamie tatuś." zaczęłam. "O fuj!" Trzecia zmarszczyła nosek. "Naprawdę?" Potwierdziłam czekając na kolejne pytanie nieuchronnie prowadzące mnie do konieczności wstania i sięgnięcia po jakiś atlas. I odpowiadania na kolejne trudne pytania. "Dobra. To ja już idę na kolację" oświadczyła córka. "Ja też" dodała druga. I poszły. Normalnie wstały i poszły. 

Kolejne pytania oczywiście padną, pewnie już niedługo. Ale to co mnie zastanawia to samoistne dawkowanie sobie wiedzy. Dorosły człowiek, gdyby miał sam o tym decydować, by wziął i wyłożył dziecku kawa na ławę całość od razu. Tymczasem dzieci przyswajają pewne informacje po kawałku. To co zupełnie nowe trzeba przemyśleć, wyobrazić sobie, przyswoić, poukładać. Wtedy przychodzi czas na zadanie konkretnego pytania. To jak szukanie kawałka układanki. Trzeba go dobrze dopasować zanim się sięgnie po kolejny, prawda? Dzieciaki mają wyczucie. To nie jest kwestia nieśmiałości czy niezdrowego wstydu. Pytanie jest stawiane otwarcie i konkretnie. A jaka odpowiedź jest właściwa i wystarczająca też samo dziecko potrafi pokazać.
Jak dla mnie - odroczka i ulga, bo lęk, że brakiem delikatności zranię dziecko nie jest bagatelny. Ale też takie stopniowe uświadamianie jest łatwiejsze dla mnie. Każde kolejne pytanie, po jakimś czasie zadane jest coraz mniej krępujące - gdy widzę jak córki oswajają się z tematem.


I jeszcze objaśnię tytuł. Nie chodzi o to by prowokować. Seks to płeć po prostu. Mój lekarz mawiał, że skoro seks oznacza płeć, to uprawiać seks oznacza robić dzieci a w takim razie antykoncepcja i uprawianie seksu się wzajemnie wykluczają. Gdy małe dziewczynki interesują się sprawami płci, powstawania dzieci to wychodzi nam z tego "mały seks". Nie dlatego, że nieważny, tylko dlatego, że wyjaśniany słowami dla małych i w czasie, o którym małe same decydują.

środa, 30 kwietnia 2014

Wizyta u dziadków. Rzecz o opiłkach, metalu i magnesach oraz dlaczego świeczka gaśnie?

Dziadek fajny jest o tym każdy wie.
Ostatnio dziadek ostrzył noże. Nie żeby jakąś tam ostrzałką sklepową - takie zabawki się dla kobiet kupuje - dziadek, prawdziwy facet, ostrzy na szlifierce. Iskry lecą oraz wióry, zgrzyta i świszcze - jest szał. Czasem mam wrażenie, że dziadek się tak przed kobietami popisuje. Tak czy inaczej dobrze mu to wychodzi, noże są ostre, kobiety zadowolone z noży oraz zachwycone męskością głowy rodziny.
A czasem się trafi skutek uboczny.

Ostatnio skutkiem ubocznym były opiłki żelaza. Oczywiście, zawsze są, ale tym razem zostały wykorzystane.
Hunowie i tatarzy  (czytaj: Nina i jej córeczki) dnia pewnego najechali rodzinny dom (czytaj: wpadli na chwilę w odwiedziny do dziadków). Ujrzawszy komplet naostrzonych noży przywódca najeźdźców zazgrzytał zębami z bezsilnej złości i jęknął "a moje takie tępe!", zaś dziewczynki z zainteresowaniem obległy mistrza - ostrzyciela. Posypały się pytania, niczym te iskry ze szlifierki. Dziadek pytania lubi. Lubi odpowiadać. Czasami również sam pyta.
"Drogie dziewczynki, a co to jest?" spytał dziadek pokazując kupkę opiłków. "Czy to jest brud?" Wiadomo, wygląda jak brud, ale skoro dziadek o to pyta to pewnie brudem nie jest... Czym jest w takim razie? I jak się zachowa gdy przysuniemy do tego "czegoś" magnes. Drobniuteńkie kawałki metalu, okruszki, opiłki, w pobliżu magnesu zaczęły zachowywać się arcyinteresująco. Wędrowały za magnesem po stole. Przyklejały się do kartki w miejscu, w którym do tej kartki po jej drugiej stronie, przylegał magnes. Zupełnie niezwykłe było też sprawdzanie jakie materiały "przepuszczają" pole magnetyczne. Talerzyk przepuszczał: opiłki tańczyły na powierzchni talerzyka jak im magnes przytknięty do spodu talerzyka zagrał. A jeszcze łączyły się ze sobą tworząc "jeża" i prezentując jak układają się linie pola magnetycznego. Istne cuda.
Magnesem udało się też namagnesować monetę, która później przyciągała opiłki, choć sama magnesem nie była. Nóż zaś choć przepuszczał pole magnetyczne to namagnesować się nie dał.
Dużo się działo i doświadczało. Zadawało się dużo pytań i otrzymało dużo odpowiedzi. Znakomicie się zapamiętało.

Kilka dni później przykręcałam malutkie śrubeczki malutkim śrubokręcikiem z wymienianymi malutkimi końcówkami. Śrubokręcik przyciąga śrubki, choć końcówki nie są z magnesu. Córka sprawdziła. "Już wiem! Tam w środku na pewno jest magnes, i ten magnes namagnesowuje te końcówki i dlatego one przyciągają śrubki!" triumfalnie oświadczyła córka.

Innym razem u dziadków córka wypatrzyła dziwne urządzenie. Ot, wyglądało jak złota czapeczka krasnoludka dyndająca na długim złotym patyczku. Zastanawiające. "Babciu, do czego to służy?" Babcia jest fajna i o tym też wie każdy. Ponadto babcia jest czasem jak dziadek. Czasem zamiast wszystko wyjaśnić zadaje pytania. Wyciągnęła świecę, odpaliła, odczekała, chwyciła za złoty pręcik, uniosła nim złoty kapturek nad płomień, powoli opuściła... "swąd, iskiereczka, dymu wstążeczka i - zgasła świeczka". Potem trzeba było to zrobić jeszcze ze dwa razy nim emocje opadły. "Dlaczego świeczka gaśnie, choć nikt jej nie zdmuchnął?" spytała babcia. Stałam z boku, ściskałam kciuki - totalnie na wdechu! Napięcie rosło z każdą sekundą! Pamięta - nie pamięta - pamięta - nie pamięta? [Bawiłyśmy się świeczkami i ich gaszeniem z rok wcześniej omawiając sposoby gaszenia pożaru ;)]
"No tak! Ona tam nie ma powietrza i się dusi! Dlatego ogień gaśnie!" zawołała córeczka.
Naturalnie córka nie pamięta naszych zabaw sprzed roku (sprawdziłam). Ale to co ważne - jest tam gdzie powinno być.

Są takie chwile, trafiają się znienacka, gdy człowiek czuje, że żyje, gdy raduje go to; gdy napawa go dumą, że jest tym kim jest i robi to co robi. I ja tak mam czasem. Mała rzecz a cieszy.

:)

poniedziałek, 17 marca 2014

Kamyki, patyki i sznurki

Istnieją takie zabawki, które stworzył dla dzieci sam Bóg. Powiedział Słowo i powstały. Na Początku Czasów.
A potem mijały lata, wieki, a wszystkie dzieci świata bawiły się tymi zabawkami podnosząc je z ziemi, bo tam właśnie, specjalnie dla dzieci umieścił je ich Stwórca. Zapewne z tego powodu, żeby były "pod ręką", że tak powiem.
A jeszcze później ludzie wymyślili Zanieczyszczenie Powietrza Oraz Ziemi i zabronili dzieciom podnosić zabawki z ziemi tłumacząc, że brudne i paskudne, i dali owym dzieciom śliczne i kolorowe zabawki edukacyjne oraz nieedukacyjne zrobione z polimerów syntetycznych wytworzonych sztucznie przez człowieka i niewystępujących w naturze. I powiedzieli ludzie: "Te zabawki są dobre".

Może dlatego, że dorosłym opatrzyły się zabawki stworzone przez Stwórcę i uznali je za nudne i za mało edukacyjne. Niestymulujące. Nicnierobiące. Banalne. A może uznali, że są brudne i niebezpieczne.
Oczywiście pojawiło się również grono ekologicznych rodziców sięgających po materiały naturalne i wytwarzających z nich ekskluzywne zabawki drewniane, niemalowane, lub malowane naturalnymi farbami i lakierowane specjalnymi lakierami, które posiadają mrowie atestów są niezwykle eko. Drogie zabawki. Naprawdę full wyczesane. Deseczka taka, w niej dziurki do przewlekania sznurówki. Wpadłam w bezdech - taka piękna i miła w dotyku. Deseczka wielkości dłoni kosztująca - bagatela 30zł. Bez sznurka! Ale za to ze specjalnie preparowanego dębu, odpowiednio suszonego, leżakowanego, szlifowanego i co tam jeszcze, oraz lakierowanego eko. Więc bardzo zdrowa deseczka.
Wiem, wiem, zaczyna się sączyć jad z mojego tekstu, obym się tylko w język nie ugryzła bo umrę z pewnością taka jadowita się robię, żmija jedna.
Całkiem szczerze deseczka wzbudziła mój zachwyt. Cena deseczki już nie, ale ponieważ deseczka jest bardzo trwała i bardzo ładna więc może dnia pewnego skuszę się i ową podziurkowaną deseczkę eko kupię. Jak i inne super eko drewniane zabawki, którymi się zachwycam.

Tymczasem moje córki z niezwykłym upodobaniem zbierają kamienie. Tak to już z dziećmi jest, że jak mają pod ręką kamień to go biorą i chowają do kieszeni, a potem drugi i trzeci... Albo patyk. Patyk na spacerze rządzi. Po co komu wózek z lalką skoro gdzieś na pewno znajdzie się jakiś badyl? A jak się jeszcze do tego znajdzie jakiś sznurek... eh, ile fajnych rzeczy można zrobić mając kilka patyków i naprawdę długi sznurek. Pułapkę na potwory (albo na mamę - co czasem na jedno wychodzi), wynalazek, maszynę czasu. A jeśli ma się jeszcze kieszenie porządnie wypchane kamieniami to nuda nie grozi.

Z patykami to ja mam tak - bez bicia przyznaję - że w tym obsikanym przez psy mieście nie pozwalam wnosić ich do domu. Zezwolenie na zabawę kijami córki mają na wsi. Oczywiście do momentu, gdy zaczynają się tymi badylami wzajemnie okładać, co jest niestety nieuniknione, bo po co komu patyk jeśli nie można się nim bawić w walkę na miecze, pojedynek rycerzy, albo Jedi, albo Mulan. Ale i w domu są takie patyki, które rządzą. Są różdżkami, pałeczką dyrygenta, strzałą z łuku itp.
A są i takie drewniane "niepatyki", które można z dziećmi twórczo ożywić i zabawkę zrobić osobiście. U nas spotkać można lalki z drewnianych kuchennych łyżek.


Podnoszenie kamieni z ziemi to również zabawa przez córki ukochana. A i ja nie pogardzę ładnym kamykiem. Oczywiście, wszystkie kamieni zbierane w mieście są przeze mnie starannie myte, a również gotowane (mąż wraca z pracy i zagląda do garnka a tam kamienie: kochanie, naprawdę myślisz, że jak je porządnie ugotujesz to zmiękną? ;)). A później to już z kamieniami można robić wszystko. Dziewczynki bawią się po swojemu a ja dorzucam swoje pomysły. Duża część naszych kamieni została pomalowana.

To są kamienie do zabaw z kolorami, pomalowane przeze mnie.


A tu już zbiór uzupełniony o kamyki wymalowane przez dziewczynki. 

Zabaw z kamieniami można oczywiście wymyślać bez liku, ja pokażę tu tylko trzy. 
Pierwsza to układanie ciągu elementów (rytmu). Można to robić w kilku wariantach: ułożyć początek i poprosić dziecko o kontynuację, ułożenie takiego samego, uzupełnienie luk - zadanie trudniejsze -  (ćwiczenie percepcji wzrokowej, analizy i syntezy), lub wydawać polecenia wymieniając kolejno kolory, które należy układać: "połóż niebieski - jak niebo, za nim połóż czerwony - jak pomidor, za nim połóż żółty jak słońce, lub cytryna, zielony - jak trawa...", przydatne w utrwalaniu nazw kolorów u malucha. 
Stopień trudności zadań dostosowany jest oczywiście do wieku dziecka i celu. 


Inna zabawa to układanie z kamyków obrazka.
Natalka ułożyła drzewko, na nim jabłka, słońce nie niebie.


Ta zabawa z kolei nasuwa od razu pomysł ćwiczenia orientacji przestrzennej, określania kierunków. "Słońce nad drzewem. Pod drzewem kałuża. Na drzewie liście i jabłka." Układanie wg polecenia, lub prośba, by dziecko określiło gdzie co ułożyło ("Co jest pod drzewem?). Tę zabawę można robić przy użyciu dowolnej zabawki oczywiście, ale kamyki mają swój niepowtarzalny urok. 
Z Natalką bawimy się również w przeliczanie, bo choć kolory wciąż jej się mylą (Nati ma teraz 3,5 roku) to przeliczanie uwielbia i przekracza już dość swobodnie pierwszą dziesiątkę. W dwóch językach. (Nie ma to jak edukacja domowa starszych dzieci przy młodszych. Człowiek się urabia po łokcie, ale wyniki zaskakują.) "Z ilu kamyków ułożyłaś słońce? Ile jabłuszek rośnie na drzewie? Z ilu kamieni ułożyłaś pień drzewa?" i tym podobne.

Kamyki można też malować w różne wzory. Ładnie wygląda owalny kamyk przemalowany na biedronkę. :) Albo zwyczajnie w paski. A malowanie takie to niezłe ćwiczenie małej motoryki. Moja Natka bardzo mnie zaskoczyła poświęcając ponad godzinę na staranne malowanie kamyków tak by każdy kamyk był pomalowany dokładnie ze wszystkich stron. I wzruszyła, nie da się ukryć. Obstawiałam, że wytrwa z pędzlem 10 minut a tymczasem malowała tak długo, aż pomalowała wszystkie kamienie, precyzyjnie, ze wszystkich stron, dobierając ładne kolory. Oczywiści malowanie kamieni jest frajdą dla wszystkich moich dzieci. Zwłaszcza, że mają zawsze pełną wolność w wyborze kolorów, narzędzi, sposobu malowania. 
[Pamiętam te okropne zajęcia szkolne: malowanie i rysowanie na zadany temat w określony sposób. W głowie pustka. Pomysłów brak. Niechęć totalna, rysowanie z przymusu. Nawet oceny miałam z tego marne, nigdy powyżej 4 nie wyszła. 4 z plastyki!! Jak nisko można upaść w podstawówce! Przez wzgląd na tamte czasy moje córki mają pełen luz. Fioletowa trawa? Proszę bardzo. Zielone niebo? Bardzo twórcze podejście. Kamyk ciemnobrązowy w czarne kropki i ciemnofioletowe paski? Jak najbardziej. Jeśli taki właśnie Ci się podoba.]

Ostatnia zupełnie naturalna zabawka, która nieodmiennie kojarzy mi się z dzieciństwem moim własnym a teraz jest stale obecna w zabawach moich córek to sznurek. 
Sznurek jak sznurek: bywa długi, krótki, czasem jest to skakanka, czasem sznurówka. Zastosowań ma bardzo wiele: bywa lejcami dla konia, smyczą dla pluszowego psa, elementem maszyny, wynalazku, pułapki (!), smyczą dla balonika, lassem, pętami niewolnika, szubienicą złoczyńcy (ach te dzieci i ich wyobraźnia), smyczą dla lalki, naszyjnikiem, diademem, i Bóg wie czym jeszcze. 
Postanowiłam zaprezentować tu egzemplarz sznurka w wersji De Lux. Jest to prezent podchoinkowy, który dostała moja trzyletnia córeczka od swojej cioci, specjalnie dla córki przez ciocię wykonany. Połączone ze sobą kolorowe pętle plecionki tworzą jedną dużą pętlę - korale, lub inaczej ułożone cały bogaty zestaw połączonych ze sobą sznurkowych bransoletek. Tak wymierzonych by pasowały tylko na małą rączkę.
W okresie świąt prezentów i atrakcji było sporo różnych i sznurek, który powędrował natychmiast pod poduszę (wyjątkowe miejsce do przechowywania ukochanych skarbów) został dość szybko zapomniany. Mimo to każda próba przywłaszczenia sobie owego sznurka spełzała na niczym bowiem mała dostawała ataku furii "Natychmiast oddawaj mój sznurek" i z powrotem wsadzała go pod poduszkę. Sznurek leżał pod poduszką miesiąc. Pewnego dnia został odkryty. "O, to mój ukochany sznurek! Nareszcie go znalazłam! Mamo, czy to ty mi kupiłaś?" "Nie, zrobiła go ciocia." "Kochana ciocia! On jest taki piękny! Będę go nosiła"
I sznurek został założony na rękę, na szyję oraz wykorzystany jeszcze na kilka innych sposobów. Był i jest "ukochanym, przepięknym sznurkiem, bransoletką - naszyjnikiem". Wspaniałym prezentem od ukochanej cioci.





A ja, nie będę ukrywać, trochę zazdroszczę. Też bym chciała mieć taki fajny kolorowy sznurek. Chlip.







sobota, 15 marca 2014

Płaz

Mało tekstu, kilka zdjęć. Będzie darmowa reklama pozycji wydawnictwa Muza S.A. Nie mogę się powstrzymać.

Szłam sobie beztrosko (poniekąd beztrosko, bo choć bez dzieci, ale spiesząc do dzieci), za to w towarzystwie samego Władysława Jagiełły, który swą królewską a papierową mocą miał przyczynić się do odziania moich stóp wiosenną porą w nowe, szykowne obuwie, gdy nagle, zupełnie niespodziewanie (akurat niespodziewanie, he he he) wzrok mój przyciągnęła witryna księgarni. Na wystawie książka. "Poznaj płazy" Aimee Bakken, wyd. Muza S.A.


Podeszłam bliżej, przyjrzałam się uważnie. Żaba! Całkiem najprawdziwsza plastikowa żaba! Pokawałkowana, wybebeszona i nawet się gapi. Muszę ją mieć! Hmm...
Zapatrzyłam się na swoje stare buty. Żadnej dziury. Podeszwy całe. Klej trzyma. Zeszmacone nieco po trzech latach i wyglądają jakby je pies wszamał i wypluł, ale za to jakie wygodne, do stopy ułożone. Żadne nowe buty takie wygodne nie będą! I teraz najpierw łażenie po sklepach, przymierzanie, szukanie a potem kolejne trzy lata układania butów do stopy, żeby dobrze leżały? To zbyt duże wezwanie. A tu taka piękna żaba. 
Olać buty.
Bierzemy Płaza. 
Rozmieniłam Władzia na drobne, wrócił do mnie Kazimierzem Wielkim, za to z żabą do towarzystwa.

Małżonek pokiwał głową ale komentarz zachował dla siebie. Płaza pochwalił, choć może tylko z litości, żeby mi przykro nie było, tak się zachwycałam. 

Sfotografowałam, byle jak i byle czym i wrzuciłam tu zdjęcia kilku stron (nie wszystkich, bo książeczka na każdej stronie omawia inny układ), można się pozachwycać ze mną. Zapraszam. Może jeszcze komuś się Płaz spodoba?